Cały ten seans był wcale nie takim
złym pomysłem, nawet jeżeli byłem zmuszony oglądać horror w
towarzystwie Płonącej Ameby. Fabuła niby była banalna, ot jakaś
grupa ludzi, która po kolei była zjadana przez jakieś tam potwory
czy coś, ale bądź co bądź... film do najmilszych nie należał.
Byłem bardzo wdzięczny mojego towarzyszowi za pozwolenie, bym
wylegiwał się na jego nodze i za tę ciepłą dłoń na moim
ramieniu. Nie spodziewałem się, że to zrobi, ale kiedy już to się
stało odrobinę się rozluźniłem. On naprawdę grzał przez cały
czas, jaka przydatna umiejętność! Coraz bliżej zima, a ja nie
będę musiał siedzieć z termoforem pod kocem. No bo wydaje mi się,
że przy okazji użyczy mi odrobiny ciepła... nie? Znowu o tym
myślę...
Po seansie wróciłem do swojego
pokoju, gdzie natychmiast zaległem na łóżku i przykryłem się
szczelnie kołdrą po sam nos. Świetnie... sam w pokoju, w jeszcze
nie tak całkiem swoim kąciku, bo brakowało tutaj jeszcze kilku
rzeczy, a za to z tą chorą, dziecięcą wręcz wyobraźnią na
temat tego, co mogłoby wyjść z szafy. Przeklinałem więc ilość
fantastycznych książek, które przeczytałem w życiu i po prostu
starałem się zasnąć, mając pod głową poduszkę ze znakiem
Slytherinu. Chyba cieszyłem się z faktu, że Arian jeszcze nie miał
powodu, by tutaj wejść. Miałem plan, by w trakcie kolejnego
tygodnia odwiedzić dom rodziców tak ze dwa razy i pozabierać
resztę pierdół, dzięki którym poczuję się tu w stu procentach
jak u siebie. Jednocześnie trochę się tego obawiałem ze względu
na moją kochaną mamusię, ale cóż... żyje się tyle raz, czasem
trzeba zaryzykować.
W kolejnym tygodniu pomału wtłoczyłem
jakiś normalny rytm dnia w to mieszkanie, a przede wszystkim
jedzenie domowych posiłków do jadłospisu mojego współlokatora.
Skoro razem mieszkamy, to byliśmy za siebie po części
odpowiedzialni, a ja nie chciałem, by żywił się wyłącznie
śmieciowym jedzeniem kupionym w biegu w jakimś food tracku czy
barze szybkiej obsługi. Stopniowo uczyłem się przyprawiać
wszystko trzy razy ostrzej niż to robiłem w domu, nawet kupiłem
słoiczek marynowanych papryczek chili i przyprawę curry, specjalnie
doprawiając jego porcję zgodnie z poznanym gustem. Droga na
uczelnię na prującej przez ulice Laluni stawała się coraz mniej
straszna, choć w dalszym ciągu co rano przyklejałem się z obawą
do jego pleców. A może już nie z obawą, a po prostu z
przyzwyczajenia? We wtorek i czwartek zajechałem dodatkowo pod swój
stary dom, przeczuwając, że ten właśnie w tych godzinach stoi
pusty, jak to zazwyczaj bywało. Na szczęście się nie pomyliłem i
faktycznie byłem tam sam, jednak postanowiłem pospieszyć się
nieco przy pakowaniu swoich gratów. W ten oto sposób nudne ściany
mojego nowego kącika zostały pokryte kilkoma zdjęciami, jakimiś
plakatami, czy też filmowymi gadżetami mojej ukochanej serii o
czarodziejach. Na półce stanęła kolekcja książek i filmów, na
łóżko rzuciłem ulubiony koc i jeszcze jedną poduszkę, wcześniej
oczywiście piorąc obie te rzeczy w obawie przed spowodowaniem ataku
alergii u Ariana... Tak, teraz było tu już lepiej. Znacznie
cieplej, po prostu swojsko.
Aktualnie była niedziela, godzina
wczesna, choć popołudniowa, kiedy to Ameba wyszła gdzieś do
marketu szukać pieczywa, bo nie chciało mu się go kupić w sobotę
rano. Ja w tym czasie siedziałem w salonie, czytałem notatki i raz
na jakiś czas szedłem do kuchni, sprawdzając stan mojej zapiekanki
w nagrzanym piekarniku oraz robiąc sobie chyba trzecią już dziś
herbatę. Tak, to kolejna zmiana, którą tu wprowadziłem – do
kuchni zawitała herbata. Trochę się nawet zastanawiałem, czy nie
wszedłem za bardzo z buciorami w jego życie, mniej lub bardziej
poukładane życie, ale skoro nic nie mówił i marudził tylko
czasem, to chyba nie było tak źle. Przecież nie zarządziłem
gruntownego remontu czy Bóg wie co jeszcze, zwyczajnie zadbałem o
wnętrze, edukacje i dietę. No... to tylko z troski, nic więcej.
Przerwało mi pukanie do drzwi, więc
odłożyłem stertę notatek na stolik i podszedłem do nich, snując
różne teorie. Listonosz w niedzielę nie chodzi, różni ludzie z
urzędu też nie, może Ari po prostu nie ma ręki, bo nakupował
różnych bzdet i teraz kopie bym mu otworzył? Albo to Marika? Jakże
bym się ucieszył widząc te czerwone włosy i soczyste usta!
Chciałbym z nią znów porozmawiać, przeprosić za szybkie wyjście
z jej imprezy, umówić się jeszcze na kawę... może miałbym
jakieś szanse? Pełny determinacji otworzyłem drzwi, wyobrażając
już sobie jej oblicze... i wtedy wszystko runęło. Przede mną
stała kobieta w średnim wieku o długich, czekoladowych włosach.
Zamrugałem szybko oczami.
- Dzień dobry...
Cały czas o tym myślę, kochany grzejniczek który pomoże o każdej porze. A co to za pani? Co się stanie, co się stanie?
OdpowiedzUsuń