sobota, 27 maja 2017

Rozdział XIV - Niemożliwy!

Miło było tak popatrzeć na małą Amebę uwiecznioną na zdjęciach. I choć wiedziałem, jak bardzo musiało to być dla niego momentami żenujące, zabawa była przednia! Ten wielki, momentami groźny facet w piżamce w dinozaury, soczkiem w ręce i w dodatku zakochany po uszy w Małej syrence, wszystko to wydawało się niemożliwe. Następnym razem będę musiał poprosić jego mamę o odbitki! Nie ma bata, przynajmniej jedno z tych zdjęć musi trafić do ramki i stanąć gdzieś w salonie. A może za bardzo się rządzę i jemu wcale by się to nie spodobało? Cóż, nim do tego dojdzie trzeba będzie zacząć przekonywać go małymi kroczkami, najlepiej pod postacią naszych zdjęć w ramkach gdzieniegdzie rozłożonych po domu.
Z racji tego, że byłem w domu jako pierwszy zająłem się pochowaniem wszelkiego jedzenia, które podostawaliśmy od pani Rebecci. No cóż, może i było tego dużo, ale plus w tym taki, że przez tydzień nie trzeba było robić zakupów. Kolejnym punktem były prezenty: zarówno ten dla mnie od Mariki, jak i ten dla Ariana. No i jeszcze dojdzie ten od niego dla mnie... obawiałem się, co to mogło być. Ze swoim zmieściłem się w niewielką torebkę prezentową, oby tamten nie przerósł go dziesięciokrotnie. Ale chyba nie miałem się o co martwić, w końcu zapewne obaj załatwialiśmy te rzeczy w trakcie tej zażartej kłótni, czy jakkolwiek idzie nazwać to, co działo się w tym przedświątecznym czasie. Z zamyśleń wyrwał mnie nie kto inny, jak Arian, który po dłuższej chwili nieobecności wreszcie przekroczył próg mieszkania.
- Dobrze, że już jesteś – zacząłem, posyłając mu lekki uśmiech. - Mam coś dla Ciebie i...
- Ja też, ale to musimy wyjść – odparł i rzucił mi do rąk kurtkę, a ja spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
- Ale po co?
- Nie wniosę ci tego do domu, proste – uśmiechnął się, a mnie aż zmroziło. Co to, do cholery, mogło być? Zastanawiając się wciąż, ubrałem się w końcu i wyszliśmy z mieszkania.
Przez cały czas chodziło mi po głowie, co też mógł wymyślić, przez co mierzyłem go co trochę wzrokiem z ukosa. Arian, deklu, co niby miało być...? I w tamtej chwili wręczył mi do rąk... kluczyki. A ja zamarłem. Chwila, moment, klucze... Nie od mieszkania, a to znaczyło, że...
- KUPIŁEŚ MI SAMOCHÓD?! - Nie wytrzymałe i niechcący aż krzyknąłem, nie dowierzając.
- Nie nazywaj tego samochodem... To tylko puszka na kołach. Myślałam o jakimś skuterze czy coś, ale biorąc pod uwagę, jaki z ciebie zmarzluch to padło na to coś... Wsadzisz tyłek i przejedziesz, gdzie będziesz chciał, a nie będziesz się tłukł autobusami – spojrzał na mnie, jakby to wszystko było takie oczywiste. A ja nie mogłem w to uwierzyć.
Co z nim było nie tak? Szybko dostrzegłem niewielkie autko na parkingu, a naciskając guzik przy kluczach potwierdziły się moje teorie spiskowe. On naprawdę kupił mi coś takiego... A ja się zmieściłem w małej torebce z tak badziewną rzeczą... Uderzyłem się w czoło, jednak takiej reakcji z jego strony to się nie spodziewałem.
- Nie podoba ci się, nie? Tak myślałem, cholera – mruknął.
- Co? Nie, nie! Jest świetny, dziękuję – szybko i kontrolnie go przytuliłem. - Kompletnie się nie spodziewałem, zaskoczyłeś mnie – uśmiechnąłem się szeroko i chyba udało mi się zażegnać sytuacje, bo nawet na jego twarzy dostrzegłem uśmiech. - Teraz moja kolej... oh, on będzie badziewny w porównaniu z twoim – dodałem pod nosem i skierowałem się z powrotem do bramy. Kluczyki schowałem w międzyczasie głęboko do kieszeni, by ich zaraz nie zgubić i zamknąłem ją szczelnie na zamek.
W mieszkaniu ledwo ściągnąłem z siebie kurtkę, a już chwyciłem za torebkę z prezentem. No i tu zaczął się mój wykład, to chyba z nerwów.
- Miałem pustkę w głowie, kiedy wybierałem dla Ciebie prezent, a pomysł przyszedł tak nagle, że nawet nie rozpatrywałem innych ewentualności. Pewnie nie będzie ci się podobał, jednak zaryzykuję... - podałem mu to „maleństwo” i tylko nerwowo obserwowałem zmiany w jego mimikę w trakcie rozpakowywania. W środku nie było niczego nadzwyczajnego: perfumy, ale nie tylko. Dołożyłem do nich także ciężką bransoletę ze srebrna, której boki obłożone były czarną skórą. Istną męczarnią było oglądania jego zdziwienia w czasie, gdy zakładał ją na rękę.
- Fajna, ciężka. Jak nią komuś przywalę to będzie to malowniczo wyglądać – wyszczerzył się do mnie, a mi spadł kamień z serca.
- Czyli ci się podoba? Matko święta, jaka ulga!
- Pewnie, że się podoba – odparł biorąc perfumy i nieco je powąchał. - Ciekawe... Tylko jak zwykle będę zapominał się nimi pryskać...
- Będę ci przypominać, nie martw się. Zauważyłem właśnie, że żadnych nie masz, a ja... lubię kiedy pachniesz.
- Mam... Schowane w szafce w pokoju. Marika swego czasu mi ich naniosła, ale jakoś mi nie za bardzo odpowiadały. O swojej sklerozie do psikania się nimi nie wspomnę – psiknął się lekko perfumami i przyciągnął mnie do siebie. - To jak... pachnę teraz odpowiednio? - zadziornie się uśmiechnął.
- Mhm, wiec to tak... - oparłem dłonie na jego ramionach. - Teraz perfekcyjnie.
- To może nawet postaram się o tym nie zapominać.... - skubnął mnie w szyję, a ja nie powstrzymałem śmiechu, choć odchyliłem głowę.
Później przyszedł jeszcze czas na rozpakowanie prezentu od Mariki, którego to dostałem zakaz otwierania przy ludziach. Zabrałem się więc do niego pełen obaw, a widząc w środku kocie uszy na opasce oraz ogon wszystko stało się jasne... No co za kobieta, dlaczego takie coś dostałem właśnie ja?! Szybko jednak znalazłem idealne zastosowanie dla uszek, Arian wyglądał w nich świetnie. Musiałem zrobić mu w nich całą sesję zdjęciową! I jedno mogę śmiało powiedzieć: ten dzień do końca był już nad wyraz miły.


