Dzień wydawał mi się ogólnie
paskudny i nieciekawy, głównie ze względu na dziwną niechęć,
jaka utworzyła się między nami w przeciągu tych kilku dni. A jak
widać wystarczyło, że przybyła Marika i wszystko, jak za
dotknięciem magicznej różdżki zniknęło. Może jednak była
wiedźmą, jak to nazywał ją Ari? Ale mniejsza z tym, jak do tego
doszło. Teraz liczyła się tylko chwila, a to dlatego, że... znów
mnie całował.
Tym razem rzeczywiście trzymał ręce
na wodzy, za to ja nie powstrzymałem się już, by przesunąć dłoń
wyżej, konkretnie na jego szyję. Ten pocałunek był kompletnie
inny od poprzednich, był pełen... tego czegoś. Owe „coś”
natomiast zadziałało na mnie, jak magnes i szczerze mówiąc nie
miałem najmniejszej ochoty, by się odsunąć. Czułem, że policzki
zaczynają mnie piec, a reszta ciała powoli staje się coraz
chłodniejsza. O moim towarzyszu mogłem powiedzieć dosłownie to
samo, tylko... na opak. Pod opuszkami palców czułem narastające
ciepło, mi było coraz zimniej, więc naturalną koleją rzeczy
przysunąłem się jeszcze bliżej. I chyba, gdyby nie doszła do
mnie nagle uśpiona myśl o nijakim „problemie” chłopaka,
moglibyśmy to robić bez końca. Nieźle się dobraliśmy, no
naprawdę... Kończąc pocałunek, zasłoniłem usta dłonią,
starając się uspokoić oddech. Bądź co bądź... serce zaczęło
mi jakoś dziwnie szybko bić. Jak na pierwszy tego typu, tak intymny
pocałunek chyba w zupełności powinno wystarczyć... chyba. Skoro
jednak chciałem tak myśleć, dlaczego miałem ochotę na więcej?
Zaskoczył mnie jednak ciemnowłosy,
który pod koniec zwyczajnie mnie objął i przytulił. Znowu mnie
zaskoczył, znów się nie spodziewałem, a jednak nie pierwszy już
raz tego wieczoru wykazał się delikatnością. Czyli jeśli chce,
to jednak potrafi... Dobrze wiedzieć, na pewno się przyda.
Obudziłem się pierwszy, co chyba nie
było niczym dziwnym. Pierwsze spojrzenie skierowałem jednak na
zegarek, a nie na śpiącą twarz chłopaka obok mnie. No
przepraszam, miałem swoje priorytety. Była zaledwie siódma
trzydzieści... Co jest, czyżbym zaczął cierpieć na bezsenność?
Wydawało mi się, że w takich warunkach, czy śpię z żywym
termoforem będę gnić pod kołdra co najmniej do jedenastej, a
tu... proszę. Podciągnąłem się do siadu i dopiero wtedy na niego
spojrzałem. Ameba w dalszym ciągu spała, przykryta do ramienia
kołdrą, z włosami rozlanymi po poduszce. Wyglądał całkiem
niewinnie, ale jak to mówią: „Najgorsza potworzyca wygląda
słodko podczas snu”. Dlatego też nie chciałem zaburzać tej
chwilowej niewinności i cichaczem wyślizgnąłem się z łóżka, a
następnie z pokoju. Pierwsze kroki powiodły mnie oczywiście do
łazienki, zaś następne do kuchni, bo gorąca kawa była przecież
priorytetem. Przygotowując ja dla siebie, naszykowałem także
drugą. Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz wstał, a jeśli nie to
zwyczajnie ją sobie dosłodzę i doleję mleka, w rezultacie
wypijając obie. Nie było żadnego problemu, prawda? Ale żadna
kawka nie smakuje tak dobrze jak ta, którą zagryzasz ciasteczkiem,
więc skradłem paczkę piegusków z szafki w kuchni.
Kiedy zalałem już oba kubki,
rozsiadłem się na kanapie w salonie. Wiadomości puszczone dosyć
cicho w telewizorze, ciastka na poduszce obok mnie, kawa w ręku –
oto definicja udanego poranka. Jedynie coś tak chłodno było, to
zwinąłem koc, który tak niedbale porzuciliśmy po wczorajszym na
oparciu kanapy.
Po upływie jakiejś pół godziny do
salonu wczłapał rozespany i chyba niezbyt wyspany Ari, którego od
razu przywitałem pogodnym spojrzeniem.
- Pogięło cię, żeby tak wcześnie
wstawać..? - zaczął, na co przewróciłem oczami.
- Wesołych świąt, masz kawę w
kuchni – odparłem, jednak zaraz po tym moją uwagę przykuł
świecący się wyświetlacz mojej komórki.
Podniosłem urządzenie z
zaciekawieniem, a widząc kto do mnie dzwoni byłem w lekkim szoku,
jednak jednocześnie bardzo się ucieszyłem.
- Cześć tato – uśmiechnąłem się
do słuchawki, upijając łyk kawy.
- Witaj, Julien. Nie obudziłem cię?
- Nie, niedawno wstałem. Stało się
coś?
- Nie, spokojnie – roześmiał się
do słuchawki. Skoro tak swobodnie ze mną rozmawiał to albo nie
było mamy w domu albo zwyczajnie sama jeszcze nie wstała. Któraś
z tych rzeczy musiała być przyczyną. - Chciałem z tobą
porozmawiać o wigilijnej kolacji. Masz ochotę przyjść? Ja wiem,
że czasem bywamy zaborczy, ale tęsknimy za tobą.
- A co na to mama? Nie, nie chcę, by
znowu zrobiła awanturę.
- Rozmawiałem z nią już na ten
temat, ona również chce byś się zjawił. I co ty na to?
- Ja... Sam już nie wiem. Nie mam
prezentów.
- Nie żartuj sobie. Synu, mi i twojej
mamie naprawdę zależy byś tu był. No, tylko ja ci o tym powiem,
bo wiesz jaka jest mama...
- No wiem... - mruknąłem, jak
pozbawiony sił witalnych.
- Dzisiaj będzie dobrze, będziemy na
Ciebie czekać. Uszy do góry, udobrucham jeszcze do końca dnia
mamuśke i wszystko będzie cacy stuk stuk.
- Powodzenia – zaśmiałem się,
odstawiając kubek na stolik.
- No to co, ja już będę kończył,
jeszcze nawet nie wypiłem kawy. A, bo bym zapomniał. Życz temu
swojemu koledze wesołych świąt i pozdrów go ode mnie.
- Dzięki, tato. Na pewno, no pa –
rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę. - Tata cie
pozdrawia i życzy wesołych świąt – odparłem od razu, wstając
z kanapy i zwracając ku niemu wzrok.
No i tak ma być, niedźwiadek grzeczny to i niedźwiadek dostanie. Naprawdę umrę tutaj na cukrzyce. Potworzyca? Mało powiedziane. No nie możesz zostawić tego lwiątka samego, po prostu nie możesz...
OdpowiedzUsuń