czwartek, 28 grudnia 2017

Rozdział XVIII - Dobrze, że jesteś

Pragnę zauważyć, że nie rozumiem w tym wszystkim jednej rzeczy: jakim cudem my obaj jeszcze żyjemy? Możliwe, że już wcześniej rozważałem na ten temat, jednak teraz szczególnie zaczęło mnie to intrygować na nowo. Ja, który średnią temperaturę ciała mam niższą niż przeciętny człowiek i Arian, który z kolei nagrzewa się dwukrotnie bądź nawet trzykrotnie mocniej niż ktokolwiek inni. Tak, byliśmy wyjątkowi. Prawdopodobnie jedni jedyni w naszym mieście, ale czy ktoś to kiedyś sprawdzał? Żyjąc sobie cichutko, skromnie tak, jak mamusia przykazała, nawet nie myślałem o tym, by wyruszyć w miasto i próbować odszukać osobę choć trochę podobną do mnie. A tu proszę, wystarczyło, że zacząłem studia... I przytrafił się on.
Ten wredny, gburowaty, opryskliwy, wkurzający, nadęty, złośliwy, dziwny, agresywny oraz nieprzeciętnie gorący pajac... Którego tył miałem okazję widzieć wcześniej, niż bym tego choć zapragnął. Zresztą, nie tylko ja. Pamięta ktoś może ten dzień, gdy w wiadomościach wspominali coś o „nagim jeźdźcu”? Tak, mój Ari. Nieprzeciętny, dziwny, kompletnie odmienny od reszty... W którym zakochałem się po uszy.
I ten nienormalny człowiek, wkurzający mnie od pierwszego dnia swym brakiem kultury, teraz dzielił ze mną życie. Wspólne mieszanie, do którego przywykłem. Wspólne zakupy, uczelnia, łóżko, miłość. Trochę się już znamy, a ja wciąż nie spodziewam się jego kolejnych poczynań, bo on szczególnie lubił mnie zaskakiwać. Czasem pozytywnie, aż miałem ochotę go wyściskać, a czasem tak, że wprost marzyłem, by wyrwać mu nogi z dupy. A tym razem... Byłem zmieszany.
Ukryłem przed nim moją dziwną odmianę grypy, a on po wcześniejszym opieprzeniu mnie (choć nadzwyczaj lekkim, spodziewałem się czegoś gorszego), ostatecznie nawet się nie gniewał. Poszedł na uczelnie, zrobił dla mnie notatki, na których marginesach wynajdywałem rozmaite rysunki przedstawiające panią profesor, ginącą w straszliwych mękach. A gdy wróciliśmy do domu i chciałem uciec do innego łóżka, by nie kusić losu, ten mnie przytulił, nie chcąc wypuścić z objęć.
Wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, jakim dupkiem sam potrafiłem być. Naprawdę się o mnie bał, a ja... Nie ufałem mu? Nie, to nie prawda. Ufałem, ufam i będę ufać! Tylko... Nie wiem, bałem się o niego. Każdy z nas ma własne sprawy i... Choroba nie była nikomu na rękę... Nie chciałem zwyczajnie, by musiał poświęcać na mnie więcej swojego cennego czasu. Kurde, jak ja się skruszyłem... To przez niego?
Słysząc to wyznanie, poniekąd, miłości, wyszeptane wprost do mojego ucha, przeszedł mną lekki dreszcz. Naprawdę się martwił, tymczasem ja nie chcąc, by tak się stało, przyprawiłem mu jeszcze więcej problemów. Nie chciałem. Sięgnąłem do jego rąk, odplątując nieco ten żelazny uścisk, jednak nie uciekłem tak, jakby się tego spodziewał. Po prostu obróciłem się na drugi bok, przytulając do nieco i również obejmując rękoma.
- Przepraszam.... - mruknąłem, następnie zakaszlałem. Co prawda czułem się już lepiej po tym kilkudniowym pobycie w szpitalu, ale wciąż nie byłem w pełni sił, a przede wszystkim było mi bardzo zimno.
- Nie ważne już, lepiej ci? - zwyczajowo mruknął, ale już inaczej. A ja doskonale to zinterpretowałem, a przynajmniej tak sądziłem, bo gdy uniosłem głowę i pocałowałem go w policzek, odpowiedział nieco cichszym pomrukiem. Tym razem zadowolenia, więc i ja się cieszyłem.
- Lepiej, cieplej. Jak to możliwe, że nie mogę cię zarazić... To niesprawiedliwe – wychrypiałem przez zawalone gardło.- Nasze moce zachowują się podobnie, tylko w odwrotny sposób... W rezultacie ty sobie hasasz w gaciach na biegunie, a ja marznę na plaży.
- Taki już mój urok i przestań marudzić. Ledwo wylazłeś ze szpitala, masz odpoczywać, albo...
- Albo co? - spytałem, unosząc brew w górę.
- Albo oduczę cię siedzenia.
Dobre sobie, akurat tył odmarzał mi już od tygodnia, więc i tak go już nie czułem. Prychnąłem śmiechem, kręcąc głową i ostatecznie wtuliłem się ponownie, a nawet zarzuciłem na niego nogę.
- Dziękuję, że jesteś.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Rozdział XVIII - NASZE wyrko

- To poczekaj, załatwię samochód, daj mi chwilkę - poprosiłem. 
Cieszyłem się bardzo, że Julien wracał już do domu, ale miałem ochotę nim solidnie potrząsnąć za to martwienie się o mnie. Ja nie chorowałem... Z resztą dziwne byłoby, gdybym chorował... Do zwalczania zarazków wystarczy organizmowi jakieś czterdzieści stopni Celsjusza, wkurwiony ja miałem pewnie z dziesięć razy tyle... Nie zamierzałem się jednak spierać... no przynajmniej na razie. 
Samochód szybko został mi dostarczony, więc mogłem wpakować swojego zmarzlucha na siedzenie pasażera i odwieźć go do domu. Tam zrobiłem mu miejsce na kanapie, tak, żeby mógł się położyć, miał pod ręką stoliczek, na którym stały leki i herbata, którą mu zrobiłem. No i nie będzie się nudził, bo w razie czego można było włączyć telewizor.
- Ari... ty tak serio? - spytał białowłosy, śmiejąc się lekko. Przeglądał właśnie moje notatki. Kiedy się zbliżyłem, odwrócił zeszyt w moją stronę akurat stroną, na której widniała czarownica na stosie... Czarownicą ową była wykładowczyni. Wyszła mi nawet podobna. Miała identycznie wredny wyraz pyska, co ta blond małpa, kiedy się wkurwiała, że znów się spóźniłem czy coś. 
- No co? Pomarzyć nie wolno? - spytałem, udając niewiniątko. Rysunków było więcej, bo lubiłem od zawsze bazgrać na bokach kartek i z tyłu zeszytów. 
Czas do wieczora jakoś upłynął... Ugotowałem nawet obiad instruowany przez Juliena, któremu zabraniałem wstawać, nawet jeśli go widocznie nosiło na widok moich działań. Zjadł jednak i nawet pochwalił, że udało mi się nie rozgotować ziemniaków. Było dobrze.
No i wtedy nastał wieczór, kiedy to Julien wziął garść przepisanych mu leków, na których widok automatycznie się skrzywiłem i poszedł się myć. Zaraz po nim do łazienki wszedłem ja, kiedy jednak ruszyłem do sypialni okazało się, że Julien wsiąkł... 
- No chyba sobie jaja robisz - burknąłem na niego, kiedy zobaczyłem, że przeniósł się do swojego starego pokoju.
- Mówiłem, że nie chcę cię zarazić... - stwierdził, znowu się upierając przy swoim.
- A ja, że i tak nie dasz rady, więc ładuj tyłek do naszego wyra, bo to jest za wąskie - poradziłem.
- Nie... zostanę tutaj i... - i nie skończył, bo podszedłem do niego, złapałem go na ręce i przewiesiwszy sobie przez ramię, ruszyłem do NASZEJ sypialni. 
- Arian puść mnie! - wrzasnął.
- Nie i nie wkurwiaj mnie nawet - warknąłem, położyłem go na łóżku i sam wcisnąłem się pod kołdrę, łapiąc go zanim zdążył zwiać. Mocno przyciągnąłem go do siebie, tak że jego plecy na całej długości przylegały do mojego torsu, a ja mogłem przytulić policzek do jego karku. 
- Ari... - zaczął znów, ale tylko mocniej splotłem palce na jego brzuchu, dając mu do zrozumienia, że nawet siłą się nie wyrwie.
- Nie rób mi tak więcej - fuknąłem po chwili.
- No chyba mam prawo korzystać ze swojego łóżka, co? - odburknął.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi... - rzuciłem i lekko ucałowałem jego ramię. - Ja wiem, że.... no niezbyt mówię niektóre rzeczy i może nawet nie do końca umiem je pokazać, ale zależy mi na tobie. Bardzo... bardzo mocno. Nie strasz mnie tak więcej i nie zostawiaj. A teraz spać, bo masz wyzdrowieć, a do tego ponoć jest potrzebne dużo snu.
Lekko podniosłem temperaturę swojego ciała, tak, żeby wygrzać mu ten zmarznięty tyłek.

piątek, 3 listopada 2017

Rozdział XVIII - Powrót do domu

Miałem świadomość tego, jak bardzo przestraszyłem Ariana moim lekkomyślnym zachowaniem, jednakże nie mogłem cofnąć czasu, choć bardzo bym chciał. Miał rację, powinienem był mu powiedzieć od razu, jednakże... Czy tak trudno zrozumieć to, że nie chciałem go martwić? Wiedziałem jaki jest i wiedziałem, że będzie wariował. A ja nie mogłem na to pozwolić ze względu również na moją męską dumę, która zdecydowanie za bardzo by ucierpiała. Już wystarczyło, że w ostatnim czasie tak bardzo utraciłem na męskości. Nie dość, że moja orientacja uległa absolutnej zmianie i stałem się arianoseksualny, to jeszcze z własnej woli założyłem ten ogon i uszy, kiedy za bardzo sobie popiłem.Wystarczy czekać na dzień, w którym przywdzieję na siebie spódnicę, no naprawdę. Wolę się więc nie żalić z moich problemów Marice, bo ten dzień może się ziścić jeszcze szybciej niż ustawa przewiduje, a ja... Cóż, nie pogodziłem się jeszcze z perspektywą paradowania w jakiś kabaretkach i krótkiej kiecce.
Wielce ucieszyłem się, kiedy Ari postanowił jednak mnie posłuchać i grzecznie poszedł kolejnego dnia na uczelnię tak, jak go o to poprosiłem. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie wysłał mu przypominającego sms'a koło dziewiątej rano, czym najprawdopodobniej zwaliłem go z łóżka. Hm, no i dobrze, nawet nie jest mi z tym specjalnie żal. Gdybym był zdrowy i mógł dzielić z nim tej nocy łóżko i tak bym go obudził, więc nie było problemu. A przynajmniej ja nie widziałem problemu do tej pory... Przecież kiedy wrócę do domu, a już sobie wszystko pięknie z Shunem załatwiłem co do wypisu na następny dzień po południu, to nie będę mógł dzielić z nim jednego łóżka i stracę swój żywy termofor. I choć wiedziałem, że ten będzie protestować, jakoby ostatni raz miał katar w podstawówce, bo przecież jest taki gorący, że zarazki nawet nie chcą się go łapać, to nie chciałem, aby przypadkiem powtórzył się tamten szkolny ewenement i wolałem dmuchać na zimne... Albo raczej na gorące w moim przypadku.
Czas spędzony w szpitalu należał do chyba najnudniejszego czasu, jaki tylko mogłem sobie wyobrazić. Odkąd Arian wszedł w moje życie z buciorami zaraz po rozpoczęciu roku w październiku, tak do teraz nie mogłem powiedzieć, że był choć jeden dzień, w trakcie którego nie działoby się coś szalonego lub chociaż, że moje myśli nie szalały wokół dziwnych zjawisk nadnaturalnych. Oczywiście mam tutaj na myśli jego osobę, gdyż przecież nawet, gdy byłem przekonany, że moim jedynym zadaniem względem tego chłopaka jest wpojenie mu jakichkolwiek obywatelskich obowiązków, to myślami nawet w każdej wolnej chwili byłem przy nim. I niby teraz też byłem, ale... Nie było to już tak dziko... Ekscytujące? I nie zrozumcie mnie źle, wcale mi się nie nudził! Po prostu stał się moją codziennością.
Przywitałem go szerokim, nawet względnie całkiem zdrowym uśmiechem w chwilę po tym, jak wszedł do mojej sali. Nie leżałem, a siedziałem, zaś wszystkie rzeczy, które wczoraj mi przyniósł były ładnie spakowane w moją podręczną torbę, którą zazwyczaj nosiłem ze sobą na uniwersytet. Teraz robiła za bagaż podręczny z zestawem przetrwania dla małego skauta w szpitalu.
- Świetnie, że już jesteś. Właśnie miałem dzwonić, byłeś? Zrobiłeś notatki? - spytałem, a gdy ten pochylił się do mnie, by pocałować "na dzień dobry", zrobiłem unik w bok. Najwyraźniej nie spodobało mu się to, gdyż spojrzał na mnie krzywo. Nie byłem zaskoczony, ale nie mogłem postąpić inaczej.
- Ari, dopóki całkiem nie wyzdrowieję, nie zbliżaj się do mnie za bardzo... Proszę. Nie chcę cię zarazić - mruknął, wstając z łóżka, aby przewiesić sobie torbę przez ramię.
- Zwariowałeś? Przecież ci tłumaczyłem, że ja nie będę chory. NIGDY - rozłożył bezradnie ręce, co skomentowałem śmiechem.
- Nigdy nie mów nigdy, wolę uważać. Nie chcę w końcu aby coś ci się stało, a poza tym jak ciebie chwyci, to kto mi będzie robić notatki z wykładów?
- Aha... Przyznaj się lepiej, że tylko o to ci chodzi - wyburczał i chyba dopiero wtedy zauważył torbę. - Już wychodzisz? Rudy znachor ci pozwolił?
- Ten "rudy znachor" nie ma nic do gadania, kiedy biorę wypis na żądanie - uśmiechnąłem się lekko, zaraz kasłając cicho. Okej, przecież nie wyzdrowiałem w jeden dzień... Ale nie miałem już gorączki, przynajmniej nie w tej chwili, a mięśnie nie bolały mnie tak bardzo, abym nie mógł stać.
Zabrałem z wieszaka swój płaszcz i jasny szalik, przewieszając sobie ekwipunek przez rękę. Udawałem przy tym cały czas, że nie widzę karcącego spojrzenia swojego chłopaka. Zwyczajnie nie chciałem go widzieć... Ale nie powinien się tak przejmować. W takim stanie i tak nie będę miał ochoty wyjść gdziekolwiek z domu, więc będę spędzać dni w łóżku. W swoim łóżku, którego od jakiegoś czasu w ogóle nie używałem.

