czwartek, 25 maja 2017

Rozdział XIV - Syrenki i inne sensacje

- To sobie przygrzeję - rzuciłem i złapałem go mocno, szybko, przyciągając do siebie i wpijając się w jego usta, na których osiadł smak tych kilku upitych łyków słodkiej kawy ze sporą ilością mleka. 
W ostatnim czasie szczerze ten smak polubiłem, szczególnie jeśli był w zestawieniu z zimnymi, miękkimi ustami Juliena. Zdecydowanie smakowanie ich każdego ranka było czymś, co zdecydowanie by mnie ucieszyło. Aż nazbyt łatwo przyszłoby mi się do tego przyzwyczaić. Dziwne, bo jeszcze do niedawna nie myślałem o nikim w ten sposób. Nie rozpatrywałem relacji z kimś pod kątem wspólnego życia, dzielenia poranków równie przyjemnie jak nocy. Co prawda do nocnych konkretów z Julienam musiałem jeszcze dojść, ale wszystko w swoim czasie i teraz naprawdę miałem nadzieję, że ten czas naprawdę miałem, że nie musiałem się martwić, spieszyć.... Było dobrze.
- Dobra, dobra... Koniec już... - stwierdził chłopak i zaczął wiercić się, żeby wyswobodzić się z moich objęć. Nawet jeżeli chciał się odsunąć, to na jego ślicznej buzi gościł cudny uśmiech. Cholera! Jak on mi się podobał kiedy patrzył na mnie z takim ciepłem w oczach. Jak nie byłem jakimś wielkim amatorem tulenia się i innych czułostek, tak w takich chwilach miałem ochotę zamknąć go w objęciach i zwyczajnie zgnieść.
- No ok... Ale to tak tymczasowo - stwierdziłem. Dobra, tutaj może i musiałem się hamować, ale w naszym mieszkaniu nie miałem zamiaru. Oj, nie... - To ja znikam się nieco ogarnąć. Masz grzecznie na mnie czekać - pocałowałem go jeszcze przelotni i ruszyłem do łazienki.
Okazało się, że musiałem nieco kwitnąc pod drzwiami, bo Mari akurat mnie uprzedziła.
- I jak się spało, Płomyczku? - zaśmiała się ledwie wyszła. Oczka jej błyszczały co zwiastowało jedno... Jędza znów coś knuła jak nic. Az za dobrze ją znałem i wiedziałem, że kiedy aż do tego stopnia ciszy mordkę, to coś jej się rodzi w tym rudym łbie albo właśnie coś zwyczajnie zmalowała. Była jak kot, który zeżarł kanarka, mogłaby zacząć się teraz oblizywać.
- Nawet nie będę pytać co tym razem... - stwierdziłem. - A co do spania, to dobrze - uśmiechnąłem się do niej jadowicie.
- Wiem! - zapiszczała i w podskokach czmychnęła do pokoju. 
Dobra, to już było dziwne, ale prędzej czy później i tak wylezie co ona znów kombinuje. Z resztą już teraz to nie mogło być coś groźnego.
Umyłem się szybko i również w pośpiechu ubrałem, ale jak się okazało i tak za wolno, bo Julien wymknął się z pokoju i siedział teraz z moją mamą i Mariką w kuchni.
- ...jak był mały to uwielbiał Małą Syrenkę - doszło do mnie i aż jęknąłem. Jeszcze tego mi brakowało.
- Chwilę mnie nie ma i już mnie obgadujecie? - spytałem rozgrzewając kubek z kawą w dłoniach tak, żeby zawrzała.
- Nie obgadujemy cię, kochanie - rzuciła mama z uśmiecham. - Zwyczajnie opowiadam Julienowi nieco o tobie, bo ty sam zdecydowanie za rzadko to robisz. Wątpię, żeby coś się w tej kwestii zmieniło.
- O niektórych pierdołach zwyczajnie nie ma co mówić - stwierdziłem.
- Jakich pierdołach? To, że chciałeś kiedyś żenić się z rudą rybą to wcale nie taka pierdoła - odezwała się Mari.
- Dobrze, że nie z rudą wiedźmą - odgryzłem się.
- Był taki uroczy... - zachwyciła się moja mama, puszczając mimo uszu moją wymianę zdań z Mari i wskazując na coś palcem.
- No błagam... serio?! - jęknąłem, bo Julien trzymał w dłoniach nic innego jak rodzinny album, z którego straszyło moje zdjęcie, na którym miałam może z sześć lat i byłem po samo czoło umazany czekoladą.
- Super piżama... - stwierdził i widać było, że z trudem powstrzymuje śmiech. 
No tak... widok małego, pyzatego mnie w piżamie w dinozaury był naprawdę powalający. Szczególnie w zestawieniu z tym, co ze mnie wyrosło. 
Po dość długim poranku, podczas, którego zjedliśmy solidne śniadanie, a do tego ja najadłem się solidnej dawki upokorzeń pokroju mojego pierwszego dnia w przedszkolu, który spędziłem płacząc do tego stopnia, że musieli wezwać moją mamę, żeby mnie zabrała do domu (w ogóle cudem było to, że nie puściłem tam nic z dymem), mogliśmy wreszcie jechać do domu. Najpierw oczywiście mama obładowała nas jedzeniem, które mogłoby pomóc nam dobry miesiąc przetrwać apokalipsą zombie.
Pierw odwiozłem Juliena, żeby nie wozić tego zmarzlucha motorem, później odstawiłem Marikę pod dom.
- Dzięki - rzuciła. - A i... ślicznie razem wyglądacie - zaszczebiotała, a komórka w mojej kieszeni zawibrowała. Wyjąłem urządzenie i otworzyłem wiadomość, w której... było zdjęcie mnie i Juliena... śpiących.
- Kiedyś ty to zrobiła?! - wrzasnąłem za nią, ale ona z radosnym śmiechem czmychnęła już wnętrza budynku.
Jak matkę kocham, kiedyś ją zatłukę... Teraz jednak miałem ważniejsze rzeczy do zrobienia. Chciałem jak najszybciej jechać do domu, do mojego białowłosego pieszczocha. Na dodatek chciałem mu wreszcie pokazać co takiego mu kupiłem i miałem nadzieję, że jednak mu się spodoba...

1 komentarz:

  1. Jak słodko, lura w końcu się podoba. :* Ta kobieta jest cudem ale zdecydowanie zbyt cwanym. Chciałabym zobaczyć tą fotografie, szkoda że nie będzie mi dane. <3 co za niespodzianka :o Też bym chciała zobaczyć to zdjęcie, chociaż chyba moja wyobraźnia wystarczyła żebym dostała kociej mordy. <3 Spodoba się, wierzę.

    OdpowiedzUsuń