sobota, 18 lutego 2017

Rozdział IV - Co tu się wyrabia?

Dzień zacząłem z nerwem, który uciskał mnie w żołądku odkąd tylko zwlekłem się z łóżka. Myślałem, że może mój organizm daje mi podprogowe znaki, że nie powinienem ruszać się z domu z powodu opuchlizny na oku, jednak ku mojemu zdziwieniu spore limo zeszło w przeciągu tych trzech ostatnich dni. Dobrze, nie musiałem się pudrować! No i rodzice niczego nie zauważyli. Tak, mam 21 lat, rodzice zrobią mi wykład, jak pięcioletniemu dziecku, spytają kto mi to zrobił i będą chcieli iść sami obić temu komuś mordkę... znaczy, porozmawiać, tak po dorosłemu. Znałem temperament mojej mamy, wiedziałem, że skoczyłaby wtedy do tętnicy szyjnej mojego wroga, jak dzikie zwierzę. No i w końcu nie jestem już dzieckiem, no ludzie... jednak wolałem to ukryć, tak dla pewności.
Na uczelni pojawiłem się jak zwykle prawie pół godziny przed zbliżającym się wykładem, bo niby dlaczego mam przychodzić na ostatnią chwilę? Przyjdę, może coś zjem, przypomnę sobie ostatni temat, wyciszę się, zdezynfekuję i dzień będzie należeć do mnie. Tylko jak tak jechałem w tę stronę brzuch wciąż mnie jakoś tak dziwnie ściskał, że aż zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie zostałem w domu. Niby stuprocentowa obecność nie była mi tutaj potrzebna, no ale zawsze to lepiej ją mieć niż nie mieć. I chyba właśnie odkryłem, dlaczego tak boli mnie brzuch... spóźniłem się już dwa razy na wykład, gdzie na jednym w ogóle nie słuchałem o czym była mowa; notatki musiałem przyswoić przez weekend, ale rozpraszały mnie jakieś irytujące sms'y w piątkowy wieczór; irytacja związana z możliwym spotkaniem Ameby. Ugh, to ostatnie szczególnie źle na mnie działało. W dodatku po wejściu na teren uniwersytetu coś przeraźliwie gwałtownie zahamowało i... oczywiście była to Ameba. Już miałem go zignorować, no bo po co w ogóle go zaczepiać, ale nie! Muszę się dowiedzieć, czy to był on!
- Ty... Nie wiem jakim cudem, ale zdobyłeś mój numer, amebo, prawda? Do tego rozdałeś go jakimś dziewczynom, tak? Tak jak pisałeś w tej durnej wiadomości na lekcji!
- Nie mam pojęcia o czym mówisz.
On żartuje, prawda? Zaraz mnie chyba coś trafi! Jeszcze na mnie nawet nie spojrzał, co za brak kultury!
- Czyżby? - prychnąłem, wskazując palcem na jego kieszeń, z której dobiegł mnie dźwięk telefonu. Oczywiście, że on, wiedziałem. WIEDZIAŁEM!
- Nie mam zamiaru niczego ci tłumaczyć, knypku...
- Nie? Ciekawe. Spodziewałem się, że będziesz się rzucać, jak zawsze, a ty nagle stajesz mi okoniem? - zmrużyłem nieco oczy. Czemu on się tak przygląda? Dlaczego nic mi nie mówi? No naprawdę mnie teraz nie wyzwie? Ameba, do reszty zidiociał. - Skąd masz mój numer i kto pisał te smsy? Bo na pewno nie ty – warknąłem, w dalszym ciągu uważnie się mu przypatrując. Serio? Wciąż nic? - Halo, idioto! Ubrudziłem się czy jak? Nie ważne – prychnąłem i odwróciłem się do niego tyłem. - Nie siadaj dzisiaj obok mnie w sali, nie chce znowu oglądać twojej gorylej twarzy i znosić weekendowy smród.
Bez żadnych przeszkód odszedłem w głąb budynku, poprawiając jeszcze torbę na ramieniu. Dziwne, znowu miałem na sobie wrażenie, że ktoś się na mnie patrzy. Szkoda tylko, że nie widziałem wokół siebie tego dziwnego chłopaka... ale jeśli nie on, to kto? Może Minami? Kiedy tylko pomyślałem o dziewczynie, jakby nagle sobie uświadomiłem, że ten cały Arian Manoor nie zna nawet mojego imienia, a ja nie mam na sobie maseczki ochronnej. Co tu się dzieje?

2 komentarze:

  1. Jak on się zabawnie denerwuje.:> Jakoś mu to nie pasuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. No zdenerwował się troszkę nasz sopelek, gdyby tylko wiedział, czemu płomyczek mu się tak przygląda, byłoby ciekawie xD

    OdpowiedzUsuń