- Cholera! - warknąłem i z miejsca poczułem swąd dymu. - Chuj z tym, co? I chuj wszystko strzelił...
Wparowałem do domu, później do kuchni, w której akurat zastałem Mariką polewającą drinki. Wyjąłem butelkę z jej dłoni.
- Ari? A co wy już? Niemożliwe... Gdzie Pieszczoszek? - wypytywała.
- Poszedł sobie... - wymamrotałem i pociągnąłem spory łyk z gwinta.
- Zostaw! Alkohol jest łatwopalny, a ty zaraz mi się tu ogniem piekielnym oświecisz. Sammy wydał sporo pieniędzy, żeby kupić mi ten domek, uszanuj to - skarciła mnie, ale nie dałem jej odebrać sobie butelki. - Mów lepiej co z Pieszczoszkiem, jak to sobie poszedł?
- Normalnie! Wstał i poszedł.
- Nie zatrzymałeś go? Widziałam, że dobrze wam idzie...
- Gówno dobrze idzie, wiesz? - stwierdziłem i znów się napiłem. Musiałem się napić i uspokoić. - Gdzie ja mam kurwa papierosy jak są mi potrzebne?! - ryknąłem przeszukując kieszenie.
Marika podała mi paczkę cygaretek.
- Nie mam zamiaru palić takiego dziadostwa.
- Uspokój się - syknęła znowu i wycelowała długim paznokciem między moje oczy, mierząc mnie wzrokiem. - Może twoje kochanie się wystraszyło? Wiesz... wygląda mi raczej na dość wstydliwego.
- Może... - wymamrotałem.
- Daj mu ochłonąć, przywitaj go ładnie w poniedziałek i będzie dobrze, a teraz usiądź i przestań kopcić, bo lada chwila alarm przeciwpożarowy mi włączysz i będzie najazd straży pożarnej, a nie impreza.
Może Mari miała rację? Może tylko się wystraszył? Speszył? Nie miałem pojęcia co o tym myśleć. Chciałem go... tak cholernie chciałem i ogień w żyłach dawał mi to wystarczająco jasno do zrozumienia. Do tego smak jego ust... Ten przenikający mnie chłód., rozchodzący się miłą, miękką falą po moim ciele. Mógłbym czuć go już zawsze...
Opróżniłem butelkę i rzuciłem ją na blat. I tak to nie Mari będzie sprzątać. Będzie miała od tego ludzi, którym zapłaci jeden z jej kochanków. Ja musiałem tylko dożyć do poniedziałku... Wtedy wszystko się wyjaśni, prawda? Potrzebowałem do tego tylko kolejnej butelki...
Pod uczelnie podjechałem bardzo wcześnie. Chciałem być jednym z pierwszych... Udało się i teraz czekałem tylko na chłopaka, który zaprzątał moje myśli od tamtej felernej soboty. Na domiar złego za długo już byłem trzeźwy i zaczynałem się denerwować.
Uspokoiłem się nieco, kiedy ujrzałem idącego w stronę budynku białowłosego. Zakradłem się w jego stronę i ściągnąłem za budynek. Nie chciałem świadków... Nie chciałem jednak też żeby znów zwiał.
- Ja ci minął weekend, Julciu? - spytałem.
Oho, coś tu się fajczy. :3 Aruś, ty daj mu trochę czasu a nie już się trzęsiesz. XD Dokładnie tak, wystraszył się biedny króliczek. <3 Jak on go w ustronne miejsce zabiera. ^_^
OdpowiedzUsuń