"A..."? Co? Co on chciał powiedzieć? Nie. Nie chciałem żeby wychodził, nie tak to sobie wyobrażałem! Dlaczego on zawsze musi uciekać..? Cholera jasna, głupia Ameba. Dlaczego on nie rozumie? Czemu nie widzi tej istotnej różnicy pomiędzy "uderz mnie" a "pozostań sobą"? Przecież nie mam wobec niego Bóg wie jakich oczekiwań. Chcę tylko, aby pozostał taki jaki był. Oczywiście nie przeszkadza mi w tym doza słodyczy, którą dostarcza mi w zwykłych, codziennych czynnościach, jednak w ciągu ostatnich paru dni odczuwam gwałtowny wzrost cukru w moim życiu. A ja nie chcę mieć cukrzycy, no i lubię czekoladę, więc nie uśmiecha mi się patrzenie na nią z obrzydzeniem. No bo, błagam Cię, świecie... Zwróć mi Ariana.
Tak szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, co powinienem teraz myśleć. Nie chciałem się kłócić, naprawdę. To on nie chciał mi powiedzieć, gdzie pracuje, a stawało się to dla mnie coraz istotniejszą kwestią. Zwłaszcza po tym występku teraz, kiedy wrócił z całą pokiereszowaną twarzą... Idiota. Dlaczego tak po prostu mi, kurna, nie powie? Po raz kolejny zadam sobie to pytanie, które męczy mnie już drugi dzień i, przez które momentami ciężko jest mi się skupić na czymkolwiek innym niż on: Nie ufa mi już?
Niby osiągnęliśmy właśnie połowiczny sukces: wkurzyłem go i widziałem, że jeszcze chwila, a stanąłby w płomieniach. No, czyli jakiś tam postęp i powrót do tych "starszych czasów" (jak to dziwnie brzmi), kiedy jeszcze mogłem nazwać go bez bólu Płonącą Pochodnią. Jednak to nie było to. Nie był już dawnym sobą, w którym się zakochałem. Był tym nowym "kimś", który przejął znikome cechy dawnego Ariana. Czemu tak się działo? I czemu mi to przeszkadzało?
Już wiem czemu, daleko wcale nie musiałem szukać. "Zmarzluch", który towarzyszył mi krok w krok był aż zbyt oczywistą wskazówką w tej kwestii. To już nie "tleniony konus"? Znaczy... Ja wiem, jesteśmy r a z e m. To normalne, że stare, złośliwe dogryzki zmieniają swoje brzmienie i niekiedy również znaczenie, przeinaczając się w rozmaite misie, pysie i inne przesłodzone stwory. Mimo to irytowało mnie to i nie wiem czy było coś w samym tym słowie, czy w sposobie, w jaki wymawiał to właśnie On. Oba stwierdzenia były prawdziwe. Faktycznie nie lubiłem tego słowa, choć nikt przed Arianem tak się do mnie nie zwracał. Nie podobał mi się także jego wydźwięk, gdy je wymawiał. Brzmiało to tak... Tak... Żałośnie? I przez to cholerne słowo (no ale oczywiście nie tylko przez nie, bo składało się na mój obecny stan psychiczny jeszcze wiele ciekawych i mniej rzeczy) stracił on tak wiele w moich oczach. Nie było odwrotu, musieliśmy ZNOWU zamienić kilka słów.
Dzwoniłem chyba z dziesięć razy, lecz odpowiadała mi jedynie ta cholerna poczta głosowa. Muszę mu w końcu powiedzieć, żeby ją wyłączył.
Potem zadzwoniłem do Mariki i ona też nie podniosła słuchawki od razu, jak to miała w zwyczaju. Zmowa, co...? Mari... Właśnie sobie grabisz...
Na szczęście w końcu odebrała. W końcu, bo musiałem zadzwonić ponownie po upływie ze trzech godzin, aby wreszcie ze mną porozmawiała. Ciekawe, dlaczego... co on jej nagadał? Nie rozmawialiśmy długo, było to raptem wymiana kilku zdań, które zawierały podstawowe pytania, jakie wydawało mi się, że powinienem zadać w takiej sytuacji:
Czy go widziała lub czy się kontaktował? Odpowiada mi twierdząco.
Co mówił i czy opowiadał o naszej małej wymianie poglądów? Znów odpowiada na "tak", a mnie ściska w żołądku. Dawno tego nie czułem.
Gdzie teraz jest? Dziewczyna opowiada, jak to dziamgał coś o przenocowaniu w hostelu. Podała także nazwę tego najbardziej prawdopodobnego, gdzie mógł się udać, za co serdecznie jej podziękowałem i postanowiłem grzecznie wyperswadować jej, aby odbierała komórkę nieco szybciej innym razem.
Szybko po odbytej rozmowie ubrałem się i wyszedłem z mieszkania. Na szczęście miejsce, które mi wskazała, znajdowało się niedaleko, więc z łatwością dotarłem tam w ciągu kolejnych piętnastu minut. Nie trudno było się też zorientować, czy miejsce to jest właściwe, czy może przeszedłem się tu na darmo. Recepcjonistka okazała się na tyle młodziutką i głupiutką dziewczyną, że bez przeszkód udzieliła mi informacje na każde pytanie. Ciekawe, czy gdybym poprosił o pieniądze z kasy to też by mi dała? No nie ważne, już po fakcie.
Stanąłem pod drzwiami pokoju i w ciszy, bo nie odezwałem się ani słowem, zapukałem do drzwi.
Też przyznam że płomyczek się trochę popsuł. Mam nadzieje że rozmowa będzie i będzie udana. Nie miotajcie się chociaż w miejscu względnie publicznym. ^_^
OdpowiedzUsuń