Oparłem policzek na ramieniu Juliena i przymknąłem oczy.
Dobrze było tak trzymać tego zmarzlucha w ramionach. Już przestałem się
zastanawiać co mnie tak do niego ciągnie i dlaczego przy nim czuję się po
prostu spokojny. Gdyby Marika tu była wygłosiłaby monolog o prawdziwej miłości
i innych takich bzdurach. A mnie na Julienie po prostu zależało… bardzo.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu.
- Znowu komuś się uroiło zawracanie mi dupy – warknąłem i
sięgnąłem po gąbkę. Nie miałem zamiaru nigdzie się wybierać. Jednak telefon nie
przestawał dzwonić.
- Może to coś ważnego…? – zaczął Julien. – Może to twoja
mama lub Mari?
- Jakoś wątpię… - burknąłem, ale wyszedłem z wanny,
okręciłem biodra ręcznikiem i ruszyłem po znienawidzone w tej konkretnej chwili
urządzenie.
- Czego?! – warknąłem odbierając, bo numer nie należał ani
do Mariki, ani mojej mamy, a do tego patałacha Tarixa.
- Tak, wiem, że miałem ci nie przeszkadzać i serio bym tego nie
robił, ale sytuacja robi się krytyczna. Az przyprowadził jakiegoś nabuzowanego kloca,
który chce zwyczajnie cię szukać… - w tym momencie przerwały mu pełne złości
krzyki. Nie trudno było zrozumieć, że były kierowane w moją stronę.
- Będę za pół godziny… - rzuciłem niechętnie.
- Dzięki. Skórę mi ratujesz – zawołał mężczyzna z
entuzjazmem.
- W dupie mam twoją skórę – warknąłem i rozłączyłem się.
Zwyczajnie nie chciałem, żeby jakieś bydło zwaliło mi się do
domu. Nie miałem pojęcia co Az i jego bydle ćpali, że przypomniało im się o
mnie dzisiaj, ale trzeba im obu było wybić ze łbów takie akcje.
Odłożyłem telefon i wróciłem do łazienki. Julien wyszedł już
z wanny i właśnie owijał się ręcznikiem.
- Stało się coś… - to nie było nawet pytanie. Z resztą.
Widać było, że do szczególnie szczęśliwych nie należę.
- Muszę wyjść – oznajmiłem, po czym oboje ruszyliśmy do
sypialni. Ja się ubierałem, Julien, opatulony ręcznikiem usiadł na łóżku i
wodził za mną wzrokiem.
- Ale dokąd niby? – dopytywał.
- Mam robotę… - rzuciłem i już nie za bardzo odpowiadał mi
tor, na który schodziła rozmowa.
- Robotę? Dzisiaj? Przecież jest Nowy Rok, mało kto dziś
pracuje… a do tego… myślałem, że posiedzimy razem – stwierdził.
- Też miałem inne plany, ale to zwyczajnie nagła sytuacja.
Po prostu muszę…
- I nie powiesz mi oczywiście co to za praca i dlaczego tak
ci się dziś spieszy? – burknął z mieszaniną żalu i rozdrażnienie w głosie.
- Mówiłem ci już. Lepiej, jak trzymasz się od tego z daleka…
Siedziałem z tobą w domu przez długi czas. Teraz musze wyjść i do tego naprawdę
mi się spieszy – dokończyłem ubieranie się i ruszyłem do przedpokoju, żeby z
wieszaka zdjąć kurtkę.
- A o której wrócisz? – spytał jeszcze, idąc za mną.
- Nie wiem… późno – zwyczajnie wyszedłem. Nie miałem
nastroju na pogawędki, a rozmowa o moim zajęciu była ostatnim, co chciałem dziś
robić.
Siedziałem klnąc pod nosem na czym świat stoi i przyciskałem
do rozciętego łuku brwiowego ręcznik, w który zwinięty był lód. Dawało to dokładnie
gówno, bo moja rozgrzana nadmiernie skóra skutecznie sobie z tym lodem radziła.
Do tego na prawym boku czułem spory, pulsujący, rosnący zapewne w oczach
krwiak. Zwyczajnie bosko… Nie było to jednak nic dziwnego biorąc pod uwagę to,
że walka, którą chwilę wcześniej stoczyłem była długa, męcząca i zwyczajnie
ciężka. Koleś był dobry… albo to raczej ja się ostatnio zapuściłem. Siedziałem
w chacie, treningi zeszły sobie gdzieś na trzeci plan, łeb miałem zajęty innymi
rzeczami.
- Wszystko gra? – spytał Tarix i podał mi kolejny worek z
lodem.
- A jak, kurwa, sądzisz? – spytałem w odpowiedzi.
- Sorry… Wyglądasz zwyczajnie, jakbyś potrzebował sporego…
znieczulenia – zaakcentował ostatnie słowo w wiadomym celu.
Tak, powinienem wracać do domu. Julien i tak nie był zbyt
zadowolony z tego wyszedłem, ale faktycznie miałem ochotę zwyczajnie się napić.
Sporo… Tak więc wylądowałem w wiecznie otwartym „Edenie” z butelką w dłoni.
Do domu dotarłem dopiero w nocy. Ostrożnie otworzyłem drzwi
mając nadzieje, że uda mi się nie obudzić Juliena, który powinien dawno już
spać…
Będzie wpierdol, kto to dzwoni i przeszkadza w takiej chwili? >.< Niech ginie. Będą kłopoty. Ciekawi mnie czy on kiedykolwiek przestanie ukrywać swoja robotę, myślę że pieszczoszek by po długim marudzeniu zrozumiał... Albo i nie, zawsze był grzeczny. Ja bym zwyczajowo przywaliła temu całemu Tarixowi. Tak dla zasady. No ja bym nie liczyła na to że śpi, pewnie czeka na ciebie z żalem.
OdpowiedzUsuń