środa, 15 marca 2017

Rozdział IX - Przyjaciele..?

Człowiek, po którym najmniej bym się tego spodziewał tak po prostu się zgodził. Zrobił to w dodatku wtedy, kiedy wszyscy dotychczasowo spytani wykręcali kota ogonem. Takich to się miało właśnie przyjaciół na uczelni, a ja odkryłem to w najmniej spodziewanym momencie. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”... czy zgodnie z tą sentencja Ameba została moim przyjacielem? Śmiesznie byłoby mieć oparcie w kimś takim jak on: trochę to dzikie, pyskate, nieujarzmione i motoroseksualne, w dodatku otwarcie przyznał, ze mu się podobam... bardzo mnie to martwiło, jednak nie chciałem zrywać z nim znajomości tylko z tego powodu. Przecież teraz mam z nim zamieszkać... kto by mi pomógł, jak nie on? Miałem tylko nadzieję, że nie robił tego z litości, jeszcze nie nauczyłem się odczytywać wszystkich emocji z jego twarzy.
Miło było też wstąpić do tej pamiętnej kawiarenki i zamówić coś słodkiego do picia bez wcześniejszej wymiary zdań z ostrym przeciwnikiem. Czy ja wiem w sumie, czy był taki ostry? Raczej mógłbym go nazwać gorącym przeciwnikiem i to tylko ze względu na umiejętność. Kawa w jego towarzystwie nie smakowała już tak źle, o czym zdałem sobie sprawę, gdy spędzałem tamten poranek u niego w mieszkaniu. I choć to całe „wyznanie” padło z jego ust ledwie dwa tygodnie temu, sytuacja zdawała się być opanowana. No bo gdyby tak nie było to zachowywałby się w stosunku do mnie inaczej, prawda? Zwyczajnie zaczęliśmy się tolerować: nic więcej i nic mniej. Na pewno tamtego dnia trzymał go jeszcze sobotni kac, tak. To było względnie dobre wytłumaczenie, w które chciałem uwierzyć.
W tym całym busie, podczas jazdy na parking nie rozmawialiśmy wcale. Dopiero, kiedy zajechaliśmy pod mój dom wysiadłem pierwszy i poszedłem tworzyć drzwi od domu, które na szczęście okazały się być zamknięte na cztery spusty, więc nikogo w nim nie było.
- Niby nikogo nie ma, ale załatwmy to szybko, póki przylezie. Jeśli chcesz się napić to tam jest kuchnia, mój pokój już znasz.
Wyjaśniłem krótko i nie czekając na odpowiedź udałem się na górę. Nie potrzebowałem w końcu pomocy przy pakowaniu, mogę tu jeszcze kiedys wrócic po resztę pierdół, gdybym czegoś zapomniał. Najważniejsze były ubrania, leki, książki i słodycze z szafki, więc jak łatwo się domyślić nie zajęło mi to wcale dużo czasu. Najbardziej tylko ubolewałem nad niemożnością zabrania ze sobą ani jednego kota. U moich nóg właśnie plątał się Puszek, a to znaczy, że Pani Noris włóczy się gdzieś za Arianem przemierzającym moje mieszkanie, albo śpi na fotelu w salonie. W sumie bardziej obstawiałem to drugie, ale nigdy nie wiadomo, w końcu to koty. Po około dwudziestu minutach miałem już wszystko co było mi potrzebne „na już” do zamieszkania w nowym miejscu i z niemałym zadowoleniem ustawiłem dwie pełne torby przy drzwiach wyjściowych.
- Arian, w porządku? Dobrze się czujesz? Jak tam twoja alergia..?

1 komentarz:

  1. Ładnie to się wyraża o koledze który jako jedyny mu pomógł. Szybko się ogarnął, jak bym osiem razy sprawdzała każdy kąt czy na pewno wszystko mam. Ale pośpiesz się kochanie, tamten pewnie umiera na kichawe...

    OdpowiedzUsuń