środa, 4 października 2017

Rozdział XVIII - Wypędzony...

Naprawdę serce mi się krajało, jak widziałem go takiego słabego i bladego. Gdyby nie to, że pewnie by mnie stąd wyjebali na zbity ryj, położyłbym się obok niego, przytulił go i ogrzał... Może to nieco by pomogło...
Znalazłem znachora.... znaczy lekarza, który leczył Juliena i po krótkiej wymianie zdań nieco się dowiedziałem. Ot pierdoły w stylu, jego stan się poprawia, trzeba poczekać aż leki zaczną działać, bla bla bla... Przynajmniej tyle się dowiedziałem, że herbata mu nie zaszkodzi. Zszedłem więc do kawiarenki i kupiłem Zmarzluchowi herbatę taką, jaką pijał zazwyczaj w domu. Kiedy jednak dotarłem z kubkiem do sali, w której leżał, okazało się, że Julien śpi. Przysunąłem sobie więc krzesełko i usiadłem blisko łóżka, by lekko ująć jego dłoń i dalej ją ogrzewać. Spał lekko niespokojnie, oddech miał chrapliwy, a do tego czasami kasłał.
- Oj... Zmarzluszku... - westchnąłem, nie mogąc w głowie pomieścić, jak on się tak doprawił.
Siedziałem z Julienem ładne kilka godzin. Chłopak na przemian budził się, rozwialiśmy chwilkę i znów zasypiał. Co jakiś czas przeszkadzał nam ten jego lekarz. Na szczęście on, a nie jakaś wredna piguła, choć o tyle dobrze.
- Wybaczcie, ale będziesz musiał opuścić już szpital - zwrócił się w końcu Shun do mnie, kiedy podawał Julienowi leki na noc. Białowłosy wyglądał odrobinę lepiej niż rano, a przynajmniej ja miałem takie wrażenie. Do tego wydawał się też nieco przytomniejszy niż wcześniej.
Lekarz wyszedł, a ja siedziałem dalej.
- Wiesz, że musisz się zbierać? - spytał Julien i uśmiechnął się do mnie ślicznie.
- A miałem nadzieję, że dasz mi się schować pod wyrkiem... Wszyscy pójdą w pizdu spać, to będę mógł się położyć z tobą - stwierdziłem, mówiąc prawie poważnie. Naprawdę najchętniej tak właśnie bym zrobił.
- Wariat - zaśmiał się białowłosy i tym razem udało mu się nie dostać kolejnego napadu kaszlu.
- Widziały gały, co brały - uśmiechnąłem się do niego zadziornie i pogłaskałem go po chłodnym policzku. - Dobra... bo serio będziesz mnie tu musiał przetrzymać. Przyjadę rano, tylko się dowiem, o której otwierają ten biały burdel.
- Nie, nie rano... - zaprotestował Julien, przez co spojrzałem na niego, jakby na łeb upadł. - Ari, jutro od rana są zajęcia... pamiętasz?
- W dupie mam zajęcia - oznajmiłem. - Wolę przyjechać do ciebie, a nie tam gnić.
- Ale ja potrzebuję notatek... Nie wiem ile tu będę, a nawet jeśli mnie stąd na dniach wypuszczą, to nieco minie nim będę mógł wyleźć z łóżka i pojawić się na uczelni - tłumaczył cierpliwie i wiedziałem do czego zmierza.
- To podjadę na koniec zajęć i pożyczę notatki od twojej cycatej koleżanki i tyle.
Julien westchnął i pacnął mnie po głowie.
- Ona też musi się czasami z tych notatek pouczyć, wiesz o tym? - rzucił. - Dlatego ładnie cię proszę, żebyś jutro jechał na te zajęcia i zrobił notatki.
- Ja..? Ty jesteś tego pewien? - zaśmiałem się, ale okazało się, że nie żartował. Naprawdę kazał mi siedzieć w tej cholernej budzie i notować, co pierdoli ta durna baba, która ponoć chciała nas czegoś nauczyć. Wygonił mnie więc w końcu z sali i położył się widocznie senny. Leki zaczęły chyba działać...
Tak, jak w końcu obiecałem, pojechałem rano na zajęcia. Zajechałem na styk, więc z notatek nic nie uciekło... Znaczy chyba, bo moje pojęcie o tym, co notowałby Julien było marne i zwyczajnie pisałem, co uważałem za słuszne i kiedy to, co mówiła baba miało jakikolwiek sens. Wyszło mi tego naprawdę sporo... Nie mogłem się oczywiście powstrzymać od tego, żeby nie mazać po kartkach, kiedy babsztyl zaczął przynudzać albo pleść po raz dziesiąty to samo widocznie sadząc, że za pierwszym razem do nikogo nie dotarło. Tak więc mogłem się w końcu zbierać. Zamieniłem tylko kilka słów z Minami, która była zaniepokojona tym, że jestem w budzie sam. Uspokoiłem ją jednak, choć sam cholernie się martwiłem i już po chwili gnałem znów do szpitala.

sobota, 23 września 2017

Rozdział XVIII - Niedopita herbata

Wiedziałem, że przyjedzie. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko. Z każdym kolejnym słowem na końcu języka miałem pytanie o to, ile razy przejechał na czerwonym czy też, jak bardzo przekroczył tego dnia dopuszczalną prędkość. Chciałem zapytać, ale nie zapytałem. Byłem zmęczony, śpiący, chory i zimny, a Ari tak idealnie ciepły. Nawet nie gniewał się chyba tak bardzo, jak mi się wydawało.
Zmrużyłem nieco oczy, uśmiechając się coraz szerzej. Wkurzał mnie, jak nie wiem co, ale nie mogłem mu nic zarzucić w chwili, gdy naprawdę go potrzebowałem.
- Ari, możesz mi przynieść coś do picia? - poprosiłem, podnosząc się choć nieco do czegoś na wzór pół siadu.
Głowa wciąż mnie bolała, jakby te wszystkie proszki, które dostawałem dożylnie w ogóle na mnie nie działały. Chociaż może jakiś tam zadziałał i nie miałem aż takiej gorączki, co zauważyłem po stanie, w jakim było obecnie łóżko. Nie zamroziłem go na kość, więc było względnie w porządku.
- Co tylko byś chciał - odparł, odrazu wstając z łóżka w pełni gotowości. Zachciało mi się śmiać, ale wiedziałem, że poskutkuje to kaszlem, więc jedynie uśmiechnąłem się szerzej.
- Herbatę, chyba już wolno mi pić. Ale możesz dopytać Shuna... Znaczy lekarza.
Choć poprawiłem się błyskawicznie, on już spojrzał na mnie tak, jakbym miał coś za uszami.
- To mój lekarz rodzinny, Ari. Mam go od dziecka - wyjaśniłem prędko.
- Rodzinny, tak? Zaraz... To nie lekarz tylko cudotwórca, skoro trzyma przy życiu to stare pudło. Znaczy twoją matkę.
- Ari idź po herbatę - westchnąłem, zamykając oczy i starając się jednocześnie zachować zimną krew.
Albo nie, lepiej nie. Nie w obecnej sytuacji. Jak jeszcze to mi zamarznie to będę martwy dosłownie i w przenośni.
Nie potrafiłem jednak ukryć lekkiego uśmiechu, który zawitał w kąciku ust. Nie ważne, ile razy słyszałbym jakieś nieprzyjemne dogryzki o mojej mamie to, choć być może było to złe, bawiło mnie to jak nic innego na świecie. Nikt nie mógł zaprzeczyć temu, że była wredną kobietą. Nawet mój tata. Jeszcze inaczej... Zwłaszcza mój tata. Będąc w obecnym położeniu, mogłem śmiało stwierdzić, że był pod jej pantoflem i choć złego słowa nie mogłem o nim powiedzieć, to miałem nadzieję, że nie stanę się taki, jak on. Arian też nie.
Swoją drogą ten właśnie opuścił salę, a ja zakryłem się po uszy kołdrą. Wreszcie znów zapadła cisza, a mi było względnie ciepło, gdyż chyba ta końska dawka polopiryny zaczęła w końcu działać. Świat pomału przestawał wirować, aby znów zacząć i tak co chwila, dopóki nie poczułem ulgi w postaci odmarzających palców u dłoni. Wreszcie. Zamknąłem oczy, tłumacząc to sobie jako chwilowy odpoczynek, jednak wtedy dopadł mnie sen. Może i lepiej, jak wstanę powinienem poczuć się lepiej.

poniedziałek, 18 września 2017

Rozdział XVIII - No i co ja bym zrobił...?