Święta, święta i po świętach. Zapasy w lodówce się skończyły, dosłownie, bo wyjedliśmy wszystko co do okruszka z wojskowej partii żywieniowej Pani Mamy. W szafkach zaświeciło pustkami, w brzuchach kiszki marsza grają... Niby można jakoś pociągnąć na gotowym jedzeniu kupowanym w knajpach niedaleko domu, czy przez internet, ale to nie był zdecydowanie mój styl bycia. Dlatego też teraz, ledwie dwa dni po świętach, kiedy wszyscy zaczynali robić zapasy alkoholu na Sylwestra, a Ari miał inne, lepsze rzeczy do roboty, ja wylądowałem w sklepie w długaśną listą zakupów. Żeby nawet cukru w domu nie było, no ludzie... W każdym razie padło na mnie, nie narzekałem. Przynajmniej mogłem się przekonać na własnej skórze, jak to cacuszko jeździ i wcale nie było tak źle. Nawet wyliczyłem w tym wszystkim trzy najważniejsze punkty:
  1. Nikogo nie zabiłem.
  2. Siebie nie zabiłem.
  3. Nie stałem w zatłoczonym autobusie z siatami pełnymi po uszy.
Arian chyba faktycznie miał rację, potrzebowałem samochodu. Wcześniej tego nie dostrzegałem, jednak teraz widziałem, jak wielki level up zaliczyłem zmieniając środek transportu po mieście.
Teoretycznie miałem już wszystko i mogłem już wracać do domu, ale po prostu m u s i a ł e m wstąpić do cukierni po jakieś ciasto, musiałem! Za bardzo pachniało, za bardzo mnie kusiło bym mógł być tak okrutny i je zignorować. Zostawiłem więc siaty na siedzeniu w aucie i ruszyłem w stronę cukierni, kiedy nagle usłyszałem czyjś wołający mnie głos. Nie byłem pewien, do kogo należał, jednak już na sam jego dźwięk wiedziałem, że nie będzie to przyjemne spotkanie.

1 komentarz:

  1. Pokażcie w końcu te prezenty misiaczki, chce wiedzieć co tam się kryje. Nie, nie wierzę, autko? No to widzę że się postarał. No różnica między ich upominkami jest kolosalna. Ta bransoletka jest mega, sama bym chciała taką mieć. <3 Kupcie mi. :D No, Ari już się podlizuje, znowu. <3 Ooo... Ari w kocich uszkach. <3 Moja wyobraźnia działa na pełnych obrotach i jestem bardzo usatysfakcjonowana tym co widzę w głowie. Kochane autko, tak Ari – AUTKO. Bardzo się przydało i wszyscy cali. ;) a kto to będzie terroryzował mojego kociaka? :o

    OdpowiedzUsuń