Pożegnałem się z Julienem i w naprawdę świetnym humorze podjechałem pod dom Mariki.
Wszedłem do środka bez pukania, bo dziewczyna i tak się mnie spodziewała. Nie pomyliłem się, bo ledwie przestąpiłem próg, a ruda rzuciła się w moją stronę.
- O! Jak ty się pięknie uśmiechasz! - zaszczebiotała.
- Zdaje ci się - stwierdziłem.
- Nie, kochany, nie zdaje mi się. To opowiadaj! No!
- Przecież wczoraj o wszystko wypytałaś Juliena - stwierdziłem.
- A weź! Zbył mnie! nic mi nie chciał powiedzieć! Żadnego pikantnego szczególiku! - stwierdziła z czystym żalem w głosie.
- Już byś chciała! Poza tym nie było nic pikantnego... Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, obejrzeliśmy film... Ogólnie jest dobrze - stwierdziłam, na co aż z uszu jej się kopciło, a do tego zaciskała usteczka i wierciła mi wzrokiem dziurę w czaszce.
- Tylko? No i... jesteście wreszcie ze sobą? - podpytywała dalej.
- Wiesz, że nie powinienem w ogóle z tobą gadać o nim? Szczególnie po tym co mi odwinęłaś... - rzuciłem. Tak, dalej miałem do niej mimo wszystko żal i nie wiedziałem czy kiedykolwiek przestanę go mieć.
- Ale... przecież wszystko się ułożyło... - broniła się.
- To akurat się jeszcze okaże. Póki co naprawdę się nie wtrącaj - poprosiłem stanowczo.
Mari niechętnie przestałą drążyć temat coś tam tylko czasami mamrocząc pod nosem.
Okazało się oczywiście, że ze swojej ślicznotki musiałem przesiąść się do załadowanego już mercedesa, którym od wielkiego dzwonu jeździła Marika. Raczej bała się wsiadać do tego monstrum, wolała kiedy ktoś woził jej szanowne cztery litery.
- A to? - spytałem, kiedy przyszło mi się brać za kolejne pudełko opakowane w krwistoczerwony papier ze złotymi wzorkami, obwiązane złotą wstążką i z wielką kokardą na górze.
- To dla Pieszczoszka - oznajmiła.
- Co to...? - spytałem i lekko potrząsnąłem pudłem.
- Coś, co powinieneś kupić mu ty, ale za grosz w tobie wyczucia! - skwitowała.
- Jeśli kupiłaś coś zboczonego to cię zatłukę - fuknąłem na nią.
- Jak mu się nie spodoba to ukryje w czeluściach szafy i tyle. Tobie nic do tego! - odburknęła, ale zaraz nastroje zdecydowanie się poprawiły, bo weszliśmy do niedużego mieszkania mojej mamy. Miejsca z niedużą kuchnią, wąskim korytarzem, po którym lubiłem biegać i dwoma pokojami, z których jeden był sypialnią i garderobą, a drugi wszystkim, od jadalni po salon. Kiedyś chciałem mamie kupić nowe mieszkanie, większe i w centrum, gdzie miałaby wszędzie bliżej. Ona jednak uparła się, że lubi mieszkać akurat tutaj. Tu miała przyjaciół, a samo mieszkanie budziło i we mnie mnóstwo miłych wspomnień więc w sporym stopniu ją rozumiałem.
Wszyscy, całą trójką zabraliśmy się do przygotowywania kolacji. A raczej ja nosiłem wszystko, czasami wkładając łeb do jednego czy drugiego garnka i podjadając za co zarobiłem od Mariki chochlą po tyłku, a one gotowały i piekły to, co mam już w sporej części przygotowała już zapewne wczorajszego wieczora.
Sama kolacja przebiegała naprawdę miło. Mama z Mariką śpiewały i próbowały mnie do tego nakłonić.
- Nie mam już pięciu lat i nie będę się z wali darł - śmiałem się.
Przerwał nam mój telefon.
Ktoś z życzeniami? Ale kto? - zastanawiałem się, bo chwilę mi zajęło, zanim zlokalizowałem urządzenie porzucone w kuchni na niedużym parapecie przy oknie. Było to jedyne miejsce, w którym był jaki taki zasięg.
- Julien? - zdziwiłem się, odbierając. Przecież miałem się z nim zobaczyć po kolacji.
- Ari, ja przepraszam, ale mógłbyś po mnie przyjechać..? - spytał. Głos miał słaby.
- Tak, pewnie! - rzuciłem od razu. - Pod dom twoich rodziców?
- Tak, tak... Dziękuję - usłyszałem jeszcze.
- Za kilka, góra kilkanaście minut będę - oznajmiłem. - Mari! Pożyczam wóz, niedługo będę - rzuciłem i zacząłem zbierać się do wyjścia.
- Stało się coś? - zainteresowała się mama od razu.
- Mam nadzieję, że nie... - stwierdziłem tylko i wyprułem z mieszkania, żeby pospiesznie zlecieć po schodach.
Jechałem dość szybko. Drogi były puste. Wszyscy siedzieli w domach i grzali tyłki przy wigilijnych stołach. To dobrze. Nie musiałem wlec się za nikim, szczególnie, że mi się spieszyło. Niewiele czasu więc minęło, a ja zaparkowałem pod domem rodziców Juliena. Widziałem, ze chłopak stoi przed domem, w towarzystwie starszego mężczyzny, chyba swojego ojca...
- Daj już spokój. Tak będzie lepiej - rzucił chłopak zbliżając się w moją stronę, kiedy wysiadłem.
- Dobry wieczór... - odpowiedziałem na powitanie mężczyzny, który zaraz odwrócił się w stronę budynku, z ciężkim westchnieniem.
Idąc w ślady białowłosego wsiadłem do auta i ruszyłem. Całą drogę milczeliśmy, ale aż za dobrze widziałem, że Julien jest przybity.
- Powiesz mi co się stało? - spytałem, kiedy zaparkowaliśmy już pod blokiem mamy.
- Ja... Źle zrobiłem zgadzając się an tę kolację. Myślałem, że mama zrozumiała, że jest dobrze! Ale nie! Ona zawsze musi się przyczepić, zawsze wszystko zepsuć! Znów było jak to się zmieniłem, jak to się nie uczę, a wszystko przez to, że zadaję się z kurwiarzem! - wyrzucił z siebie drżąc coraz bardziej.
Sięgnąłem w jego stronę i przyciągnąłem go jak mogłem najbliżej gładząc czule po włosach.
- Hej, hej... Nie płacz, zmarzluchu... - poprosiłem. - Jak dziś będziesz smutny to już cały rok tak będzie. Nie przejmuj się...
- A to nie działa tak w sylwestra? - spytał, kiedy odrobinę się uspokoił. Oczka dalej miał zaczerwienione od powstrzymywanych usilnie łez, a do tego lekko drżał. No tak... nikt nie wyprowadza człowieka z równowagi tak, jak ktoś nam bliski.
- Możliwe... Mama w każdym razie straszyła mnie tak też w wigilię, może tylko w ramach dyscypliny... - uśmiechnąłem się do chłopaka i odgarnąłem kosmyk włosów z jego chłodnego, jasnego policzka. - Lepiej jednak nie ryzykować, co? To jak? Uśmiechniesz się ładnie?
Nie chce mi się wierzyć że kupiła coś zboczonego, poważnie? :O Wieczorek ładny i telefon od kochasia. Cudnie, naprawdę jest dobrze.
OdpowiedzUsuń