W pośpiechu zbierałem wszystkie potrzebne rzeczy, które wymienił i chyba kilka nadprogramowych... nie wiem. Spieszyło mi cholernie, naprawdę... Gdy wsiadłem na Lalunię aż spaliłem gumę, ruszając. Maszyna wyła pode mną wściekle, kiedy wyciskałem z niej ile tylko fabryka dała. Zrobiłem więc niemały popłoch kiedy zatrzymałem się na parkingu szpitalnym tak, że aż tylne koło poderwało się na chwilę do góry. Kilka głębszych wdechów na uspokojenie i ściskając plecak z rzeczami dla Juliena wparowałem do recepcji szpitala.
- A pan do kogo? - spytała mało przyjemnie wyglądająca pielęgniarka w nieskazitelnie białym fartuchu.
- Szukam Juliena Fia - zakomunikowałem.
- A jest pan..? - zaczęła lustrować mnie zza szkieł okularów.
- Jego współlokatorem... Prosił mnie o to, żebym przywiózł mu jego rzeczy - wyjaśniłem i uśmiechnąłem się nawet, choć miałem ochotę łeb tej kobiecie urwać za to, że tak się guzdrze.
- Pan poczeka... - stwierdziła i zaczęła grzebać w jakichś papierach, a ja stałem bębniąc palcami w blat starając się nie dymić i nie wypalić w niczym dziury. No ileż można!
- Sala numer siedem... - stwierdziła w końcu flegmatycznie, a ja ruszyłem tam niemalże biegiem.
Zapukałem krótko, tak dla formalności i wparowałem do sali od razu zamykając za sobą drzwi. Plecak wylądował obok szafki, a ja od razu usiadłem obok Juliena z westchnieniem ulgi, że wreszcie go widzę.
- Matko kochana, zmarzluchu! Co się stało?! - spytałem ujmując jego chłodną, bladą dłoń.
- Nic takiego... Zwyczajnie się rozchorowałem.
- Jakie, kurwa, nic takiego?! - ryknąłem. - Leżysz w szpitalu... do tego kroplówka... To nie jest zwyczajnie rozchorowałem! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - aż zadrżałem na widok igieł. Dosłownie na sam widok żyły mnie bolały i było mi słabo.
- Nie krzycz na mnie... - fuknął i oblał się rumieńcem zerkając w bok. - Nie chciałem cię martwić no....
- Zmarzluchu... A najebał ci ktoś kiedyś gdzieś sęków?! Jakie nie chciałeś mnie martwić..? - rzuciłem, ale zaraz wziąłem głębszy wdech na opanowanie. - Przepraszam... już nie krzyczę...
- Po prostu czułem się nieco gorzej, ale myślałem, że przejdzie samo... - wyjaśnił.
- Same to się nawet szczeniaki nie robią, wiesz? - burknąłem na niego, ale uniosłem nieco jego zmarzniętą łapkę i przytuliłem do policzka.
No i co ja bym zrobił jakby temu cholernemu konusowi się coś stało? Czy on w ogóle wiedział jak był dla mnie ważny? Przecież serce by mi pękło...
- Trzeba mi było powiedzieć. Poszedłbyś wcześniej do lekarza, wziął lekarstwa, wygrzał się w domu... Może wtedy byłoby lepiej - skarciłem go.- Nie rób mi tak więcej! Nie pozwalam. To ja tu jestem ten nieodpowiedzialny i trzymajmy się tego. Jak się czujesz w ogóle?
- Teraz już lepiej... Dostałem leki, no i kroplówka też pomaga... - stwierdził i lekko pogłaskał mnie po głowie.
- A wiedzą już co ci jest?
- Póki co... zwyczajne odwodnienie... Pewnie to zwykła grypa czy inna błahostka, ale wiesz... to ja, więc wszystko przechodzę razy dziesięć - skrzywił się, ale zaraz spróbował uśmiechnąć. - Zrobią mi badania, dadzą jakieś proszki i wygonią do domu, zobaczysz.
- Mam nadzieję, bo inaczej sam cię stąd wykradnę... - oznajmiłem. Nienawidziłem szpitali. Tych jasnych ścian, smrodu odkażalników, a już najbardziej igieł.... brrrr... - Póki co przywiozłem ci wszystko.. Ubrania, kosmetyki, książki...
- Dziękuję - stwierdził i znów wplótł lekko palce w moje włosy.
Białowłosy wyglądał na takiego zmęczonego... Zawsze był blady, ale teraz miałem wrażenie, że lada chwila będę mógł spojrzeć przez niego... Jakim cudem, ta cholera to przede mną tak ukryła? Nie wiem, ale miałem ochotę go przytulić, tak naprawdę mocno, a zaraz później złoić mu skórę.
- No już, nie martw się tak, bo wyglądasz jakbym cię solidnie zaraził - zaśmiał się, co skończyło się kaszlem.
- A będę... moje święte prawo martwić się o ciebie i twój zmarznięty tyłek - wzruszyłem ramionami i zmrużyłem oczy.

niedziela, 17 września 2017

Rozdział XVIII - Lekarz

Wspominałem już, że coś mnie brało w ostatnim czasie? I nie, nie mam tutaj na myśli Ariana. Prawie cały grudzień przechodziłem bez ochronnej maseczki na twarzy. Teraz była już połowa stycznia, a ja wciąż nie skrywałem się za jej gładką fakturą. Pewnie dlatego tak często pobolewała mnie głowa, o czym jednak postanowiłem nie mówić mojemu partnerowi. W końcu nie był to na tyle silny ani długotrwały ból, aby nie wystarczyły mi zwykłe tabletki przeciwbólowe, których miałem prawie całą szafkę.
A Arian zdawał się przyzwyczaić już do wszędobylskich listków z pigułkami na wszystkie istniejące choroby świata, więc... Wszystko było dobrze. Tylko po tym ostatnim wieczorze mi się pogorszyło.
Dostałem silnego kaszlu, który również postanowiłem tłumić specyfikami z magicznej szafeczki. Sądziłem, że po prostu mnie przewiało, kiedy wracaliśmy do domu na Laluni i być może faktycznie tak było... W końcu ja nawet zwykłe przeziębienie odczuwałem ze zdwojoną siłą, czego był świadkiem nawet Ari, gdy odwiedził mnie w domu rodziców.
Poza kaszlem czułem się tak, jakby w gardle ktoś mi otworzył poduszkę powietrzną, ale i na to znalazłem wytłumaczenie. Zwykła chrypa, może coś mnie podrażniło, tyle. Na to też brałem leki, tym razem jednak raczej syropy, do których na ostatniej wizycie przekonał mnie lekarz.
Udało mi się to wszystko stłamsić na tyle, żeby Arian niczego nie zauważył. Nie chciałem fali pytań, ani by zaczął wokół mnie skakać, jak jakiś giermek wokół swego rycerza. Wiedziałem, że moje postępowanie było złe, ale nie chciałem by się o mnie martwił. I tak to robił, w chorobie czy nie. No więc co by to zmieniło, jakby wiedział?
W dodatku zamiast mu powiedzieć, jak słabo czułem się tego dnia, po prostu założyłem maseczkę, na której widok szczerze się zdziwił i wyszedłem z domu. Musiałem załatwić kilka spraw, m.in. zrobić zakupy na obiad i pójść na moją kontrolną wizytę u lekarza. Niby nie cierpiałem na żadną chorobę przewlekłą, ale wolałem się regularnie badać i uodparniać na poszczególne choróbska, niż potem siedzieć i się leczyć.
Tym razem miałem jakieś złe przeczucia. Wiedziałem przecież, że to lekarz i z oszukaniem go nie pójdzie tak łatwo, jak z Arim, więc nawet nie próbowałem. Poza tym chciałbym się w końcu dowiedzieć co mi jest i jak w najkrótszy możliwy sposób się tego czegoś pozbyć. W końcu od zawsze bałem się o swoje zdrowie i wiedziałem, jak słaby jest mój układ odpornościowy. Wszystko to dodatkowo się komplikowało, jeśli wzięto pod uwagę moje specyficzne umiejętności nadprzyrodzone. Normalny lekarz bez podstawowej wiedzy na temat specyficznego reagowania mojego ciała na poszczególne rzeczy średnio miał mi jak pomóc. Nawet temperaturę ciała miałem zaniżoną, a to już był problem, bo gdybym poszedł do zwykłego szaraczka w kitlu, a w trakcie mierzenia temperatury wyszłoby mi 37,5 to powiedziałby mi, że to nic, do jutra mi przejdzie, wezmę tableteczkę i będę zdrów jak ryba. A TAK NIE BYŁO. Przy stałej temperaturze 35 stopni, gorączka zaczynała się już od 37. Dlatego do lekarza chodziłem prywatnie, ten wiedział o wszystkim, a jego tajemnica lekarska zabraniała mu wyjawienia komukolwiek mojego sekretu. Inna sprawa, że był po prostu przyjacielem rodziny i traktowałem go raczej jak wujka.
Po wejściu do gabinetu, zdjąłem z szyi gruby, granatowy szalik i kichnąłem, nim w ogóle zdążyłem odwiesić ciemny płaszcz na wieszak przy drzwiach. Dzisiaj jeszcze wiało ze zdwojoną siłą, na co reagowałem dygotem, nawet będąc w samochodzie. Było mi tak strasznie zimno i czułem się jak trup, w czym upewnił mnie tylko Shun siedzący za biurkiem.
- Julien, wyglądasz strasznie – odparł z przejęciem, wstając od swojego biurka.
- Dziękuję, że mi to podsumowałeś... - chrypnąłem, łapiąc się za głowę. Naprawdę byłem taki zimny, czy tylko mi się wydawało?
- Czekaj, stój – zatrzymał mnie, sięgając po termometr bezdotykowy. Ja w tym czasie objąłem się rękami, wyrażając chociaż chęci ogrzania się.
Czerwonowłosy zmierzył mi prędko temperaturę, a widząc wynik nawet nie chciał mi go pokazać. Po jego minie łatwo domyśliłem się, że musiało być gorzej niż źle.
- Zawiozę cię do szpitala...
- Co...? - siorbnąłem nosem, nagle czując uderzający ból w potylicę. Chyba sam siebie odmrażałem, tak mi się zdawało. W dodatku na ubraniu zauważyłem szron, nie było dobrze, miał rację.
Nie dyskutowałem po prostu ubrałem się z powrotem i pozwoliłem mu na zabranie mnie do tak znajomego mi miejsca. Kiedy to ja ostatni raz byłem w szpitalu? Na wiosnę zeszłego roku? Chyba tak.
Siedząc na fotelu w jego samochodzie, nawet nie uważałem na drogę. Wzrok miałem tempo wbity w okienną szybę, a lekarz tylko co chwilę coś marudził o zamrożeniu skrzyni biegów i tak dalej. Nie wiem, nie słuchałem, nie potrafiłem.
A potem poszło już szybko. Na miejscu od razu zapisali mnie na listę pacjentów i zabrali na salę, gdzie podłączyli mnie pod kroplówkę (rzekomo się odwodniłem) i podali jakieś środki przeciwbólowe. Ale to oczywiście też po wszystkich wstępnych badaniach. I tak mi zeszły jakieś dwie, może trzy godziny. Wreszcie byłem w sali sam, a Shun nie pałętał się w tę czy z powrotem, sprawdzając moje wyniki. Czułem się też trochę lepiej, a więc i myśli zaczęły być nieco bardziej trzeźwe. Pomyślałem więc, aby zawiadomić o całym zajściu Ariana. Na szczęście odnalazłem telefon na szafce obok łóżka i od razu wybrałem numer.
- Hej, zmarzluchu – miałem ochotę go utłuc. - Co tam? Coś na długo zniknąłeś.
- Wiem, wiem, przepraszam. Ari, mogę mieć prośbę?
- Jaką?
- Podrzucisz mi kilka rzeczy do szpitala? Ale proszę, nie wypytuj teraz. Wyjaśnię ci wszystko na miejscu... I nie panikuj, wszystko jest dobrze.
Po drugiej stronie zastała mnie cisza, więc miałem świadomość tego, jak bardzo go zaskoczyłem, a przede wszystkim wystraszyłem. W końcu się odezwał.
- Zaraz będę.

poniedziałek, 4 września 2017

Rozdział XVII - Ogonki i inne słodkości (+18)

