piątek, 24 lutego 2017

Rozdział VIII - Pochodnia płonie

- Mieszać w głowie, co? - spytałem i ująłem jego podbródek, nie, żeby się nie bronił. - Czyli jednak ci się podobam...
- Nie! I puść mnie! - krzyknął. - Nie chcę...
- Nie rozumiem... - stwierdziłem i pozwoliłem mu się uwolnić.
- Po prostu to nie miało i nigdy nie będzie miało racji bytu. Nie chcę być z kimś takim jak ty i nie interesują mnie twoje chore gierki. Doczep się do kogoś innego - warknął i ruszył pospiesznie do uczelni.
Zostałem sam nie bardzo wiedząc co mam właściwie zrobić. Po prostu tam stałem, wpatrując się w  miejsce, w którym zniknął Julien i nie potrafiłem uwierzyć w to, co się stało. Czy ja właśnie dostałem kosza? Zostałem tak po prostu odrzucony? Coś tu było zdecydowanie nie tak... To się nie mogło zdarzyć, nie kiedy miałem na kogoś tak cholerną ochotę jak na niego. Nie...
Na zajęcia nie dotarłem. Nie miałem ochoty siedzieć w sali pełnej bydła i to jeszcze w jednym pomieszczeniu z nim. To mijało się z celem, szczególnie dzisiaj, kiedy miałem ochotę biegać po mieście i palić co mi w ręce wpadnie. Wsiadłem więc na Lalunię i prułem byle wyjechać z miasta. Musiałem odreagować, jakoś się uspokoić. Wciąż jednak w głowie huczało mi pytanie "dlaczego?". Przecież wtedy na huśtawce mi się poddał. Oddał pocałunek, widać było, że sprawił mu on przyjemność. Czułem to do cholery, to jak się rozluźnia... Jeszcze tylko chwilka i byłby mój... Mój tak długo jakbym tego pragnął...
Zatrzymałem motocykl tak, że niemal wypadłem przez przednie koło, rzuciłem go i zacząłem szaleć. Warczałem i wrzeszczałem dając upust złości. Nie minęła chwila, a kłęby dymu zmieniły się w płomienie, które pochłonęły wszystko wokół. Dobrze, że wylądowałem przy jakimś jeziorku czy innym dziadostwie, dzięki czemu grunt był podmokły, bo w suchej trawie zrobiłbym niezły bajzel. 
Kiedy złość uszła ze mnie niemal całkowicie usiadłem w niezbyt czystej, ale jednak chłodnej wodzi. Byłem nagi, bo cała moja odzież spłonęła sobie w najlepsze i co najwyżej jakieś osmalone szczątki walały się na zrytej, zwęglonej ziemi. 
- Kurwa... - jęknąłem, bo zdałem sobie sprawę z tego, że zjarałem sobie i telefon przez co nie mogłem nawet zadzwonić po nikogo...
Zajebiście... nie ma to jak wracać do domu motorem i to na waleta. Ten dzień powinno się, kurwa, wpisać do jakiejś księgi katastrof.

6 komentarzy:

  1. Halo ;_; biedny Ari ;_; czemu dzisiaj tu nic nie ma? JULCIU? *spogląda grożącym wzrokiem * ><

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, jeszcze zobaczysz. Nie dla psa kiełbasa, zwolnijmy c:

      Usuń
  2. Tytytytyty ~! Nie pyskuj :v Julciu mój drogi.. Nie ma takiego slowa, dla mnie, jak "zwolnijmy".. Dla Ariana pewnie tez nie XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że dla mnie nie ma, ale widzisz... Julcia swoje T^T

      Usuń
  3. Biedny Ari dostał pierwszy raz kosza... Jakie to smutne... No to biedny płomyk musi się zacząć starać żeby zdobyć ten szczyt. <3 Ale on jest głupi, wszystko spalił, szkoda że tej kupy złomu nie wysadził, byłby spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. C-co...? Kupy złomu?! Tak o moim kochaniu mówić! Ona jedna jest zawsze przy mnie, kiedy jej potrzebuję! Nie zezwalam na obrażanie mojej Laluni!

      Usuń