poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozdział VIII - Ciche dni

Wparowałem do mieszkania jak burza. Nie miałem ochoty, żeby ktokolwiek mnie widział... Nawet jeżeli sąsiedzi byli przyzwyczajeni do różnych sytuacji. Wracałem w różnych stanach do domu, poodbijany, pijany, w towarzystwie, ale nigdy jeszcze całkiem goły. Byłem do tego brudny, zmęczony i... było mi jakoś dziwnie zimno. Chyba cały mój gniew się wypalił na tyle skutecznie, że wreszcie nieco ostygłem. Dawno nie miałem takiego napadu złości. Jakoś musiałem odreagować to, co się ostatnio działo. A wszystko przez co? Przez to, że na mojej drodze stanął ten tleniony konus! Wszystko byłoby dobrze gdyby tak mnie nie kręcił... Gdybym go tak zatłukł kiedy pierwszy raz nadarzyła się ku temu okazja, wszystko byłoby teraz normalnie. Nie myślałbym o nim... Byłby zwyczajnie mokrą plamą, którą trzeba by było zmienić w kupkę popiołu. Niczym więcej... A tak...?
Wszedłem w pierwszej kolejności pod prysznic. Mimo tego, że struga opadającej na mnie wody była jak zwykle lodowata czułem jak moje ciało robi się cieplejsze. Ogień wracał na swoje miejsce, bo i czemu by nie? Mało mi go jeszcze było...
Owinąłem się ręcznikiem w pasie i ruszyłem do sypialni. Zarzuciłem na siebie pierwsze z brzegu ubranie i wygrzebałem z szuflady zapasowy telefon. Wybrałem numer Tarixa. Niech się głupi chuj na coś wreszcie przyda.
- Potrzebne mi dokumenty - rzuciłem gdy tylko odebrał.
- Co? Jakie niby? Co przeskrobałeś? - zaczął swoje milion pytań.
- Zamknij wreszcie ryj i słuchaj. Potrzebny mi dowód tożsamości, prawko... karta do bankomatu... Po prostu komplet dokumentów. Plus karta sim na mój drugi numer i jakiś normalny telefon.
- Na jakie nazwisko? - spytał.
- Normalnie, moje... - wyjaśniłem.
- Ale... 
- Nie ma ale... zwyczajnie to zrób bo nie mam zamiaru włóczyć się po urzędach.
- Na kiedy ci to potrzebne?
- Na wczoraj - warknąłem jeszcze i rozłączyłem się. 

Poranek był jednym z cięższych. Naprawdę wstawanie było dla mnie katorgą, szczególnie ostatnio. Leżałem więc chwilę wymyślając sobie wszelkie argumenty przeciwko temu, żeby zwlekać się z łóżka i jechać na tę cholerna uczelnię. Kłopot był taki, że... nie miałem jakiegoś rażącego powodu, żeby tam nie jechać... Co prawda i powodu, żeby się tam zwidywać nie miałem jakoś szczególnie, poza jednym, moją matką, ale jednak... Całkowite unikanie tlenionego konusa nie było niczym mądrym. Trzeba było zwyczajnie olać pewne fakty... Na przykład ten, że on w ogóle istniał.
Wstałem niechętnie, wziąłem prysznic i ubrałem się. Wszystko robiłem powoli, a mimo to dziwnym trafem udało mi się nie spóźnić. Śmieszna, bo zazwyczaj jak się spieszyłem to docierałem nie w porę. 
Stanąłem przy wyjściu i osiągnąłem do kieszeni po papierosy.
- Dzień dobry - rzucił znajomy mi az za bardzo głos, którego miałem nadzieję dziś nie słuchać... Nie, żebym się spodziewał po wczorajszym, że jakiekolwiek słowo z nich padnie jeszcze w moją stronę. 
Przeniosłem spojrzenie na mojego rozmówcę. Jak zazwyczaj zamaskowanego, ale to i lepiej.
- Wiesz, że widziałem wczoraj twój tył w wiadomościach? - spytał i zachichotał. No nieźle, nieźle... to o to szło? Chciał się ze mnie kurdupel pośmiać?
- No i? - rzuciłem odpalając papierosa. - Poza tym... skąd pewność, że mój? - odwróciłem wzrok i zaciągnąłem się dymem.
- Poznałem motocykl... Ciebie z resztą też, choć wyszedłeś nieostro. 
- Bomba... Coś jeszcze?
- Tak się zastanawiam co znów wywinąłeś, ze wracałeś nago...
- Nie. Twój. Interes - rzuciłem ostro. - Nie raz ci mówiłem, żebyś się odpierdolił od nie swoich spraw. Nie słuchasz, a do innych masz gorzkie żale. A teraz wypad, bo chcę w spokoju wypalić i iść spać na nudnym wykładzie.

