Nie byłem zły, to znaczy CHYBA nie byłem. Arian miał rację, po prostu martwiłem się na zapas. Choć podejrzewałem cały szereg różnych, dziwnych zawodów, z jakimi mógł się bratać, to jakoś ten jeden (choć przychodził mi wielokrotnie na myśl) zawsze odrzucałem. Sam nie wiem, dlaczego wydawał mi się bardziej abstrakcyjny niż przykładowy diler narkotyków czy innych używek.
Mimo wszystko byłem jednak zaskoczony tym, co przyszło mi zobaczyć. Począwszy od tego miejsca, przez ludzi, na Arim na ringu kończąc. Dała mi się także we znaki panująca tu, ohydna, jak dla mnie atmosfera, a także zwyczajny smród papierosów, potu i kurzu. Może meliną tego nazwać nie mogłem, ale czułem się tam... źle. Pragnąłem więc bardzo serdecznie podziękować mu za wyciągnięcie mnie na zewnątrz. Prawdopodobnie wyczuł, jak źle się tam czułem, a może tylko tak mi się zdawało? Nie ważne, chociaż stamtąd wyszedłem. I naprawdę już nawet nie byłem zły, tylko zwyczajnie zmartwiony. Nie chciałem na niego naciskać. Nie chciałem, by przeze mnie zmieniał swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, ale... Martwiłem się o niego. Naprawdę wolałbym, aby robił to, co robił w nieco bardziej legalnym miejscu, gdzie jest normalna ochrona i dobre ubezpieczenie, na wypadek poważnych urazów, a nie oszukujmy się, bo te mogą się przydarzyć każdemu. Nawet chodzącej pochodni.
- Nie złoszczę się... - odparłem cicho, czując, jak moje usta wyginają się w coś na wzór pobłażliwego uśmiechu. - Nawet cieszę, w końcu nic ci nie jest. Sam chciałem przypieprzyć temu pierdolcowi, z którym się lałeś. Gdyby nie ten zjeb obok mnie, przysięgam i nie żartuję, dostałby po ryju, jak nigdy nikt ode mnie.
- Uła, jak dziwnie jest słyszeć, kiedy klniesz jak szewc.
- A weź daj spokój, jestem jeszcze nabuzowany - wreszcie mogłem się normalnie uśmiechnąć, co spotkało się z nie lada aprobatą ze strony Ariego, gdyż pocałował mnie przelotnie w usta.
- Wracamy do domu, więc pakuj się - odparł, dosiadając swej pierwszej miłości, to znaczy Laluni.
Ach, naprawdę chyba zacznę być poważnie zazdrosny o te maszynkę. Momentami miałem ochotę wyrzucić ją gdzieś na wysypisko, aby patrzył się już tylko i wyłącznie na mnie. Wiedziałem jednak, że zamiast zdwojonej miłości, spotkałbym się z falą nienawiści, a i sam czułbym się źle z faktem, że odbieram mu tak cenną rzecz. Jak tak dobrze by się zastanowić to istniało jakieś wyjście... Jeśli częściej oddawałby ją na przeglądy czy inne tego typu pierdoły, czy wtedy częściej miałbym go całego dla siebie? A zresztą, wolę nie kombinować. Jeszcze obróciłoby się to w drugą stronę i podczas tej jej nieobecności, słuchałbym jedynie o tym, jak lśniący ma lakier na przodzie... Wtedy chyba bym nie wyrobił. Niech już zostanie tak, jak jest.
Dosiadłem więc maszyny i objąłem go, mocno przylegając do jego pleców. Przywykłem już poniekąd do przebywania miasta w ten sposób, a za tym szło przyzwyczajenie do przylepiania się do jego pleców, jak najszczelniej się tylko dało. Już się nie bałem, była to tylko i wyłącznie kwestia przyzwyczajenia, ale Arianowi raczej to nie przeszkadzało, więc wszyscy byli szczęśliwi.
Po dotarciu do mieszkania, pierwsze kroki skierowałem do kuchni, gdzie po umyciu rąk, wstawiłem wodę na kawę. Już dawno nie słyszałem komentarza odnośnie tego, jak bardzo nie jest kawą napój, który przyrządzałem dla siebie. Uśmiechnąłem się do siebie, rozbawiony. Kiedy przyszykowałem już kawę w dwóch, skrajnie różniących się wyglądem, jak i rozmiarem, kubków, uniosłem głowę, aby spojrzeć na kilka kartek poprzyklejanych na lodówkę.
Pozwoliłem sobie wprowadzać pomału pewien system zapiskowy, który, ku mojemu szczeremu zdziwieniu, jak i zadowoleniu, działał! Mianowicie chodziło w nim o zapisywanie ważnych rzeczy na dany tydzień na kartach, a następnie przyczepianie ich po kolei na lodówce magnesami. Tak więc na jednej było, o tym, że trzeba dokupić sól. Na drugiej zapisane były godziny wykładów na ten tydzień. Na jeszcze jednej był o mojej wizycie u lekarza, gdyż skończył mi się zapas tabletek na receptę, a i tak był czas na wizytę kontrolną, więc wszystko się pięknie składało. Znalazło się na niej także zdjęcie, które zrobiliśmy sobie kilka dni temu z Mariką. Swoją drogą, wyszedłem zabójczo! Ale do czego zmierzam, w końcu nie chodzi mi o kolorowe karteczki na lodówce, nie. Raczej o dom, prawdziwy dom. Ari stał się nieodłącznym członkiem mojej rodziny. Mieszkaliśmy razem, żyliśmy i było nam tak dobrze. I tak szczerze mówiąc, uwielbiam wspominać nasze początki oraz to, jakim dupkiem był na przykład wtedy, w kawiarence. To, jak pierwszy raz pocałował mnie wtedy u Mariki. No i to, co stało się na dzień przed gwiazdką. Uśmiechałem się do siebie, kiedy o tym myślałem i czułem, że teraz chyba również trochę odpłynąłem. Cóż, taki właśnie byłem. Kawa zalana, gaz zgaszony, więc nie istniało ryzyko, że coś się stanie. Najwyżej Ari, jak już wróci spod prysznica doprowadzi mnie do porządku. Od tego był w takich chwilach. Tak samo, jak ja byłem od tego o poranku, aby on nie zaspał na kolejny wykład.
No tak, Arien bardziej wygląda na dilera niż na walczącego niedźwiedzia. ;) W sumie też bym mu radziła przeniesienie się na legalny ring, ale bez ryzyka nie ma zabawy. :D Wow, Julien przeklina? Zdecydowanie atmosfera tego miejsca mu się udzieliła. Pierwsza miłość w tym przypadku nie zardzewieje. Dosłownie, takie tam, heheszki. No bo metal, motor. XD Nieważne. Kawusia. <3 I tak uważam że Juliena lepsza niż ta druga czarna śmierć.
OdpowiedzUsuńJak miło. <3 Ciekawe jak będzie go doprowadzał do porządku... ^_^