środa, 3 maja 2017

Rozdział XIII - Na dzień przed gwiazdką

Arian... uwierzył. Naprawdę uwierzył! Nie spodziewałem się, że tak łatwo przyjdzie mi wprowadzić go w maliny. Tak dobrze kłamałem? Przecież sam musiałem się mocno powstrzymywać, trzymać emocje na wodzy, by to wszystko w ogóle wypaliło. A teraz... kiedy mi uwierzył... było mi jeszcze gorzej niż wcześniej. Dlaczego nie mogłem przestać o nim myśleć? Dlaczego, do cholery, tak bardzo byłem na niego wściekły?! Już dopuściłem do siebie myśli o ewentualnym zachwianiu orientacji, chwilowego nieposłuszeństwa zdrowego rozsądku, głupiemu zauroczeniu, o ile można tak nazwać to pojebane uczucie, jednak wciąż liczyłem na to, że jednak to tylko chwilowe, a zła atmosfera w domu, która była wynikiem tej „burzy hormonów” z czasem opadnie. Niestety, nie opadła. Stan ten utrzymywał się tak coraz dłużej i dłużej, a mnie coraz mocniej i mocniej ściskało w żołądku na jego widok.
Właśnie, widok. Niby wciąż razem mieszkaliśmy, a nie widywaliśmy się prawie wcale. Ja wstawałem wcześniej, nawet nie sprawdzając czy śpi, ale pewnie spał i wychodziłem na uczelnię. Nawet nie potrafię rozsądnie wytłumaczyć, po co to robiłem, skoro jednym uchem mi to wlatywało, a drugim wylatywało. Jestem w stanie usprawiedliwić się jedynie słowami: „musiałem czymś zabić czas”. Dosłownie i w przenośni, bo gnijąc w mieszkaniu, we własnym pokoju, mając świadomość, że gdzieś po przedpokoju może pałętać się On być może... zwyczajnie bym nie dał rady i się wyprowadził. Gdzie? Może nawet... z powrotem do domu... Swoją drogą, dawno nie rozmawiałem z mamą. Jedynie ojciec odezwał się parę razy, by zapytać, jak tam mi się żyje na własnym, ale... na tym się urywało. Nikomu nie polecam, ale też niczego nie żałuję. Czy aby na pewno..? Cieszyłem się, że już tam nie mieszkam, że mam swoje własne miejsce, nie jestem od nikogo zależny i nie mam drącej japy matki nad uchem. Cieszyłem się też z tego, że udało mi się lepiej poznać Ariana, ale już mniej z tego wszystkiego, co miało miejsce teraz. Naprawdę... Natłok myśli, jakie przechodziły przez moją głowę w przeciągu jednego dnia z pewnością przekraczał normę zwykłego, prostego człowieka, wiodącego ciche i szczęśliwe życie. Chyba nie jest mi dany ten uwielbiony spokój, którego pragnąłem od okresu dojrzewania... Wpierw matka, potem... też matka, ale już w innym kontekście, bo tym razem chodziło o studia i towarzystwo, a teraz Arian, którego ciężko mi było nazwać teraz Amebą. Nie wiem dlaczego, był frajerem nie zasługującym na tak przyjazne dla środowiska, tak po prostu. No i nie potrafiłem normalnie z nim porozmawiać, bo wszystko aż we mnie buzowało. Daj Boże zdrowie...
Ostatecznym punktem zapalnym całej tej afery było to, że zaraz miały być święta i to nie byle jakie. Najważniejsze w całym roku święta Bożego Narodzenia. Oto czas, gdy wszyscy mieli się godzić, jeść wspólnie kolację i łamać się opłatkiem oraz wybaczać sobie nawzajem wszystkie błędy. Co roku spędzałem ten czas w domu w towarzystwie rodziny, jednak w tym roku wydawało mi się, że spędzę je po prostu sam. Matka nie odezwała się choćby słowem, ojciec nie zaprosił mnie na kolacje... Ba, nawet o niej nie wspomniał. Zastanawiało mnie, dlaczego? Mama mu nie pozwoliła czy zwyczajnie zapomnieli? Oh, pięknie...
Czas leciał wyjątkowo wolno przez te ostatnie dni przed wigilią. Wszechobecna radość, kolędy i kolorowe reklamy centrów handlowych zazwyczaj działały na mnie bardzo pozytywnie, ale nie tym razem. Miałem wrażenie, że tonę, dosłownie. Czułem się tak, jakby pożerały mnie ruchome piaski. Im bardziej próbowałem coś ruszyć, cokolwiek zmienić, tym bardziej wszystko wokół mnie się waliło. Kiedy tutaj zamieszkałem byłem pełen nadziei: chciałem poznać mojego współlokatora i zmienić swoje życie, zacząć je od nowa. Tymczasem dostałem jakiś szajs, niewiarygodne gówno oraz popapranie z poplątaniem. Owszem, „coś” udało mi się osiągnąć, wydawało mi się, że zdobyłem przyjaciela... ale chyba tylko mi się wydawało. Jednak skoro nie, to dlaczego nie chciałem... nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, kiedy już byliśmy zmuszeni minąć się w drzwiach wejściowych? Zupełnie tak, jakbym miał wyrzuty sumienia i, co śmieszne, miałem je... Były niewyobrażalnie wielkie i trudno było mi to wyjaśnić, ale... Miałem takie wrażenie... Takie małe, może tylko mi się wydawało, ale... Zdawało mi się, że on też odwraca wzrok... To tylko moja wyobraźnia, czy jego też coś dręczyło..?

