- Podobno, jak byłem mały to
dostałem kataru i zacząłem strzelać sopelkami lodu na prawo i
lewo – odparłem z uśmiechem. - Wystraszyłem tym trochę nianie.
- Nianie? To rodzice się tobą nie
zajmowali?
- Nie do końca, zaczęli później,
jak skończyłem podstawówkę. Może przez to stracone dzieciństwo
mama sobie tak na mnie wszystko odbija, nie wiem. Tak mi się wydaje
– wzruszyłem ramionami, rzucając pogardliwe spojrzenie talerzom
na stole.
Trzeba się było za to wziąć, pozmywać, ogarnąć co
nieco... jak to teraz tak zostawimy to wszystko pozasycha, a jutro
już sobota i nie miałem zamiaru rozpoczynać dnia stojąc w kuchni
przy garach, rąc wczorajsze resztki z talerzy. Swoja drogą bardzo
ulżyło mi i jednocześnie ucieszył mnie fakt, że tak smakowało
mu moje jedzenie. Czyli jednak mogę śmiało gotować dla innych
bez obaw, że to tylko ja mam skrzywione kubki smakowe i wyłącznie
mi smakuje. Na następny raz będę musiał zapamiętać, żeby
dodać więcej pieprzu i... może kupie papryczki chili? Skoro tak
bardzo lubi ostre potrawy to meksykańska kuchnia powinna być w
porządku. No cóż, wypróbuję to innym razem.
- Masz jakieś plany na wieczór? -
spytałem jeszcze, zabierając talerze ze stołu i wstawiając je do
zlewu, by następnie zalać wodą. Ostatecznie to rozwiązanie
będzie najlepsze.
- Mówiłem, zwykle oglądam jakiś
film. A co?
- Dołączę się, możesz sam coś
wybrać. Tylko najpierw muszę zajrzeć do notatek i się trochę...
- Zgłupiałeś do reszty, konusie?
Piątek wieczór, a ten z książką zasiada. Weź to pierdol
chociaż raz.
- Mam zaległości, muszę je szybko
nadgonić i nie mogę sobie pozwalać na takie coś, jak
odpuszczanie wieczoru – rzuciłem mu pewne siebie spojrzenie. On i
tak nie zrozumie, nawet nie robi notatek, a grzeje wyłącznie swoje
cztery litery przez wszystkie godziny na uczelni.
- Ech, rób jak chcesz. Ja się stąd
nie ruszam.
- Super – wskazałem na zlew pełen
naczyń. - To ty pozmywaj, będę u siebie.
Wieczorem wreszcie porzuciłem książki
i zeszyty, odkładając je w miarę poręcznym miejscu, jakim była
szafka przy łóżku. Zapewne gdyby ta chodząca zapalniczka tu
weszła prychnęłaby śmieszek na widok moich priorytetów. W końcu
telefon rzucony gdzieś na drugim końcu pokoju, a książki tuż
obok głowy to rzadki widok, a szczególnie już dla niego.
Zdecydowałem się wreszcie włączyć telefon, jednak nawet nie
sprawdzając nieodebranych połączeń od razu go wyciszyłem. Matka
pewnie tego wieczoru już nie zadzwoni, ale znając życie zrobi to
jutro o poranku, a ja nie miałem ochoty denerwować siebie, jak i
Ameby od samego rana.
Zostawiłem wszystko w pokoju i
poszedłem wziąć prysznic. Dopiero tutaj, kiedy w łazience stały
wyłącznie moje kosmetyki spostrzegłem się, jak wielka różnica
była pomiędzy nami nawet w kwestii higieny. Mój krem, żel,
perfumy, szampon i gąbka konta mydło i ręcznik Ariana. Zaśmiałem
się pod nosem, był niemożliwy. A mimo to tak strasznie ładnie
pachniał... Ale nie, nie tym razem, nawet wiszący w powietrzu
zapach nie skusił mnie do ponownego powąchania jego ręcznika.
Tamten raz mi w pełni wystarczy do końca życia. Do salonu wróciłem
ubrany tak samo, jak o poranku, a moje włosy leżały w lekkim nie
ładzie. Z twarzy zniknęła maseczka, a z mimiki mojego
współlokatora mogłem wyczytać, że chyba jest zadowolony.
Jakoś... nie wiem, cały czas zapominam o słowach, które do mnie
wypowiedział. Dobrze się przy nim czułem, lubiłem z nim
rozmawiać, ceniłem sobie jego szczerość i w tym wszystkim gdzieś
mi to umykało. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Raczej to drugie,
tylko nie bardzo wiem jak na to zaradzić.
- To co oglądamy? - rzuciłem,
siadając obok na kanapie. Cwany uśmiech, jakim mnie obdarzył
odrobinę zbił mnie z tropu.- Horror, nie popłaczesz się ze strachu?
- Chyba żartujesz – prychnąłem, naciągając na siebie koc. Bądź co bądź mieliśmy coraz późniejszą jesień, już prawie zima i wieczorami było naprawdę chłodno.
- Sam mi kazałeś wybrać to masz.
- Dobra, dobra, nic nie mówię... davai – zaakcentowałem po rusku, uśmiechając się przelotnie.
No i włączył... i się zaczęło.
Jak ja nie znosiłem horrorów... nie mogłem mu przecież tego
powiedzieć, znowu by sobie ze mnie zadrwił. Ogólnie fabuła była
naprawdę wciągająca, podobał mi się zamysł, te wszystkie
straszki też nie były złe do momentu, aż naprawdę na ekranie nie
pojawiło się nic przerażającego. Szczerze mówiąc to nawet nie
zauważyłem, kiedy zrobiłem sobie z mojego towarzysza poduszkę.
Zawinięty w koc, oparty głową częściowo o jego udo, a częściowo
o poduszkę czułem się na tyle komfortowo, że niezbyt przejmowałem
się tym, co może teraz myśleć. Pewnie się śmiał, kiedy to co
straszniejszy moment naciągałem koc na oczy, a potem bardzo wolno
go zsuwałem, by się upewnić, czy na pewno już mogę patrzeć. Nie
chciałem, żeby miał mnie za tchórza... Tak bardzo tego nie
chciałem... A jednak nie potrafiłem tak po prostu, niewzruszenie
oglądać filmu. Pewnie gdyby go tutaj nie było już w połowie bym
to dziadostwo wyłączył i poszedł w cholerę, a potem pół nocy
tworzył niestworzone historie na temat tego, co tam widziałem.
Jednak on tutaj był i... po części niwelował mój strach. Byłem
mu naprawdę wdzięczny za obecność, że mnie nie zrzucił, że nie
powiedział tych prześmiesznych myśli, jakie pewnie miał na mój
temat na głos. Tak po prostu, cieszyłem się, że tutaj jest. Ze
mną.
Sopelki. <3 Jak to śmiesznie brzmi w tym zdaniu. Julek jaka ty masz wiedzę o kuchni, przynajmniej zadbasz o tego wypłosza. ^^ Dobrze, trzeba trochę podregulować Amebe. Boje się jak będą wyglądać te naczynia. Jak słodko, Ari że ty go nadal nie bierzesz to dziwne. Cudeńko nie chłopak. <3
OdpowiedzUsuń