środa, 12 kwietnia 2017

Rozdział XI - To naprawdę ta sama krew?

Kobieta przede mną wydawała się przejawiać takie samo zdziwienie, co ja. Tak więc, no... pewnie przyszła do Ariana, to pewne. Ale kto to był?
- Dzień dobry... - przywitałem ją, lekko pochylając głowę ku dołu.
- Dzień dobry, jesteś pewnie znajomym Ariana, prawda? - uśmiechnęła się do mnie miło, na co ja od razu zrobiłem jej miejsce, by mogła wejść.
- Tak, proszę, nie ma go teraz w domu, ale niedługo powinien wrócić – odprowadziłem ją wzrokiem i w końcu zadałem decydujące pytanie. - Przepraszam, ale kim pani jest?
- A przepraszam, gdzie moje maniery. Jestem jego mamą, ale proszę mów do Rebecca – znów się do mnie uśmiechnęła, na co na poczułem się tak, jakbym zobaczył ducha.
Co było z tą kobietą nie tak? Miałem uwierzyć, że tak miła i ułożona osoba wydała na świat takiego buca, jak Ameba? Nie byłem w stanie dostrzec choć odrobiny podobieństwa między nimi. Właśnie stała przede mną jego matka, która nie dość, że grzecznie się przywitała to jeszcze miała do mnie od samego początku dobry stosunek... a może Ariego podmienili w szpitalu? W każdym razie musiałem doprowadzić się do porządku, bo zaczęła mi się dziwnie przyglądać.
- B-Bardzo miło mi panią poznać, ja jestem Julien Fia... Od niedawna mieszkam razem z Arim – uśmiechnąłem się lekko.
- Arian nie mówił mi, że z kimś mieszka... Jesteście "przyjaciółmi"? - zaakcentowała wyraźnie ostatnie słowo.
- Co? Nie, nie, nic z tych rzeczy. tylko tutaj mieszkam... - odrobinę się zmieszałem.
Co to w ogóle za pytanie? Czy kiedy się z kimś mieszka musi to oznaczać związek z tym kimś? Tyle ludzi wynajmuje pokoje, przyjmuje współlokatorów, by poprawić swoją sytuacje finansową i nikt z zewnątrz ich o to nie pyta... Jednakże to o czymś świadczyło. Czy to znaczy, że o wszystkim wiedziała? Wiedziała o tej skrzywionej orientacji? I to akceptowała?
- Och... Wybacz. A już miałam nadzieję, że mój syn wreszcie sobie kogoś znalazł.
- Nic się nie stało, naprawdę. Ale byłem pewien, że on to co chwilę sobie kogoś znajduje...
- Z nikim jeszcze nie mieszkał i o nikim nie myślał poważnie... Myślałam, że może tym razem jest inaczej. Cóż... To, że znalazł sobie współlokatora to i tak dla mnie spore zaskoczenie. Ari jest raczej niezależny.
- To już zauważyłem, ale jak widzi Pani... udało mi się odgruzować to mieszkanie, a nawet sprawić, że kupuje herbatę. Może się Pani napije? - uśmiechnąłem się szerzej.
-Z chęcią - uśmiechnęła się pogodnie. - Rzeczywiście mieszkanie wygląda o wiele przytulniej. A Arian gdzie? Mam nadzieję, że nie w pracy...
Praca Ariana, znowu... jakiś cholerny temat tabu. Dlaczego nie chciał mi powiedzieć?
- Nie, wysłałem go do sklepu po pieczywo i coś słodkiego – wyjaśniłem kierując się do kuchni, gdzie przed wstawieniem wody na gaz, wyłączyłem jeszcze piekarnik. - Powinien niedługo być z powrotem, także proszę poczekać, przy okazji załapie się pani na obiad.
- Z chęcią poczekam. Więc... może opowiesz mi coś o sobie? Pracujesz, studiujesz?
- Studiuje na tym samym kierunku co Arian, ale jednocześnie szukam pracy na weekendy. Jestem tez wolontariuszem w schronisku, więc ciężko mi będzie to wszystko ze sobą pogodzić, a pracodawcy rzadko kiedy są wyrozumiali.
- To rzeczywiście masz sporo pracy. Masz jakieś preferowane zajęcie? Mogłabym podpytać znajomych jeśli chcesz.
- Jest Pani bardzo miła, ale podziękuję. Chcę znaleźć coś sam, całe życie nikt mi nie będzie pomagał. I przepraszam jeśli brzmię niemiło, po prostu chcę się usamodzielnić. Wprowadziłem się tutaj, żeby trochę uciec od rodziców, rozumie pani – zalałem oba kubki z herbatą, a także jeden z kawą specjalnie dla Ameby. Miałem takie przeczucie, że zaraz tu się pojawi.

1 komentarz:

  1. Mamusia Ariego jest cudowna, nie to co ta bestia Julka. Ona wie o pracy syna? I nie ma nic przeciwko nie do końca legalnego obijania się po pyskach? Kochany, nawet kawusie zrobił płomykowi.

    OdpowiedzUsuń