- Nie jestem twój... - powtórzyłem,
mimowolnie ściszając głos. Czułem się przy tym naprawdę... źle.
Dlaczego to tak fatalnie brzmiało w moich ustach?
Nieistotnym stał się fakt, że prawie
nagi właśnie siedzę pod kocem, którym to właśnie on mnie
nakrył. W dodatku zrobił to z czystej... zazdrości? Mogę to tak
nazwać..? Chyba mogę, bo sposób w jaki teraz na mnie patrzył był
jakiś inny, taki... nowy.
Ta cała gra w rozbieranego pokera
potoczyła się kompletnie inaczej niż sobie to zapanowałem. To nie
ja powinienem był rozbierać się niemal do naga, ani też nie
Arian. I to wcale nie tak, że zwyczajnie chciałem ujrzeć w ten
sposób Marikę. W końcu już zrobiłem sobie w tej kwestii rachunek
sumienia i wiedziałem doskonale, że nie pociąga mnie ona na tyle,
bym był w stanie obłapiać ją wzrokiem. Bo nie potrafiłem ani
jej, ani Aishy... nikogo z pewnym, małym wyjątkiem.
Gdy teraz trzymał mnie w ramionach,
nie wiedziałem co powinienem ze sobą zrobić. Na powrót zrobiło
mi się zimno oraz przeszedł mnie dreszcz, gdy nasze ciała się
zetknęły. Już nie uważałem tego za złe czy obrzydliwe, tylko po
prostu było mi z tym źle... A to tylko dlatego, że zobaczyłem go
wtedy z tamtym brunetem. Gdyby to nie miało miejsca, być może te
wszystkie trudne do przeżycia dni milczenia spędzilibyśmy zupełnie
inaczej... Chciałem przecież z nim porozmawiać i powiedzieć o
zerwaniu z dziewczyną oraz o jego przyczynie, ale... Właśnie,
„ale”.
- Gdybym był, nie przyprowadziłbyś
tego dupka ze sobą... - odparłem, zagryzając dolną wargę. Natłok
myśli i rozmaitych uczuć nie pozwalał mi na jakieś trzeźwe
spojrzenie na zaistniałą sytuację, a w dodatku musiałem się
pilnować, by podbródek mi nie drżał tak, jakbym chciał się
rozryczeć.
- To była głupota... Naprawdę wielka
głupota. Byłem wkurzony, musiałem odreagować, on się
napatoczył... Nie złość się... - również szeptał mi nad
uchem.
- Przecież Cię nie odepchnąłem,
wkurzyłeś się tak nagle...
- Ale przecież... odepchnąłeś mnie,
powiedziałeś "nie", myślałem, że... znów mnie nie
chcesz... - nie kryjąc zdziwienia, przyglądał mi się zaskoczony.
- To nie tak, gdybyś tylko umiał
trzymać ręce przy sobie... - odwróciłem od niego wzrok,
spoglądając w stronę, gdzie powinienem zobaczyć Marikę, jednak
dziewczyny już tam nie było.
Nawet nie zauważyłem, że wyszła...
kiedy wyszła? Jak wiele słyszała? Chociaż, tak szczerze mówiąc...
nie obchodziło mnie to. Pierwszy raz od paru długich dni mogłem z
nim porozmawiać i byłem jej naprawdę wdzięczny za to, że
opuściła nasze mieszkanie. Naprawdę... chciałem zostać z nim sam
na sam.
- Przepraszam.... Zwyczajnie
myślałem... Sam z resztą wiesz. To, że mnie odtrąciłeś, za
cholerę nie potrafiłem o tym zapomnieć...
- Naprawdę..? Myślałem, że to
wszystko już dawno minęło... - zmrużyłem oczy. Byłem święcie
przekonany, że to, co stało się między nami już tak długi czas
temu było nieistotne i można było to wrzucić w otchłań
zapomnienia. A teraz dowiaduję się, że... Arian, on... przez cały
ten czas...
- Chciałem, żeby minęło.... Miałem
nadzieję, że minie. Ale widać to nie takie proste...
- Zauważyłem – mruknąłem i dość
niepewnie oparłem głowę na jego ramieniu. - Ostatnie dni były
okropne.
- Okropne to mało powiedziane, choć
nie wiedziałem, że dla Ciebie też – poczułem, że mnie obejmuje
i choć jakaś część mnie miała przeciwko temu obawy, to nie
ruszyłem się. Po prostu mu pozwoliłem, bo chyba chciałem tego
bardziej, niż mi się wydawało. Lepiej. W jego ramionach poczułem
się... bezpieczny. I było mi zdecydowanie cieplej, więc ciało
odpowiedziało lekkim dreszczem.
- Jakby cię tu nie było, słowa nie
zamieniliśmy... Ciężko to opisać, czułem się źle – zmrużyłem
oczy, zaś on objął mnie mocniej. Było tak... zupełnie inaczej
niż z jakąkolwiek dziewczyną.
