Obudził mnie dźwięk, którego dawno nie było mi dane słyszeć... radio. Wygrywające jakąś chujową pioseneczkę, którą gwałcili na każdej niemal stacji ostatnimi czasy, wręcz do znudzenia. Leżałem jeszcze przez chwilę nie bardzo mając chęć żeby się podnieść. Do tego coś było... nie tak...
zerwałem się z łóżka kiedy tylko uświadomiłem sobie co takiego było nie w porządku.
- Julien? - spytałem, zaglądając do jego pokoju.
- Już... już - wymamrotał i przeciągnął się. Widać było, ze tak jak ja tyle co zwlekł się z wyra.
- Coś się stało...? - spytałem choć nie wiedziałam czy chcę wiedzieć dlaczego zarwał nockę. Pewnie był u tej swojej, jak jej tam i zwyczajnie dobrze się z nią bawił. Zagadka rozwikłana...
- Miałem koszmary... - stwierdził i przeszedł obok mnie, wlokąc się do kuchni.
Białowłosy podszedł do czajnika i zaczął robić sobie kawę. Zdecydowanie powinien się teraz raczej spieszyć. W końcu mu kilka minutek z jego cennych zajęć ucieknie.
- Śniłeś mi się - stwierdził w końcu, odwracając się do mnie.
- Pasjonujące... - rzuciłem być może nazbyt kpiąco, ale brakowało mi już na to wszystko sił. Nie grzeszyłem ostatnimi czasy dobrym nastrojem, a i humor trzymał się mnie raczej wisielczy.
- Nawet nie zapytasz co robiliśmy? - spytał i ruszył do salony popijając drogą tę swoją lurę.
Wziąłem swój kubek w gruncie rzeczy odruchowo. Nawet na kawę nie miałem dziś ochoty. W każdym razie ruszyłem za Julienem i usiadłem obok niego na kanapie.
- Urwałem ci łeb, tak po znajomości? - spytałem upijając spory łyk i odstawiając naczynie z napojem.
- Nie... - uśmiechnął się i odstawił swój kubek.. Spoglądał na mnie jakoś dziwne w tamtej chwili. Badawczo, jakby chciał zarejestrować każdą moją najdrobniejszą reakcję.
Zdecydowanie coś mi tu nie grało.
- Kochaliśmy się i było okropnie - wypalił, a mnie na chwile zwyczajnie zatkało.
Co z nim było do cholery nie tak? Siedział tu sobie przede mną i mówił takie rzeczy... Tak zwyczajnie... Zastanawiałem się czy mój umysł znów szuka rzeczy na siłę czy to już było przegięcie? Odmawia mi... wprowadza się do mnie, co i rusz mnie dotyka, głaszcze, a teraz jeszcze stwierdza, że jestem chujowy w łóżku choć miał o tym wybitnie gówniane pojęcie?
- Przynajmniej postudiowałem sobie wzorki na zasłonach... - zaśmiał się.
- I sądzisz, że możesz tu tak siedzieć i mówić mi takie rzeczy...?
- A niby dlaczego n... - nie skończył bo położyłem dłoń na jego karku i mocno go do siebie przyciągnąłem, żeby wpić się mocno w jego chłodne, miękkie usta smakując teraz kawą, mlekiem i cukrem.
Dość... Miałem dość. Tym razem nie byłem w stanie już od tak powiedzieć sobie, że nic się nie stało. Nie potrafiłem odpuścić, odejść, przestać czuć to, co targało mną już tyle czasu. To nie było mądre... Julien dał mi już do zrozumienia, że nic między nami nie będzie. A ja szanowałem to, walczyłem ze sobą ile mogłem, ale tym razem osiągnąłem swój limit. nie miałem siły i nawet nie chciałem dalej z tym walczyć. Bez skrępowania pogłębiłem więc pocałunek by wsunąć język między wargi chłopaka i napawać się tym, że jego ciało zaczęło na mnie reagować nader żywo. Czułem jak jego usta starają się nadążyć za moimi, a jego dłonie oparły się o mój tors.