sobota, 25 lutego 2017

Rozdział VIII - Matczyna miłość

Już dawno nie wracałem do domu tak zły, jak dziś. Przez tego dupka w rezultacie ominąłem szerokim łukiem wszystkie wykłady i zajęcia, w rezultacie zawitałem jedynie do tej pamiętnej kawiarenki, gdzie po raz pierwszy spotkałem Pana Chodzącą Zapałkę. Śmiesznie, bo minął już prawie miesiąc od tego wydarzenia. Miesiąc, przez który niemal codziennie oglądałem go na korytarzu, potem w sali, na końcu na imprezie i... Ugh, jestem głupi, po co tyle o tym myślałem? Znaczy, to nie ja byłem głupi, tylko on, bo to on ubzdurał sobie, że mu się podobam. Ja jemu? A srał pies, nie obchodziło mnie to. Ale jak mógł mi to powiedzieć? Czego oczekiwał? Że wpadnę mu w ramiona czy co? Przepraszam, ale nie byłem w stanie. Bądź co bądź to wciąż był mężczyzna, a mężczyźni ze sobą nie powinni być. Znaczy... tak od zawsze myślałem, tak miałem wpojone i ciężko mi było spojrzeć na takie męsko-męskie relacje w inny sposób. Szczególnie więc byłem zły na siebie za to, co zrobiłem... zrobiliśmy w zeszłą sobotę. To nigdy, powtarzam: NIGDY nie powinno się stać, a ja nie powinienem czerpać z tego tak dzikiej radości. Nie podobało mi się to ani trochę, cały chodziłem zdenerwowany, kryłem się jak szczur po kątach, a on tak bez żadnego wstępu prosto w oczy powiedział mi, że to właśnie JA wpadłem mu w oko. To wszystko... było... złe.
W domu także nie było ani trochę dobrze. Opuściłem wykłady, znowu. Rozpraszałem się, jakżeby inaczej. W dodatku, kiedy po całym dniu szurania w kapciach od salonu do swojego pokoju przez kuchnię wreszcie usiadłem razem z kotem i budyniem, znikąd przyszwędała się moja matka. Była to wysoka kobieta, o niebieskich oczach i prostych, blond włosach ściętych na boba. Tak samo, jak zawsze usta miała pomalowane matową, bordową szminką... odkąd pamiętam zastanawiałem się, jakim cudem ona się nie ściera, bo od rana do nocy jej usta wyglądały wciąż tak samo. Ubrana w granatową garsonkę, jakby właśnie szła do biura właśnie usiadła przede mną i spojrzała jakimś takim wyczekującym wzrokiem.
- Coś zrobiłem? - spytałem, zabierając się za przygotowany budyń czekoladowy.
- Jeszcze masz czelność pytać? - ach, jak zawsze, taka ciepła i kochana, pełna matczynego chłodu w głosie. Przysięgam, czasem odnosiłem wrażenie, że zaszła pomyłka i to ona powinna mieć moje zdolności. No jak Boga kocham, jej spojrzenie potrafiło zamrozić bardziej niż ja! - Co ty robisz w domu?
- Jem budyń..? - uśmiechnąłem się, chcąc trochę rozluźnić atmosferę, gdyż wiedziałem, co się szykuje.
- Nie wygaduj bzdur. Wyszedłeś rano i niecałą godzinę po tym wróciłeś. Znowu opuściłeś wykłady.
- Tak, wiem, ale nic się nie stało, spokojnie. Po prostu wezmę od kogoś notatki i...
- To ja płacę za twoje studia, a ty siedzisz w domu?! Jakie lekkomyślne podejście, zapewne po ojcu – warknęła, zakładając nogę na nogę i krzyżując ręce na piersi.
- Jutro pójdę, dziś czułem się gorzej i chciałem wrócić...
- Nie obchodzi mnie to, że się gorzej poczułeś. Kiedy byłeś w liceum, chodziłeś na wszystkie lekcje, dopóki nie miałeś gorączki czterdziestu stopni. Nagle sobie odpuściłeś?
- Nie, nie, skąd! Po prostu ostatnio czuję się naprawdę dziwnie... chyba coś mnie bierze, powinienem iść do lekarza czy coś...
- Przestań kłamać! Odpuściłeś sobie wykłady, siedzisz w domu, nic nie robisz, a w dodatku wychodzisz gdzie chcesz i wracasz pijany!
- Tylko raz! Jeden, jedyny raz gdzieś wyszedłem. W dodatku w sobotę, no mamo. Ty chyba nie wiesz, ile ludzi z mojego roku imprezuje w środku tygodnia. Powinnaś być zadowolona, że ja tak nie robię.
- Zadowolona? - prychnęła, na co ja wygoniłem kota z kolan. Żal mi było, by Puszek musiał tego wszystkiego słuchać. - A z czego ja mam być zadowolona, powiedz mi? Z tego, że znikasz gdzieś na noc, a ja z samego rana widzę cię z jakimś gangsterem na podjeździe? Z kim ty się w ogóle zadajesz?
- Z nikim takim, o wypraszam sobie! To był jednorazowy wybryk, no Jezu...
- Nie interesuje mnie to! Chcę wiedzieć, gdzie wtedy byłeś i co robiłeś, a przede wszystkim kim był tamten chłopak?
- Nikim! Zwykły... znajomy... podrzucił mnie do domu, bo nie chciałem, żebyś mi robiła chore wywody!
- Wywody?! Jak ty się do matki wyrażasz?! Nie poznaję Cię, zmieniłeś się.
- No i może dobrze, co? Ile czasu mam żyć, tkwić, nic nie robić? - warknąłem, wbijając w nią spojrzenie. Poczułem, jak robi mi się zimno, a materiał fotela zamarza pod moją ręką. - Jeden raz nie wróciłem na noc, JEDEN. I tylko jeden poszedłem się rozerwać, a ty wrzeszczysz mi nad uchem, jak...
- No jak co? Proszę bardzo, dokończ! Nie uważasz, że się zapędziłeś? Nie tak Cię wychowałam!
- A daj mi święty spokój... - wstałem z fotela, biorąc z powrotem kota na ręce i poszedłem na schody.
- Julien, masz w tej chwili wrócić! Jeszcze nie skończyłam!
- Ale ja skończyłem! Mamo, chyba zapomniałaś, że już nie jestem dzieckiem. Nie będziesz mi mówić, co mam robić!
- Dopóki tutaj mieszkasz, będę i ty masz się mnie słuchać, zrozumiałeś?!
- Już niedługo – warknąłem pod nosem i ciężkim krokiem poszedłem na górę, do pokoju. Położyłem kota na łóżku i... kurwa mać, zostawiłem budyń na dole. No ale nic, właśnie dla takich chwil ma się skrytkę na słodycze w pokoju. 
To chyba był najgorszy możliwy scenariusz tego dnia. Nie ma to jak się nie wyspać, zdenerwować, doprawić nerwy Amebą, a na wieczór przychodzi ukochana mamusia, która wbiła ostatnie szpilki. Czułem, jakby coś we mnie pękło, bo po raz pierwszy od bardzo dawna miałem taką ochotę, by się wykrzyczeć. Rzuciłem się na łóżko i spojrzałem w sufit. Co się działo w moim poukładanym życiu..? Było tak zajebiście nudno, ale wszystko było takie proste. A teraz? Od jakiegoś czasu nie mogłem skupić się na nauce, a wyniki z ostatniego testu nie powaliły ani mnie, ani tym bardziej mojej matki. Ciekawe więc jaką ocenę dostała Ameba... Właśnie... WŁAŚNIE! Wszystko było jego winą! Odkąd go zobaczyłem... wiedziałem, po prostu wiedziałem, że jest z nim coś nie tak! Tylko nie spodziewałem się, że jeden debil będzie w stanie tak zamieszać w moim życiu.
Usłyszałem nagle pękający lód, a następnie miauknięcie kota, który zaraz zeskoczył z łóżka. Poderwałem się do siadu i wtedy zobaczyłem, jak to moja cała kołdra, poduszki, a także materac pokrywa wielka lodowa czapa i szron. Serio byłem aż tak zły..? Na razie zszedłem z łóżka i przysiadłem na miękkim dywanie naprzeciwko telewizora, który też włączyłem. Czas posłuchać wiadomości i poprawić sobie nastrój tym, że może ktoś miał gorzej.
Dziś po południu kamery miejskiego monitoringu uchwyciły sylwetkę nagiego motocyklisty. Niestety żadne ze zdjęć nie wyszło na tyle ostre, by można było odczytać numery rejestracyjne pojazdu. W tej chwili mogą państwo zobaczyć to, co zarejestrowały kamery”
Wsłuchałem się w to z niedowierzaniem. Naprawdę ktoś był tak głupi, by jechać nago przez miasto? Dobre sobie, żałuję aż, że nie widziałem go w drodze do domu! Ale zaraz, zaraz... Przewinąłem kawałek i w pewnym momencie zatrzymałem obraz, mrużąc przy tym oczy. Ja znam ten motor! I te cztery litery zresztą też! Się zdziwi, jak mu o tym powiem! Jednak nawet głupie wiadomości mogą poprawić człowiekowi humor, no proszę. A skoro było mi już lepiej, to czas przystąpić do fazy odmrażania łóżka... pora iść po suszarkę, trochę mi to zajmie.

Nazajutrz nie chciałem spieszyć się na wykład o 10. Bardzo nie chciałem, najbardziej na świecie pragnąłem zostać w domu, choćby po to, by zrobić na złość matce. No do cholery jasnej, nie będzie mi życia układać, skończyło się rumakowanie. Jedną rzeczą, która zmotywowała mnie do pójścia w to miejsce była wiadomość o „Motocykliście w stroju Adama”. Niby miałem zamiar już z nim nie rozmawiać, jednak po całej nocy pełnej przemyśleń doszedłem do wniosku, że przyda nam się jeszcze jedna rozmowa. Tym razem jednak na spokojnie i bez szaleństw, kiedy emocje już trochę opadły. Przecież nie chciałem na nowo mieć wroga, no bo po co mi on? A z Zapalniczką szło się dogadać, tylko niech mnie więcej nie całuje, bo... bo znowu wszystko się zachwieje.
- No dzień dobry~ - przywitałem chłopaka, zachodząc go od tyłu. Miałem nadzieję, że rozmowa od razu nie zejdzie na tamten ton i będziemy mogli porozmawiać chwilę o tej zabawnej historii. - Wiesz, że widziałem wczoraj twój tył w wiadomościach? - zacząłem i zaśmiałem się, zerkając na niego z ukosa. I teraz mnie coś wzięło, teraz zacząłem się denerwować... jak mi odpowie?

