sobota, 10 czerwca 2017

Rozdział XV - Sylwestrowa noc

Z pozoru nadchodzący wieczór zapowiadał się, jak każdy inny. Ja szykowałem jedzenie, Ari coś tam pozmywał, a w międzyczasie robiliśmy sobie przerwy na choćby małą szklankę kawy i rozmowę choćby miała dotyczyć jakiś przyziemnych plotek usłyszanych w telewizji czy przeczytanych na jednym z blogów. Dobra, takie tematy raczej poruszałem ja, przyznam się bez bicia. Nawet nie wyobrażam sobie Ariana zaczytanego w najświeższy post na nowo odkrytym blogu. On raczej nie z tych... Ale my się różniliśmy. Jednak dzięki tej różnorodności, jaka przebiegała przez nasze mieszkanie co dzień nie było nudno, nie wkradła się dziwna cisza, a nam tematy się nigdy nie kończyły.
Ale ten wieczór miał być inny. To znaczy nie tylko ze względu na to, że był Sylwester i mieliśmy w swoim towarzystwie pożegnać stary oraz powitać nowy rok. Przez „inny” mam raczej na myśli... „intymny”? To brzmi źle... Ale tak właśnie niestety było. Tego wieczoru chciałem, żeby nie musiał się już kontrolować. Chciałem, by mnie dotknął i chciałem też, by o nic się już nie martwił.
Zdawałem sobie sprawę z tego, ile razy musiał się przeze mnie powstrzymywać, ale to ostatnia wpadka po radosnym obaleniu butelki wina uświadomiła mnie, jak daleko, choć kompletnie nieświadomie się posunąłem. Niby mówił mi tyle razy, że przecież nic się nie stało ja i tak wiedziałem, że zachowałem się skandalicznie w stosunku zarówno do niego, jak i do siebie. Teraz chciałem móc to naprawić, a przede wszystkim... Naprawdę JEGO chciałem.
Być może wyglądałem przez cały dzień na zdenerwowanego, nie wiem. Impulsywnie działałem w kuchni, przysiadałem do wspomnianej kawy, a potem odskakiwałem z powrotem do kuchennego blatu. Nic dziwnego, że w końcu mnie złapał i postanowił zatrzymać przy sobie. W końcu zdążył przyjść wieczór, impreza u Mariki oraz ta w centrum miasta już się pewnie zaczęła, a ja ciągle miałem wymówki i broniłem się jak mogłem, by tylko dłużej nie przebywać w jego obecności. Bałem się? Nie. Stresowałem, to słowo jest odpowiedniejsze i niemalże w pełni odzwierciedla moje uczucia w tej chwili. Jednocześnie bardzo nie chciałem, by cokolwiek zauważył, dlatego gdy rozluźnił uścisk, usiadłem na kanapie obok.
- W twojej wypowiedzi kryje się jednoznaczna odpowiedź – uśmiechnąłem się lekko i opierając o poduszki, zerknąłem kontrolnie w stronę kuchni. Cóż... Powiedział, że pozmywa. Dobre i tyle, nie będę się kłócić.
- Ale dzisiaj ja wybieram – stwierdził, szperając w biblioteczce.
- O nie, znowu to mordobicie...
- O nie, znowu Harry Potter?
- Dobra no! - mruknąłem, przewracając oczami. - Spotkajmy się pośrodku: Avengers. Masz tam te swoje walenie po mordach.
- Niech będzie – zgodził się i zgodnie z moim życzeniem, zaczął szukać filmu na liście.
I właśnie o tym mówię. Choć nie leży mu mój gust, nigdy nie powiedział mi na ten temat złego słowa i w większości przypadków godził się na film mojego wyboru. Był kochany.
Oparłem się o niego lekko i z zaskoczenia pocałowałem w szyję.
- Puść co tam chcesz, bez różnicy.
W odpowiedzi objął mnie ramieniem i ostatecznie na ekranie jednak ukazała się produkcja, o której mówiłem.
- Na tym mi nie zaśniesz, więc niech już będzie.
No przecież nie zasypiałem na tych całych... ugh! No nie ważne, było moje, był Loki, też dobrze. Od razu odpowiadam na pytanie: nie, nigdy nie wyleczę się z postaci po ciemnej stronie ciasteczka. Moja wina, że byli ciekawsi i znacznie bardziej dopracowani? Więcej wnosili do fabuły, byli tajemniczy, lepiej odegrani, a niekiedy i ważniejsi od samego dobrego, głównego bohatera. Jak się okazuje moja miłość platoniczna z filmów i książek znajdowała swe odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. A kim innym niby był Ari, jeśli nie „tym złym”? I był ciekawy. Znaczy bardziej ciekawszy od tłumu baranów bez życia na ulicy.
W okolicach północy zwlokłem się niechętni z kanapy do kuchni po kieliszki i szampana z lodówki, a kiedy wróciłem zaległem z powrotem, tylko w nieco innej pozycji. Kieliszki wylądowały niezmiennie na stole, butelka z dala ode mnie w obawie tego, co może się przytrafić, kiedy znowu się do niej dobiorę, zaś ja sam przytulony do jego ramienia. Chwilę później rozpoczęło się odliczanie, a ciemnowłosy otworzył butelkę szampana i rozlał go nam obu do kieliszków. Za oknem rozbłysły fajerwerki, a my złożyliśmy sobie życzenia i upiliśmy szampana.
Z racji tego, że film dobiegł już końca nie miałem czego żałować, że akurat przepadnie mi ulubiona scena z ulubionym bohaterem w roli głównej, za to mogłem zacząć się w pełni cieszyć obecnością mojej rozgrzanej Zapałki. Wiecznie ciepłej, płonącej Zapałki. Zapałki, która zrobiła się jakby cieplejsza, gdy teraz pocałowałem go w szyję po raz drugi. W dodatku dziś napiłem się raptem pół kieliszka, więc obaj byliśmy pewni, że wszystko to dzieje się absolutnie świadomie. W pełni rozumu chciałem być blisko niego, a on nie wyraził słowa sprzeciwu.

1 komentarz:

  1. Co ten sopelek myśli? Może się w końcu doczekam tego czego chce. -.- dobrze króliczku, dziękuję ci że w końcu się na to zdobędziesz, bo zrobisz to, prawda? Trochę nudny ten wieczór ale przynajmniej razem. <3

    OdpowiedzUsuń