Miałem ochotę warczeć z rozkoszy kiedy wreszcie stało się to, o czym marzyłem od dnia tamtej cholernej imprezy, podczas której Julien całkowicie wbił się w mój umysł. Jego zapach, smak i przyjemność płynąca z tego zaskakującego chłodu. Wszystko to wróciło i uderzyło we mnie pozbawiając mnie zdolności myślenia i sprawiając, że moja zmysły działały na najwyższych obrotach. Każda kolejna fala chłodu płynącego z jego ust była kolejnym impulsem oddalającym mnie od rzeczywistości i popychającym w kierunku miejsca, w którym liczyło się tylko odczuwanie.
Usłyszałem syk, kiedy moja dłoń, rozgrzana okropnie, wsunęła się pod koszulkę Juliena i dotknęła jego zziębniętego ciała. Wtedy też poczułem jak dłonie chłopaka napierają na mój tors odpychając mnie.
- N-nie... - wydyszał spoglądając na mnie szklistymi oczyma. Usta wciąż miał rozchylone i zaczerwienione, a jego pierś unosiła się szybko w urywanych oddechu.
- Nie... - prychnąłem.
Nie mogłem w to uwierzyć... Zwyczajnie, kurwa, nie! Co tu się w ogóle wyrabiało? Miałem ochotę coś zwyczajnie rozpieprzyć. Wiecznie NIE! Za każdym razem, kiedy już miałem wrażenie, że wszystko jakoś się ułoży musiało się coś stać!
Musiałem wyjść... Wyjść, odjechać, wyszaleć się, napić, odreagować, zrobić z sobą cokolwiek byle nie stanąć tu w płomieniach i nie rozwalić wszystkiego co mnie otaczało. Wstałem więc, zarzuciłem kurtkę, buty, porwałem kluczyki z haczyka i wyszedłem trzaskając drzwiami tak, że niemal wypadły z futryny. Miałem dość... chciałem tylko odrobiny jebanego spokoju, czy to tak wiele?
Prułem przez miasto, wściekły. Maszyna pode mną ryczała, kiedy wyciskałem z niej co tylko mogłem nie zwalniając za specjalnie nawet przy kolejnych zakrętach. Nie miałem pojęcia co mam ze sobą zrobić. Dokąd jechać... Wszystko się znów posypało, runęło jak domek z pieprzonych kart. Wracać do mieszkania? Po co? Po to, żeby zobaczyć kogoś, kto i tak miał mnie gdzieś? Z resztą jakby to miało niby teraz wyglądać? Ostatnie tygodnie były katorgą, a co dopiero teraz. Wątpię, żeby znów wszystko mogło sobie od tak wrócić do normy. Nie mam pojęcia co ja sobie myślałem, że znów dałem się w to wciągnąć, że znów sobie na to pozwoliłem. Uważałem, że cokolwiek się zmieniło? Że co... jak zaczął mnie nieco lubić to nagle coś mogłoby być między nami? A tak, fakt, znowu zwyczajnie nie myślałem. Dałem się ponieść głupocie i przyjdzie mi za to płacić...
Zatrzymałem się z piskiem opon i zsiadłem z motocykla. Za cholerę nie wiedziałem gdzie jestem, a raczej miałem w dupie to gdzie jestem... Jedyne, na co było mnie stać na to to, że po ataku furii, który na szczęście skończył się zanim zdołałem zjarać sobie odzież, osunąłem się na chodnik i oparłem o mur zniszczonego budynku, który na szczęście wyglądał na opuszczony. Inaczej ktoś miałby cudny widoczek na wariata, którym zdecydowanie się teraz zwyczajnie czułem.
Nie mam pojęcia jak długo tak kontemplowałem sobie płynące po niebie chmurki i biłem się z myślami pokroju "Po co? Dlaczego? Co dalej?", powtarzanymi oczywiście w kółko i w różnej kolejności, tak, żeby było zabawnie, ale w końcu postanowiłem wstać.
Nie miałem zamiaru wracać do mieszkania. Nie miałem na to ochoty, a zdecydowanie gotowy się na to nie czułem. Musiałem się napić... Tak dla odwagi? Może... A może po prostu, żeby przestać myśleć. Jak tak dalej pójdzie to skończę jako nałogowy alkoholik... Piękna, świetlana przyszłość, a wszystko przez jednego tlenionego konusa, który wlazł w moje życie i postanowił je wywrócić do góry nogami.
