Słysząc warczenie silnika odwróciłem
się jeszcze, spoglądając jak odjeżdża. Ciekawe czy jednak mnie
słuchał... no nic, czas wejść do domu i zmierzyć oko w oko z
bestią, tzn. z mamą. Przecież nie będę się krył, łaził po
ogródku i wchodził przez tylne drzwi, jak jakaś małolata. Do
cholery jasnej, nie byłem już dzieckiem, a przez tę nadgorliwość
ze strony rodziców teraz bałem się choćby wejść do domu po
całonocnej nieobecności. Drodzy rodzice, nie bądźcie
nadopiekuńczy, bo spójrzcie tylko jakie to przynosiło skutki! Nie
róbcie krzywdy swoim dzieciom.
Tak jak się spodziewałem po
przekroczeniu progu domu zastałem tę straszną kobietę, której
wzrok chyba wyrażał wszystko co negatywne. Kiedy zaczęła swój
monolog, ja zwyczajnie zabrałem jednego z kotów, który przyszedł
się ze mną przywitać na ręce i odmówiłem standardową formułkę.
- Tak, przepraszam, teraz idę się
uczyć!
I poszedłem faktycznie na górę.
Chyba czas rozważyć wyprowadzkę, wyrwać się spod pantofla
rodziców. Wszystko to zaczynało się robić męczące,
przytłaczające. Natomiast powrót do nudnej rzeczywistości po raz
pierwszy od bardzo dawna mnie zniesmaczył. Znowu kot, notatki, film,
herbata, koc. Ewentualnie w innej kolejności, takie to życie było
szalone. W dodatku cały czas gdzieś z tyłu głowy przewijały się
obrazy z dzisiejszego poranka. Całkiem miło było zjeść śniadanie
w innym miejscu niż kuchnia w domu, w towarzystwie kogoś innego niż
koty. Z kimś, z kim udało mi się dojść do względnego
porozumienia, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Nie miałem
ochoty na kolejne nieprzyjemne sytuacje z tym bucem. Tak, bo wciąż
był w moich oczach bucem i pewnie długo nim pozostanie.
Poniedziałek zapowiadał się tak
samo, jak każdy inny. Wstałem przed ósmą, obudzony przez
miauczącego pod drzwiami kota. To była chyba najgorsza odmiana
budzika... taki klasyczny to przynajmniej możesz wyłączyć,
ewentualnie nastawić drzemkę lub wyrzucić przez okno, gdy jest
upierdliwy. A kot? Nie wyciszysz, nie powiesz „zacznij znowu za
piętnaście minut” i przez okno wyrzucać to to też nie za
bardzo. Byłem więc zmuszony po paru minutach walki z samym sobą
zejść z łóżka i nakarmić tego włochacza, a jednocześnie także
i siebie. Rutyna.
Przechodząc obok lustra przyjrzałem
się sobie uważnie. Ślady po zdarzeniach z tamtego wieczora były
praktycznie nie widoczne, w sumie jedyne co pozostało, to niebywale
bolący guz na głowie. Ale nie było go widać, więc było okej.
Niestety choć ucieszyła mnie myśl o braku poniesionych większych
szkód, na ziemię sprowadził mnie ból gardła i chyba było mi
bardziej zimno niż zazwyczaj. Znowu mnie coś brało, a szkoda,
ostatni weekend bez maseczki był bardzo przyjemny. Przywdziałem
więc ostatni, ale stały element stroju na twarz tuż przed wyjściem
i zamknąłem za sobą drzwi. Spacer chyba nie byłby tego dnia dla
mnie najlepszy, dlatego zdecydowałem się na komunikację miejską...
brudną, śmierdzącą, zatęchłą komunikacje miejską, pełna
krzyczących dzieci, śmierdzących żuli i głupich studentów,
którzy teraz na szybko przewijali notatki z wykładów. O losie, na
jakim ja świecie żyję.
Kolejną, rutynową czynnością było
przybycie na miejsce. Kolejno parking, hol, schody, drugie piętro,
sala wykładowa i moje wysiedziane, ulubione miejsce. Czasem się tu
czułem, jak taki stary mocher z tramwaju, który ma jedno miejsce i
nie rusza z niego dupska za każdym razem, jak wsiada. Może po
części byłem takim mocherem w młodym wieku, może... w każdym
razie, jeszcze było kilka minut wolnego, dlatego korzystając z
okazji dodałem do kontaktów ten tajemniczy numer sprzed tygodnia.
„Arian”, hm... nie, jednak będzie „Arian vel Ameba”. O,
teraz było idealnie!
Moja słodka śnieżynko, twoja mama jest straszna. :3 Jaki ten pieszczoch jeszcze uprzedzony, kochaj go w końcu. :<> Niesłychane jaki ten zmarzluch podatny na choroby i ostrożny. Śmiechłam w sprawie tego kontaktu, ale czego można się po nich spodziewać?
OdpowiedzUsuńWspółczuję Juleczkowi utarcia z nadopiekuńczą matką. Wiem poniekąd, co to znaczy nie mieć prywatności i być traktowana jak dziecko pomimo ponad dwudziestu lat :') No ale w przeciwieństwie do mnie, Julek ma mózg chociaż xD I jeszcze się biedaczek przeziębił. Fajna nazwa kontaktu. Oby od tej chwili już zawsze mieli ze sobą łączność :D
OdpowiedzUsuń