Był niemożliwy, ale chyba właśnie
ta cecha ciągnęła mnie do niego najbardziej. Nadopiekuńczy,
nieprzewidywalny, zaborczy, gorący i w dodatku całkowicie... mój.
Wciąż ciężko było mi to pojąć, przeanalizować, jakoś jasno
wytłumaczyć, dlaczego nasze życia potoczyły się w ten sposób, a
za każdym razem, kiedy próbowałem druga część mnie podsuwała
mi tak zwyczajne, irracjonalne wytłumaczenie: los. Zbieg
okoliczności, zrządzenie losu, dzieła za sprawą kogoś odgórnego,
jakbyśmy byli zwykłymi lalkami. Przecież gdyby było inaczej,
jakim cudem mógłbym przed sobą przyznać, że oddałem swoje serce
mężczyźnie? Ja, realista, twardo stąpający po ziemi , kierujący
się rozsądkiem i wpojonymi przez rodziców zasadami nigdy nawet nie
myślałem, by rozpatrywać osobnika podzielającego moją płeć w
taki sposób, w jaki miało to teraz miejsce. Wyobrażałem sobie
swoją przyszłość u boku pięknej dziewczyny, która z czasem
urodziłaby mi dzieci, a życie bez mojego pozwolenia wybrało
kompletnie inną ścieżkę. Teraz już chyba mogłem się pożegnać
z posiadaniem dzieci, które swoją drogą niezbyt lubiłem, ale były
one tym „warunkiem powstania rodziny”, który uważałem za
niepodważalny i po prostu tak miało być. Teraz wszystko zaczynało
się układać inaczej, wychodzić na prostą, a ja miałem spędzić
życie u boku Ariana. Już chyba wiedziałem i choć tak ciężko
przychodziło mi pojęcie tych słów, to zakochałem się w
nim. Tego wieczoru wszystkie moje wątpliwości zostały skutecznie,
raz na zawsze rozwiane.
- Dobranoc – odparłem i sam z siebie
pocałowałem go w policzek. A niech ma, niech się cieszy i niech
mnie nie puszcza, bo znowu zrobiło mi się zimno.
Nazajutrz wstałem, jak zawsze
pierwszy, więc nie byłem tym specjalnie zaskoczony. Zdziwił mnie
za to fakt, jak ciężko było się wyplątać z tych jego łap, by w
ogóle wyjść z łóżka i to w taki sposób, aby jeszcze go nie
budzić. A niech sobie śpi, w końcu są święta, nie będę go
budzić przed dziewiątą rano, nie mam serca z kamienia. Kiedy
opuściłem już łóżko, pierwsze kroki skierowałem do kuchni,
jednak musiałem tam iść na palcach, gdyż jak się okazało jestem
jedyną osobą, która postanowiła nie tracić dnia. A skoro miałem
się tu czuć, jak u siebie to szybko rozejrzałem się, wyłapując
miejsce położenia szklanek, cukru, kawy i herbaty, a następnie
wstawiłem wodę. Sobie zrobiłem słodką, mleczną kawę, Amebie
gorącą, czarną i gorzką. Marika została przeze mnie wyróżniona
dodatkową warstwą śmietanki, a Pani Mama dostała taką samą, jak
moja. Mnij więcej znałem preferencje tej trójki, jednak obawiałem
się, że gospodarz mieszkania raczej wolałby mocną herbatę... No
ale to już trudno, liczyły się chęci, tak sądzę. Obu
dziewczynom pozostawiłem parujące kubki w kuchni na blacie mając
nadzieję, że zwiodą je ich słodkie zapachy i w ten sposób
szybciej wstaną. Nasze za to porwałem do rąk i wróciłem się do
pokoju, w którym spaliśmy.
- Ari, wstawaj... - zacząłem,
odstawiając kubki na szafce i siadając obok na łóżku.
Żal mi było go teraz budzić, jednak
przywykłem już na tyle do wspólnego poranka czy kawie, że nie
potrafiłem inaczej. No i plany związane z pozwoleniem mu, by się
wyspał też poszły w krzaki.
- Zrobiłem ci kawę, halo... -
pochyliłem się nad nim niepewnie i złożyłem bardzo krótki, ale
czuły pocałunek na jego ustach. Zaraz się jednak odsunąłem i
akurat dostrzegłem, jak ten próbuje mnie nabrać iż wciąż jest
pogrążony we śnie. Prychnąłem śmiechem i pokręciłem głową,
siadając prosto. - Nie ma, wstawaj, wystygnie ci.
W końcu i śnieżynka się przyznała samemu sobie co czuje. :3 Dajcie mi tego lodowego kotka. <3 Takie to dobre i kochane. A to szczwany lis, chciał nabrać pieszczoszka. No niestety, przykro bardzo, nie ma tak dobrze. :D
OdpowiedzUsuń