piątek, 24 lutego 2017

Rozdział VIII - Pochodnia płonie

- Mieszać w głowie, co? - spytałem i ująłem jego podbródek, nie, żeby się nie bronił. - Czyli jednak ci się podobam...
- Nie! I puść mnie! - krzyknął. - Nie chcę...
- Nie rozumiem... - stwierdziłem i pozwoliłem mu się uwolnić.
- Po prostu to nie miało i nigdy nie będzie miało racji bytu. Nie chcę być z kimś takim jak ty i nie interesują mnie twoje chore gierki. Doczep się do kogoś innego - warknął i ruszył pospiesznie do uczelni.
Zostałem sam nie bardzo wiedząc co mam właściwie zrobić. Po prostu tam stałem, wpatrując się w  miejsce, w którym zniknął Julien i nie potrafiłem uwierzyć w to, co się stało. Czy ja właśnie dostałem kosza? Zostałem tak po prostu odrzucony? Coś tu było zdecydowanie nie tak... To się nie mogło zdarzyć, nie kiedy miałem na kogoś tak cholerną ochotę jak na niego. Nie...
Na zajęcia nie dotarłem. Nie miałem ochoty siedzieć w sali pełnej bydła i to jeszcze w jednym pomieszczeniu z nim. To mijało się z celem, szczególnie dzisiaj, kiedy miałem ochotę biegać po mieście i palić co mi w ręce wpadnie. Wsiadłem więc na Lalunię i prułem byle wyjechać z miasta. Musiałem odreagować, jakoś się uspokoić. Wciąż jednak w głowie huczało mi pytanie "dlaczego?". Przecież wtedy na huśtawce mi się poddał. Oddał pocałunek, widać było, że sprawił mu on przyjemność. Czułem to do cholery, to jak się rozluźnia... Jeszcze tylko chwilka i byłby mój... Mój tak długo jakbym tego pragnął...
Zatrzymałem motocykl tak, że niemal wypadłem przez przednie koło, rzuciłem go i zacząłem szaleć. Warczałem i wrzeszczałem dając upust złości. Nie minęła chwila, a kłęby dymu zmieniły się w płomienie, które pochłonęły wszystko wokół. Dobrze, że wylądowałem przy jakimś jeziorku czy innym dziadostwie, dzięki czemu grunt był podmokły, bo w suchej trawie zrobiłbym niezły bajzel. 
Kiedy złość uszła ze mnie niemal całkowicie usiadłem w niezbyt czystej, ale jednak chłodnej wodzi. Byłem nagi, bo cała moja odzież spłonęła sobie w najlepsze i co najwyżej jakieś osmalone szczątki walały się na zrytej, zwęglonej ziemi. 
- Kurwa... - jęknąłem, bo zdałem sobie sprawę z tego, że zjarałem sobie i telefon przez co nie mogłem nawet zadzwonić po nikogo...
Zajebiście... nie ma to jak wracać do domu motorem i to na waleta. Ten dzień powinno się, kurwa, wpisać do jakiejś księgi katastrof.

czwartek, 23 lutego 2017

Rozdział VIII - Zapomnij

Całą niedzielę zmarnowałem na myśli o swoim sobotnim wybryku. Od początku powinienem być do tej imprezy sceptycznie nastawiony, a wtedy nic by się nie stało. Jak mogłem dać się zwieść rudowłosej piękności ot tak po kilku minutach rozmowy? Impreza. Ja. Nigdy więcej. Może gdybym jeszcze został przy tym stoliczku i skończył picie po dwóch drinkach, ale nie. Najbardziej przerażało mnie to, że nie mogłem wyrzucić go z głowy. Jego smak, zapach, ta inna, obca mi dotychczas twarz Ariana skutecznie stłamsiły wszystkie inne myśli. Nie byłem więc ani przygotowany na kolejne zajęcia, ani szczególnie gotowy psychicznie na ponowne zetknięcie się z nim na uczelni.
Jak Boga kocham, szedłem tym chodnikiem z duszą na ramieniu. Znowu ukrywałem twarz pod maseczką, a oczy rozglądałem się wokół, jakbym był jakimś podrzędnym złodziejem. Nie chciałem tu być, z całego serca nie chciałem. Miałem całe mnóstwo obaw dotyczących spotkania z Ameba, choć z drugiej strony bardzo chciałem z nim porozmawiać. Jednak jeśli nie spotkam go sam, inni nie pozwolą nam się do siebie zbliżyć, a na wykładzie mam 50% szans, że usiądzie obok mnie. A jeśli by usiadł, to nie będę przecież przeszkadzać pani profesor. Chyba za dużo myślałem kombinowałem, jakby tu czmychnąć, jak szczur do środka, bo tak niechybnie dałem się wciągnąć za róg. Otworzyłem szeroko oczy, Arian. Znowu on... to dobrze! Nie, nie dobrze. Jak mam z nim teraz rozmawiać..?
- Jak ci minął weekend, Julciu? - zdębiałem, słysząc to zdrobnienie. To na pewno do mnie? Przecież nie byłem dziewczyną!
- Dobrze..? - odpowiedziałem, obserwując jego mimikę. Na razie pozostawała niezmienna... cieszyć się czy raczej na odwrót? Spojrzałem szybko w obie strony i wziąłem wdech. - Słuchaj, jeśli chodzi o to w sobotę...
- No..? - ponaglił mnie i rzucił wyczekujące spojrzenie.
- Zapomnijmy o tym, jakby nic się nie wydarzyło.
- Niby dlaczego?
- Ale jak to dlaczego? - zamrugałem szybko oczami. - Po co o tym pamiętać..?
- Normalnie... a po co chcesz o tym zapominać?
- Byliśmy pijani. To by się nie zdarzyło, gdybyśmy wypili ciut mniej...
- No i co z tego, że wypiliśmy?
- Jak możesz nie widzieć problemu..?
- W czym mam go widzieć? - przyglądałem mu się uważnie, kiedy ten oparł się ręką o ścianę obok mojej głowy. - To nie była wina alkoholu.
 - Więc czego?
- Może tego, że mi się podobasz?- otworzyłem oczy jeszcze szerzej i wstrzymałem oddech.
- P-Proszę..? Nie, dziękuję, idę stąd – niestety, kiedy chciałem zrobić krok, on złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem.
- Nie! Nigdzie nie idziesz póki mi nie powiesz o co Ci dokładnie chodzi!
- O to, że nic nigdy nie powinno się stać? Dla mnie pocałunek to coś więcej niż jakaś tam zabawa. Śmiejesz się ze mnie, przecież widzę. Upatrzyłeś sobie, tak? Od początku, "ten biały konus". Nie zamieszasz mi w głowie.

Rozdział VIII - Wszystko dobrze?

- Cholera! - warknąłem i z miejsca poczułem swąd dymu. - Chuj z tym, co? I chuj wszystko strzelił...
Wparowałem do domu, później do kuchni, w której akurat zastałem Mariką polewającą drinki. Wyjąłem butelkę z jej dłoni.
- Ari? A co wy już? Niemożliwe... Gdzie Pieszczoszek? - wypytywała. 
- Poszedł sobie... - wymamrotałem i pociągnąłem spory łyk z gwinta.
- Zostaw! Alkohol jest łatwopalny, a ty zaraz mi się tu ogniem piekielnym oświecisz. Sammy wydał sporo pieniędzy, żeby kupić mi ten domek, uszanuj to - skarciła mnie, ale nie dałem jej odebrać sobie butelki. - Mów lepiej co z Pieszczoszkiem, jak to sobie poszedł?
- Normalnie! Wstał i poszedł.
- Nie zatrzymałeś go? Widziałam, że dobrze wam idzie...
- Gówno dobrze idzie, wiesz? - stwierdziłem i znów się napiłem. Musiałem się napić i uspokoić. - Gdzie ja mam kurwa papierosy jak są mi potrzebne?! - ryknąłem przeszukując kieszenie.
Marika podała mi paczkę cygaretek. 
- Nie mam zamiaru palić takiego dziadostwa.
- Uspokój się - syknęła znowu i wycelowała długim paznokciem między moje oczy, mierząc mnie wzrokiem. - Może twoje kochanie się wystraszyło? Wiesz... wygląda mi raczej na dość wstydliwego. 
- Może... - wymamrotałem.
- Daj mu ochłonąć, przywitaj go ładnie w poniedziałek i będzie dobrze, a teraz usiądź i przestań kopcić, bo lada chwila alarm przeciwpożarowy mi włączysz i będzie najazd straży pożarnej, a nie impreza. 
Może Mari miała rację? Może tylko się wystraszył? Speszył? Nie miałem pojęcia co o tym myśleć. Chciałem go... tak cholernie chciałem i ogień w żyłach dawał mi to wystarczająco jasno do zrozumienia. Do tego smak jego ust... Ten przenikający mnie chłód., rozchodzący się miłą, miękką falą po moim ciele. Mógłbym czuć go już zawsze...
Opróżniłem butelkę i rzuciłem ją na blat. I tak to nie Mari będzie sprzątać. Będzie miała od tego ludzi, którym zapłaci jeden z jej kochanków. Ja musiałem tylko dożyć do poniedziałku... Wtedy wszystko się wyjaśni, prawda? Potrzebowałem do tego tylko kolejnej butelki... 