Julcia wreszcie przystopował nieco ze zmianami klimatycznymi i dało się go zaciągnąć między ludzi. Na szczęście żadna mało wyparzona japa nie rzuciła już imienia brunecika z moich obecnych koszmarów. Tia... wlókł się ten kurwiszon za mną jak smród za gaciami. Jak to dobrze, że ludzie nauczyli się, że przy mnie drażniących mnie tematów się nie porusza, bo wtedy ktoś szybko dostaje w ryło i jest wielki płacz.
Julien w końcu dał się namówić na kilka drinków, słabych oczywiście tak, że ledwie się to nieco różniło od zwykłego soku, ale i tak humorek mu się jeszcze poprawił. Do tego Marika z Edith go zagadały nieomal na śmierć, ale chyba mu się to nawet podobało. Nie, żeby mnie się podobał fakt, że zostało mu coś z zamiłowania do zerkania w pokaźne biusty. Ja za to podnosiłem na duchu Andy'ego, który zwyczajnie się w końcu spił, jak idąca na ubój świnia. Owszem miał do tego pewien powód, no ale bez przesady, a tak tylko wszystko pogarszał, ale co ja się będę wtrącał. Życie zacząłem jako tako układać dopiero przy Julienie, a i to od niedawna przecież...
Impreza jednak jakoś szła i szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał trzeba było pozbierać co bardziej schlane towarzystwo, a i samemu ruszyć do domu. Wsiadłem więc na Lalunię, a Julien po pożegnaniu się z Mari do mnie dołączył i tak ruszyliśmy w stronę domu. Niezbyt szybko, bo dostałem ochrzan na wstępie odnośnie tego, że przecież miałem wypadek. Ostatecznie jednak białowłosy wtulił się we mnie mocno, rozpraszając mnie nieco podczas jazdy. Z maszyny zeszliśmy pod domem w wyraźnie dobrych nastrojach. Nawet Julien szeroko się uśmiechał, choć dzionek łatwy dla niego nie był.
- I co? Było aż tak źle czy jednak dalej myślisz o sprowadzeniu na ludzkość kolejnej epoki lodowcowej i mam szukać mamutów? - spytałem i złapałem go w pasie, żeby pociągnąć w stronę domu. Było zimno, a jazda motocyklem sprawiała przeważnie, że Julien zwyczajnie marzł.
- No dobra, może nie było aż tak całkiem źle - odparł, obejmując mnie ręką w pasie w taki sposób, aby zaraz wsunąć palce do mojej tylnej kieszeni spodni. - Zawsze może być lepiej - dodał z uśmiechem, który bardzo mi się spodobał.
- Uuu...~! Lepiej? A jak bardzo lepiej? - złapałem go i przyciągnąłem do siebie jeszcze zanim przekręciłem klucz w zamku.
Julien roześmiał się i jego druga dłoń wsunęła się do drugiej kieszeni na moim pośladku, po czym pocałował mnie krótko w usta.
- O wiele, wiele lepiej - stwierdził.
- Ariemu się podoba... Ari lubi - wymruczałem i wciągnąłem go do mieszkania. Zamknąłem drzwi z piłkarza i zacząłem skubać Julcię po szyi. Oj tak... lubiłem smak jego chłodnej skóry. Mój kochaś zaś w pierwszej kolejności wtulił nos w zagłębienie mojej szyi, a gdy złożył już na niej krótki pocałunek, położył ręce na moich ramionach i nieco się odsunął, ku mojemu niezadowoleniu.
- Ale nie tak od razu - zamruczał, raz jeszcze muskając moje usta.
- A niby dlaczego nie od razu? - miętosiłem z zapałem jego pośladki, przyciskając tym samym jego biodra do swoich.
- Bo cię ładnie proszę, żebyś zaczekał. Mam dla ciebie coś, co powinno ci się bardzo spodobać - wręcz wymruczał, naciągając palcem moją koszulkę.
- A gdzie mam poczekać? I dlaczego tak długo? - znów przyciągnąłem go bardziej do siebie i skubnąłem jego jasne uszko.
- Jeszcze nie powiedziałem, jak długo - złapał mnie za podbródek, by nakierować moje spojrzenie na siebie i namiętnie mnie pocałował, przesuwając ukradkiem językiem po moim podniebieniu. - Możesz w salonie, tylko grzecznie i nie podglądaj.
- Ale to i tak będzie za długo! Stęsknię się i uschnę! - lamentowałem straszliwie, ale pozwoliłem się Julci odsunąć.
- Nic ci nie będzie, jak poczekasz kilka minut. To wymaga czasu - poklepał mnie po głowie, jak grzecznego pieska i udał się do naszej sypialni.
- Pospiesz się, bo mi pochodnia stygnie! - wydarłem się i usiadłem prawie grzecznie na kanapie w salonie. Prawie bo zrzuciłem z siebie nadmiar ubrań, które mi teraz cholernie przeszkadzały. Po głowie chodziły mi różne rzeczy, ale nic nie wydawało mi się na tyle prawdopodobne, bym nie zastanawiał się dalej, cóż on takiego tam robi. Moja cierpliwość była taka, że niemal jej nie było, więc czekanie zdawało mi się wiecznością... Kiedy jednak Julien wreszcie wparadował do salonu dech mi zaparło. Chłopak patrzył na mnie lekko, przygryzając wargi, a jego oczka skrzyły się ślicznie w zarumienionej buzi. Ubrany był w moją starą koszulę.. tylko w nią, bo kiedy odwrócił się do mnie bokiem i lekko wypiął widziałem jego nagie pośladki, a między nimi.. ogonek! Koci, puszysty ogon. Aż na ten widok zamruczałem.
- No takie kociaki, to ja rozumiem! - rzuciłem i przyciągnąłem go do siebie, żeby posadzić na swoich kolanach okrakiem i wpić się mocno w jego usta.
- Prezent od Mariki nie mógł się przecież zmarnować - uśmiechnął się szeroko, po czym odwzajemnił pocałunek. - W dodatku to takie dziwne, bo to nie ty.
- Oj... niedługo będę ja... ale najpierw nieco cię podręczę... Takimi rzeczami się bawić... Beze mnie... - złapałem ogonek u nasady i zacząłem lekko nim poruszać. Lekko w bok, później drugi, szarpnąłem lekko i znów wsunąłem głębiej do wnętrza Juliena. Niemal od razu z jego ust wydobył się jęk. Zagryzł jednak szybko dolną wargę co niezbyt mi się podobało. Lubiłem jak pokrzykiwał, lubiłem jego głosik...
- Brakuje obroży, szkoda - stwierdził i sapnął głośno kiedy znów mocniej poruszyłem jego ogonkiem.
- Kiedyś ci kupię taką z dzwoneczkiem - rzuciłem i znów wpiłem się w jego usta, tym razem zmuszając go by lekko się uniósł i bym mógł tym samym zsunąć z siebie bokserki... Jak dobrze, że ze spodniami uporałem się wcześniej.
Jeszcze chwilę bawiłem się ogonkiem sprawiając, że Julienowi coraz trudniej było się kontrolować. W końcu jednak wyciągnąłem zabawkę i wylądowała obok łóżka, a ja ułożyłem mojego niegrzecznego słodziaka na kanapie i nakryłem go swoim ciałem by w pośpiechu znaleźć wejście do jego gotowego już na mnie wnętrza. Białowłosy wygiął się pięknie w moich ramionach, a ja zacząłem skubać jego obojczyk i szyję, poruszając się w nim jednocześnie tak, że z jego gardziołka wymykały się kolejne słodkie jęki. Nie pozwoliłem mu tłumić tych przecudnych odgłosów dłońmi, które ostatecznie skrępowałem mu ponad głową, mocno je trzymając.
- Jesteś przesłodki - wymruczałem biorąc go szybciej, ale wciąż rytmicznie, napawając się jego słodką, czerwoną buźką i włosami rozsypanymi po poduszce. Widok ten był jeszcze rozkoszniejszy, bo całą resztę zaczęły skrzętnie ukrywać kłęby unoszącej się z naszych ciał pary. Był więc tylko Julien... mój słodki zmarzluch, bez względu na to jak nienawidził tego przezwiska.
Nadeszła długa chwila wypełniona wzajemnymi pieszczotami, bo w końcu uwolniłem jego dłonie. Szybko przeniósł je na moje pośladki, na których mógłbym przysiąc, że zostaną mi krwawe ślady po jego pazurkach. Poczułem jak ciało Juliena spina się mocno ostatni raz, a i ja szybko dołączyłem do niego, sięgając spełnienia i oboje opadliśmy na zmiętą kapę, która zazwyczaj leżała ładnie i równo na całej długości siedziska.
- No... to ja tu zostaję... - stwierdziłem, pewnie tuląc policzek do jego klatki piersiowej jak do poduszki. Chłodnej i wilgotnej od skraplającej się pary i potu, ale idealnej...
Julien zaśmiał się krótko, wciąż łapiąc słodko oddech.





Siedziałem w salonie i czytałem nowo zakupione pisemko motoryzacyjne. Ot kilka nowinek ze świata mojego i Laluni, z którego Julien niezbyt wiele rozumiał, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Był czwartek... nudny czwartek kiedy to nie miałem nic do roboty. Nawet Tarix siedział cicho i nie wołał mnie do kolejnej roboty. Kasa się jak najbardziej po ostatnim zgadzała, wiec uznał pewnie, że nie warto mnie znów wkurwiać. Do tego Julien wybył się na zakupy swoją puszką... A to oznaczało, że zanim wróci, zdążę tu korzenie zapuścić, ale cóż... zdarza się.

