środa, 26 kwietnia 2017

Rozdział XII - Zdradzony...

Zaledwie wczoraj rano byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Miałem cudowną dziewczynę, dobrego współlokatora, spokojne (w miarę) życie i nie potrzebowałem niczego więcej. Po południu już ten stan się nieco pogorszył, Arian przestał być znośnym towarzystwem... a wieczorem wszystko to absolutnie runęło. Myślałem, że dostatecznie dobije mnie rozstanie z Aishą i nic, absolutnie nic nie będzie w stanie sprawić, że mój humor ulegnie jeszcze większemu pogorszeniu, ale jednak... nigdy nie mów nigdy.
Tego poranka spodziewałem się wszystkiego. Po tym, jak to w śnie wylądowałem z Amebą w łóżku, czułem się w dziwny sposób zobowiązany, aby go o tym powiadomić. Nie wiedziałem jednak jednego... tego, jak na to zareaguje. Ale chuj, chyba raz mogłem postawić wszystko na jedną kartę, tak? Poza tym... ten nocny obraz nie był odpychający. Dlaczego? Nie wiedziałem, nie rozumiałem. Jednak byłem w pełni świadomy jednej rzeczy... cholernie chciałem móc go teraz pocałować i po prostu sprawdzić, czy znów poczuje się tak niewiarygodnie dobrze, jak to było ostatnim razem. Chciałem, ale to nie znaczy, że miałem ma tyle odwagi by to zrobić. W końcu pocałunek jednak coś znaczył, przynajmniej dla mnie. Nie miałem też pojęcia, jaki stosunek ma do mnie Arian i czy słowa, które do mnie wypowiedział niedługo po imprezie dalej coś znaczyły. Ale... czy to oznaczało, że sam zacząłem coś do niego czuć? W końcu każdy z tych wariantów dokładnie obmyśliłem zeszłej nocy... naprawdę coś do niego czułem? To dlatego nie chciałem nawet smakować ust Aishy? Na szczęście falę dziwnych przemyśleń skutecznie zakończył Ari, który... znów to zrobił.
Znów  mnie całował, a ja nie mogłem złapać tchu. Każdy kolejny gest starałem się odwzajemnić, oddać jak najmocniej, posmakować, poczuć jego zapach, nacieszyć się tą dziwną chwilą bliskości. Tak, tym razem czułem, że naprawdę tego chcę i nie chciałem, by to wszystko potoczyło się w ten sposób. Jego ręka pod moją koszulą to jednak było za wiele, lecz gdy go opychałem nie spodziewałem się, że zareaguje tak... gwałtownie. Chciałem żeby tu został, chciałem z nim spędzić ten dzień, byłem gotowy nie iść na uczelnię, a on po prostu wyszedł niewyobrażalnie wkurwiony. Tylko... dlaczego..? Co ja zrobiłem..?

