piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział XI - A któż to?

Cały ten seans był wcale nie takim złym pomysłem, nawet jeżeli byłem zmuszony oglądać horror w towarzystwie Płonącej Ameby. Fabuła niby była banalna, ot jakaś grupa ludzi, która po kolei była zjadana przez jakieś tam potwory czy coś, ale bądź co bądź... film do najmilszych nie należał. Byłem bardzo wdzięczny mojego towarzyszowi za pozwolenie, bym wylegiwał się na jego nodze i za tę ciepłą dłoń na moim ramieniu. Nie spodziewałem się, że to zrobi, ale kiedy już to się stało odrobinę się rozluźniłem. On naprawdę grzał przez cały czas, jaka przydatna umiejętność! Coraz bliżej zima, a ja nie będę musiał siedzieć z termoforem pod kocem. No bo wydaje mi się, że przy okazji użyczy mi odrobiny ciepła... nie? Znowu o tym myślę...
Po seansie wróciłem do swojego pokoju, gdzie natychmiast zaległem na łóżku i przykryłem się szczelnie kołdrą po sam nos. Świetnie... sam w pokoju, w jeszcze nie tak całkiem swoim kąciku, bo brakowało tutaj jeszcze kilku rzeczy, a za to z tą chorą, dziecięcą wręcz wyobraźnią na temat tego, co mogłoby wyjść z szafy. Przeklinałem więc ilość fantastycznych książek, które przeczytałem w życiu i po prostu starałem się zasnąć, mając pod głową poduszkę ze znakiem Slytherinu. Chyba cieszyłem się z faktu, że Arian jeszcze nie miał powodu, by tutaj wejść. Miałem plan, by w trakcie kolejnego tygodnia odwiedzić dom rodziców tak ze dwa razy i pozabierać resztę pierdół, dzięki którym poczuję się tu w stu procentach jak u siebie. Jednocześnie trochę się tego obawiałem ze względu na moją kochaną mamusię, ale cóż... żyje się tyle raz, czasem trzeba zaryzykować.

W kolejnym tygodniu pomału wtłoczyłem jakiś normalny rytm dnia w to mieszkanie, a przede wszystkim jedzenie domowych posiłków do jadłospisu mojego współlokatora. Skoro razem mieszkamy, to byliśmy za siebie po części odpowiedzialni, a ja nie chciałem, by żywił się wyłącznie śmieciowym jedzeniem kupionym w biegu w jakimś food tracku czy barze szybkiej obsługi. Stopniowo uczyłem się przyprawiać wszystko trzy razy ostrzej niż to robiłem w domu, nawet kupiłem słoiczek marynowanych papryczek chili i przyprawę curry, specjalnie doprawiając jego porcję zgodnie z poznanym gustem. Droga na uczelnię na prującej przez ulice Laluni stawała się coraz mniej straszna, choć w dalszym ciągu co rano przyklejałem się z obawą do jego pleców. A może już nie z obawą, a po prostu z przyzwyczajenia? We wtorek i czwartek zajechałem dodatkowo pod swój stary dom, przeczuwając, że ten właśnie w tych godzinach stoi pusty, jak to zazwyczaj bywało. Na szczęście się nie pomyliłem i faktycznie byłem tam sam, jednak postanowiłem pospieszyć się nieco przy pakowaniu swoich gratów. W ten oto sposób nudne ściany mojego nowego kącika zostały pokryte kilkoma zdjęciami, jakimiś plakatami, czy też filmowymi gadżetami mojej ukochanej serii o czarodziejach. Na półce stanęła kolekcja książek i filmów, na łóżko rzuciłem ulubiony koc i jeszcze jedną poduszkę, wcześniej oczywiście piorąc obie te rzeczy w obawie przed spowodowaniem ataku alergii u Ariana... Tak, teraz było tu już lepiej. Znacznie cieplej, po prostu swojsko.
Aktualnie była niedziela, godzina wczesna, choć popołudniowa, kiedy to Ameba wyszła gdzieś do marketu szukać pieczywa, bo nie chciało mu się go kupić w sobotę rano. Ja w tym czasie siedziałem w salonie, czytałem notatki i raz na jakiś czas szedłem do kuchni, sprawdzając stan mojej zapiekanki w nagrzanym piekarniku oraz robiąc sobie chyba trzecią już dziś herbatę. Tak, to kolejna zmiana, którą tu wprowadziłem – do kuchni zawitała herbata. Trochę się nawet zastanawiałem, czy nie wszedłem za bardzo z buciorami w jego życie, mniej lub bardziej poukładane życie, ale skoro nic nie mówił i marudził tylko czasem, to chyba nie było tak źle. Przecież nie zarządziłem gruntownego remontu czy Bóg wie co jeszcze, zwyczajnie zadbałem o wnętrze, edukacje i dietę. No... to tylko z troski, nic więcej.
Przerwało mi pukanie do drzwi, więc odłożyłem stertę notatek na stolik i podszedłem do nich, snując różne teorie. Listonosz w niedzielę nie chodzi, różni ludzie z urzędu też nie, może Ari po prostu nie ma ręki, bo nakupował różnych bzdet i teraz kopie bym mu otworzył? Albo to Marika? Jakże bym się ucieszył widząc te czerwone włosy i soczyste usta! Chciałbym z nią znów porozmawiać, przeprosić za szybkie wyjście z jej imprezy, umówić się jeszcze na kawę... może miałbym jakieś szanse? Pełny determinacji otworzyłem drzwi, wyobrażając już sobie jej oblicze... i wtedy wszystko runęło. Przede mną stała kobieta w średnim wieku o długich, czekoladowych włosach. Zamrugałem szybko oczami.
- Dzień dobry...

1 komentarz:

  1. Cały czas o tym myślę, kochany grzejniczek który pomoże o każdej porze. A co to za pani? Co się stanie, co się stanie?

    OdpowiedzUsuń