środa, 15 lutego 2017

Rozdział II - Znowu ty?

Tym razem to ja otworzyłem szeroko oczy. Zapach dymu... dobrze czuję? Szybko jednak się otrząsnąłem i znowu wrogo zmrużyłem oczy. Przecież widziałem w jak wielki szok wprawiłem go swoimi słowami, nie mogłem dać mu tej satysfakcji i tak po prostu się przestraszyć. Bo się nie bałem, okej? To tylko zdziwienie, szok... termiczny. Swoją drogą to zaciekawiła mnie pewna kwestia, gdy ten wielgachny dupek opuścił kawiarenkę: czy aby na pewno był taką zwykłą amebą? Nie odezwałem się do niego słowem, kiedy już mnie puścił i pozwoliłem mu wyjść. Nie chciałem na nowo rozpoczynać wymiany zdań, przecież to na nic. Dupkiem był, jest i dupkiem pozostanie, a ani jedno z moich słów nie dotarło do niego w sposób taki, jakiego się spodziewałem. To znaczy... nie oczekiwałem automatycznego przestawienia się z poziomu neandertalczyka na jakiegoś biznesmena, ale liczyłem na choć odrobinę skruchy. Przeliczyłem się, no jasne, bo po co słuchać?
Wszyscy ci, których ryk tej małpy postawił pod ścianą pomału zaczynali na nowo oswajać się z miejscem i ogólną, przyjazną aurą, po tym jak „niebezpieczeństwo” minęło. Ale ponowię pytanie: czego tu się bać? To tylko człowiek. Wielka, nadzwyczaj głupia góra mięsa, której się trochę we łbie poprzestawiało i nic poza tym. Nie będę się bawić w społecznika, behawiorystę ludzkich szczeniąt i ganiać za nim jak obłąkany, by przyswoił te akceptowane społecznie nawyki, jednak mam przeczucie, że to nasze nie pierwsze spotkanie. Skąd? Bo zawsze tak jest... gdy nie chcesz widzieć danej osoby już nigdy więcej na oczy. Chwyciłem jeszcze tylko za materiał koszuli i przyjrzałem mu się, mrużąc oczy. I skąd tu niby ślad po przypaleniu..? Przecież nie pożółkłaby w sekundę bez wyraźnego oddziałującego na nią czynnika... Ciekawe.
Wyrywając mnie z zamysłu dziewczyna, która towarzyszyła mi przy stoliku położyła rękę na moim ramieniu i pociągnęła za sobą do stolika.
- Po co zawsze musisz się odezwać? Sam świata nie zmienisz!
- Irytuje mnie prostackie zachowanie, tak? Nic poza tym.
- Ach, przestań już – westchnęła ciężko. - Zamówię ci ciastko z rabarbarem.

Od tego feralnego wydarzenia minął tydzień. Na szczęście od tamtego czasu miałem to szczęście i nie miałem z nim już do czynienia, a i nie słyszałem o żadnych przykrych wydarzeniach na terenie uczelni, więc zdawało mi się, że jednak się pomyliłem. Czyli, że... że już go nie zobaczę! Tak! Tej kreatury, tego błędu, tego dziwnego pomiotu o mózgu ameby i posturze goryla! Nie no, drodzy państwo, ten dzień nagle stał się jeszcze bardziej cudowny. Trzeba by to czymś uczcić i wyjść gdzieś na miasto, napić się bubble tea z tapioką, przy okazji trochę w ciszy i idealnej samotności odpocząć od gwaru panującego na uczelni... tak, to był idealny plan na dzień. Kolejne wykłady zaplanowane były na popołudnie, więc miałem dość sporo czasu dla siebie.
Wychodząc z domu nie spodziewałem się, że nogi zaniosą mnie tak daleko. Jednak słuchawki na uszach to magiczna metoda, dzięki której naprawdę można zajść dwa razy dalej niż się planuje. Pogoda w dodatku dopisywała, słońce świeciło tak, że krótko mówiąc raziło po oczach. I może to dziwne, ale lubiłem ten czas w roku. Było właśnie tak cicho...
- Nie swędzą cię czasami zęby, szczeniaku?
O nie, tylko nie TEN głos... nie śpieszno mi było, by spojrzeć w tamtym kierunku, jednak słysząc dźwięk obijanych kości instynktownie odwróciłem głowę w tamta stronę. Oho, tak, to moja ameba we własnej osobie, a ja znowu jestem przy takim zdarzeniu... to chyba jakiś chore przeznaczenie! I nie podszedłbym tam i zainterweniowałbym, gdyby nie to, że... cholera jasna, JA jestem tym DOBRYM i nie mogę pozwolić, by takie rzeczy miały dalej miejsce, kiedy jestem obok!
Zatem po chwili wahania przyspieszyłem kroku i znalazłem się niebezpiecznie blisko zajścia. Już miałem wyciągnąć do niego rękę, pociągnąć go za ramię, jakoś uspokoić, nie wiem, cokolwiek poczułem swąd spalenizny. Zmrużyłem oczy, przyjrzałem się uważnie. To chyba jakiś żart... to on tak śmierdział? To on się palił?
- Uspokój się, idioto! - warknąłem w końcu stojąc krok za nim i zacisnąłem mocno ręce w pieści, zaś z mojej strony powiał chłodny wiatr rodem ze Skandynawii. - Co tym razem ci zrobili, przeszli za blisko?! - dobrze, że miałem maskę na ustach, bo z nerwów aż zagryzłem dolną wargę. Boże, jak dawno nikt nie działał mi na nerwy tak, jak on!

2 komentarze:

  1. Robi się gorąco. :3 Nie będę się rozpisywać, czytam dalej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, dobrze czuć zapach dymu. I nie, na szczęście dla mnie i nieszczęście dla Julka panowie spotkają się jeszcze. W końcu to takie przeciwieństwa, a one przecież się przeciągają! <3 Ich spotkanie to przeznaczenie, zanosi się na epicką walkę 8_8

    OdpowiedzUsuń