sobota, 25 marca 2017

Rozdział X - Kotek?

- Nie marudź, będziesz mieć dzięki temu czas na spokojnie się wyszykować – odparłem i usiadłem sobie na skraju łóżka.
- Zawsze wstaje po dziewiątej...
- I jesteś rozespany, głodny, nierozbudzony i spóźniony – szturchnąłem go, po czym zabrałem z niego kołdrę. - Wstawaj, zrobiłem śniadanie.
I tak to się rozpoczął nasz pierwszy, wspólny poranek. Naprawdę dzień w dzień wstawał o tak później porze..? Ciężko było mi w to uwierzyć zwłaszcza dlatego, że ja sam nie spałem już od prawie pół godziny. Mimo to nie ubrałem się jeszcze w jakiekolwiek ubrania, w których mógłbym pokazać się publicznie. Chwilowo miałem na sobie jasne, niemal białe spodnie, przez które być może prześwitywały bokserki, ale za to nie dam już sobie ręki obciąć. Do tego zarzuciłem jeszcze na siebie czarny t-shirt, niezbyt przejmując się czy nie wyglądam przypadkiem, jak jakiś nudny flegmatyk. Rany boskie, była ósma rano, musiałem się obudzić. Zaraz więc wstałem z łóżka, rzucając mu jeszcze przelotne spojrzenie.
- Chodź, zrobię ci też kawy – odparłem i opuściłem pokój, kierując się do kuchni.
Nawet nie zaczęło się źle, a nawet można pokusić się na stwierdzenie, że całkiem dobrze. Mój nowy współlokator zdążył mnie nawet zaciekawić już od rana. W końcu tak od razu, gdy wybudziłem go z jakiegoś głębokiego snu wypowiedział moje imię... ciekawe, o czym śnił? A może ja za dużo myślę i zaczynam nadinterpretować niektóre rzeczy? Tak, pewnie tak. Mimo wszystko dopiero zaczynał puszczać mnie stres związany z nagłą wyprowadzką, a do wczoraj wizja wspólnego mieszkania z Arianem też nie wydawała mi się niczym przyjemnym. Jednak teraz odnosiłem wrażenie, że zbyt pochopnie go oceniłem i za szybko próbowałem się odciąć. Nie był jednak aż taką Amebą i burakiem, za jakiego miałem go na samym początku... To całe wyznanie też pewnie było jedynie chwilowym efektem jego ulotnego zainteresowania... Więc byłem bezpieczny, a buc choć bucem pozostanie, chyba nie będzie zajmować jakiejś większej części mojego życia. Mieszkajmy na razie razem, szybko poszukam pracy, znajdę swoje mieszkanie i się wyniosę... a przynajmniej taki był plan.
- Ile słodzisz? - zapytałem, gdy ten z zaspana twarzą wreszcie zjawił się w kuchni.
- Jedną, może być wcale – mruknął, a ja zobaczyłem kątem oka, że pierwsze po co sięga to woda.
I właśnie wtedy rzucił mi się w oczy pewien szczegół. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi, ale jego włosy z tyłu głowy faktycznie robiły się coraz bardziej czerwone. Wyglądało to zupełnie tak, jakby z ich końcówek wydostawał się żywy ogień, który siedział gdzieś w środku, co adekwatnie tyczyło się mnie i moich włosów oraz zdolności. Jednak to nie było to, co przykuło mój wzrok na dłużej, bowiem Pan Ameba miał odsłonięty kark, a ja... poczułem niewyobrażalną chęć, by coś zrobić... Tylko nie wiedziałem, czy powinienem. To w końcu nie było do końca takie nic, naruszanie nietykalności osobistej jest karalne i tak dalej, ale... w tym przypadku nie mogłem się powstrzymać i już po krótkiej chwili wahania przesunąłem delikatnie opuszkami palców po jego nagiej skórze. Jednocześnie rozwiązała się moja mała zagadka: faktycznie był bardzo ciepły w dotyku i kiedy się nie denerwował było to bardzo przyjemne. Uśmiechnąłem się więc do siebie i kontynuowałem mizianie zwłaszcza, że usłyszałem ciekawy pomruk zadowolenia.
- Mruczysz trochę jak kot.

1 komentarz:

  1. Z deka podejrzane skoro przez sen gada o tobie, nie? Kotek <3 Mrucząca Ameba. On rzeczywiście jest milutki jak ma spokój. :3

    OdpowiedzUsuń