Pod uczelnie podjechałem bardzo wcześnie. Chciałem być jednym z pierwszych... Udało się i teraz czekałem tylko na chłopaka, który zaprzątał moje myśli od tamtej felernej soboty. Na domiar złego za długo już byłem trzeźwy i zaczynałem się denerwować. 
Uspokoiłem się nieco, kiedy ujrzałem idącego w stronę budynku białowłosego. Zakradłem się w jego stronę i ściągnąłem za budynek. Nie chciałem świadków... Nie chciałem jednak też żeby znów zwiał. 
- Ja ci minął weekend, Julciu? - spytałem.

Rozdział VII - Nigdy więcej nie piję...

Kiedy siedzieliśmy tak razem, pijąc kolejne drinki dowiedziałem się o nim paru ciekawych rzeczy. Po pierwsze: ten facet jednak potrafił się śmiać bez krzty ironii. Mogłem nawet połasić się na stwierdzenie, że uśmiech znacznie bardziej mu pasuje, wygląda wtedy dużo lepiej, zdrowiej i zwyczajnie żywiej. Dopiero teraz byłem w stanie dostrzec, że faktycznie jest przystojny, a wystarczyło tylko, by przestał się na chwilę kwasić i ciągle warczeć. Po drugie: potrafił być miły. Niby przekonałem się o tym w chwili, kiedy przebudziłem się w jego mieszkaniu, a on bez marudzenia zrobił mi kawę oraz śniadanie, o które się w końcu nie prosiłem, jednak teraz dobrze wiedziałem, że mógłby balować w najlepsze z innymi członkami domówki... a jednak siedział ze mną. A po trzecie: umiał być wyrozumiały. W końcu jednak robił mi za asekurację, gdy to poskarżyłem się na ból głowy. Nie zrobił mi wywodu (gdyby zrobił to szczerze bym się zdziwił), nie wyśmiał od siwych konusów, tylko zwyczajnie mi pomógł. Mogłem się podeprzeć gdybym potrzebował i w dodatku cały czas ze sobą rozmawialiśmy. No gdyby tak ktoś mi powiedział ze trzy tygodnie temu, że przegadam z tym gościem cały wieczór to w życiu bym mu nie uwierzył.
A teraz? Usiedliśmy razem huśtawce i dopiero mogłem wziąć spokojny wdech. Tam było za duszno, za tłoczno, za głośno... nie moje klimaty, absolutnie.
- Lepiej? - zapytał, a ja od razu na niego spojrzałem. Nie mogłem w to uwierzyć, on znowu to robił.
- Już drugi raz się o mnie martwisz... - odparłem i uśmiechnąłem się delikatnie.
Ta sytuacja w normalnym świetle by mnie na pewno zaniepokoiła. Była noc, naokoło nas było pusto i cicho. My razem na huśtawce, blisko siebie i... spojrzałem mu w oczy. To nie powinno się dziać, więc skoro tak, to dlaczego miało miejsce? Cholerny alkohol, nigdy więcej nie piję. Może to za sprawą tych wszystkich drinków, ale ciężko mi było oderwać od niego wzrok. Miał, skubaniec, ładne oczy, miał. Nigdy w życiu mu tego nie powiem. I chyba patrzyłem się w nie odrobinę zbyt długo, aż usłyszałem, że ten mruczy coś pod nosem. Wybił mnie tym z rytmu, zamrugałem szybko oczami i rozchyliłem usta, by coś powiedzieć, zapytać, nie wiem, nic już nie wiem, a to wszystko za sprawa tego, że on... mnie pocałował.
Byłem w szoku, a moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. Nie mogłem się ruszyć, dlatego zamknąłem oczy, wydając z siebie coś na dźwięk pomruku. Dlaczego całował mnie mężczyzna, w dodatku ta Ameba, z którą ledwo zakończyłem wojnę, a ja zwyczajnie nie mogłem się odsunąć..? Nie potrafiłem, nie chciałem, było... przyjemnie. To takie dziwne uczucie, nie powinienem tego robić, to nie powinno mieć miejsca. A jednak rozchyliłem usta i z wolna odwzajemniłem pocałunek, zwyczajnie nie mogąc się oprzeć. Były takie ciepłe i przyjemne, zupełnie inne od moich i zupełnie inaczej też smakowały. Smak ostatnio wypitego drinka był dosyć gorzki, jednak teraz wydawał mi się bardzo słodki. W dodatku będąc tak blisko czułem delikatny zapach, który tak mnie zwiódł wtedy, w łazience. W końcu jednak ułożyłem dłoń na jego policzku i odsunąłem się, ponownie musząc wziąć oddech.
Przyszedłem tu się uspokoić, rozluźnić, a w rezultacie skończyłem z NIM w ogródku. Nie podobało mi się to. Gorzej, chyba po raz pierwszy odczułem przy nim strach. Jednak nie bałem się jego, wystraszyłem się siebie.
- M-Muszę już iść...
- Ale impreza się dopiero zaczęła, daj se siana. Zostań.
- Nie, idź sam, sio – machnąłem ręką w jego stronę. - Jestem chory, muszę wracać do domu...
- Odprowadzę cie chociaż.
- Nie, nie, pójdę sam – odparłem, kończąc temat i prędko odnalazłem wyjście na ulicę.
Po czymś takim zdecydowanie nie mogłem tam zostać. Szlag by to trafił, w co ja się właśnie wplątałem... Miałem szczerą nadzieję, że w nic, ale z drugiej strony... jego usta były naprawdę ciepłe. Smakował naprawdę dobrze. Ta chwila na huśtawce była piękna. Nie, trzeba o tym zapomnieć. Nigdy więcej nie piję.

Rozdział VII - Rozkosznie

- Okazuje się, że moje też nie - wymamrotałem i pociągnąłem spory łyk napoju.
- Jak to? - zainteresował się.
- Nic, nic... zwyczajnie nie lubię jak ktoś się wpieprza w moje sprawy, co już chyba zauważyłeś - oznajmiłem. - Tobie jednak przyda się chyba chwila oddechu, co? Tu masz przynajmniej względy spokój.
- Co masz na myśli?
- Ten tłumik łażących za tobą pasożytów, a co innego?
- To nie pasożyty, tylko znajomi - pouczył mnie. - Też powinieneś sobie jakichś znaleźć.
- Mam ich więcej niż myślisz. A bez twoich możemy przynajmniej posiedzieć i POROZMAWIAĆ! - ostatnie słowo wykrzyczałem w stronę Mariki, która machnęła na mnie ręką.
Julien siedział i patrzył na mnie podejrzliwie. Widać było, że domyślanie się tego i owego nie sprawia mu trudności.
- Może naprawdę powinienem już iść.
- Siedź, pij i nie marudź - poradziłem. - Jak ona cię dorwała w swoje wymalowane szpony, to prędko nie wypuści. 
Dopiłem swojego drinka i wstałem, żeby odebrać dwa kolejne jakiemuś facetowi, który widocznie niósł je jakimś znajomym. Trudno, nie doniesie. Przejdzie się jeszcze raz, na zdrowie mu wyjdzie. 
- Czy ty zawsze musisz się tak zachowywać? - spytał tleniony kurdupel, znów zmierzył mnie wzrokiem jakbym mu coś właśnie zwinął.
- Taka moja natura - wyszczerzyłem się wrednie. - No... to powiedz mi chociaż jak to wpadłeś w sidła tej rudej cholery.
- Nie jest cholerą... Wyrażaj się. Jest bardzo miłą osobą. Zwyczajnie... mieszkam niedaleko, wiesz przecież. Zapytała mnie kiedyś o drogę, pogadaliśmy nieco i dostałem zaproszenie. Normalna rzecz... Z czego się tak śmiejesz? - spytał lekko oburzony, kiedy ryknąłem śmiechem. 
Marika zdecydowanie powinna zostać aktorką. Ten zawód pasowałby do niej równie mocno. To jak ona potrafiła nabrać innych, wymyślić intrygę i wcielić ją w życie było wręcz niemożliwe. 
- Zwyczajnie kto jak kto, ale Marika nigdy nie zgubi się w mieście. Wywieź ją do lasu, spoko, ale miasto? Przestań... Ona umie znaleźć wszystko i każdego - poinformowałem. 
Z zainteresowaniem stwierdziłem, że słodki drink posmakował mojemu towarzyszowi i praktycznie go już skończył. Nie ma co, Mari potrafiła trafić innym w gust. Kolejne, w czym osiągnęła mistrzostwo. 
- Częstuj się - wskazałem na szklankę, którą zwinąłem.
- Nie wiem czy powinienem.
- Oj daj spokój. Kiedy ostatnio choć w głowie ci szumiało, co? Albo w ogóle byłeś na jakiejś imprezie? Jak się raz na jakiś czas napijesz to ci korona z głowy nie spadnie, królewno - zaśmiałem się i nadganiałem swojego drinka. Miałem ochotę się tu spić... tak porządnie. Nie do końca wiedziałem w jakim celu, ale ten wieczór był jednym z dziwniejszych ostatnio. Niby lubiłem wszelkie spędy towarzyskie i gdyby nie jeden białowłosy detal zapewne trzymałbym teraz na kolanach smukłego blondyna, który rzucił mi się w oczy przy wejściu. Problem był taki, że Julien był... ciekawszy. Szczególnie jeżeli o walory estetyczne chodziło. Do tego nawet nie tak źle było z nim po prostu pogadać bez tego wianuszka śmiesznych dziewuszek obok niego. 
- Słabo mi nieco... i duszno - poskarżył się Julien.
Siedzieliśmy, piliśmy i gadaliśmy o pierdołach już jakiś czas. Niby żadnych konkretów, ot pomarudził coś o szkole, podpytał o co mi dokładniej chodziło z jego znajomymi i był nieźle w szoku, kiedy podzieliłem się z nim swoimi spostrzeżeniami.
- Chodź - pomogłem mu wstać i poprowadziłem go do ogrodu. 
O dziwo było tu dość cicho. Towarzystwo nie zdążyło się jeszcze zwarzyć więc nikt nie rzygał w krzakach. Tylko tleniony kurdupel coś słabo walczył.
- Lepiej? - spytałem, kiedy przysiedliśmy na dwuosobowej huśtawce. 
- Już drugi raz się o mnie martwisz... - stwierdził i spojrzał na mnie tak jakoś... Sam nie wiem. Wiedziałem tylko, że uśmiechnął się do mnie spokojnie i po prostu słodko. Zaraz jednak wziął głębszy wdech, a ja nie potrafiłem oderwać wzroku, od jego rozchylonych ust. Nie powinienem, prawda? Nawet jeżeli plan Mari był taki, a nie inny, a ja tak cholernie tego chciałem. Tylko, że...
- A chuj z tym... - wymamrotałem pod nosem i zanim chłopak zdążył zrozumieć co zamierzam, złączyłem swoje usta z jego. Były chłodne, tak jak podejrzewałem, ale przy tym miękkie i słodkie. Wręcz rozkoszne...