sobota, 2 września 2017

Rozdział XVII - Comeback Brajanka

Ledwo zdążyłem z trudem przełknąć gorycz porażki przy próbie namawiania Ariego do zmiany swojego zawodu na raczej... Odrobinę bardziej legalny. Chwilę wcześniej wryło mnie w podłogę to, co zastałem po wejściu do tamtej meliny. Ledwo porozmawialiśmy, a zadzwoniła Marika i w mgnieniu oka znaleźliśmy się na imprezie urodzinowej jakiejś tam znajomej Ariana. Zaś tam zdążyłem się tylko przywitać i już podniosło mi się ciśnienie, gdy padło to cudowne imię: Brian.
Mój ulubieniec najwyraźniej postanowił ubarwić cudowną historię znajomości z Arianem i wznieść ją o poziom wyżej. Jakie to było żałosne... Zupełnie, jakby po jednym numerku się w nim zakochał. Ale zaraz, on i miłość? Chyba tylko do swojego największego z największych wibratora, którego niestety ostatnio miałem (nie)przyjemność zobaczyć w pewnym filmie w sieci. Pech chciał, że zbłądziłem na tyle głęboko tamtego dnia, że choć treść jego kanału mnie przytłaczała i wręcz czułem, jak mózg mi się od tego przegrzewa i flaczeje, to jakoś nie potrafiłem wcisnąć tej głupiej strzałeczki, która przeniosłaby mnie na stronę wcześniej, gdzie wciąż jeszcze byłem bezpieczny. Nie. Jestem tylko człowiekiem. Głupim człowiekiem, który postanowił, że jeśli nadeszła pora, w której mózg ma zacząć przypominać kawałek filcu, to lepiej niech zrobi to raz i dobrze. Tylko czemu, och, czemu wcisnąłem subskrypcję?
Wracając,wszyscy wiedzieli, jak bardzo nienawidzę tego małego chuderlaka, który swoimi "nogami aż do nieba" (tak, to było w komentarzach) myślał, że złapie każdego. A gówno, nie złapie, już ja tego dopilnuję. Miałem tylko wrażenie, że przez to, że on go odpychał, ten śmierdzący insekt pragnął go tylko coraz bardziej. Naprawdę miałbym głęboko w dupie to, czy istnieje, czy dycha oraz to, czy dupczy się po kątach w pobliskim klubie. Właściwie miałem to w dupie, ale odkąd uczepił się MOJEJ pochodni, jak rzep psiego ogona, sprawa przybrała nieco innego wymiaru. Czy byłem zazdrosny? Nie wiem, niech każdy to zinterpretuje, jak chce.
Jedyne czego byłem pewny to to, że byłem wściekły, ale nie chciałem psuć tej nowo poznanej dziewczynie zabawy urodzinowej. Była bardzo ładna, do tego taka miła i naprawdę słodka, lecz odkąd dowiedziałem się, jak ten bury skurwiel namotał, przestał mnie nawet interesować jej dekolt.
Mimo wszystko wciąż z uśmiechem i udając, że nic się nie stało, a jakieś głupie pogłoski nie robią na mnie wrażenia, odsunąłem się nieznacznie. A kiedy nikt z towarzystwa nie patrzył, zniknąłem w kuchni, która właściwie graniczyła z salonem, więc mogłem sobie na nich zerkać. Chciałem się oprzeć i nieco ochłonąć, lecz w momencie, gdy moja zimna dłoń zetknęła się z blatem, usłyszałem skwierczenie i trzaski łamanego lodu. Nie musiałem patrzeć, już wiedziałem, że zwyczajnie zamroziłem wszelką popitkę, alkohol zgęstniał, a pod palcami miałem szron. Lada moment, a z okapu zaczęłyby zwisać sople lodu, jednak wtedy, jak książę na białym koniu pojawił się Ari. Najwidoczniej musiał wszystko zobaczyć z salonu, gdyż ledwo podszedł, a objął mnie ręką i przyciągnął bliżej siebie, by zaraz przesunąć drugą, mocno rozgrzaną nad zamarzniętą częścią kuchni.
- Ty wiesz, że klima to tu niezbyt potrzebna? Aż tak cię wkurwiło co ten dupek nagadał?
- Może jednak jest potrzebna? -mruknąłem, prychając na samą myśl o tym chłopaku. - Przecież ja go zabiję. Nie dość, że dziwka, to jeszcze ze znajomościami i teraz wszyscy sądzą, że spotykasz się z tą kurwą, a nie ze mną. 
- Słodziaku, już nie wszyscy - poprawił mnie i zbliżył się tak, aby stanąć między moimi nogami, kiedy opierałem się tyłem o blat. Wciąż przy tym trzymał mnie za nadgarstki, żebym znów nic nie zamroził. - Byłeś ze mną w robocie, jesteś tutaj, rozniesie się i tamten narobi sobie tylko siary.
- Dobra, wszyscy oprócz tych tu i tamtych tam. Na pewno całe miasto wie. Jak ja go dorwę to przysięgam, że zabiję!
- Jesteś przesłodki, kiedy jesteś taki wściekły i zazdrosny - wyszczerzył się wielce zadowolony i ku swojej uciesze, przejechał nosem po moim uchu. - Aż mam ochotę cię zaciągnąć "na pięterko" i nieco posmakować tej twojej złości.
- Nie - odparłem od razu, starając się wyrwać ręce z jego uścisku. - Obawiam się, że musiałbyś tak mocno podkręcić temperaturę, że wszystko poszłoby z dymem.
- Byłbyś tym razem na górze. To byłaby piękna izolacja, żebyś niczego nie zamroził - roześmiał się, skubiąc zębami moje ucho, na co tylko odchyliłem głowę na bok, chcąc choć odrobinę od tego uciec. 
- Fuj... Nie obrzydzaj mi nawet tego. Wystarczające mam dreszcze po tym, co znalazłem w sieci kilka dni temu...
- Jak nie obrzydzaj? Coś ty znów znalazł w tym internecie, co?
Warknąłem pod nosem, zerkając na ścianę w kuchni. Musiałem przecież ułożyć sobie na szybko kwestię, jakby to dobrze przedstawić tego naszego championa.
- Ukochanego ulubieńca naszego miasta. Dupodajkę. Dildobawiacza. Rozpowiadacza plotek. Sexmastera Brajanka - wyburczałem, ale takiej reakcji, jaką dostałem, to się nie spodziewałem. Myślałem, że Ari zaraz się udusi ze śmiechu, a kiedy z oczu poleciały mu łzy, spuszyłem policzek.
- Słodziaku, kurwa... gdzie ty błądzisz w tych internetach, co? Aż bym to z ciekawości zobaczył. I co... prezentował tam coś mało ciekawego, że aż tak się zraziłeś do pozycji jeździeckich?
- Po tym, jak widziałem, że sobie wsadza wibrator przykręcony do podłogi mogę śmiało powiedzieć, że to obrzydliwe...
- Oj tam... Ja nie jestem wibratorem tylko twoim wygłodniałym, napalonym na twój zgrabny tyłek, facetem.
- Zapomnij, nie mam ochoty. Poza tym w życiu nie pójdę na jakieś "pięterko" - mruknąłem raz jeszcze, wyrywając ręce z jego uścisku. Było mi jednak niewygodnie, więc oparłem się z powrotem o blat za sobą, a wtem napoje znów zaskwierczały, zamarzając.  
- Maruda... To chociaż nie rób za mróz - odsunął się nieco i znów wziął moje dłonie w te swoje, starając się wszystko rozmrozić. - Nie masz się czym tak denerwować. Poza tym nie przyszliśmy tutaj, żebyś się wkurwiał. Jeden durny gnojek raczej nie powinien psuć imprezy, co? No chyba, że chcesz wracać do domu, to powiedz.
 - I co, jeśli powiem, że chcę? - spojrzałem na niego mętnie, jak karp na dzień przed wigilią. - Zrobisz, jak ja chcę, a nie chcę, byś mi wiecznie chodził na rękę.
- A co... Wolałbyś dostać kopa i iść z buta? Jeśli po tym będę mógł cię przelecieć, to ci to mogę zagwarantować - rzucił zadziornie, ale chyba szybko zauważył po mojej minie, jak bardzo mi to nie leżało. Zaraz więc przyciągnął mnie do siebie i pocałował czule. - A tak na poważnie, to postaraj się o tym kretynie nie myśleć. Nie daj głupiej dupie psuć nam wieczoru, co? Edzia ma urodziny, pasuje się bawić, a nie zaprzątać łeb głupotami. Wystarczy, że ona sama łazi wściekła, a Andrew nie lepiej - skrzywił się.
- Jestem dzisiaj ogólnie mocno poddenerwowany. W szczególności całą sytuacją, którą miałem nieszczęście widzieć rano w tej... norze - podsumowałem, odwracając wzrok na towarzystwo gdzieś z tyłu, za Arim. - Potem spontanicznie przyszliśmy tutaj i jeszcze Brajanek... Wiesz, że mam słabe nerwy.
- Wiem i... Przepraszam za to, co stało się w robocie. Mimo wszystko sam chciałeś wiedzieć, a raczej ciężko byłoby ci o tym opowiedzieć. A tamtym naprawdę się nie przejmuj. Jak mówiłem, zaraz się rozejdzie po ludziach, że jestem z tobą. Wiesz jak ploty się rozchodzą. A szczególnie jeśli chodzi o mnie.
- Nie musisz przepraszać, tylko naprawdę byłbym szczęśliwszy i o wiele bardziej spokojny ze świadomością, że robisz to co robisz, ale legalnie - wróciłem do niego wzrokiem, obejmując delikatnie jego policzek dłonią. - Dalej mam ochotę go jednak zabić, na to już nic nie poradzisz. I kiedyś to zrobię.
Byłem już zwyczajnie zmęczony wszystkimi emocjami i wydarzeniami, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Nie chciałem się z nim kłócić, ale miałem naprawdę słabe nerwy i w przypadku pewnych zachować ludzi, zwyczajnie nie wytrzymałem i wybuchałem. Każdy czasem wybucha. 
- Jak znów coś odwinie, to obiecuję, że zafunduję ci z niego worek treningowy. Ja będę trzymał i instruował, ty będziesz bić, ale póki co, mordko moja zmarznięta - cmoknął mnie krótko w usta. - Wypij drinka, baw się grzecznie tylko ze mną, a jak wrócimy do domu, to z chęcią dokładnie ci wyłożę w czym jesteś lepszy od niego, najlepiej dogłębnie.
- Wchodzę w to, tylko niech będzie jeszcze żywy - uśmiechnąłem się lekko, odwzajemniając krótki pocałunek tym samym ruchem warg. - Nie ma sensu wykładać, we wszystkim jestem od niego lepszy.
- I nawet jeszcze bardziej skromny - zaśmiał się i oplatając mnie w talii, zaprowadził w stronę reszty imprezowiczów. Najwyraźniej uznał, że niebezpieczeństwo minęło i już raczej niczego, ani nikogo nie zamrożę. Jednak kto wie... Niech tylko ktoś wspomni coś krzywo o Brajanku, a się przekonamy.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Urodzinki

Wziąłem szybki prysznic i owinąwszy biodra ręcznikiem wyszedłem, by skierować się do kuchni. Julien już tak urzędował oczywiście, a po pomieszczeniu roznosił się aromat kawy.
Chłopak stał oparty o szafkę z kubkiem w dłoniach. Po jego buźce błądził słodziutki uśmiech, a złote oczka zdawały się patrzeć gdzieś w daleki punkt. Podszedłem do niego, a wtedy zamrugał i odwrócił buźkę w moją stronę. Idealnie, bo lekko uniosłem jego podbródek i złączyłem swoje usta z jego. Spokojnie, ale długo, w namiętnym pocałunku. Uwielbiałem te jego miękkie, chłodne usta. Szczególnie kiedy tak, jak teraz po chwili słodkiego wahania oddawały pocałunek. 
- Zaczyna mi smakować ta twoja lura - stwierdziłem i musnąłem koniuszkiem języka jego górną wargą. - Szczególnie kiedy jest z tobą w zestawie. 
- Powiedz po prostu, że mnie lubisz - uśmiechnął się odstawiając kubek i zarzucił mi ręce na szyję, żeby móc pomiziać mnie po karku, na co zamruczałem przeciągle. Oj tak... kochałem jego zimne paluszki muskające mój kark. Zdecydowanie każdy dotyk czułem tam o wiele niżej...
- Lubię? - prychnąłem. - E tam, lubię... w żadnym razie - droczyłem się, skubiąc lekko jego szyję  ustami. 
- Czyli mnie nie lubisz? - fuknął, ale nie przestał trzymać mnie przy sobie.
- Nie lubię, bo po prostu uwielbiam - skwitowałem i odsunąłem się, bo zaczęło mi się robić zdecydowanie za ciepło i wszystko wskazywało na to, że ubranie Juliena zacznie mi strasznie przeszkadzać... I głównym problemem wcale nie było to, że zaczęłoby się zwyczajnie tlić...
- To o czym tak zawzięcie myślałeś? - spytałem wpatrując się wciąż w jego słodką buźkę.
- A tak jakoś... o nas... - oznajmił tajemniczo i uśmiechnął się promiennie. Zdecydowanie mi się taki podobał. Uśmiech na jego twarzy zbladł jednak nieco, kiedy wyprostował się, przysuwając odrobinę w moim kierunku i położył delikatnie dłoń na sporym sińcu na moim prawym boku. - Boli bardzo...?
- Daj spokój, bywało gorzej - zaśmiałem się. - Na przykład niedawno, kiedy po głowie chodził mi jeden wkurwiający, tleniony konus, który twardo stał przy tym, że mnie nie chce.
- Aż tak źle było? - spytał jakby z lekką skruchą.
- Jak facetowi krew odpływa z mózgu, bo twoje twarde postanowienie sprawiało, że ja miałem... twarde co innego, to bywa, że ciężko się skupić i dostaje się gonga aż w uszach dzwoni. Do tego miałem złamane serduszko - siąpnąłem nosem ze smutną minką, żeby mu pokazać jak bardzo przykro mi było.
- Oj biedactwo ty moje - pożałował mnie, głaszcząc po głowie. Szeroko się przy tym uśmiechał.
- Śmiej się, śmiej, gadzie! - burknąłem i odsunąłem się, żeby otworzyć lodówkę. - Zjadłbym coś... - marudziłem, niuchając za czymś dobrym. Dorwałem się do paczki kabanosów, ostrych jak diabli i suchych na wiór, ale smakowały mi przez to okropnie. Moja ewidentna mięsożerność nie raz była polem do żartów dla Juliena, ale co ja poradzę, że potrzebowałem białka... Mięśnie nie robiły się z sałaty...
- Telefon dzwoni - zakomunikował mi białowłosy lekko zaniepokojony, kiedy jednak sięgnął po moją komórkę rozluźnił się widocznie. Dzwoniła Marika.
- Tiaaaa? - rzuciłam odebrawszy.
- Pamiętasz mam nadzieję, że dziś jest imprezka u Edi - rzuciła od tak... Pewnie z góry znała moją odpowiedź.
- No... tak jakby.
- Ari! - ryknęła. - Przypominałam ci przecież! Nawet esa ci wysłałam. O czym ty myślisz?!
- Tak ogólnie czy w tej chwili? - spytałem, przekręcając głowę, bo Julien po coś się właśnie schylał.
- Arianie Manoor, opanowałbyś się wreszcie. Ja wiem, że jest Pieszczoszek, świata poza nim nie widzisz i tak dalej, ale ludzie zaczęli już zbierać się dla ciebie na wieniec...
- Julcia nie lubi spędów towarzyskich - przypomniałem.
- Oj tam, raz na czas możecie się wyrwać. A jak się nie zgodzi, to do niego zadzwonię - stwierdziła. Już widziałem oczyma wyobraźni jej minę niewinnej cholery, która każdego umie nakłonić na wszystko.
- Dobra, dobra... - fuknąłem, rozłączyłem się i odłożyłem telefon. - Co powiesz na małą imprezkę? - spytałem Juliena.
- Małą? - spytał z uśmiechem. No tak... dzwoniła Mari...
- To nie Marika jest organizatorką, więc... będzie tak z połowa tego co zwykle - wyjaśniłem. - Dalej tłum, ale...
- Chciałbyś iść - dokończył za mnie.
- Wypadałoby... Edith ma urodziny, wiec pasuje mi ruszyć tyłek, a do tego fajnie by było, żebyś poznał moich znajomych, których jest jednak więcej niż ta ruda cholera.
- Ale... nie mam prezentu dla niej - skrzywił się.
- Moim znajomym nie wozi się prezentów... Po pewnym urodzinach zrobił się z tego niemały kłopot co komu kupić tak, żeby mu chawiry nie zagracać, dlatego do solenizanta jeździ się z połową monopolowego - wyszczerzyłem się. - To w takim razie się zbieraj, słodziaku - pogoniłem go i klepnąłem w tyłek.
Sam też ruszyłem wymienić ręcznik na spodnie. Zanim doszedłem do sypialni byłem już suchy, bo woda ładnie ze mnie odparowała. Jednak bycie chodzącym grzejnikiem miało swoje plusy.
Na miejsce dojechaliśmy nawet na czas, bo Julien mnie oczywiście gonił, żebym się pospieszył. Nie ma to jak jego punktualność. Ja tam nigdy za specjalnie nie zajmowałem sobie nią głowy. Szczególnie, że mało kto z mojego otoczenia to robił i byliśmy jednymi z pierwszych.
- Ari! - Edi wybiegła najwidoczniej, słysząc ryk Laluni. - Jak ja cię dawno nie widziałam - stwierdziła, rzucając mi się na szyję.
- Czym ci podpadł tym razem? - zaśmiałem się do niej, a ona tylko prychnęła i przeniosła wzrok na Juliena.
- Twój królewicz? - spytała mnie z promiennym uśmiechem.
- Julien Fia - przedstawił się białowłosy i zaczął już wyciągać dłoń w jej stronę, ale ona i jego przytuliła do piersi... Sporych, ledwo zakrywanych przez pokaźny dekolt, w który wlepił wzrok Julien na o wiele dłużej niż miał prawo...
- Edi... właśnie wieszasz się na moim facecie - burknąłem do niej.
- Marudzisz zupełnie jak Andrew - syknęła, mrużąc oczy.
Wreszcie weszliśmy do środka gdzie mogłem zostawić pakunek pełen alkoholi różnej maści. Szybko też złożyłem dziewczynie życzenia.
- Nie wierzyłem, że dotrzesz... - uśmiechnął się blondyn, choć widziałem jak szczęka mu drga. Był nieźle wkurwiony, no czyli znów ścięli się z Edi.
- Andrew, Julien - przedstawiłem sobie mężczyzn szybko. - A co, przegrałeś zakład? - odciąłem się zaraz.
- Żebyś wiedział! - krzyknął, ale zaraz spojrzał na Juliena, którego dłoń ściskałem, bo szedł dość nieśmiało. - Kiedy to zdążyłeś wymienić tego swojego na nowszy model? - wypalił.
- Że słucham? - wyrwało się Julienowi. Białowłosy od razu spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To znaczy? Jakiego innego? Przez cały czas jestem z Julienem - stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- A to... nie chodzisz z tym brunetem..? Jak mu tam... Brian... wiesz który, bo wychodziłeś z nim przecież na ostatniej imprezie, na której cię ludzie widzieli - wyjaśnił. - Mówił, że ze sobą jesteście...
Warknąłem przeciągle.
- To pierdolił bzdury... - stwierdziłem i przyciągnąłem do siebie Juliena, który zaczął robić się chłodniejszy. Objąłem białowłosego.
- Ty to jednak nie umiesz trzymać japy na kłódkę! - ryknęła na Andyego Edith. - Co cię to obchodzi, kto z kim jest i co kto pieprzy po kątach?
- Spokojnie ludzie... - rzuciłem. - Sprawa się wyjaśniła, nie? Edzia ma urodziny, świętujmy.
Nie chciałem burdy przy Julienie, który i tak wyglądał już na zdenerwowanego. A wkurwiona Edi nadzwyczaj często oznaczała niemałą aferę.

