Kiedy Julien wpadł mi w ramiona syknąłem mimowolnie.
Widziałem jak odskoczył, czułem jak ułożył mi na twarzy swoją chłodną dłoń. To
jednak nie pomagało… Wręcz przeciwnie jego chłód tym razem sprawił tylko tyle,
że zrobiłem się jeszcze bardziej gorący. Mamrocząc pod nosem kolejną wiązankę
przekleństw ruszyłem do łazienki.
- Ari… - jęknął Julien i ruszył za mną.
- Nic mi nie jest – burknąłem i wziąłem kilka głębszych
wdechów żeby się uspokoić. – Mógłbyś okno otworzyć? Nie chcę nic zjarać… -
rzuciłem jeszcze do chłopaka, a on zrobił szybko o co prosiłem.
Widziałem kątem oka Marikę, która przyglądała nam się
wystraszona, ale nie podchodziła nie chcąc przeszkadzać. Z resztą wiedziała, że
gdyby teraz próbowała mi pomóc zwyczajnie bym ją poparzył. Już nie raz widziała
mnie w podobnych sytuacjach.
- Pomogę ci… - zaoferował Julien kiedy zacząłem z sykiem
ściągać ubrania. Jak dorwę tego skurwiela, który mi wyjechał to tak go urządzę,
że moja wkurwiona morda będzie ostatnim, co w życiu zobaczy zanim się usmaży
żywcem….
- Zostaw… - burknąłem. – Dam sobie radę. Wezmę prysznic i
będzie dobrze.
Widziałem jak białowłosy stał jeszcze chwilę blisko mnie,
wahając się, ale w końcu wyszedł, a ja mogłem zamknąć za sobą drzwi, szybko,
tak by nie przysmażyć klamki, rozebrać się i wleźć pod strugę lodowatej wody,
która przyniosła mi wreszcie ulgę.
Kiedy wyszedłem i stanąłem przed zaparowanym lustrem, a moje
ciało miało już znośną temperaturę, obejrzałem się dokładniej. Na szczęście nic
sobie nie połamałem, ale już poodzierałem się zajebiście. Zaczynały mi już
wyłazić spore sińce, a i kilka blizn pewnie będę musiał doliczyć do wizerunku,
szczególnie na ręce powyżej łokcia i na piszczeli. Pięknie…
Kilka głębszych oddechów i mogłem wyjść do zmartwionego
Juliena. Znaczy pierw do sypialni po spodnie, bo niekoniecznie uśmiechało mi
się paradować przed Mariką w ręczniku. Nie, żeby mi osobiście to przeszkadzało,
ale już Julienowi mogło…
- Trzeba to opatrzyć… - stwierdził, kiedy zobaczył, że mało co sobie
robę z otarć, na których przed chwilką dosłownie zdążyły się zrobić strupy, z
których niektóre przesiąkały jeszcze krwią.
- Nic mi nie będzie… - stwierdziłem i przyciągnąłem go do siebie.
Teraz jego chłodek był dobry… i zdecydowanie mi potrzebny, bo mogłem się do
końca uspokoić… No przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie w obecnej
chwili. – Po prostu jakiś skurwiel mi wyjechał i… będę musiał odstawić Lalunię
do naprawy.
Z chęcią dodałbym też, że czeka mnie jedno morderstwo, ale
może lepiej by było Juliena o takich rzeczach nie informować wprost…
- No już, już… nie martw się – pogłaskałem go po włosach i
pocałowałem.
W końcu wyszliśmy do salonu. Mari czekała cierpliwie. Oczywiście
też musiała mnie wypytać co się stało i tak musiałem oboje zapewniać, że nic mi
nie jest, a kilka zadrapań więcej nie robi mi różnicy. Co jak co, ale bywałem
bardziej poobijany…
W końcu zadzwoniłem po mechanika. Rikki przyjechał szybko i
zabrał moje maleństwo. Obiecał przy tym, że będzie jak najszybciej. Odetchnąłem
z ulgą. Julien jednak nie koniecznie, bo lepił się do mnie zmartwiony cały
wieczór. Nie omieszkałem tego wykorzystać i z przyjemnością zacząłem go
całować, to znów pchać łapy w milutkie miejsca, oczywiście dostałem ochrzan za
używanie poobijanej ręki, ale co tam.
Sobotni dzień spędziliśmy spokojnie. Lekko popołudniu Rikki przywiózł mi Lalunię. Nie zdziwiłbym
się, gdyby grzebał przy niej całą noc. On jeden wiedział ile ten motocykl dla
mnie znaczył. Miałem ochotę go za to autentycznie wyściskać. Zamiast tego
żarliwie mu podziękowałem i dołożyłem kupę kasy do rachunku choć się przed tym
bronił. Na co, jak na co, ale na moją ślicznotkę wydałbym każde pieniądze…
- Chyba jestem zazdrosny – stwierdził Julien kiedy uważnie
oglądałem motocykl czule go przy tym głaszcząc.