Wsiadłem na Lalunię i po szybkim rozeznaniu się gdzie jestem, ruszyłem prosto do Oazy. Bar z kiczowatą nazwą, ale drinkami na tyle mocnymi, żeby każdemu natrzepać w beret i przyprawić go o chwilowy zgon. Ludzi było jak zwykle sporo. Większość gęb kojarzyłem choćby z widzenia, nie żeby którakolwiek byłą dla mnie istotna. Usiadłem w rogu, tak, żeby mieć choć odrobinę spokoju i zamówiłem kolejkę kiedy podeszła do mnie szczebiocząca barmaneczka. Dziewczyna oczywiście mnie znała, ja jej już nie koniecznie... Albo inaczej. Była mi znajoma, ale gdyby mi ktoś kazał przypasować imię do twarzy to odesłałbym go do diabła. Tak się w każdym razie zaczęło. Jednak kolejka, druga... trzecia i kilka kolejnych. Tak do czasu, kiedy to obraz stał się śmiesznie nieostry, a ja czułem się wolny od gnębiących mnie myśli. Kilak osób próbowało coś tam marudzić w moim kierunku, ale olewałem to bardzo konsekwentnie. Przynajmniej do czasu kiedy to ułożyłem się wygodnie na zajmowanej przeze mnie wytartej kanapie i zacząłem mieć ochotę na jeszcze coś... Coś czego jak ostatni debil odmawiałem sobie tyle czasu nie wiedzieć czemu i po co... Serio.. przez te ostatnie tygodnie żyłem jak pierdolony mnich. Jeszcze tylko brakowało, żebym zaczął paciorki klepać do poduchy.
- Ari... - czyjś przymilny głosik zwrócił moją uwagę.
Spojrzałem na drobnego bruneta, który stał tuż obok wpatrując się we mnie z zadowoleniem. Zupełnie tak, jakby mnie szukał i cholernie się cieszył, że znalazł.
- Brian, pamiętasz? - spytał, przedstawiając się. Coś mi dzwoniło choć nie koniecznie wiedziałem gdzie... No przynajmniej do czasu kiedy dźwignąłem się do siadu, a chłopak nie usiadł na mnie okrakiem i nie poczęstował mnie na "powitanie" namiętnym pocałunkiem.
Przez chwilę wymienialiśmy kolejne pocałunki. Nie do końca mi to... pasowało. Brunecik nie miał chłodnej skóry inie smakował słodyczą... Zaraz jednak warknąłem sam na siebie i mocniej chwyciłem chłopaka. Miałem prawo zapomnieć. Julien mógł posuwać tę swoją czarnulkę, to co, ja miałem żyć w celibacie? Nie ma tak...
- Może pojedziemy do ciebie, tak jak ostatnio? - spytał Brian bawiąc się kołnierzem mojej kurtki i wciąż na mnie siedząc.
- Nie sądzę, żeby... - zacząłem, ale ugryzłem się w język. - A walić to... Chodź.
Chłopak z entuzjazmem zeskoczył mi z kolan i ruszył ze mną na parking. Wsiedliśmy na motocykl i ruszyliśmy pędem do mieszkania.
Ledwie przekroczyliśmy próg, a chłopak szarpnął mnie za kołnierz żeby złączyć swoje usta z moimi. Jego druga dłoń wylądowała na moim kroczu. Nie wiem jak udało nam się dotrzeć do sypialni, szczególnie, że w głowie mi szumiało, a przy co gwałtowniejszych ruchach obraz rozmywał się. Ostatecznie jednak brunecik wylądował na łóżku, a ja na nim. Szarpnąłem jego spodnie gwałtownie, zniecierpliwiony, na co chłopak wydał z siebie drżący, pełen podniecenia krzyk i kolejny kiedy niemalże brutalnie ścisnąłem jego pośladki...
Biedny Julek, taki koszmar... No nie wytrzymam, sen a realia to co innego amebo. Lodówa... To o tych wzorkach było bezczelne... Tak, tak... Każdy miałby dość. Kissiu <3 Jak słodko... No a milusi się dalej wzbrania, przecież mu się podobało! Ki wafel? Biedny płomyk. :( Smutecek :( Musiał biedny posiedzieć na jakimś zadupiu i popaczać się na chmurki. No nie, uchlał się i pieprzy o paciorkach. Super, nie wracaj do domu. XD I nie rób tego o czym teraz myślisz. No nie, jeśli to zrobi to osobiście zarezerwuje mu miejsce w piekle. No pieszczoch nie będzie szczęśliwy z tych odgłosów.
OdpowiedzUsuń