Rozdział XVII - Gniew opada, wspomnienia wracają

Nie byłem zły, to znaczy CHYBA nie byłem. Arian miał rację, po prostu martwiłem się na zapas. Choć podejrzewałem cały szereg różnych, dziwnych zawodów, z jakimi mógł się bratać, to jakoś ten jeden (choć przychodził mi wielokrotnie na myśl) zawsze odrzucałem. Sam nie wiem, dlaczego wydawał mi się bardziej abstrakcyjny niż przykładowy diler narkotyków czy innych używek.
Mimo wszystko byłem jednak zaskoczony tym, co przyszło mi zobaczyć. Począwszy od tego miejsca, przez ludzi, na Arim na ringu kończąc. Dała mi się także we znaki panująca tu, ohydna, jak dla mnie atmosfera, a także zwyczajny smród papierosów, potu i kurzu. Może meliną tego nazwać nie mogłem, ale czułem się tam... źle. Pragnąłem więc bardzo serdecznie podziękować mu za wyciągnięcie mnie na zewnątrz. Prawdopodobnie wyczuł, jak źle się tam czułem, a może tylko tak mi się zdawało? Nie ważne, chociaż stamtąd wyszedłem. I naprawdę już nawet nie byłem zły, tylko zwyczajnie zmartwiony. Nie chciałem na niego naciskać. Nie chciałem, by przeze mnie zmieniał swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, ale... Martwiłem się o niego. Naprawdę wolałbym, aby robił to, co robił w nieco bardziej legalnym miejscu, gdzie jest normalna ochrona i dobre ubezpieczenie, na wypadek poważnych urazów, a nie oszukujmy się, bo te mogą się przydarzyć każdemu. Nawet chodzącej pochodni.
- Nie złoszczę się... - odparłem cicho, czując, jak moje usta wyginają się w coś na wzór pobłażliwego uśmiechu. - Nawet cieszę, w końcu nic ci nie jest. Sam chciałem przypieprzyć temu pierdolcowi, z którym się lałeś. Gdyby nie ten zjeb obok mnie, przysięgam i nie żartuję, dostałby po ryju, jak nigdy nikt ode mnie.
- Uła, jak dziwnie jest słyszeć, kiedy klniesz jak szewc.
- A weź daj spokój, jestem jeszcze nabuzowany - wreszcie mogłem się normalnie uśmiechnąć, co spotkało się z nie lada aprobatą ze strony Ariego, gdyż pocałował mnie przelotnie w usta.
- Wracamy do domu, więc pakuj się - odparł, dosiadając swej pierwszej miłości, to znaczy Laluni.
Ach, naprawdę chyba zacznę być poważnie zazdrosny o te maszynkę. Momentami miałem ochotę wyrzucić ją gdzieś na wysypisko, aby patrzył się już tylko i wyłącznie na mnie. Wiedziałem jednak, że zamiast zdwojonej miłości, spotkałbym się z falą nienawiści, a i sam czułbym się źle z faktem, że odbieram mu tak cenną rzecz. Jak tak dobrze by się zastanowić to istniało jakieś wyjście... Jeśli częściej oddawałby ją na przeglądy czy inne tego typu pierdoły, czy wtedy częściej miałbym go całego dla siebie? A zresztą, wolę nie kombinować. Jeszcze obróciłoby się to w drugą stronę i podczas tej jej nieobecności, słuchałbym jedynie o tym, jak lśniący ma lakier na przodzie... Wtedy chyba bym nie wyrobił. Niech już zostanie tak, jak jest.
Dosiadłem więc maszyny i objąłem go, mocno przylegając do jego pleców. Przywykłem już poniekąd do przebywania miasta w ten sposób, a za tym szło przyzwyczajenie do przylepiania się do jego pleców, jak najszczelniej się tylko dało. Już się nie bałem, była to tylko i wyłącznie kwestia przyzwyczajenia, ale Arianowi raczej to nie przeszkadzało, więc wszyscy byli szczęśliwi.
Po dotarciu do mieszkania, pierwsze kroki skierowałem do kuchni, gdzie po umyciu rąk, wstawiłem wodę na kawę. Już dawno nie słyszałem komentarza odnośnie tego, jak bardzo nie jest kawą napój, który przyrządzałem dla siebie. Uśmiechnąłem się do siebie, rozbawiony. Kiedy przyszykowałem już kawę w dwóch, skrajnie różniących się wyglądem, jak i rozmiarem, kubków, uniosłem głowę, aby spojrzeć na kilka kartek poprzyklejanych na lodówkę.
Pozwoliłem sobie wprowadzać pomału pewien system zapiskowy, który, ku mojemu szczeremu zdziwieniu, jak i zadowoleniu, działał!  Mianowicie chodziło w nim o zapisywanie ważnych rzeczy na dany tydzień na kartach, a następnie przyczepianie ich po kolei na lodówce magnesami. Tak więc na jednej było, o tym, że trzeba dokupić sól. Na drugiej zapisane były godziny wykładów na ten tydzień. Na jeszcze jednej był o mojej wizycie u lekarza, gdyż skończył mi się zapas tabletek na receptę, a i tak był czas na wizytę kontrolną, więc wszystko się pięknie składało. Znalazło się na niej także zdjęcie, które zrobiliśmy sobie kilka dni temu z Mariką. Swoją drogą, wyszedłem zabójczo! Ale do czego zmierzam, w końcu nie chodzi mi o kolorowe karteczki na lodówce, nie.  Raczej o dom, prawdziwy dom. Ari stał się nieodłącznym członkiem mojej rodziny. Mieszkaliśmy razem, żyliśmy i było nam tak dobrze. I tak szczerze mówiąc, uwielbiam wspominać nasze początki oraz to, jakim dupkiem był na przykład wtedy, w kawiarence. To, jak pierwszy raz pocałował mnie wtedy u Mariki. No i to, co stało się na dzień przed gwiazdką. Uśmiechałem się do siebie, kiedy o tym myślałem i czułem, że teraz chyba również trochę odpłynąłem. Cóż, taki właśnie byłem. Kawa zalana, gaz zgaszony, więc nie istniało ryzyko, że coś się stanie. Najwyżej Ari, jak już wróci spod prysznica doprowadzi mnie do porządku. Od tego był w takich chwilach. Tak samo, jak ja byłem od tego o poranku, aby on nie zaspał na kolejny wykład.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Taka oto część mnie.