Mogłem mu jedynie pogratulować, gdyż nie po raz pierwszy swoim wybrykiem sprawił, że miałem go w głowie przez cały dzień. Na uczelnię nie zawitałem, jakoś tak... po prostu nie. Miałem świadomość tego, że go tam nie spotkam, jednak jakaś nieznana siła postanowiła założyć mi okowy i nie wypuszczać z domu, potocznie nazywamy tę siłę... bezsilnością.
Wciąż i wciąż, na wszystkie sposoby wałkowałem to poranne zajście. Dlaczego wyszedł..? Przecież nie tego chciałem, nie uniósłem głosu ani nie zareagowałem jakoś gwałtownie. Wręcz przeciwnie...pragnąłem tego pocałunku bardziej niż czegokolwiek innego. Nie pomyliłem się, znowu to poczułem. To ciepło, które zdaje się nie pochodziło wyłącznie z jego rozgrzanego organizmu, zwyczajnie z niego... to ma sens? Jego usta smakowały inaczej niż tamtego wieczora, zapewne dzięki gorzkiej kawie, której upił chwilę przed tym. Było też w nim coś, dzięki czemu nie chciałem nawet myśleć, by ta chwila przyjemności zakończyła się zbyt szybko. Dlaczego więc, skoro nie dałem mu wyraźnego "nie odebrał to tak... szorstka? Tak po prostu wyszedł, jakby nic się nie stało, a ja nie mogłem przestać o nim myśleć. Robił mi na złość..? Chodziło o wtedy..?
Momentami czułem, jak cały drżę, gdy nachodziły mnie gorsze myśli, a koc jak na złość spadał mi z ramienia. Czułem się... źle. Naprawdę, cholernie źle. Nie interesowały mnie nawet zajęcia, które straciłem tego dnia czy też inne obowiązki, które mimochodem jednocześnie zaniedbałem, a w moich myślach wciąż toczyła się wojna. Przeważała jedna myśl: czy on tu dzisiaj wróci? Miałem szczerą nadzieję, że tak, jednak jak to mówią... nadzieja matką głupich.
Tak właśnie minęło mi te parę ładnych godzin. Samemu, w jednym pokoju z herbatą i kocem, wszystko. Ożywiłem się nieco dopiero w momencie, gdy usłyszałem dźwięk zamka u drzwi. Wrócił! A więc jednak istniała szansa, by jeszcze dziś normalnie porozmawiać! Poderwałem się z miejsca po chwili wahania i wyszedłem z pokoju, od razu otwierając usta by coś powiedzieć,  jednak zobaczyłem jedynie zamykające się drzwi od pokoju chłopaka. Aha, czyli dalej był na mnie zły? Nie chciał ze mną  rozmawiać w dalszym ciągu? Tym razem poczucie winy spadło na mnie ze zdwojoną siłą, może faktycznie zrobiłem coś na tyle złego,  by uzasadnionym było unikanie mnie..? Powoli podszedłem więc do drzwi i bez pukania je uchyliłem.
- Ari, przepraszam, możemy... - ugryzłem się w język, gdy tylko podniosłem wzrok. Arian w łóżku z jakimś zdzirowatym brunecikiem, to chyba ostatnie czego się spodziewałem. Nie po tym co się między nami stało i na pewno nie tego dnia, kiedy to się  stało. No nie, po prostu nie, kurwa mać...
Choć podniósł na mnie wzrok nie odezwał się zbytnio, za to z ust tej niedoruchanej kurwy usłyszałem rozbawiona chichot, jakby cała ta sytuacja go zwyczajnie... bawiła. Mnie nie było do śmiechu, przygryzłem dolną wargę z irytacji, złości i nieznanego sobie wcześniej uczucia... zazdrości.
- Naprawdę? - poczułem, jak głos mi drży. - Musiałeś?! - niemal krzyknąłem, rzucając pogardliwie spojrzenie tej ciemnowłosej kurewce, która dalej zacieszała jak głupia, obejmując go za szyją i przyciągając jeszcze bliżej siebie. Tego było za dużo, zdecydowanie przelała się czar goryczy. Bez zastanowienia w trybie natychmiastowym opuściłem pokój, trzaskając drzwiami, a kolejne sekundy później zrobiłem to samo z drzwiami wyjściowymi.
Nawet nie zabrałem kurtki, bluzy, jedynie telefon, który tkwił w mojej kieszeni. Nie miałem czasu na zbędne pierdoły, po prostu chciałem stamtąd wyjść i nie patrzeć już na tę dwójkę. Miałem w końcu świadomość tego, co zaraz usłyszałbym przez cienkie ściany mieszkania, a tego raczej wolałbym sobie oszczędzić.
Tak bardzo chciało mi się w tej chwili ryczeć, a to wszystko przez tego dupka, Amebe. Wszystko przez ten potworny dzień, w którym spadła na mnie klątwa związana z jego osobą. Wszystko przez to, że widywałem go codziennie. Przez to, że spędziliśmy razem tyle czasu. Przez to, że razem zamieszkaliśmy. Wszystko przez ten jeden dzień w kawiarni... Jednak sądziłem, że mnie zrozumie, że ten jeden raz pomyśli, ale najwyraźniej się przeliczyłem.
Nie bardzo wiedziałem, dokąd powinienem się teraz udać. Do nikogo z uczelni i na pewno nie do domu rodziców, te dwie opcje wykluczyłem od razu. Ale skoro nie tam, to gdzie..? I wtedy właśnie, gdy zorientowałem się, jak daleko mnie nogi poniosły przypomniałem sobie o Marice. Idiotyczne, powinienem od razu o niej pomyśleć, jednak doszło to do mnie dopiero, gdy byłem w pobliżu jej domu. Co ze mnie za mężczyzna... nie dość, że czułem się dziwnie odrzucony, wręcz zdradzony przez innego osobnika płci męskiej, to jeszcze chciałem przez to płakać i wyżalać się dziewczynie... byłem żałosny, tak bardzo żałosny.
Wciąż niepewnie, ale jednak zapukałem do drzwi rudowłosej, stojąc przy tym prosto, jak jakiś słup soli. A co, jeśli jej nie było? Jeśli była zajęta? Jeśli z kimś się umówiła? Z duszą na ramieniu patrzyłem na drzwi, malując w myślach możliwie najgorsze scenariusze,va wtedy... ona je otworzyła, a we mnie jakby coś pękło i poczułem, jak po moich policzkach spłynęły łzy.
- Mari, czy ja mogę..?

1 komentarz:

  1. No nie wiesz co zrobiłeś? Znowu mu odmówiłeś biała gadzino. Tak się nie robi. O nie, wiedziałam że wejdzie... No szkoda mi go. TEN. DUPEK. SPROWADZIŁ. SOBIE. BEZCZELNIE. INNEGO. DUPKA. :D W sumie też bym zwiała i nocowała u kogoś innego. Moje biedne maleństwo...

    OdpowiedzUsuń