- Nie martw się, całujesz lepiej niż ona – puściłem mu oko
na co westchnął i pokręcił głową.
Przerwał nam mój telefon. Kiedy zobaczyłem numer mendy
Tarixa warknąłem pod nosem tak z czystej irytacji. Ten to zawsze potrafił wybrać
idealny moment.
- Z góry mówię, że masz się odpierdolić – rzuciłem ledwie
odebrałem.
- Ari, błagam nie rozłączaj się! – krzyknął. – Naprawdę cię
tu dziś potrzebuję… Mamy gościa z zagranicy, facet choruje na twoim punkcie,
chce się z tobą zmierzyć. Wyłożył na blat taką kasę, że jak to wypali, to
będziesz mógł sobie pół roku siedzieć na wolnym – mówił szybko.
Myślałam chwilę nie słuchając już za bardzo szczebiotu tego
idioty… Na ścisłe… przydałoby się komuś ryj obić, szczególnie jeśli w grę
wchodziły spore pieniądze.
- Dobra… niech ci będzie, że za godzinę przyjadę – rzuciłem.
- Znowu praca? – spytał Julien. – Musisz dziś? Przecież
wczoraj miałeś wypadek…
- Nic mi nie jest – zapewniłem znowu. – Wszystko ze mną
dobrze. Wrócę niedługo.
- Ale… - zaczął i spojrzał w bok widocznie znowu walcząc z
chęcią wygarnięcia mi tego i owego lub przynajmniej wypytywaniem o szczegóły.
- Nie dasz mi spokoju i będziesz tu siedział i się zamartwiał,
co? – prychnąłem krzyżując ręce na piersi i opierając się o motocykl.
- Czy to źle, że się martwię o ciebie? – spytał mierząc mnie
wzrokiem.
- Niby nie… - burknąłem i przyciągnąłem go do siebie. – Ja zwyczajnie
wiem jak zareagujesz na moją robotę…
- Skąd niby? Nie będziesz miał pewności jak zagreguję, póki
mi nie powiesz co robisz… - stwierdził hardo i oparł dłonie na mojej klatce
piersiowej.
Sapnąłem niezadowolony z faktu, ze ten temat znów jest
poruszany, ale cóż… to było do przewidzenia.
- Dobra –sapnąłem zrezygnowany. Nie chciałem kolejnej kłótni.
– Wygrałeś… Pokażę ci co robię. Ale ostrzegam. Nie wolno ci rozmawiać ani o
mojej robocie, ani o miejscu, do którego cię zabiorę czy kimkolwiek, kogo tam
zobaczysz. Rozumiemy się?
- Dobrze – powiedział poważnie.
Kiedy jechaliśmy pod podesłany mi przez Tarixa adres wciąż
nie byłem przekonany do tego pomysłu. W pewnej chwili wręcz uważałem się za
idiotę, że ciągnę Juliena ze sobą… Kłopot był jednak taki, że w końcu do tego
dojść musiało… szczególnie jeśli mieliśmy być razem, a ja chciałem z nim być i
nie uśmiechały mi się kolejne burze… Co prawda było spore prawdopodobieństwo,
że jedną właśnie sam sobie szykowałem, ale trudno…
Na miejscu ludzi było sporo. Jak zwykle widownia nieźle się
już nakręciła zanim przyjechałem. Większość ludzi witała się ze mną radośnie.
Julien szedł za mną widocznie niepewnie. Uważnie się przy tym rozglądał.
- Poczekaj tu – poprosiłem go wciąż nie do końca przekonany
do tego pomysłu. – Pamiętaj, że gdyby nie wiem co się działo, ja dam sobie radę,
więc się nie denerwuj.
Julien przytaknął tylko, a ja ruszyłem się przebrać, a
raczej zwyczajnie prawie rozebrać, bo na matę wszedłem w samych spodniach. No
dobra… miałem jeszcze dłonie ściągnięte bandażami, ale to się nie liczyło.
Moja przyszła ofiara już na mnie czekała. Facet był mojego
wzrostu i tylko nieco lepiej zbudowany, miła odmiana po wszystkich tych
drabach, którymi mnie straszono, do tego szczerzył się do mnie jak mysz do sera.
Interesujące… Chociaż nie, jednak nie szczególnie.