Westchnąłem ciężko. No i się zaczynało...
- Wiedziałem, że lepiej będzie, gdy nie będziesz wiedział - stwierdziłem otwarcie wstając. Zwinąłem bandaże, rozgrzałem dłonie i już po chwili materiał zajął się żywym ogniem. Wrzuciłem je wtedy do metalowego kubła gdzie płonęły dalej. - I tak... martwisz się na zapas i przesadzasz - dodałem.
- Arian... - zaczął, ale podszedłem do niego i ułożyłem mu dłoń na policzku.
- Proszę... nie dyskutujmy na ten temat bo to do niczego nie prowadzi. Ja uwielbiam tu być. Uwielbiam włazić na ten prowizoryczny ring i wyżyć się na tych idiotach, do tego zajebiście mi za to płacą.
- A jeśli coś ci się stanie? - spytał spoglądając na mnie twardo.
- Aż tak bardzo nie wierzysz w moje umiejętności? - odciąłem się pytaniem.
- Nie o to mi chodzi i nie łap mnie za słówka - burknął kiedy odsunąłem się od niego, żeby się ubrać. - Zwyczajnie się martwię, zrozum to...
- Rozumiem - rzuciłem wciągając szybko koszulkę. - Rozumiałem jak mama się o mnie bała, rozumiałem jak Marika wkurwiała się na mnie i beształa mnie kiedy mocniej oberwałem i rozumiem ciebie. Ale to nic nie zmienia.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale" - stwierdziłem. - Chodźmy już stąd... Na dziś mi starczy, możemy wracać do domu, a jeśli moje konto będzie wyglądać tak pięknie, jak obiecywał Tarix, to mogę obiecać, że nie będę brał żadnej roboty jakiś czas...
- A jeśli nie będzie tak pięknie wyglądało? - spytał krzyżując ręce na piersi.
- Tarix już dawno nauczył się, że jeśli orżnie mnie na kasę, to go znajdę i zrobię mu z dupy poligon - uśmiechnąłem się do Juliena ślicznie, nawet jeśli on dalej mierzył mnie takim wzrokiem jakby wciąż myślał czy bardziej się martwi, czy chce mi urwać łeb... W końcu więc chwyciłem jego dłoń i wyprowadziłem z pomieszczenia.
Musieliśmy przejść przez halę pełną ludzi. Kilka osób podleciało do mnie chwaląc się tym jak to na mnie stawiali i zarobili kupę kasy, oczywiście rzucali standardowe "Tak, dalej". Pierdolenie. A propos pierdolenia, to znajomo wyglądająca blondi rzuciła mi przeciągłe "cześć", ale jej równie znajoma, aczkolwiek bliżej niezidentyfikowana z imienia, koleżanka chyba uświadomiła jej, że nie przyszedłem sam, bo popatrzyła dziwnie i umilkła... No tak, jeszcze jakiś czas temu pewnie byłbym całkiem zadowolony, gdyby pomogły mi nieco się zrelaksować po obijaniu mord... Teraz jednak zwracałem uwagę tylko na jeden tyłek i szedł za mną dzielnie, wzdrygając się co czas jakiś kiedy miał co większych "przyjemniaczków".
- Nie musisz się martwić - powiedziałem do niego gdy wyszliśmy i stanęliśmy przy Laluni. - Jak się rozejdzie, że ze mną jesteś, to włos ci z głowy nie spadnie.
- Pocieszające... - mruknął.
- Mówiłem ci kiedyś, że jestem sławny - rzuciłem.
Naprawdę chciałem nieco rozładować atmosferę. Chciałem uniknąć kolejnej kłótni, szczególnie, że ta była bezcelowa. Nie chciałem kończyć ze swoim zajęciem. Może kiedyś, ale zdecydowanie nie teraz. To była po prostu część mnie i to spora. Na tyle, że nie szłoby tego od tak ze mnie wyplenić. Nie i już... Bez względu na to, jak bardzo by to Julienowi nie odpowiadało.
- No już... nie złość się na mnie - powiedziałem i opadłem się o motocykl, żeby zaraz przyciągnąć do siebie chłopaka. - Mordkę mam całą więc nie będziesz się musiał wstydzić ze mną pokazać - uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po policzku.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Mordobicie

Mogę ująć to wszystko jednym zdaniem? Chyba mogę. A więc tak: byłem przerażony i niesamowicie wkurwiony.
Jednak od początku...
Niesamowicie się ucieszyłem i odetchnąłem z ulgą, kiedy wreszcie się ugiął i postanowił pokazać mi, skąd tak naprawdę miał tyle pieniędzy. Domyślałem się, że to nie może być nic do końca legalnego, skoro aż tak bał się mojej reakcji i tak skrzętnie wszystko to w sobie tłumił, jednakże chyba byłbym bardziej spokojny, kiedy okazałby się być dilerem narkotyków niż tym, czego doświadczyłem na miejscu.
Samo to miejsce wydawało się być wręcz obleśne, nie wspominając już nawet o osobnikach obu płci w tym całym towarzystwie. Napakowani faceci, którzy myślą, że mogą wszystko lub dla kontrastu ci wątli i słabi, którzy byli ich jakby "partnerami w interesach" z grubym portfelem. Dziewczyny, jak na mój gust, przesadnie roznegliżowane. No i ta atmosfera, która utworzyła się w tym miejscu... Straszne. Nigdy nie byłem w takim, czy choćby podobnym miejscu, nawet nie było mi do tego spieszno, a teraz jakby nie patrzeć, sam się na to pisałem.
Kiedy Arian zostawił mnie gdzieś na boku, a sam poszedł na... Arenę? Powiedzmy, że tak; lepsze określenie nie może mi przyjść do głowy. No ale wracając... Kiedy mnie zostawił, poczułem się, jak jakaś małpa w ZOO. Obco. Jak cudak, dziwak i... zwierzyna. To ostatnie miało prostą przyczynę, mianowicie kilku obrzydliwych gości rzucało mi jednoznaczne spojrzenia, na które aż jedzenie podeszło mi do gardła. Ohyda.
Szybko odwróciłem wzrok w kierunku, skąd dobiegały te okropne odgłosy, kurwa, zwierzęcej walki, a widząc, jaki mocny cios dostaje nie kto inny jak Ari, z moich ust wydarł się mimowolny krzyk. Zasłoniłem je sobie dłonią, robiąc jednocześnie krok w stronę "ringu", jednak ktoś zdążył mnie powstrzymać. Od razu wyrwałem rękę z uścisku tego zagrzybiałego typa, ale ten zdążył już coś do mnie wywarczeć. Miałem ochotę mu odwinąć, chyba urok tego miejsca zadziałał także na mnie i nie wiem co bym zrobił, gdyby Arian nie znalazł się tak szybko tuż przy mnie. Bardzo sprawnie poradził sobie z tym dupkiem skaczącym z łapami, a kiedy się odwróciłem,  ujrzałem tamtego, z którym widziałem go jeszcze chwile temu, również na ziemi.
Uczucia, jakie się we mnie kotłowały były mieszane, jednak postanowiłem nic po sobie nie okazywać do momentu, aż znaleźliśmy się w odosobnionym pomieszczeniu. Arian zajął się swoimi zakrwawionymi bandażami, jak i innymi, znacznie mniejszymi niż jego przeciwnicy urazami, a ja nawet nie usiadłem na ławce. Skrzyżowałem ze sobą ręce na piersi i stałem przy oknie, opierając się plecami o ścianę, mając zamknięte oczy. Nie odzywałem się, jednak nie dlatego, że byłem wściekły, choć to stwierdzenie nie mijało się z prawdą. Musiałem po prostu wszystko sobie dobrze poukładać. Ari chyba wyczuł, że nie powinien mi teraz przeszkadzać, więc zajął się sobą w milczeniu, choć czułem padające na mnie co chwila niepewne spojrzenia.
- Jestem pełny podziwu, że się jeszcze nie połamałeś - wycedziłem, otwierając powoli oczy.
Natychmiast odnalazłem jego osobę i już nie spuściłem z niego wzroku.
- Czy ty zwariowałeś? To nie jest praca! Mogłem się tego wcześniej domyślić, no tak. Teraz to wszystko ma sens... Dziwne godziny i dni pracy, nieprawdopodobna lekkość przy wydawaniu każdej sumy pieniędzy, jak wtedy na święta. I dlatego mi nie mówiłeś, no tak, bo "będę krzyczeć"! - zasłoniłem sobie twarz dłonią, na moment się uciszając. - Teraz to wszystko ma sens... - powoli zabrałem dłoń, by znów na niego spojrzeć.
Nie ważne co powiedziałem, wciąż byłem wściekły, ale przynajmniej nie miałem już ochoty  krzyczeć i zamrozić pomieszczenia, które, biorąc pod uwagę fakt, że znajdował się w nim także Ari, niechybnie zamieniłoby się w saunę.
- Tym bardziej się martwię. Proszę, skończ z tym. Nie wiem... Wiesz, że możesz bić się zawodowo, a nie na jakieś zakłady czy inne takie? Błagam cię, kiedyś możesz nie wrócić... Ari, nie mów tylko, że martwię się na zapas. Ledwie co miałeś wypadek, dzisiaj dzwoni ten twój dupek i już lecisz na jakieś mordobicie. Ja cię proszę, bo już nie mam do Ciebie siły.

piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Cała prawda o mojej sławie.



