Ten poranek należał do zupełnie nowego rodzaju. Nie opierał się na zwykłym "cześć" poprzedzonym próbą zwleczenia Ariana z łóżka, ani na jedzeniu jajecznicy czy kanapek z wiadomościami ze świata w tle. Ten poranek rozpoczął się w jednym łóżku właśnie z moim współlokatorem, przeniósł do salonu i tam jego kulminacją było dopiero śniadanie oraz... całus, czyli rzecz, do której zdecydowanie będę musiał przywyknąć. Wczorajszy wieczór zaprowadził w moim życiu osobistym wiele zmian, o których sam jeszcze nie zdawałem sobie sprawy. Zerwaliśmy z relacją dwójki przyjaciół, która łączyła nas do tej pory, a rozpoczęliśmy nową drogę, na której nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. Od tego dnia byliśmy parą... Wciąż było to dla mnie dziwne i zaskakujące zarazem. Ja w związku z innym mężczyzną... nikt nie może o tym wiedzieć. I nie, to nie tak, wcale się go nie wstydzę po prostu znam ludzi z mojego otoczenia, a ci raczej nieprzychylnie spoglądali na tych o odmiennej orientacji seksualnej. Nie chciałem wytykania palcami, ani plotek za plecami, chciałem tylko spokojnie dotrwać do końca studiów i jednocześnie sprawdzić, jak długo ze sobą wytrzymamy. Bo przecież to, że jesteśmy ze sobą wcale nie oznaczało długiego, radosnego życia już tylko we dwoje aż po grób. A poza tym... czy to co do niego czułem to miłość? Czy to tak objawia się to dziwne uczucie, którego nikt nie potrafił zdefiniować? Byłem zniesmaczony, może nawet zazdrosny, gdy przyszło mi oglądać go z innym... A kiedy mnie całował czułem się kompletnie inaczej, niż gdy robił to ktokolwiek inny... ale czy to miłość? Na razie wiedziałem tylko tyle, że mi na nim zależało... Tylko albo AŻ. Wszystko wyjdzie w praniu, musimy dać sobie trochę czasu, a poza tym... późnym wieczorem czeka nas jeszcze wspólna wigilia, podczas której również może się wiele wydarzyć.
Po śniadaniu, jak i w jego trakcie rozmawialiśmy jeszcze o rzeczach mniej oraz bardziej przyziemnych. Praktycznie zaczęło się od tego, jak beznadziejną zimą zaszczyciła nas pogoda w tym roku, a skończyło na wzajemnym dogryzaniu w kwestii prezentów. Swoją drogą... nawet w czasie trwania tych najgorszych dni między nami, pomyślałem o prezencie dla Ameby choć wcale nie musiałem. Może nie oczekiwałem czegokolwiek w zamian, jednak byłem zwyczajnie ciekawy czy tak samo, jak ja o nim, on pomyślał o mnie. Jakby nie patrzeć to były święta, chyba nikt nie potrafił ich przeoczyć zwłaszcza, kiedy sklepy i galerie bombardowały kiczowatym "Last Christmas" już od listopada. To właśnie ten "czar świąt", o którym wszędzie była mowa był w ten sposób zabijany i w rezultacie, gdy pierwszego dnia świąt człowiek chciałby posłuchać czegoś w tych klimatach, tak wszelka ochota przechodziła w upływie minuty. Co za dużo to niezdrowo, ale jak widać markety nigdy się tego nie nauczą...
Arian wyszedł z domu pierwszy, musiał w końcu jechać po Marike i dopiero wtedy do domu swojej matki. Ja za to miałem ten czas, by zebrać się w sobie i przemyśleć kilka kwestii odnośnie nadchodzącej kolacji. Znów zobaczę się z tatą... Cieszyłem się na to spotkanie, bo przynajmniej ten jeden rodzic naprawdę chciał mnie zobaczyć. Natomiast co do mojej matki byłem bardzo sceptycznie nastawiony... Arian nadał jej łatkę "Harpii" i szczerze mówiąc to zastanawiałem się właśnie, czy jego teza nie jest trafna w stu procentach. Dobrze wiedziałem... oboje wiedzieliśmy, jak bardzo potrafi ona dać w palnik i brzęczeć, a nawet ryczeć nad uchem swoje poglądy. Do tego to nawet przywykłem, nie było to aż takie złe, jak się ma doświadczenie i opatentowane metody na skuteczne nie słuchanie, jednak bałem się czegoś zupełnie innego.
Wiedziała ona bowiem, że mieszkam właśnie z nim, przecież widziała nas razem przed uniwersytetem. I choć nie miała bladego pojęcia, jaki jest to bez uprzedzenia, kompletnie nietaktownie zaczęła na niego wymyślać. A co by się stało, gdyby dowiedziała się o tym, co miało miejsce wczoraj? To chyba wystarczający powód, dla którego chcę trzymać to w sekrecie. Może niekoniecznie, aby absolutnie nikt nic nie wiedział, ale... Rodzina nie może się dowiedzieć.