<Notka od pisarza... O czym myśli teraz Ari? A proszę!
Dziękuję za uwagę ^,^ >

Rozdział VII - Drink

Byłem wielce zaskoczony, gdy rudowłosa tak spontanicznie zaprosiła mnie na imprezę w jej nowym mieszkaniu. Tłumaczenie, że „trzeba je ochrzcić, musisz tam być” też do mnie średnio docierało, ale tak szczerze mówiąc nie miałem przecież nic do stracenia. Dawno nigdzie nie byłem, dawno nikogo nie poznałem, rzeczywistość zaczynała mnie nudzić, dlatego bez wahania zgodziłem się na propozycję dziewczyny. Poza tym była śliczna i skoro miałem możliwość ją bliżej poznać to tylko lepiej dla mnie. I wreszcie spędzę sobotę inaczej. Bez koca, herbaty, książki i kota, bo ja... pójdę na imprezę. Ja i impreza. Te dwa słowa się ze sobą wykluczają, ale nie pomyślałem o tym w tamtej chwili. Za bardzo przysłoniła mi zdrowy rozsądek perspektywa zabawy w nowym towarzystwie. Będzie inaczej, to było ważne.
Idea ta przyświecała mi przez resztę tygodnia, przez co mój nastrój uległ wyraźniej zmianie na lepsze. Wydawało mi się, że wszyscy wokół to zauważyli, bo jakoś tak więcej ludzi się przy mnie zebrało, ale jednocześnie odniosłem wrażenie, że zauważyli oni coś jeszcze. Arian bowiem przestał mi przeszkadzać, wzajemnie nie mijaliśmy się szerokim łukiem, ale nawet słowa ze sobą już nie zamieniliśmy. A wszystko przez jakieś kółka wzajemnej adoracji, które gromadziły się wokół mojej osoby. Tylko, psia mać, dlaczego? Przecież zakopaliśmy topór wojenny... tak mi się zdawało. Zatem, czy z ich perspektywy wyglądało to zupełnie odwrotnie?

Po raz pierwszy w życiu nie przyszedłem gdzieś z prawie półgodzinnym wyprzedzeniem. No bo chyba na imprezę to tak nie wypada, nie? Sam bym się dziwnie poczuł, przychodząc przed wszystkimi. Niby mogłem się usprawiedliwić chęcią pomocy przy szykowaniu jakiś napojów czy poustawiania jedzenia na stole, ale wydawało mi się, że te kilka minutek po godzinie jej rozpoczęcia będzie tak w sam raz. Widząc dziewczynę uśmiechnąłem się do niej lekko i po krótkiej wymianie „cześć” spróbowałem wmieszać się w tłum. Dziwne tylko, że rudowłosa wydawała się niezwykle zadowolona z mojego przyjścia. Czyżby to oznaczało, że wpadłem jej w oko? Byłoby miło, jednak nim się obejrzałem, ujrzałem jak kokietuje innego faceta nieopodal mnie. Aha.. czyli jednak nie.
Mieszkanie było naprawdę duże, piętrowe, z pięknym salonem i z tego co zauważyłem to także kuchnią. Ciekawe gdzie pracowała, musiała przecież zarabiać krocie by było ja stać na takie miejsce. W dodatku w samym centrum miasta, a była przecież taka młoda. Na pewnie nie w żadnej korporacji, nie wyglądała mi na taką. Może tak samo, jak Arian była gwiazdą w „pewnych sferach”? A może była po prostu dobrze urodzona? Śmieszne, bo interesowało mnie teraz wszystko to, o czym nikt inny poza mną by nie myślał. Znowu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo od nich wszystkich odstaje i, że tak naprawdę nie uda mi się zgubić w tym tłumie. Jeszcze na dodatek moje białe włosy rzucały się w oczy choćby z drugiego końca ulicy. Na co ja właściwie liczyłem, idąc w to miejsce? Nikogo tu nie znałem, ludzi było więcej niż się spodziewałem, a w dodatku jedyna osoba, która zresztą namówiła mnie, bym się tutaj zjawił spędzała właśnie czas z innymi. Mogłem się spodziewać, nie czułem się tu zbyt dobrze. Kiedy znalazłem w miarę ustronne miejsce, które zapewne inni uznali za zbyt odosobnione, usiadłem na krześle i... rozpocząłem swą nudna egzystencję, łudząc się, że może jakoś to będzie.
- Chodź, przedstawię ci kogoś! - usłyszałem głos rudowłosej, więc spojrzałem na miejsce skąd dochodził i zdębiałem. Arian? - Hej...
To chyba żart... co on tu robi? Niby nie irytowała mnie jego obecność już aż tak, jak na początku, ale jednak: co on tu robi. Znają się? To było ukartowane czy o co chodzi? Wciąż w ciężkim szoku zwróciłem wzrok na drinka, którego po tym jak przyszedł, podsunął mi pod nos.
- Dzięki... co to się stało, że sam do mnie przyszedłeś? – poprawiłem sobie włosy i upiłem łyka drinka. Słodki, nawet dobry, takie coś to jednak mogę pić. - Doceniam, ale nie musisz ze mną tutaj siedzieć. Niedługo planuję i tak stąd wyjść.
- Dopiero przyszedłeś – spojrzał na mnie dziwnie, jakbym się z choinki urwał.
- Nie moje klimaty.