- Myślałem, ze nie bardzo będziesz
chciał ze mną rozmawiać, a do tego... sam nie wiedziałem czego ja
chcę. Od teraz będzie lepiej, dobrze? - chyba zamruczał czy coś
na ten wzór i zaczął mnie głaskać. Głupi... Przez niego
kompletnie zapomniałem o tym, jak niewiele mamy oboje na sobie.
- Bo nie chciałem... - zrobiło mi się
dziwnie głupio. - I jeśli chcesz to możesz mnie tak tulić... Nie
przeszkadza mi to... - wyjaśniłem, całkiem zamykając oczy. A
kiedy tylko to zrobiłem, on przyciągnął mnie bliżej siebie, a mi
wyostrzyły się pozostałe zmysły, jak węch i słuch. Słyszałem
jego oddech, zaskakująco spokojny i miarowy oraz czułem jego
zapach.... Wciąż twierdziłem, że pięknie pachnie. Nawet lekko
się uśmiechnąłem, napawając się chwilą.
- Brakowało mi Ciebie strasznie...
Nawet już nie chodzi o to, jak cholernie mi się podobasz.
Zwyczajnie, cię polubiłem i... naprawdę chciałbym, żebyś dał
mi szansę...
- Również Cię polubiłem...
zastanawiałem się, dokąd wychodzisz przez ostatnie dni... Chyba
się martwiłem – mruknąłem, równocześnie uśmiechając się
odrobinę szerzej. - Ja jeszcze nigdy... nie byłem z chłopakiem...
- Tak, zdążyłem już zauważyć i...
rozumiem, że to może nie być łatwe – przesunął dłonią po
moich włosach. - Spróbuj chociaż... Skoro jednak mnie choć trochę
lubisz... I nie musiałeś się martwić. Mówiłem ci już, że mnie
nic złego się nie przytrafia...
- Jednak mimo to martwiłem się, nie
wiedziałem gdzie jesteś... - w końcu, dość niechętnie odsunąłem
się od niego. To nie była rozmowa na tę chwilę. - Obejrzymy coś
razem? I porozmawiamy jeszcze później... Proszę..? - instynktownie
spojrzałem mu w oczy.
- No dobrze... Ale najpierw się może
nieco ubierzmy, co? - on także się uśmiechnął. No w końcu...
Nareszcie atmosfera przestała być gęsta, jak ten likier i
toksyczna, jak chemikalia.
- To ja zajmuję łazienkę –
odparłem, wygrzebując się z koca i zbierając ubrania z kanapy.
Parę chwil później stałem już pod
prysznicem i była to chyba najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć.
To niebiańskie uczucie, jakim było zmycie z siebie wszelkich
stresów i zmartwień po raz pierwszy od długiego czasu zagościło
we mnie na nowo. Nareszcie było... normalnie. Być może nawet
lepiej, a w każdym razie inaczej. Coś się przed chwilą stało, coś
się zmieniło, coś... zaiskrzyło, natomiast ja sam chciałem jak
najszybciej do niego wrócić. Co za zabawne uczucie!
Standardowo, po paręnastu minutach
wróciłem do salonu. Z racji tego, że już był właściwie wieczór
włożyłem na siebie lżejsze, luźniejsze ubrania, jak na przykład
te ulubione białe dresy. Bez zbędnych słów usiadłem obok niego
na kanapie i tak, jak ostatnio porwałem koc, tylko, że tym razem
zarzuciłem go również na niego. Niby wiedziałem, że to chodząca
gofrownica i czasem bywa tak gorący, że można się poparzyć,
jednak no... kurde, po prostu to zrobiłem, kej? Z troski.
Ostatnio oglądaliśmy wspólnie
horror, więc tym razem znaleźliśmy jakiegoś thrillera. Byłem też
w pewien sposób mu za to wdzięczny, bo w końcu jest to gatunek
trochę bardziej wymagający myślenia od klasycznego horroru. A
zatem nie telepałem się ze strachu, jak wtedy i nie leżałem na
jego nogach... Tym razem jedynie oparłem głowę na jego ramieniu,
traktując je jak poduszkę.
Po seansie znowu nastała chwila ciszy,
jednak tym razem dało się czuć ja kompletnie inaczej. Ta cisza
była inna, spokojna, pozbawiona mdlącego odoru złości i obaw. I
ta cisza wpłynęła na mnie na tyle motywująco, że zebrałem się
w sobie i zadałem to dość... krępujące pytanie.
- Mógłbym dzisiaj z tobą spać..?
Na czas się zmyła, uratowała ich przed końcem. <3 Dobrze się stało, grzeczna ameba może się ogarnie. Kochany króliczek. <3 Odpowiednie pytanie.
OdpowiedzUsuń