sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział X - Obiad

Może moja matka święta nie była, jednak to, jak odzywała się do niej Ameba uważałem za sporą przesadę. W końcu to nie była jakaś tam przypadkowa osoba z ulicy, która zaczęła n niego skakać, bo tak, tylko właśnie moja matka... cholera, a może nie powinienem już jej tak bronić? Zachowywała się źle, nawet mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że niegodnie, jak na kobietę w jej wieku, ale wciąż łączyły mnie z nią więzy krwi i czułem się zobowiązany do obrony jej imienia. Ale czy nie byłem już na to za stary..? Nie wiem, już nic nie wiem, a charczenie Laluni zagłuszyło moje myśli. Chyba powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego tak bardzo kocha szybką jazdę. Sam fakt, że nie można wychwycić wzrokiem większych szczegółów mijanych obiektów, szum silnika i wiatr, który jakby wywiewał niepotrzebne myśli z głowy. Więc robił to by się wyszumieć... teraz chyba stało się to dla mnie logiczne.
Gdy dojechaliśmy pod dom już nie zszedłem z niej, jak poparzony, choć znów przez całą drogę mocno przytulałem się do jego pleców. Takie tam, zwykły odruch, nic wielkiego... poza tym i tak musiałem się go trzymać, by nie spaść, więc moje działanie było w pełni usprawiedliwione. W mieszkaniu ledwo odłożyłem torbę na kanapę, a już poszedłem do kuchni, co było chyba nie małym zdziwieniem dla mojego współlokatora. No co... sam powiedział, że jest głodny, to chyba czas najwyższy coś ugotować, tak? Bo szczerze wątpiłem, by potrafił coś więcej jak jajecznicę, na szefa kuchni to on mi nie wyglądał.
- Masz jakiś mięso? Warzywa? - spytałem, otwierając lodówkę. - Kiedy ty robiłeś jakieś zakupy...
- No co ty chcesz, jest co jeść. Czegoś się spodziewał?
- Niczego... pójdę na zakupy, niedługo wrócę. Możesz mi zrobić kawy.
- Nie dość, że to z kawą nie ma nic wspólnego to jeszcze będziesz chlać na zimno?
- I tak niemal za każdym razem robię z niej mrożoną – skwitowałem i niedługo potem wyszedłem z mieszkania.

Biorąc pod uwagę to, że zajęcia kończyły się mniej-więcej o czternastej, a w domu byliśmy raptem pół godziny później, to teraz dochodziła pewnie szesnasta. Tak, wiem, trochę późno, jak na porę obiadową i w sumie bliżej nam było do kolacji, ale to nie moja wina, że musiałem tutaj zaczynać od kompletnego zera. Nie mogłem też zrobić jakiejś zupy, Arian nie wyglądał mi na specjalnego zupożercę i raczej usatysfakcjonowałby go jedynie pokaźny kawał mięsa. Właśnie dlatego też zajęło mi to tyle czasu... przecież kurczak musiał poleżeć trochę w przyprawach nim nabrał odpowiedniego smaku, potem zapiec w ryżu z warzywami i dopiero wtedy mogłem podać danie, z które rzeczywiście mogłem być dumny.
- Proszę, smacznego – odparłem, stawiając na stole dwa pełne jedzenia talerze. Z satysfakcją usiadłem gdzieś niedaleko niego i ściągnąłem maseczkę, więc mógł zobaczyć uśmiech na mojej twarzy. - I co, trafiłem w twój gust?

1 komentarz:

  1. Nasz polarek się przyzwyczaja do motor, fajnie. Już ja sobie wyobrażam jego lodówkę, pizza, piwo i jakieś jajka walające się po kątach. XD Hoho, nie dośc że śliczny tyłek, słodka mordka to jeszcze umie gotować. Idealna żona. ^_^

    OdpowiedzUsuń