środa, 22 lutego 2017

Rozdział VII - Rudy kupidyn

Czas do soboty minął szybko. Na uczelni był względny spokój, a mój zamaskowany prześladowca marudził jakoś mniej. A może to ja zacząłem inaczej traktować te nasze utarczki słowne? Ciężko stwierdzić. Wiedziałem tylko, że kurdupel przestał mi przeszkadzać. Można by powiedzieć, że wręcz... czasami było pusto kiedy nie miał mi kto pomarudzić nad uchem. Stało się to nawet zabawne, szczególnie, że znajomi Juliena robili wszystko, żeby go ode mnie odseparować. Tu ktoś miał ważną sprawę do niego, tu znów po prostu stał i szczebiotał mu nad uchem, żebym czasami ja nie mógł dojść do słowa i nie daj Boże zrobić ich koledze jakąś krzywdę swoim niewyparzonym jęzorem. A on? On uprzejmie słuchał tego bełkotu. Zero asertywności, słowo daję. Ode mnie usłyszeliby krótkie i treściwe: "wypierdalać!". Kłopot byłby z głowy. 
Resumując można było uznać, że nasz topór wojenny został przykryty warstewką kurzu, choć z boku zdecydowanie tak to nie wyglądało. Miało to sporo plusów, jak choćby taki, że nie wkurwiałem się aż tak i uczelnia przestała być katorgą. Do tego miałem także sporo okazji do podziwianie milusich widoczków, bo białowłosy mnie nie unikał, za to często chodził w obcisłych spodniach idealnie leżących na jego zgrabnym tyłku. Ja za to musiałem zainwestować w luźniejszą garderobę...
- No jesteś wreszcie! - przywitała mnie Marika, kiedy tylko przestąpiłem próg jej nowego domu. Dość sporego, pasuje nadmienić. Nie ma co, któryś z jej wielbicieli się solidnie szarpnął. 
- Mała imprezka, co? Kilku znajomych? - spojrzałem na tłum ludzi kotłujących się w salonie.
- Oj tam... jakoś tak się wszystko rozeszło... Sam wiesz jak to bywa - powiedziała. - Chodź, przedstawię ci kogoś. Jest uroczy! Milutki, śliczny i do tego taki pomocny, mówię ci cud chłopak - szczebiotała ciągnąc mnie za sobą. Kiedy ujrzałem obiekt jej zachwytu, zdębiałem.
- Julien...? - spytałem, bo miałem wrażenie, że mam omamy. Kto, jak kto, ale on w takim miejscu?
- Hej... - rzucił chłopak niepewnie. Widać było, że nie był w swoim żywiole.
- O! To wy się znacie? Jak słodko! - wypaliła Mari, a jej idealnie wymalowane głęboką czerwienią usta wygięły się w promienny uśmiech. 
- Mari... chodź no na słówko.. Sądzę, że mamy do pogadania.
Tym razem to ja ją pociągnąłem za sobą i zawlokłem do kuchni.
- Marika, co ty odpierdalasz?! - ryknąłem na nią.
- Zaprosiłam twojego Pieszczoszka, a co? Coś nie tak?  - spytała z minką niewiniątka. Miałem ochotę skręcić jej ten chudy kark.
- Tak! Jego obecność tutaj jest "nie tak"!
- Oj nie tragizuj... Kto się czubi, ten się lubi, a ty na nikogo jeszcze nie byłeś tak wkurwiony, wniosek jest prosty: bardzo go lubisz - mówiąc to zaczęła poprawiać obcisłą sukienkę, która podwinęła jej się odrobinkę za bardzo.
- No jeszcze tego brakło, żeby porad uczuciowych udzielała mi kurwa...
- Nie kurwa! Wypraszam sobie! Jestem prostytutką i to bardzo dobrą!
- Tak, jakby to była jakaś różnica.
- To ogromna różnica! - rzuciła i pogroziła mi palcem. - Sądzisz, że ci wszyscy mężczyźni płacą mi małe fortuny tylko i wyłącznie za seks? To bardzo się mylisz! Nikt nie wie więcej o miłość niż dobra prostytutka, bo to nią władamy. Mężczyźni pragną kochać i być kochani. Lubią jak się ich adoruje, zwraca na nich uwagę i się ich pożąda. Pozwalam im się kochać i odwdzięczam się tym samym, a że mam pojemne serduszko i spore potrzeby to robię z tego użytek.
- Co innego też masz pojemne - burknąłem.
- Nie bądź uszczypliwy, bo ci nie wychodzi. A teraz proszę - podała mi dwa drinki. - Działaj.
- Oszalałaś... - wymamrotałem.
Kolano Mari wylądowało na moich pośladkach kiedy się odwróciłem. Rzuciłem jej pełne złości spojrzenie przez ramię.
- To na szczęście! A i jak coś to postaram się, żeby pięterko było wolne - wymruczała jeszcze na odchodne i ruszyła pełnym gracji, wyuczonym krokiem w stronę nowego gościa. 
Ruszyłem do Juliena, który przysiadł na krześle na uboczu. Opadłem obok niego i podałem mu drinka.
- No to skoro już dałeś się tu przyciągnąć przynajmniej się napij - rzuciłem.

Rozdział VI - Ruda

Może i wdychał dym od chwili narodzin, ale do cholery nie papierosowy. Halo, idioto, nikotyna? Raczej nie waliłeś nią na kilometr, gdy trochę zapłonąłeś. Przynajmniej wtedy na parkingu, ani podczas wspólnej jazdy nic nie poczułem. Na razie odnośnie jego zapachu wysunąłem jeden wniosek: pachniał całkiem przyjemnie, kiedy był spokojny. Mam tylko nadzieję, że to nie było tylko w moim mniemaniu, bo inaczej zacznę się nad sobą poważnie zastanawiać. W końcu z ciekawości byłem skłonny powąchać jego ręcznik, co samo w sobie już nie było do końca normalne. No ale z drugiej strony chyba nie zrobiłem niczego złego. Chyba. Wąchałem ręcznik innego faceta... Jak to źle brzmi.
Odechciało mi się kontynuować tej jakże odkrywczej wymiany zdań, więc zwyczajnie odsunąłem się od okna i poszedłem w głąb korytarza na kolejne zajęcia. Nie spodziewałem się, że dziś dziewczęta zatoczą sobie wokół mnie jakieś koło wzajemnej adoracji. Na litość boską, przyszedłem tylko posłuchać wykładu... Panienki naokoło nie wyglądały na szczególnie zainteresowane tematem, bowiem ich szczebiot docierał do moich uszu nader często. Niegrzecznie przecież było wstać i się przesiąść, tym bardziej je wszystkie odgonić, bo przecież nic mi nie zrobiły tylko słuchać nie pozwalały. Tylko albo aż...
...chyba jednak aż, bo w rezultacie, gdy wykładowca już podziękował i sobie poszedł ja uświadomiłem sobie, że znowu nie pamiętam praktycznie ani słowa. Rzuciłem wzrokiem w kierunku Ameby, a następnie już bez żadnego przepraszania po prostu opuściłem owe panieneczki. Wystarczy, mózg mnie już bolał, a one chyba dopiero zaczęły temat tego nowego lakieru z Golden Rose czy jakoś tak. Boże, nawet zapamiętałem nazwę firmy lakieru do paznokci, a nazwiska wykładowcy już niekoniecznie. Za co?
Postanowiłem, że na tym zakończy się mój dzień na uczelni. Nie ma sensu zostawać na wszystkich, skoro mój mózg sprawiał wrażenie do końca wypranego babską paplaniną. Plotki typu: ten z tym, tamta z tamtym, lakiery, ciuszki i nieudolne próby wyciągnięcia ode mnie numeru dostatecznie mnie znużyły. W dodatku nie czułem się za dobrze, więc powrót do domu odpowiadał mi jak najbardziej. Szkoda tylko, że spóźniłem się na autobus, a kolejny był dopiero za dwadzieścia minut... pozostało mi nic innego, jak zasuwać pieszo. I właśnie wtedy, gdy przeszedłem już kilka ulic usłyszałem głos dziewczyny, która już po chwili znalazła się blisko mnie.
- No cześć – przywitała mnie i uroczo się roześmiała.
Na pierwszy rzut oka mogłem powiedzieć tylko tyle, że była faktycznie śliczna. Wysoka, o pięknych oczach i rudych włosach, naprawdę ładna. Tylko trochę... zbyt wysoka? Auć, miała szpilki, była wyższa ode mnie...
- Hej? - odpowiedziałem, zastanawiając się jednocześnie. - Znamy się?
- Nie, nie, jestem tu nowa, niedawno się przeprowadziłam i trochę zgubiłam, możesz mi pomóc?
- Oczywiście, czego szukasz? - odparłem, uśmiechając się lekko, czego nie mogła w pierwszej chwili zobaczyć. Jednak na pierwszym spotkaniu wypadałoby chyba się pokazać, dlatego zaraz ściągnąłem maseczkę. Trzeba być w końcu grzecznym, to bądź co bądź kobieta, jakoś nie wzbudziła we mnie podejrzeń.