Około godziny siedemnastej byłem już w swoim starym domu, w którego drzwiach z uśmiechem przywitał mnie ojciec. Od razu zrobiło mi się lepiej, gdy go ujrzałem. Może jaki był taki był, ale z jego ust nigdy nie padło żadne złe słowo na mój temat, poza tym był jedyną osobą, która potrafiła udobruchać mamę. Tak, dokładnie tak. Gdyby nie wpływ mojego taty, nigdy nie mógłbym wyskoczyć do kina czy gdziekolwiek indziej z grupą znajomych, która zresztą i tak nie była zbyt liczna. Taka to była ze mnie dziwna osoba, którą ludzie często rozpoznawali w tłumie i wiecznie otaczali ze wszystkich stron, jednak gdy przychodziło co do czego nie było nikogo... Zupełnie jak wtedy, gdy szukałem osoby z wolnym pokojem do wynajęcia i nagle wszyscy, absolutnie wszyscy się odwrócili. Dość brutalne zetknięcie ze światem dorosłych, musiałem to przyjąć i jakoś przetrawić. Jedno było i wciąż jest dla mnie jednak chore: po co rodzice uczą swoje dzieci, by były grzeczne i pomocne, skoro w przyszłym życiu i tak to dobro do nas nie wraca? Ale mnie wzięło na głębokie refleksje, a to tylko za sprawą zobaczenia się z tatą.
- Cześć tato, jak tam mama? - spytałem z uśmiechem i dałem mu się przytulić.
- Jeszcze w dobrym nastroju, oby się utrzymało! - roześmiał się, psując mi jako takie ułożenie włosów poprzez ich czochranie. Zaraz po tym zamknął za mną drzwi i faktycznie, ujrzałem uśmiechniętą kobietę.
Ciężko było w to uwierzyć, ale to faktycznie była ona. W dodatku przez resztę formalności typu połamanie się opłatkiem i wszelkie rozmowy przy stole jej humor nie uległ większej zmianie. Dalej się śmiała i chyba... naprawdę cieszyła z mojej obecności. Nareszcie, chyba coś zrozumiała, co i mnie zresztą od razu wprawiło w lepszy nastrój. Magia świąt, co?
Tak mi się wydawało. Myślałem, że ten radosny nastrój utrzyma się przez resztę wieczoru i wszystko to zakończy się miło dla obu stron. Miałem wielkie nadzieje, w duszy odmawiałem zdrowaśki, ale nie... To nie byłaby moja matka, gdyby nagle nie pojawił się jakiś zgrzyt.
- A jak tam studia? - spytał tata, jak zwykle nakładając sobie na talerz potworne ilości jedzenia, a mimo to wciąż był szczupły.
- Dobrze. Ostatnio tylko trochę się działo i...
- Nie mów, że znów opuszczasz zajęcia - przerwała mi matka, a mnie automatycznie coś ścisnęło w żołądku.
- Tylko kilka, naprawdę, to nic poważnego. Pojawiła się nowa rozpiska i te naprawdę nie były szczególnie ważne, zresztą miałem na głowie ważniejsze rzeczy - odpowiedziałem twardo, starając się wybronić.
- Nie wierzę, co się z Tobą stało? - jęknęła bezradnie, jednak był to raptem chwilowy stan. Zaraz po tym zmrużyła gniewnie oczy, zapewne właśnie uroiła sobie swoją wersję wydarzeń. - To na pewno ten chłopak, z którym zamieszkałeś. To on Cię demoralizuje! Może jeszcze mi powiesz, że imprezujesz po nocach?!
- Margaret, uspokój się. Nawet nie dasz Julienowi dość do słowa i już się awanturujesz - wtrącił tata, chcąc najwyraźniej zgasić ten płonący w niej ogień.
- Nie widziałeś z kim mieszka twój syn. Ten chłopak już dawno powinien siedzieć za kratami!
- Ale on nie zrobił nic złego! Przypomnę ci, mamo, że to ty nie dałaś mu dojść do słowa i to ty go sprowokowałaś.
- I pewnie też moją winą jest to, że wygląda, jakby uciekł z poprawczaka? - niemal na mnie warknęła, cudowna mamusia.
- Nie przesadzaj, poza tym nie odbiegaj od konktekstu. Nie przez niego opuściłem wykłady, po prostu na nich ne byłem... nie może mi się nie chcieć?
- Julien, odkąd się z nim zadajesz twoje zachowanie jest skandaliczne. A ten gówniarz, którego tak bronisz wygląda na zwykłego dziwkarza.
- Mamo! - wstałem od stołu, omal nie rozlewając tego, co akurat miałem w szklance. - Przesadziłaś. Wychodzę - warknąlłem i bez skrupułów odszedłem od stołu, sięgając po telefon do kieszeni.
- Julien, zaczekaj - spróbował zatrzymać mnie ojciec, jednak ja bez wahania ściągnąłem kurtkę z wieszaka i po prostu wyszedłem z mieszkania.
Jak ona mogła... Nawet w wigilię? W ten najwyraźniej dzień? Dzień, w którym zawsze było tak spokojnie? Tego roku musiała wszystko popsuć, no musiała...
Wybrałem bez chwili myślenia numer do Ariana i przytknąłem telefon do ucha.
Jeden sygnał... pewnie mu przeszkadzam.
Drugi sygnał... jest na wigilii, a ja zawracam mu dupe.
Trzeci sygnał... dobra, powinienem się rozłączyć, po co będę zawracać mu...
ODEBRAŁ!
- Ari, ja przepraszam, ale mógłbyś po mnie podjechać..?
To jest marudzenie i rozmyślania... Tez uważam że harpie należy trzymać od tego z daleka. No i jeszcze będzie mi tu filozofował, nie studiujesz filozofii czy czegoś tam kotku. ;) Trzymajcie mnie bo nie wytrzymam, ta baba jest koszmarem. Baaardzo dobrze lodóweczko, uciekaj stamtąd. Wiedziałam że do niego zadzwoni z tymi właśnie słowami, tak musiało być.
OdpowiedzUsuń