Długonoga blondynka w kusych ciuszkach szybko nas
przedstawiła, tak dla formalności, bo wszyscy zebrani byli dobrze doinformowani,
i mogliśmy zaczynać. Żaden z nas się nie kłaniał, nie było podawania sobie
rączek czy umownych grzeczności. Byliśmy tu po to, żeby stoczyć walkę i to na
własnych zasadach. Fałszywe koleżeństwo nie interesowało nikogo.
On zaczął pierwszy, niecierpliwie wyprowadził kilka ciosów,
które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, wręcz odgryzłem się lewym hakiem
czego się nie spodziewał, bo zarobił ślicznie w szczękę. Szybko się jednak
otrząsnął i wziął poprawkę na moją szybkość. Zdecydowanie dobrze ocenił też mój
stan, bo większość ciosów wyprowadzał na prawą stronę, tak więc zarobiłem
niezłego kopniaka w prawy bok, tam, gdzie bolało najmocniej. Zaraz później
zarobiłem i drugi raz. Karą za moją opieszałość było to, że zostałem zepchnięty
do defensywy i musiałem się skupić na unikaniu kolejnych ciosów. Nie koniecznie
było kolorowo, a moich uszu dobiegło sporo najróżniejszych krzyków. W tym krzyk
Juliena. Spojrzałem szybko w jego stronę co przypłaciłem przyjęciem kolejnego
uderzenia. Najgorsze było jednak to, że jakiś drab wystartował do białowłosego
z łapskami. Nie wiem czy chciał go powstrzymać przed podejściem do maty czy co
zrobić, ale sam fakt, że go dotknął sprawił, że wściekłem się niemiłosiernie. W
tej chwili wszystko przestało mnie boleć jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki… Wkurw zrobił swoje.
- Dobra, kurwa, trzeba to kończyć – warknąłem pod nosem i
przyjąłem kolejny cios tylko po to, żeby złapać ramię przeciwnika i wyprowadzić
solidny cios łokciem w jego szczękę. Zaraz szarpnąłem jego ramiona w dół i z
całej siły trzasnąłem kolanem w jego mostek. Ciało mężczyzny opadło, a ja
wyskoczyłem z ringu popędziłem do draba, który akurat odwrócił się do mnie tyłem
i chciał popchnąć Juliena. Niedoczekanie jego.
Moja stopa wylądowała w zgięciu jego kolana. Usłyszałem
wręcz jak jego kość chrupnęła nieprzyjemnie. Facet opadł na kolana przed
Julienem, a ja szarpnąłem jego kark i zrównałem jego mordę z posadzką.
- Nikt nie dotyka tego, co należy do mnie! – ryknąłem zanim
fagas odpłynął do krainy snów. Sądząc po tym jak wyglądała teraz jego facjata,
możliwe, że wiecznych.
Wstałem i otoczyłem Juliena ramieniem dając zgromadzonym
jasny znak, że jak ktoś go ruszy, to nogi z dupy powyrywam w znaczeniu
dosłownym…
- Upewnij się, że on wstanie albo przynajmniej będzie miał
kto za niego zapłacić – rzuciłem do Tarixa, wskazując na mężczyznę którego
zbierali z maty. Szczur cofnął się mimowolnie w chwili, w której przeniosłem na
niego spojrzenie.
Wciąż trzymając Juliena przy sobie ruszyłem do niedużego
pomieszczenia, które robiło tu za szatnię. Usiadłem na ławce i zacząłem odwijać
zakrwawione bandaże z dłoni czekając na jego reakcję.
A więc nowa ksywka, syczek. <3 Jakie groźby Arienku... Oględziny wyszły sprawnie, chyba ma wprawę. ^^” Też bym go wypytywała, co on myśli że nie? W milutkie miejsca... Hmm...? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
OdpowiedzUsuńI prawidłowo, trzeba uważać na siebie jak się jest po wypadku. Ale są rzeczy ważne(ręka) i ważniejsze(kochanie). Jaki hojny, głaszcz swoje kochanie. XD Nie mów mi że on całował nawet ten motocykl kiedyś. :O Jaka desperacja tego fonguya. XD On jest sławny. Zza granicy gościu? No dobra, biały się martwi, ma racje. Dobra, mam syndrom ameby bo pacze się i uśmiecham. No to jedźmy. :D Jak się ładnie przygotował. :3 Ooo... Wkurzył się że ktoś tyka to co jego? No Julka się nie rusza, drogi towar. <3 Bardzo dobrze! Trzeba bronić takiego diamencika. Otoczył go takim fortem obronnym że chyba nikt już się nie odważy podejść. ;) No ciekawe, pewnie będzie wielkie lamentowanie. : D