sobota, 20 maja 2017

Rozdział XIV - Wspólna noc

Z wdzięcznością przyjąłem ubrania od mamy Ariana i udałem się do łazienki, by choć względnie doprowadzić się do ładu. To był... naprawdę ciężki dzień. Nie dlatego, że był zły, bo początek i koniec miał naprawdę dobry, zwyczajnie stres związany z kolacją w domu rodzinnym doprowadził mnie do lekkiego szaleństwa. Szczerze mówiąc, to kiedy spojrzałem w lustro na swoje odbicie miałem ochotę zapaść się pod ziemię. To ja tak wyglądałem przez cały ten czas? Jakieś podkrążone oczy, włosy w nieładzie i inne mankamenty urody dobitnie ukazały się dziś na mojej osobie. Akurat dziś, kiedy spędzałem ten czas z tak ważnymi dla mnie osobami... świetnie. Jednak On nic nie powiedział... z grzeczności czy..?
Chyba nie było takiej tragedii, skoro nikt mi tego osobiście nie wytknął prosto w twarz. Z tego co wiem, co zarówno Arian, jak i Marika nie grzeszyli umiejętnością gryzienia się w język i raczej łatwo im przychodziło mówienie na każdy temat. Dobrze to się takim żyje, nie przejmują się innymi, ani ich sposobem myślenia czy punktem widzenia. Fajne życie, takie... bezproblemowe. Szkoda, że ja mam zupełnie inny temperament i raczej wolę się schować pod miotłę w wielu przypadkach. Lecz często nie znaczy zawsze, na co dowodem jest choćby nasze pierwsze spotkanie w kawiarence przy uczelni. Czy wtedy potrafiłem ugryźć się w język?
Ostatecznie wszedłem w końcu pod prysznic, lecz z bólem serca musiałem przyznać, że brakuje mi tutaj moich rzeczy. Jakby nie patrzeć mój żel pachniał inaczej niż ten; przy lustrze nie stały kremy ani akcesoria do makijażu, a zwyczajnie nasze „mazidła pierwszej potrzeby”. Tutaj było jednak czuć, że mieszkanie należy do kobiety. No i najważniejsze: nie pachniało tak, jak tam. Przyzwyczaiłem się już do charakterystycznego zapachu, który odurzał mnie co rano i usypiał co wieczór, i dalej nie chciało mi się wierzyć, że działo się tak jedynie za sprawą mydła. Ta chodząca Ameba wydzielała jakieś feromony czy jak? Przecież żaden normalny człowiek nie pachnie tak charakterystycznie... Och, „normalny”, słowo klucz... No tak, zapomniałem, że obaj nie jesteśmy „normalni”.
Po wyjściu z kabiny z radością odkryłem, że dane mi rzeczy faktycznie pasują. Mimo to czułem się, jakbym miał na sobie ubrania po starszym bracie, a nie po swoim... Nie ważne, nie było tematu. Szybko zebrałem się i opuściłem łazienkę, kierując się prędko do pokoju, gdzie od razu odłożyłem swoje rzeczy na fotel. Wigilijna noc spędzana w innym domu, w innym łóżku, ale z bliską osobą... dlaczego miałem przeczucie, że będzie ona znacznie odbiegała od reszty? Niby już poprzedniej nocy spaliśmy razem w łóżku, jednak dziś czułem, że może coś się wydarzyć. Jednocześnie na samą myśl, co to może być ścisnęło mnie w żołądku. Nie, nie, nie... Wyganiamy te myśli, a posły sobie, sio.
Z racji tego, że nie było tam jeszcze Ariana wróciłem się na chwilę do tego pomieszczenia, które w każdym domu było skupiskiem ludzi wszelkiego rodzaju – kuchni. I tak jak się spodziewałem, właśnie tu urzędował skubaniec razem ze swoją mamą. A tak na marginesie, kobieta widząc mnie, zrobiła mi herbatę w dużym kubku. Co za wspaniała istota!
- Dziękuję bardzo – uśmiechnąłem się, otulając dłońmi kubek i przytykając sobie do ust. Zapamiętała, że lubię słodycze, bo herbata była solidnie słodzona miodem. Pyszności.
- Ależ nie ma za co – odwzajemniła mój uśmiech, wycierając mokre dłonie w ręczniczek. - No to ja was zostawiam, śpijcie dobrze.
- Wzajemnie – odpowiedziałem, odprowadzając ją wzrokiem, kiedy odchodziła do drugiego pokoju. Wtedy też przeniosłem spojrzenie na chłopaka przy parapecie, a gdy spojrzał na mnie z dziwnym niezrozumieniem, sam z siebie się uśmiechnąłem. - Co, nie wolno mi patrzeć?
- Jeszcze nic nie mówię – odparł z zagadkowym dla mnie uśmiechem na ustach.
- Jeszcze... - zakpiłem, przewracając oczami. - Idę do pokoju zagrzać łóżko, a ty idź się myć – skwitowałem, kierując się w stronę wyjścia na przedpokój. I pomyśleć, że gdybym nie zadzwonił, prawdopodobnie właśnie teraz gniótłbym się dalej w niewygodnym towarzystwie mojej matki lub sunął po naszym mieszkaniu jak duch, cały opatulony kocem. Obecna perspektywa wieczoru pasowała mi o wiele bardziej.

1 komentarz:

  1. To nie feromony, to jego urok osobisty. <3 Nie odganiaj swoich chęci, nie bądź taki. Znowu mam wrażenie jakby coś się szykowało. Zawiodę się, prawa?

    OdpowiedzUsuń