środa, 10 maja 2017

Rozdział XIII - Życzenia

Dzień wydawał mi się ogólnie paskudny i nieciekawy, głównie ze względu na dziwną niechęć, jaka utworzyła się między nami w przeciągu tych kilku dni. A jak widać wystarczyło, że przybyła Marika i wszystko, jak za dotknięciem magicznej różdżki zniknęło. Może jednak była wiedźmą, jak to nazywał ją Ari? Ale mniejsza z tym, jak do tego doszło. Teraz liczyła się tylko chwila, a to dlatego, że... znów mnie całował.
Tym razem rzeczywiście trzymał ręce na wodzy, za to ja nie powstrzymałem się już, by przesunąć dłoń wyżej, konkretnie na jego szyję. Ten pocałunek był kompletnie inny od poprzednich, był pełen... tego czegoś. Owe „coś” natomiast zadziałało na mnie, jak magnes i szczerze mówiąc nie miałem najmniejszej ochoty, by się odsunąć. Czułem, że policzki zaczynają mnie piec, a reszta ciała powoli staje się coraz chłodniejsza. O moim towarzyszu mogłem powiedzieć dosłownie to samo, tylko... na opak. Pod opuszkami palców czułem narastające ciepło, mi było coraz zimniej, więc naturalną koleją rzeczy przysunąłem się jeszcze bliżej. I chyba, gdyby nie doszła do mnie nagle uśpiona myśl o nijakim „problemie” chłopaka, moglibyśmy to robić bez końca. Nieźle się dobraliśmy, no naprawdę... Kończąc pocałunek, zasłoniłem usta dłonią, starając się uspokoić oddech. Bądź co bądź... serce zaczęło mi jakoś dziwnie szybko bić. Jak na pierwszy tego typu, tak intymny pocałunek chyba w zupełności powinno wystarczyć... chyba. Skoro jednak chciałem tak myśleć, dlaczego miałem ochotę na więcej?
Zaskoczył mnie jednak ciemnowłosy, który pod koniec zwyczajnie mnie objął i przytulił. Znowu mnie zaskoczył, znów się nie spodziewałem, a jednak nie pierwszy już raz tego wieczoru wykazał się delikatnością. Czyli jeśli chce, to jednak potrafi... Dobrze wiedzieć, na pewno się przyda.

Obudziłem się pierwszy, co chyba nie było niczym dziwnym. Pierwsze spojrzenie skierowałem jednak na zegarek, a nie na śpiącą twarz chłopaka obok mnie. No przepraszam, miałem swoje priorytety. Była zaledwie siódma trzydzieści... Co jest, czyżbym zaczął cierpieć na bezsenność? Wydawało mi się, że w takich warunkach, czy śpię z żywym termoforem będę gnić pod kołdra co najmniej do jedenastej, a tu... proszę. Podciągnąłem się do siadu i dopiero wtedy na niego spojrzałem. Ameba w dalszym ciągu spała, przykryta do ramienia kołdrą, z włosami rozlanymi po poduszce. Wyglądał całkiem niewinnie, ale jak to mówią: „Najgorsza potworzyca wygląda słodko podczas snu”. Dlatego też nie chciałem zaburzać tej chwilowej niewinności i cichaczem wyślizgnąłem się z łóżka, a następnie z pokoju. Pierwsze kroki powiodły mnie oczywiście do łazienki, zaś następne do kuchni, bo gorąca kawa była przecież priorytetem. Przygotowując ja dla siebie, naszykowałem także drugą. Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz wstał, a jeśli nie to zwyczajnie ją sobie dosłodzę i doleję mleka, w rezultacie wypijając obie. Nie było żadnego problemu, prawda? Ale żadna kawka nie smakuje tak dobrze jak ta, którą zagryzasz ciasteczkiem, więc skradłem paczkę piegusków z szafki w kuchni.
Kiedy zalałem już oba kubki, rozsiadłem się na kanapie w salonie. Wiadomości puszczone dosyć cicho w telewizorze, ciastka na poduszce obok mnie, kawa w ręku – oto definicja udanego poranka. Jedynie coś tak chłodno było, to zwinąłem koc, który tak niedbale porzuciliśmy po wczorajszym na oparciu kanapy.
Po upływie jakiejś pół godziny do salonu wczłapał rozespany i chyba niezbyt wyspany Ari, którego od razu przywitałem pogodnym spojrzeniem.
- Pogięło cię, żeby tak wcześnie wstawać..? - zaczął, na co przewróciłem oczami.
- Wesołych świąt, masz kawę w kuchni – odparłem, jednak zaraz po tym moją uwagę przykuł świecący się wyświetlacz mojej komórki.
Podniosłem urządzenie z zaciekawieniem, a widząc kto do mnie dzwoni byłem w lekkim szoku, jednak jednocześnie bardzo się ucieszyłem.
- Cześć tato – uśmiechnąłem się do słuchawki, upijając łyk kawy.
- Witaj, Julien. Nie obudziłem cię?
- Nie, niedawno wstałem. Stało się coś?
- Nie, spokojnie – roześmiał się do słuchawki. Skoro tak swobodnie ze mną rozmawiał to albo nie było mamy w domu albo zwyczajnie sama jeszcze nie wstała. Któraś z tych rzeczy musiała być przyczyną. - Chciałem z tobą porozmawiać o wigilijnej kolacji. Masz ochotę przyjść? Ja wiem, że czasem bywamy zaborczy, ale tęsknimy za tobą.
- A co na to mama? Nie, nie chcę, by znowu zrobiła awanturę.
- Rozmawiałem z nią już na ten temat, ona również chce byś się zjawił. I co ty na to?
- Ja... Sam już nie wiem. Nie mam prezentów.
- Nie żartuj sobie. Synu, mi i twojej mamie naprawdę zależy byś tu był. No, tylko ja ci o tym powiem, bo wiesz jaka jest mama...
- No wiem... - mruknąłem, jak pozbawiony sił witalnych.
- Dzisiaj będzie dobrze, będziemy na Ciebie czekać. Uszy do góry, udobrucham jeszcze do końca dnia mamuśke i wszystko będzie cacy stuk stuk.
- Powodzenia – zaśmiałem się, odstawiając kubek na stolik.
- No to co, ja już będę kończył, jeszcze nawet nie wypiłem kawy. A, bo bym zapomniał. Życz temu swojemu koledze wesołych świąt i pozdrów go ode mnie.
- Dzięki, tato. Na pewno, no pa – rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę. - Tata cie pozdrawia i życzy wesołych świąt – odparłem od razu, wstając z kanapy i zwracając ku niemu wzrok.

1 komentarz:

  1. No i tak ma być, niedźwiadek grzeczny to i niedźwiadek dostanie. Naprawdę umrę tutaj na cukrzyce. Potworzyca? Mało powiedziane. No nie możesz zostawić tego lwiątka samego, po prostu nie możesz...

    OdpowiedzUsuń