Kiedy Julien wpadł mi w ramiona syknąłem mimowolnie. Widziałem jak odskoczył, czułem jak ułożył mi na twarzy swoją chłodną dłoń. To jednak nie pomagało… Wręcz przeciwnie jego chłód tym razem sprawił tylko tyle, że zrobiłem się jeszcze bardziej gorący. Mamrocząc pod nosem kolejną wiązankę przekleństw ruszyłem do łazienki.
- Ari… - jęknął Julien i ruszył za mną.
- Nic mi nie jest – burknąłem i wziąłem kilka głębszych wdechów żeby się uspokoić. – Mógłbyś okno otworzyć? Nie chcę nic zjarać… - rzuciłem jeszcze do chłopaka, a on zrobił szybko o co prosiłem.
Widziałem kątem oka Marikę, która przyglądała nam się wystraszona, ale nie podchodziła nie chcąc przeszkadzać. Z resztą wiedziała, że gdyby teraz próbowała mi pomóc zwyczajnie bym ją poparzył. Już nie raz widziała mnie w podobnych sytuacjach.
- Pomogę ci… - zaoferował Julien kiedy zacząłem z sykiem ściągać ubrania. Jak dorwę tego skurwiela, który mi wyjechał to tak go urządzę, że moja wkurwiona morda będzie ostatnim, co w życiu zobaczy zanim się usmaży żywcem….
- Zostaw… - burknąłem. – Dam sobie radę. Wezmę prysznic i będzie dobrze.
Widziałem jak białowłosy stał jeszcze chwilę blisko mnie, wahając się, ale w końcu wyszedł, a ja mogłem zamknąć za sobą drzwi, szybko, tak by nie przysmażyć klamki, rozebrać się i wleźć pod strugę lodowatej wody, która przyniosła mi wreszcie ulgę.  
Kiedy wyszedłem i stanąłem przed zaparowanym lustrem, a moje ciało miało już znośną temperaturę, obejrzałem się dokładniej. Na szczęście nic sobie nie połamałem, ale już poodzierałem się zajebiście. Zaczynały mi już wyłazić spore sińce, a i kilka blizn pewnie będę musiał doliczyć do wizerunku, szczególnie na ręce powyżej łokcia i na piszczeli. Pięknie…  
Kilka głębszych oddechów i mogłem wyjść do zmartwionego Juliena. Znaczy pierw do sypialni po spodnie, bo niekoniecznie uśmiechało mi się paradować przed Mariką w ręczniku. Nie, żeby mi osobiście to przeszkadzało, ale już Julienowi mogło…
- Trzeba to opatrzyć… -  stwierdził, kiedy zobaczył, że mało co sobie robę z otarć, na których przed chwilką dosłownie zdążyły się zrobić strupy, z których niektóre przesiąkały jeszcze krwią.
- Nic mi nie będzie… - stwierdziłem i przyciągnąłem go do siebie. Teraz jego chłodek był dobry… i zdecydowanie mi potrzebny, bo mogłem się do końca uspokoić… No przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie w obecnej chwili. – Po prostu jakiś skurwiel mi wyjechał i… będę musiał odstawić Lalunię do naprawy.
Z chęcią dodałbym też, że czeka mnie jedno morderstwo, ale może lepiej by było Juliena o takich rzeczach nie informować wprost…
- No już, już… nie martw się – pogłaskałem go po włosach i pocałowałem.
W końcu wyszliśmy do salonu. Mari czekała cierpliwie. Oczywiście też musiała mnie wypytać co się stało i tak musiałem oboje zapewniać, że nic mi nie jest, a kilka zadrapań więcej nie robi mi różnicy. Co jak co, ale bywałem bardziej poobijany… 
W końcu zadzwoniłem po mechanika. Rikki przyjechał szybko i zabrał moje maleństwo. Obiecał przy tym, że będzie jak najszybciej. Odetchnąłem z ulgą. Julien jednak nie koniecznie, bo lepił się do mnie zmartwiony cały wieczór. Nie omieszkałem tego wykorzystać i z przyjemnością zacząłem go całować, to znów pchać łapy w milutkie miejsca, oczywiście dostałem ochrzan za używanie poobijanej ręki, ale co tam.
Sobotni dzień spędziliśmy spokojnie. Lekko popołudniu  Rikki przywiózł mi Lalunię. Nie zdziwiłbym się, gdyby grzebał przy niej całą noc. On jeden wiedział ile ten motocykl dla mnie znaczył. Miałem ochotę go za to autentycznie wyściskać. Zamiast tego żarliwie mu podziękowałem i dołożyłem kupę kasy do rachunku choć się przed tym bronił. Na co, jak na co, ale na moją ślicznotkę wydałbym każde pieniądze…
- Chyba jestem zazdrosny – stwierdził Julien kiedy uważnie oglądałem motocykl czule go przy tym głaszcząc.
- Nie martw się, całujesz lepiej niż ona – puściłem mu oko na co westchnął i pokręcił głową.
Przerwał nam mój telefon. Kiedy zobaczyłem numer mendy Tarixa warknąłem pod nosem tak z czystej irytacji. Ten to zawsze potrafił wybrać idealny moment.
- Z góry mówię, że masz się odpierdolić – rzuciłem ledwie odebrałem.
- Ari, błagam nie rozłączaj się! – krzyknął. – Naprawdę cię tu dziś potrzebuję… Mamy gościa z zagranicy, facet choruje na twoim punkcie, chce się z tobą zmierzyć. Wyłożył na blat taką kasę, że jak to wypali, to będziesz mógł sobie pół roku siedzieć na wolnym – mówił szybko.
Myślałam chwilę nie słuchając już za bardzo szczebiotu tego idioty… Na ścisłe… przydałoby się komuś ryj obić, szczególnie jeśli w grę wchodziły spore pieniądze.
- Dobra… niech ci będzie, że za godzinę przyjadę – rzuciłem.
- Znowu praca? – spytał Julien. – Musisz dziś? Przecież wczoraj miałeś wypadek…
- Nic mi nie jest – zapewniłem znowu. – Wszystko ze mną dobrze. Wrócę niedługo.
- Ale… - zaczął i spojrzał w bok widocznie znowu walcząc z chęcią wygarnięcia mi tego i owego lub przynajmniej wypytywaniem o szczegóły.
- Nie dasz mi spokoju i będziesz tu siedział i się zamartwiał, co? – prychnąłem krzyżując ręce na piersi i opierając się o motocykl.
- Czy to źle, że się martwię o ciebie? – spytał mierząc mnie wzrokiem.
- Niby nie… - burknąłem i przyciągnąłem go do siebie. – Ja zwyczajnie wiem jak zareagujesz na moją robotę…
- Skąd niby? Nie będziesz miał pewności jak zagreguję, póki mi nie powiesz co robisz… - stwierdził hardo i oparł dłonie na mojej klatce piersiowej.
Sapnąłem niezadowolony z faktu, ze ten temat znów jest poruszany, ale cóż… to było do przewidzenia.
- Dobra –sapnąłem zrezygnowany. Nie chciałem kolejnej kłótni. – Wygrałeś… Pokażę ci co robię. Ale ostrzegam. Nie wolno ci rozmawiać ani o mojej robocie, ani o miejscu, do którego cię zabiorę czy kimkolwiek, kogo tam zobaczysz. Rozumiemy się?
- Dobrze – powiedział poważnie.
Kiedy jechaliśmy pod podesłany mi przez Tarixa adres wciąż nie byłem przekonany do tego pomysłu. W pewnej chwili wręcz uważałem się za idiotę, że ciągnę Juliena ze sobą… Kłopot był jednak taki, że w końcu do tego dojść musiało… szczególnie jeśli mieliśmy być razem, a ja chciałem z nim być i nie uśmiechały mi się kolejne burze… Co prawda było spore prawdopodobieństwo, że jedną właśnie sam sobie szykowałem, ale trudno…
Na miejscu ludzi było sporo. Jak zwykle widownia nieźle się już nakręciła zanim przyjechałem. Większość ludzi witała się ze mną radośnie. Julien szedł za mną widocznie niepewnie. Uważnie się przy tym rozglądał.
- Poczekaj tu – poprosiłem go wciąż nie do końca przekonany do tego pomysłu. – Pamiętaj, że gdyby nie wiem co się działo, ja dam sobie radę, więc się nie denerwuj.
Julien przytaknął tylko, a ja ruszyłem się przebrać, a raczej zwyczajnie prawie rozebrać, bo na matę wszedłem w samych spodniach. No dobra… miałem jeszcze dłonie ściągnięte bandażami, ale to się nie liczyło.
Moja przyszła ofiara już na mnie czekała. Facet był mojego wzrostu i tylko nieco lepiej zbudowany, miła odmiana po wszystkich tych drabach, którymi mnie straszono, do tego szczerzył się do mnie jak mysz do sera. Interesujące… Chociaż nie, jednak nie szczególnie.
Długonoga blondynka w kusych ciuszkach szybko nas przedstawiła, tak dla formalności, bo wszyscy zebrani byli dobrze doinformowani, i mogliśmy zaczynać. Żaden z nas się nie kłaniał, nie było podawania sobie rączek czy umownych grzeczności. Byliśmy tu po to, żeby stoczyć walkę i to na własnych zasadach. Fałszywe koleżeństwo nie interesowało nikogo.
On zaczął pierwszy, niecierpliwie wyprowadził kilka ciosów, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, wręcz odgryzłem się lewym hakiem czego się nie spodziewał, bo zarobił ślicznie w szczękę. Szybko się jednak otrząsnął i wziął poprawkę na moją szybkość. Zdecydowanie dobrze ocenił też mój stan, bo większość ciosów wyprowadzał na prawą stronę, tak więc zarobiłem niezłego kopniaka w prawy bok, tam, gdzie bolało najmocniej. Zaraz później zarobiłem i drugi raz. Karą za moją opieszałość było to, że zostałem zepchnięty do defensywy i musiałem się skupić na unikaniu kolejnych ciosów. Nie koniecznie było kolorowo, a moich uszu dobiegło sporo najróżniejszych krzyków. W tym krzyk Juliena. Spojrzałem szybko w jego stronę co przypłaciłem przyjęciem kolejnego uderzenia. Najgorsze było jednak to, że jakiś drab wystartował do białowłosego z łapskami. Nie wiem czy chciał go powstrzymać przed podejściem do maty czy co zrobić, ale sam fakt, że go dotknął sprawił, że wściekłem się niemiłosiernie. W tej chwili wszystko przestało mnie boleć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… Wkurw zrobił swoje.
- Dobra, kurwa, trzeba to kończyć – warknąłem pod nosem i przyjąłem kolejny cios tylko po to, żeby złapać ramię przeciwnika i wyprowadzić solidny cios łokciem w jego szczękę. Zaraz szarpnąłem jego ramiona w dół i z całej siły trzasnąłem kolanem w jego mostek. Ciało mężczyzny opadło, a ja wyskoczyłem z ringu popędziłem do draba, który akurat odwrócił się do mnie tyłem i chciał popchnąć Juliena. Niedoczekanie jego.
Moja stopa wylądowała w zgięciu jego kolana. Usłyszałem wręcz jak jego kość chrupnęła nieprzyjemnie. Facet opadł na kolana przed Julienem, a ja szarpnąłem jego kark i zrównałem jego mordę z posadzką.
- Nikt nie dotyka tego, co należy do mnie! – ryknąłem zanim fagas odpłynął do krainy snów. Sądząc po tym jak wyglądała teraz jego facjata, możliwe, że wiecznych.
Wstałem i otoczyłem Juliena ramieniem dając zgromadzonym jasny znak, że jak ktoś go ruszy, to nogi z dupy powyrywam w znaczeniu dosłownym…
- Upewnij się, że on wstanie albo przynajmniej będzie miał kto za niego zapłacić – rzuciłem do Tarixa, wskazując na mężczyznę którego zbierali z maty. Szczur cofnął się mimowolnie w chwili, w której przeniosłem na niego spojrzenie.
Wciąż trzymając Juliena przy sobie ruszyłem do niedużego pomieszczenia, które robiło tu za szatnię. Usiadłem na ławce i zacząłem odwijać zakrwawione bandaże z dłoni czekając na jego reakcję.

Rozdział XVI - Strach

Powinienem dziękować Bogu, że mam tak cudownego faceta, jak on. Naprawdę. Pomimo tych wszystkich, dziwnych zazwyczaj zgrzytów, jakie zachodziły między nami już od samego początku, a które postanowiły wrócić w ostatnim czasie, naprawdę uważałem, że jest niezwykły. Dlaczego? Już tłumaczę. Zawsze był w gotowości, aby jechać dla mnie po cokolwiek słodkiego. Podejrzewam, że gdyby zachciało mi się, jak jakiejś kobiecie w ciąży ptasiego mleczka o godzinie jedenastek w nocy, on by po nie poszedł. Kochał mnie, wiedziałem o tym doskonale, a ja kochałem jego i tak to nasze życie, choć było jedną, wielką sinusoidą się toczyło. Nikt, kto się prawdziwie nie zakochał tego nie zrozumie, ale to co nas łączyło było jednym, wielkim szczęściem, które okazywane było w najmniejszych pierdołach. Dlaczego tak uważam? Bo nigdy wcześniej bym nawet nie pomyślał, że kiedykolwiek będę wieszał się na jego szyi z szerokim uśmiechem na ustach tylko dlatego, że wrócił cały z swojej tajemniczej „pracy”. Swoją drogą... Dalej nie wiedziałem, gdzie zarabiał tyle pieniędzy i dalej mnie to martwiło, jednak ze względu właśnie na powyższe, za każdym razem cieszyłem się, że wraca cały do domu.
Tym razem nie było inaczej, znów wyszedł po coś słodkiego. Tym razem nie tylko dla mnie, odwiedziła nas ta cud dziewczyna Marika, która od progu rozgadała się, jak mało kto. Opowiadała mi o wszystkim. O tej wielkiej, sylwestrowej imprezie. O tym, ile było na niej ludzi. O tym, jaka to mimo wszystko wielka szkoda, że nas na niej nie było. A także o tym, kogo tam poznała.
- I wiesz, ta twoja koleżanka Minami przyszła! Jest taka słodka!
Wręcz pisnęła, kiedy tylko weszła na jej temat. W życiu bym nie powiedział, że aż tak się jej... spodoba? Chciało mi się śmiać, gdy zaczęła wyliczać, jakie to ona ma cudowne, rude loki i duże oczy. A kiedy nadepnęła na kwestię jej krótkiej sukienki wyglądała zupełnie tak, jak mops, który zaraz poślini dywan. Bez wahania się z niej śmiałem, kiwając głową co i rusz, by nie było, że jej nie słucham. A ochom i achom nie było końca. Tak szczerze mówiąc to nie spodziewałem się tego w momencie, gdy zapraszałem Minami na imprezę u Mariki. Spodziewałem się, że się dogadają, ale żeby ruda rudej w oko wpadła... No proszę, jak ten świat mnie co dzień zaskakuje.
Mijały minuty, a Ariana wciąż nie było w domu. Zacząłem się denerwować i dokładnie w odstępie jednej minuty, co i rusz zerkałem na zegar wiszący nad drzwiami do salonu. Rudowłosa starała się mnie uspokoić, tłumacząc chłopaka czymś w rodzaju, że może się zagadał z jakimś znajomym na ulicy, albo korki były tak gęste, że nawet jego Lalunia nie mogła przecisnąć się między samochodami, ale to mi wcale nie pomagało. Tik-tak, tik-tak tik-tak...
„Zaraz rozpierdolę ten zegar” pomyślałem i poczułem, jak filiżanka w rękach powoli zamarza. Nie ma to jak z latte zrobić kawę mrożoną, polecam.
Możliwe, że zupełnie jak czujny pies, uniosłem głowę, parząc w korytarz, gdy tylko usłyszałem dźwięk otwierających się z klamki drzwi. Od razu poderwałem się z kanapy, omal nie wyrzucając kawy na dywan i poleciałem na przedpokój. Po drodze jeszcze prawie się zabiłem o dywan, ale to nie ważne.
- Ari, w końcu jesteś! - bez wahania go do siebie przytuliłem, jednak odpowiedział mi tylko syk. Właśnie wtedy spostrzegłem, że przecież jego ubrania są poobdzierane, a ramiona obite. - Boże święty... Ari, wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Co się stało?
Delikatnie przyłożyłem dłoń do jego policzka, zagryzając dosyć mocno dolną wargę. Coś się stało, wiedziałem. Cholerna intuicja, cholerne złe przeczucia. Wiedziałem, że nie martwię się na zapas, on przecież... Ale co, pobili go? W życiu, Ariego? Raczej nie. Ubrania wyglądałyby inaczej, choć specem od tego nie byłem. Może więc miał wypadek? Chłód z mojej dłoni zaczął coraz mocniej działać na jego gorący policzek, więc cofnąłem rękę, widząc unoszącą się parę.
Przecież, on... Nie myliłem się, tak...? Wiedziałem...
- Tak się cieszę, że wróciłeś cały do domu...