Wparowałem do mieszkania jak burza. Nie miałem ochoty, żeby ktokolwiek mnie widział... Nawet jeżeli sąsiedzi byli przyzwyczajeni do różnych sytuacji. Wracałem w różnych stanach do domu, poodbijany, pijany, w towarzystwie, ale nigdy jeszcze całkiem goły. Byłem do tego brudny, zmęczony i... było mi jakoś dziwnie zimno. Chyba cały mój gniew się wypalił na tyle skutecznie, że wreszcie nieco ostygłem. Dawno nie miałem takiego napadu złości. Jakoś musiałem odreagować to, co się ostatnio działo. A wszystko przez co? Przez to, że na mojej drodze stanął ten tleniony konus! Wszystko byłoby dobrze gdyby tak mnie nie kręcił... Gdybym go tak zatłukł kiedy pierwszy raz nadarzyła się ku temu okazja, wszystko byłoby teraz normalnie. Nie myślałbym o nim... Byłby zwyczajnie mokrą plamą, którą trzeba by było zmienić w kupkę popiołu. Niczym więcej... A tak...?
Wszedłem w pierwszej kolejności pod prysznic. Mimo tego, że struga opadającej na mnie wody była jak zwykle lodowata czułem jak moje ciało robi się cieplejsze. Ogień wracał na swoje miejsce, bo i czemu by nie? Mało mi go jeszcze było...
Owinąłem się ręcznikiem w pasie i ruszyłem do sypialni. Zarzuciłem na siebie pierwsze z brzegu ubranie i wygrzebałem z szuflady zapasowy telefon. Wybrałem numer Tarixa. Niech się głupi chuj na coś wreszcie przyda.
- Potrzebne mi dokumenty - rzuciłem gdy tylko odebrał.
- Co? Jakie niby? Co przeskrobałeś? - zaczął swoje milion pytań.
- Zamknij wreszcie ryj i słuchaj. Potrzebny mi dowód tożsamości, prawko... karta do bankomatu... Po prostu komplet dokumentów. Plus karta sim na mój drugi numer i jakiś normalny telefon.
- Na jakie nazwisko? - spytał.
- Normalnie, moje... - wyjaśniłem.
- Ale...
- Nie ma ale... zwyczajnie to zrób bo nie mam zamiaru włóczyć się po urzędach.
- Na kiedy ci to potrzebne?
- Na wczoraj - warknąłem jeszcze i rozłączyłem się.
Poranek był jednym z cięższych. Naprawdę wstawanie było dla mnie katorgą, szczególnie ostatnio. Leżałem więc chwilę wymyślając sobie wszelkie argumenty przeciwko temu, żeby zwlekać się z łóżka i jechać na tę cholerna uczelnię. Kłopot był taki, że... nie miałem jakiegoś rażącego powodu, żeby tam nie jechać... Co prawda i powodu, żeby się tam zwidywać nie miałem jakoś szczególnie, poza jednym, moją matką, ale jednak... Całkowite unikanie tlenionego konusa nie było niczym mądrym. Trzeba było zwyczajnie olać pewne fakty... Na przykład ten, że on w ogóle istniał.
Wstałem niechętnie, wziąłem prysznic i ubrałem się. Wszystko robiłem powoli, a mimo to dziwnym trafem udało mi się nie spóźnić. Śmieszna, bo zazwyczaj jak się spieszyłem to docierałem nie w porę.
Stanąłem przy wyjściu i osiągnąłem do kieszeni po papierosy.
- Dzień dobry - rzucił znajomy mi az za bardzo głos, którego miałem nadzieję dziś nie słuchać... Nie, żebym się spodziewał po wczorajszym, że jakiekolwiek słowo z nich padnie jeszcze w moją stronę.
Przeniosłem spojrzenie na mojego rozmówcę. Jak zazwyczaj zamaskowanego, ale to i lepiej.
- Wiesz, że widziałem wczoraj twój tył w wiadomościach? - spytał i zachichotał. No nieźle, nieźle... to o to szło? Chciał się ze mnie kurdupel pośmiać?
- No i? - rzuciłem odpalając papierosa. - Poza tym... skąd pewność, że mój? - odwróciłem wzrok i zaciągnąłem się dymem.
- Poznałem motocykl... Ciebie z resztą też, choć wyszedłeś nieostro.
- Bomba... Coś jeszcze?
- Tak się zastanawiam co znów wywinąłeś, ze wracałeś nago...
- Nie. Twój. Interes - rzuciłem ostro. - Nie raz ci mówiłem, żebyś się odpierdolił od nie swoich spraw. Nie słuchasz, a do innych masz gorzkie żale. A teraz wypad, bo chcę w spokoju wypalić i iść spać na nudnym wykładzie.
No kiepsko panie zapałka bo cie widziano. xD Jaki zły, nawet nie podziękował. Oho, jaki on teraz niemiły. No życie panie pochodnia, nie wszystko idzie po naszej myśli.
OdpowiedzUsuń