Rozdział VI - Pan popularny

- Skoro tak bardzo to lubisz, to zostań klawiszem w pierdlu. Tam niegrzecznych chłopaków jest na pęczki. Będziesz mógł sobie wybrać jednego ulubieńca i uprzykrzać mu życie na milion różnych sposobów - stwierdziłem, choć w gruncie rzeczy jego wypowiedź mnie zaciekawiła. Nie mniej jednak zrobiła to i cała nasza rozmowa. Fakt, że kurdupel znów się wpieprzał i to w to, w co zdecydowanie nie powinien, ale z drugiej strony... Jakoś mnie to aż tak bardzo jak wcześniej nie irytowało. Można by wręcz uznać jego zaciekawienie za interesujące zjawisko. Po co on to w ogóle robił? Jaki sobie cel w tym upatrzył, poza oczywiście doprowadzaniem mnie do szewskiej pasji?
- Po co? Przecież na wolności jesteś ty i pewnie nie tylko.
- Upierdliwy kurdupel - wymamrotałem i zaciągnąłem się znów dymem.
- Więc mówiłeś, że gdzie to robisz za gwiazdę? - spytał, cwaniak.
- Nie bądź taki do przodu i nie próbuj mnie ciągnąć za język. Jak już ci mówiłem, odpieprz się od tego i trzymaj z daleka, no chyba, że znów chcesz skończyć z obitą mordką. 
- I co? Ty mi ją znów obijesz? - spytał hardo.
- Całkiem możliwe - dmuchnąłem dymem w jego stronę z pełną premedytacją.
- Nie powinieneś palić. Nie dość, że to szkodzi zdrowiu, to jeszcze będziesz cuchnął jak popielniczka - stwierdził odganiając dym od siebie.
- Powiedziała zamaskowana, chodząca lodówka, do kogoś, kto wdycha dym praktycznie od dnia narodzin. 
Julien coś tam jeszcze marudził, ale jego słowa zaczęła tłumić odległość, bo zwyczajnie ruszył na kolejne zajęcia. Ja za to wypaliłem kolejnego papierosa i dopiero wtedy ruszyłem za tlenionym kurduplem. Wizyta tego kretyna, Tarixa, zdecydowanie popsuła mi nastrój i szczerze mówiąc chętnie obiłbym mu ryj. Coś czułem jednak, że będzie niezła kupa śmiechu, jak zobaczę go następnym razem. Albo się menda nauczy, że ja ustalam zasady, albo znajdę sobie kogoś innego do organizowania mi roboty. Proste. 
Tym razem usiadłem z dala od otoczonego już przez grupkę szczebioczących panienek Juliena. Trzeba było przyznać, że był kurdupel popularny. Nic szczególnie dziwnego. Miły, dziany, do tego dobrze się uczył. Chodzący ideał jak w to wszystko wpiąć jeszcze jego słodką mordkę, choć zastanawiało mnie ilu tutaj miało okazję ją sobie pooglądać.

Rozdział VI - Panienka z okienka

Co. Za. Dupek. Znowu koło mnie usiadł, znowu się nie przygotował, znowu musiałem uratować mu cztery litery długopisem. Czy ten chłopak myślał w ogóle o czymś przyziemnym? Bufon. W dodatku nie oddał mi tego długopisu... nie, żeby mi zależało, to w końcu tylko długopis. Sekundę przed tym, jak oddał pracę, kątem oka zerknąłem na jego kartkę. Wcale nie była taka pusta, lepiej... rozpisał się, cwaniaczek. Ciekawe, czy chociaż strzelił w temat, skoro przez ostatni tydzień w ogóle nie uważał na wykładach. Coś tylko bazgrał w tym swoim zeszycie, co na moje oko przypominało prędzej szkic tego, jak pani profesor tonie w jego płomieniach niż notatka na dany temat. I tak przez tydzień... Nie wiem, jak mu nie było szkoda czasu.
Pracę oddałem niecałe piętnaście minut po nim i również szybkim, acz w przeciwieństwie do niego cichym krokiem opuściłem salę. Potrafiłem uszanować to, że inni wciąż piszą, jednak bawił mnie fakt, że połowę grupy widziałem dziś rano jadąc autobusem. Te pełne rozpaczy głosy, szepczące między sobą, jaki to trudny materiał i ile to tego tam było, a tak naprawdę wystarczyło tylko poświęcić te parę minut dziennie na przyswojenie dziennej dawki materiału. W moim przypadku to co prawda nie była kwestia kilku minut, a kilku godzin dziennie, ale efekt powinien być taki sam. Racja? Racja. To po co tyle skamleć? A zresztą, pytania od tej babki zawsze były proste, więcej stresu jak to wszystko warte.
Przechodząc korytarzem, minąłem grupkę dziewczyn, które wyraźnie coś przeżywały, zatem nadstawiłem uszu, by co nieco usłyszeć.
- Mówiłam ci, że on jest jakiś niebezpieczny.
- Ten facet wyglądał, jak jakiś mafiozo.
- A ten jego ochroniarz..? Kupa mięśni...
Zaraz, zaraz, moment, co? Mafia, ochrona, niebezpiecznie wyglądający facet... dlaczego miałem wrażenie, że te panienki mówią o moim towarzyszu z sali egzaminacyjnej? Zszedłem dwa piętra w dół i wychyliłem się przez okno, skąd też właśnie zobaczyłem mężczyznę w ciemnym garniturze, wsiadającego do czarnego samochodu, którego wcześniej nie było na podjeździe. Niby nic specjalnego: czarny, błyszczący i czysty, ta cała puszka rudego nerwosola wyglądała mimo wszystko na dużo bardziej zadbaną i po prostu na ładniejszą. A skoro już o Amebie mowa, to właśnie z fajką ktoś tu stanął pod oknem. Może celowo chciał mi nadymić prosto w nos? Cholera go wie, był dziwny.
- Znowu się pakujesz w kłopoty? - zagadałem, opierając głowę na ręce. Jak śmiesznie było sobie tak na niego z góry popatrzeć, zwłaszcza kiedy tak nerwowo zarzucił głową, jakby szukając, z którego miejsca wyskoczyłem tym razem.
- Nie twój interes, wiesz? - warknął, przytykając fajkę do ust. Ale on będzie śmierdzieć..
- Już mój, jak coś ci się stanie będę świadkiem w sądzie.
- Mnie się nigdy nie dzieje nic złego, chociaż czekaj... przytrafiłeś mi się ty...
- Teraz już będzie tylko gorzej.
- Wierzę ci na słowo.
- Więc przyda ci się świadek. Kto to był?
- Powiedzmy, że mój menadżer.
- Chcesz mi wmówić, że bawisz sie w gwiazdę?
- Powiedzmy, że w pewnych kręgach owszem.
- Jak tajemniczo, nieprawdopodobne.
- To zwyczajnie coś, co takich jak ty nie powinno interesować.
- Takich jak ja?
- Grzecznych kurdupli.
Uśmiech na jego ustach sprawił, że fuknąłem z irytacji. Co za dupek. Mieć dziesięć czy tam piętnaście centymetrów mniej i już się dopieprzył do mojego wzrostu. Irytujący... ale ciągnąłem rozmowę dalej, nie wiem po co.
- Tych mniej grzecznych musi mieć ktoś na oku.

wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział VI - Reputacja...

