Wiedziałem, że przyjedzie. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko. Z każdym kolejnym słowem na końcu języka miałem pytanie o to, ile razy przejechał na czerwonym czy też, jak bardzo przekroczył tego dnia dopuszczalną prędkość. Chciałem zapytać, ale nie zapytałem. Byłem zmęczony, śpiący, chory i zimny, a Ari tak idealnie ciepły. Nawet nie gniewał się chyba tak bardzo, jak mi się wydawało.
Zmrużyłem nieco oczy, uśmiechając się coraz szerzej. Wkurzał mnie, jak nie wiem co, ale nie mogłem mu nic zarzucić w chwili, gdy naprawdę go potrzebowałem.
- Ari, możesz mi przynieść coś do picia? - poprosiłem, podnosząc się choć nieco do czegoś na wzór pół siadu.
Głowa wciąż mnie bolała, jakby te wszystkie proszki, które dostawałem dożylnie w ogóle na mnie nie działały. Chociaż może jakiś tam zadziałał i nie miałem aż takiej gorączki, co zauważyłem po stanie, w jakim było obecnie łóżko. Nie zamroziłem go na kość, więc było względnie w porządku.
- Co tylko byś chciał - odparł, odrazu wstając z łóżka w pełni gotowości. Zachciało mi się śmiać, ale wiedziałem, że poskutkuje to kaszlem, więc jedynie uśmiechnąłem się szerzej.
- Herbatę, chyba już wolno mi pić. Ale możesz dopytać Shuna... Znaczy lekarza.
Choć poprawiłem się błyskawicznie, on już spojrzał na mnie tak, jakbym miał coś za uszami.
- To mój lekarz rodzinny, Ari. Mam go od dziecka - wyjaśniłem prędko.
- Rodzinny, tak? Zaraz... To nie lekarz tylko cudotwórca, skoro trzyma przy życiu to stare pudło. Znaczy twoją matkę.
- Ari idź po herbatę - westchnąłem, zamykając oczy i starając się jednocześnie zachować zimną krew.
Albo nie, lepiej nie. Nie w obecnej sytuacji. Jak jeszcze to mi zamarznie to będę martwy dosłownie i w przenośni.
Nie potrafiłem jednak ukryć lekkiego uśmiechu, który zawitał w kąciku ust. Nie ważne, ile razy słyszałbym jakieś nieprzyjemne dogryzki o mojej mamie to, choć być może było to złe, bawiło mnie to jak nic innego na świecie. Nikt nie mógł zaprzeczyć temu, że była wredną kobietą. Nawet mój tata. Jeszcze inaczej... Zwłaszcza mój tata. Będąc w obecnym położeniu, mogłem śmiało stwierdzić, że był pod jej pantoflem i choć złego słowa nie mogłem o nim powiedzieć, to miałem nadzieję, że nie stanę się taki, jak on. Arian też nie.
Swoją drogą ten właśnie opuścił salę, a ja zakryłem się po uszy kołdrą. Wreszcie znów zapadła cisza, a mi było względnie ciepło, gdyż chyba ta końska dawka polopiryny zaczęła w końcu działać. Świat pomału przestawał wirować, aby znów zacząć i tak co chwila, dopóki nie poczułem ulgi w postaci odmarzających palców u dłoni. Wreszcie. Zamknąłem oczy, tłumacząc to sobie jako chwilowy odpoczynek, jednak wtedy dopadł mnie sen. Może i lepiej, jak wstanę powinienem poczuć się lepiej.
No właśnie, Ari jest najlepszy. <3 Jak się rwie do pomocy swojemu kociakowi. :D Tak ma być. Wytrzymaj te chwasty, będzie dobrze. :3 O to się nie martw, mimo że lata za tobą jak szalony to pantoflarzem nie będzie. Nie z takim temperamentem. No nie, a herbata? Nie wolno tak... Biedna herbata, opuszczona i niekochana...
OdpowiedzUsuń