piątek, 3 listopada 2017

Rozdział XVIII - Powrót do domu

Miałem świadomość tego, jak bardzo przestraszyłem Ariana moim lekkomyślnym zachowaniem, jednakże nie mogłem cofnąć czasu, choć bardzo bym chciał. Miał rację, powinienem był mu powiedzieć od razu, jednakże... Czy tak trudno zrozumieć to, że nie chciałem go martwić? Wiedziałem jaki jest i wiedziałem, że będzie wariował. A ja nie mogłem na to pozwolić ze względu również na moją męską dumę, która zdecydowanie za bardzo by ucierpiała. Już wystarczyło, że w ostatnim czasie tak bardzo utraciłem na męskości. Nie dość, że moja orientacja uległa absolutnej zmianie i stałem się arianoseksualny, to jeszcze z własnej woli założyłem ten ogon i uszy, kiedy za bardzo sobie popiłem.Wystarczy czekać na dzień, w którym przywdzieję na siebie spódnicę, no naprawdę. Wolę się więc nie żalić z moich problemów Marice, bo ten dzień może się ziścić jeszcze szybciej niż ustawa przewiduje, a ja... Cóż, nie pogodziłem się jeszcze z perspektywą paradowania w jakiś kabaretkach i krótkiej kiecce.
Wielce ucieszyłem się, kiedy Ari postanowił jednak mnie posłuchać i grzecznie poszedł kolejnego dnia na uczelnię tak, jak go o to poprosiłem. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie wysłał mu przypominającego sms'a koło dziewiątej rano, czym najprawdopodobniej zwaliłem go z łóżka. Hm, no i dobrze, nawet nie jest mi z tym specjalnie żal. Gdybym był zdrowy i mógł dzielić z nim tej nocy łóżko i tak bym go obudził, więc nie było problemu. A przynajmniej ja nie widziałem problemu do tej pory... Przecież kiedy wrócę do domu, a już sobie wszystko pięknie z Shunem załatwiłem co do wypisu na następny dzień po południu, to nie będę mógł dzielić z nim jednego łóżka i stracę swój żywy termofor. I choć wiedziałem, że ten będzie protestować, jakoby ostatni raz miał katar w podstawówce, bo przecież jest taki gorący, że zarazki nawet nie chcą się go łapać, to nie chciałem, aby przypadkiem powtórzył się tamten szkolny ewenement i wolałem dmuchać na zimne... Albo raczej na gorące w moim przypadku.
Czas spędzony w szpitalu należał do chyba najnudniejszego czasu, jaki tylko mogłem sobie wyobrazić. Odkąd Arian wszedł w moje życie z buciorami zaraz po rozpoczęciu roku w październiku, tak do teraz nie mogłem powiedzieć, że był choć jeden dzień, w trakcie którego nie działoby się coś szalonego lub chociaż, że moje myśli nie szalały wokół dziwnych zjawisk nadnaturalnych. Oczywiście mam tutaj na myśli jego osobę, gdyż przecież nawet, gdy byłem przekonany, że moim jedynym zadaniem względem tego chłopaka jest wpojenie mu jakichkolwiek obywatelskich obowiązków, to myślami nawet w każdej wolnej chwili byłem przy nim. I niby teraz też byłem, ale... Nie było to już tak dziko... Ekscytujące? I nie zrozumcie mnie źle, wcale mi się nie nudził! Po prostu stał się moją codziennością.
Przywitałem go szerokim, nawet względnie całkiem zdrowym uśmiechem w chwilę po tym, jak wszedł do mojej sali. Nie leżałem, a siedziałem, zaś wszystkie rzeczy, które wczoraj mi przyniósł były ładnie spakowane w moją podręczną torbę, którą zazwyczaj nosiłem ze sobą na uniwersytet. Teraz robiła za bagaż podręczny z zestawem przetrwania dla małego skauta w szpitalu.
- Świetnie, że już jesteś. Właśnie miałem dzwonić, byłeś? Zrobiłeś notatki? - spytałem, a gdy ten pochylił się do mnie, by pocałować "na dzień dobry", zrobiłem unik w bok. Najwyraźniej nie spodobało mu się to, gdyż spojrzał na mnie krzywo. Nie byłem zaskoczony, ale nie mogłem postąpić inaczej.
- Ari, dopóki całkiem nie wyzdrowieję, nie zbliżaj się do mnie za bardzo... Proszę. Nie chcę cię zarazić - mruknął, wstając z łóżka, aby przewiesić sobie torbę przez ramię.
- Zwariowałeś? Przecież ci tłumaczyłem, że ja nie będę chory. NIGDY - rozłożył bezradnie ręce, co skomentowałem śmiechem.
- Nigdy nie mów nigdy, wolę uważać. Nie chcę w końcu aby coś ci się stało, a poza tym jak ciebie chwyci, to kto mi będzie robić notatki z wykładów?
- Aha... Przyznaj się lepiej, że tylko o to ci chodzi - wyburczał i chyba dopiero wtedy zauważył torbę. - Już wychodzisz? Rudy znachor ci pozwolił?
- Ten "rudy znachor" nie ma nic do gadania, kiedy biorę wypis na żądanie - uśmiechnąłem się lekko, zaraz kasłając cicho. Okej, przecież nie wyzdrowiałem w jeden dzień... Ale nie miałem już gorączki, przynajmniej nie w tej chwili, a mięśnie nie bolały mnie tak bardzo, abym nie mógł stać.
Zabrałem z wieszaka swój płaszcz i jasny szalik, przewieszając sobie ekwipunek przez rękę. Udawałem przy tym cały czas, że nie widzę karcącego spojrzenia swojego chłopaka. Zwyczajnie nie chciałem go widzieć... Ale nie powinien się tak przejmować. W takim stanie i tak nie będę miał ochoty wyjść gdziekolwiek z domu, więc będę spędzać dni w łóżku. W swoim łóżku, którego od jakiegoś czasu w ogóle nie używałem.

1 komentarz:

  1. W końcu mój mały kociak się zbudził. To lecimy...
    Niby nie, ale lepiej gadać o takich rzeczach jak zdrowie komuś kto cie kocha, nie? No bez przesady, teraz będzie marudził... Ogonek ci się podobał, nie piskaj.
    Ojej... Jaki ten Ariś niedobry, nie ustawił sobie budzika? Te stare nawyki... To niedobrze, codzienność prowadzi do nudy. Oby jednak tu nie sprowadziła. No i nawet mu się przywitać nie da buziakiem. Biedny Ari. :(
    Od jakiegos czasu nie używałeś swojego łóżka? Ciekawe czemu... <3 Widzimy się w następnych !

    OdpowiedzUsuń