Dzień przed wigilią nie miałem już dokąd uciec. Uczelnia była zamknięta, więc wykładowcy oraz studenci mogli już na spokojnie zająć się organizacja świąt w swoim własnym, domowym zaciszu. Wszystko to mi wybitnie... nie pasowało. Wszędzie wkoło śmiechy, chichy, a ja siedziałem w mieszkaniu przez brak innej rzeczy do roboty i tylko dawałem się wessać bez reszty fotelowi pode mną. Tak, nie było mi to na rękę. Tym bardziej, że chyba nie tylko ja nie miałem co ze sobą zrobić i gdzie się podziać, bo na kanapie praktycznie obok mnie siedział Arian... Nie mogłem już tego znieść. Wystarczyło, że siedział tuż obok mnie, a ja nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić: przyłożyć mu już czy za chwilę? A może porozmawiać? Ale o czym? Ugh, tak strasznie działał i na nerwy..! I jednocześnie przyprawiał o mdłości... Było mi z tym naprawdę źle i w życiu nie powiedziałbym o sobie, że będzie mnie łączyła taka pokręcona relacja z innym mężczyzną, a w dodatku, że będzie to na tyle poważne, aby możliwe było zawieszenie w powietrzu siekiery z powodu gęstości atmosfery, gdy razem przebywamy.
Patrzyłem się już chyba wszędzie, gdzie tylko było mi dane: stół, dywan, pamiętne firanki. Wszędzie, byle nie na niego. Kręciłem się też co jakiś czas do pokoju i kuchni, wracając jednak z powrotem do salonu. Niby mogłem zostać w pokoju, zamknąć się na świat i spędzić tam tak kolejny dzień, ale ile można..? Jeszcze klaustrofobii dostanę i już nie będę miał w ogóle dokąd uciec... Potworną ciszę przerwał dzwonek do drzwi, na który entuzjastycznie poderwałem się na równe nogi i poszedłem otworzyć drzwi. Ktokolwiek to był i cokolwiek chciał, dobrze, że przyszedł! A nawet jeszcze lepiej, bo po otwarciu drzwi zobaczyłem znajome, czerwonawe włosy oraz radosne oczy.
- Mari, jak miło cię widzieć – uśmiechnąłem się lekko, mimo wszystko nie było mnie stać na nic lepszego. - Wesołych świąt.

1 komentarz:

  1. Oj biedna ta nasza chłodziareczka... Cała notka depresyjna, już nawet nie wiem jak to komentować.

    OdpowiedzUsuń