środa, 24 maja 2017

Rozdział XIV - Nasz poranek

Był niemożliwy, ale chyba właśnie ta cecha ciągnęła mnie do niego najbardziej. Nadopiekuńczy, nieprzewidywalny, zaborczy, gorący i w dodatku całkowicie... mój. Wciąż ciężko było mi to pojąć, przeanalizować, jakoś jasno wytłumaczyć, dlaczego nasze życia potoczyły się w ten sposób, a za każdym razem, kiedy próbowałem druga część mnie podsuwała mi tak zwyczajne, irracjonalne wytłumaczenie: los. Zbieg okoliczności, zrządzenie losu, dzieła za sprawą kogoś odgórnego, jakbyśmy byli zwykłymi lalkami. Przecież gdyby było inaczej, jakim cudem mógłbym przed sobą przyznać, że oddałem swoje serce mężczyźnie? Ja, realista, twardo stąpający po ziemi , kierujący się rozsądkiem i wpojonymi przez rodziców zasadami nigdy nawet nie myślałem, by rozpatrywać osobnika podzielającego moją płeć w taki sposób, w jaki miało to teraz miejsce. Wyobrażałem sobie swoją przyszłość u boku pięknej dziewczyny, która z czasem urodziłaby mi dzieci, a życie bez mojego pozwolenia wybrało kompletnie inną ścieżkę. Teraz już chyba mogłem się pożegnać z posiadaniem dzieci, które swoją drogą niezbyt lubiłem, ale były one tym „warunkiem powstania rodziny”, który uważałem za niepodważalny i po prostu tak miało być. Teraz wszystko zaczynało się układać inaczej, wychodzić na prostą, a ja miałem spędzić życie u boku Ariana. Już chyba wiedziałem i choć tak ciężko przychodziło mi pojęcie tych słów, to zakochałem się w nim. Tego wieczoru wszystkie moje wątpliwości zostały skutecznie, raz na zawsze rozwiane.
- Dobranoc – odparłem i sam z siebie pocałowałem go w policzek. A niech ma, niech się cieszy i niech mnie nie puszcza, bo znowu zrobiło mi się zimno.

Nazajutrz wstałem, jak zawsze pierwszy, więc nie byłem tym specjalnie zaskoczony. Zdziwił mnie za to fakt, jak ciężko było się wyplątać z tych jego łap, by w ogóle wyjść z łóżka i to w taki sposób, aby jeszcze go nie budzić. A niech sobie śpi, w końcu są święta, nie będę go budzić przed dziewiątą rano, nie mam serca z kamienia. Kiedy opuściłem już łóżko, pierwsze kroki skierowałem do kuchni, jednak musiałem tam iść na palcach, gdyż jak się okazało jestem jedyną osobą, która postanowiła nie tracić dnia. A skoro miałem się tu czuć, jak u siebie to szybko rozejrzałem się, wyłapując miejsce położenia szklanek, cukru, kawy i herbaty, a następnie wstawiłem wodę. Sobie zrobiłem słodką, mleczną kawę, Amebie gorącą, czarną i gorzką. Marika została przeze mnie wyróżniona dodatkową warstwą śmietanki, a Pani Mama dostała taką samą, jak moja. Mnij więcej znałem preferencje tej trójki, jednak obawiałem się, że gospodarz mieszkania raczej wolałby mocną herbatę... No ale to już trudno, liczyły się chęci, tak sądzę. Obu dziewczynom pozostawiłem parujące kubki w kuchni na blacie mając nadzieję, że zwiodą je ich słodkie zapachy i w ten sposób szybciej wstaną. Nasze za to porwałem do rąk i wróciłem się do pokoju, w którym spaliśmy.
- Ari, wstawaj... - zacząłem, odstawiając kubki na szafce i siadając obok na łóżku.
Żal mi było go teraz budzić, jednak przywykłem już na tyle do wspólnego poranka czy kawie, że nie potrafiłem inaczej. No i plany związane z pozwoleniem mu, by się wyspał też poszły w krzaki.
- Zrobiłem ci kawę, halo... - pochyliłem się nad nim niepewnie i złożyłem bardzo krótki, ale czuły pocałunek na jego ustach. Zaraz się jednak odsunąłem i akurat dostrzegłem, jak ten próbuje mnie nabrać iż wciąż jest pogrążony we śnie. Prychnąłem śmiechem i pokręciłem głową, siadając prosto. - Nie ma, wstawaj, wystygnie ci.

1 komentarz:

  1. W końcu i śnieżynka się przyznała samemu sobie co czuje. :3 Dajcie mi tego lodowego kotka. <3 Takie to dobre i kochane. A to szczwany lis, chciał nabrać pieszczoszka. No niestety, przykro bardzo, nie ma tak dobrze. :D

    OdpowiedzUsuń