Na uczelnię dotarłem o dziwo o czasie, ale zanim jeszcze zdążyłem choćby zejść z motocykla znów rozdzwonił się mój telefon. Warknąłem poirytowany, szczególnie, że na wyświetlaczu widniał numer Tarixa. Nie miałem zamiaru psuć sobie nastroju jego marudzeniem. Wyciszyłem telefon i ruszyłem do budynku, a następnie do sali. 
Wparowałem do sali, o dziwo jeszcze nie zaczęli, więc mogłem sobie nawet wybrać miejsce. Ruszyłem na to, obok Juliena, odstraszając tym samym niziutką blondynkę, która zamierzała zająć miejsce obok niego. No tak... dziś mamy pisać ten śmieszny test czyli wszyscy chcieli siedzieć obok najbardziej obrytego kujona. Tleniony kurdupel był właśnie takim kujonkiem, który zawsze wszystko miał i wszystko wiedział, a raczej taka panowała o nim opinia. 
- Znów się bawisz w Zamaskowanego Mściciela? - spytałem i wygodnie wyciągnąłem się na krześle.
- Po pierwsze "cześć", przynajmniej... - upomniał mnie. - Po drugie nie, nie bawię się. Zwyczajnie... mam słabą odporność.
- Nic dziwnego. Jesteś nie dość, że kurduplem to jeszcze chodzącą lodówką - rzuciłem na co zmierzył mnie wzrokiem.
- A ty gadająca Amebą, istny wybryk natury - sapnął i odwrócił się w stronę psorki, która właśnie zaszczyciła nas obecnością.
Nie bardzo słuchałem jej początkowej gadaniny. Wkurzał mnie za to telefon, który znów wibrował.
- Masz długopis? - spytał białowłosy.
- Emm... Nie... - rzuciłem z uśmiechem, na co on tylko wymamrotał coś pod nosem odnośnie tego, jak bardzo niereformowalny jestem i wcisnął mi w dłoń długopis, żebym mógł iść w ślad innych i pisemnie odpowiadać na pytania, które przygotowała psorka. 
Nie muszę mówić jak bardzo nie chciało mi się tego robić, prawda? Ale z drugiej strony jeszcze bardziej nie będzie mi się chciało łazić za poprawami, więc można uznać, że postarałem się coś tam napisać. Skończyłem jako jeden z pierwszych, oddałem kartkę, na której było chyba podejrzanie dużo, bo psorka uważnie mi się przyjeżdżała, i wyszedłem przed budynek, żeby zapalić. 
Właśnie wkładałem papierosa do ust i miałem zamiar go podpalić, gdy pod szkołę podjechał czarny merc. 
- Co ty tu, kurwa, robisz? - spytałem kiedy z samochodu wyszedł Tarix szczerząc mordę.
Dupek znów się popisywał. Garniaczek, czarna fura, wielki mi kurwa gangster. Sam nawet dupy sobie podetrzeć nie umiał i gdyby nie to, że był niczym innym jak pasożytem ze sporym szczęściem już dawno by zdechł. 
- Ari! Dzwonię i dzwonię! - stwierdził pociesznie i stanął przede mną. - Jest robota. Mówię ci, mega kasa. Sam chce się odgryźć za ostatnie. Wyłożył na stół małą fortunę... trzeba tam tylko jechać, zrobisz co umiesz najlepiej i będziemy ustawieni!
Zamilkł kiedy złapałem go za kołnierz koszuli i solidnie nim potrząsnąłem. Wytatuowany cwaniaczek, który pewnie robił za ochroniarza zbliżył się, ale Tarix od razu go uspokoił.
- Ile razy ci, do cholery jasnej, powtarzałem, że masz mi nie przyjeżdżać pod dom, uczelnię ani w żadne miejsce gdzie mnie widzą z takim mętem jak ty?
- Ari... nie denerwuj się. Przecież ci tłumaczę, że tym razem to konieczność, a nie odbierałeś i...
- Lidzie nie odbierają telefonów, jak nie chcę rozmawiać z debilami - warknąłem. 
- A-ale ja już powiedziałem, że będziesz... wyłożyłem kasę...
- A czy to mój problem? Wystaw sobie tego swojego osiłka, powodzenia wam życzę - pchnąłem go, odpaliłem papierosa i ruszyłem niespiesznie w stronę parkingu. Grupka gapiów, która zebrała się wokół nas pierzchła przede mną.

Rozdział VI - Zakopany topór wojenny

Słysząc warczenie silnika odwróciłem się jeszcze, spoglądając jak odjeżdża. Ciekawe czy jednak mnie słuchał... no nic, czas wejść do domu i zmierzyć oko w oko z bestią, tzn. z mamą. Przecież nie będę się krył, łaził po ogródku i wchodził przez tylne drzwi, jak jakaś małolata. Do cholery jasnej, nie byłem już dzieckiem, a przez tę nadgorliwość ze strony rodziców teraz bałem się choćby wejść do domu po całonocnej nieobecności. Drodzy rodzice, nie bądźcie nadopiekuńczy, bo spójrzcie tylko jakie to przynosiło skutki! Nie róbcie krzywdy swoim dzieciom.
Tak jak się spodziewałem po przekroczeniu progu domu zastałem tę straszną kobietę, której wzrok chyba wyrażał wszystko co negatywne. Kiedy zaczęła swój monolog, ja zwyczajnie zabrałem jednego z kotów, który przyszedł się ze mną przywitać na ręce i odmówiłem standardową formułkę.
- Tak, przepraszam, teraz idę się uczyć!
I poszedłem faktycznie na górę. Chyba czas rozważyć wyprowadzkę, wyrwać się spod pantofla rodziców. Wszystko to zaczynało się robić męczące, przytłaczające. Natomiast powrót do nudnej rzeczywistości po raz pierwszy od bardzo dawna mnie zniesmaczył. Znowu kot, notatki, film, herbata, koc. Ewentualnie w innej kolejności, takie to życie było szalone. W dodatku cały czas gdzieś z tyłu głowy przewijały się obrazy z dzisiejszego poranka. Całkiem miło było zjeść śniadanie w innym miejscu niż kuchnia w domu, w towarzystwie kogoś innego niż koty. Z kimś, z kim udało mi się dojść do względnego porozumienia, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Nie miałem ochoty na kolejne nieprzyjemne sytuacje z tym bucem. Tak, bo wciąż był w moich oczach bucem i pewnie długo nim pozostanie.

Poniedziałek zapowiadał się tak samo, jak każdy inny. Wstałem przed ósmą, obudzony przez miauczącego pod drzwiami kota. To była chyba najgorsza odmiana budzika... taki klasyczny to przynajmniej możesz wyłączyć, ewentualnie nastawić drzemkę lub wyrzucić przez okno, gdy jest upierdliwy. A kot? Nie wyciszysz, nie powiesz „zacznij znowu za piętnaście minut” i przez okno wyrzucać to to też nie za bardzo. Byłem więc zmuszony po paru minutach walki z samym sobą zejść z łóżka i nakarmić tego włochacza, a jednocześnie także i siebie. Rutyna.
Przechodząc obok lustra przyjrzałem się sobie uważnie. Ślady po zdarzeniach z tamtego wieczora były praktycznie nie widoczne, w sumie jedyne co pozostało, to niebywale bolący guz na głowie. Ale nie było go widać, więc było okej. Niestety choć ucieszyła mnie myśl o braku poniesionych większych szkód, na ziemię sprowadził mnie ból gardła i chyba było mi bardziej zimno niż zazwyczaj. Znowu mnie coś brało, a szkoda, ostatni weekend bez maseczki był bardzo przyjemny. Przywdziałem więc ostatni, ale stały element stroju na twarz tuż przed wyjściem i zamknąłem za sobą drzwi. Spacer chyba nie byłby tego dnia dla mnie najlepszy, dlatego zdecydowałem się na komunikację miejską... brudną, śmierdzącą, zatęchłą komunikacje miejską, pełna krzyczących dzieci, śmierdzących żuli i głupich studentów, którzy teraz na szybko przewijali notatki z wykładów. O losie, na jakim ja świecie żyję.
Kolejną, rutynową czynnością było przybycie na miejsce. Kolejno parking, hol, schody, drugie piętro, sala wykładowa i moje wysiedziane, ulubione miejsce. Czasem się tu czułem, jak taki stary mocher z tramwaju, który ma jedno miejsce i nie rusza z niego dupska za każdym razem, jak wsiada. Może po części byłem takim mocherem w młodym wieku, może... w każdym razie, jeszcze było kilka minut wolnego, dlatego korzystając z okazji dodałem do kontaktów ten tajemniczy numer sprzed tygodnia. „Arian”, hm... nie, jednak będzie „Arian vel Ameba”. O, teraz było idealnie!

Rozdział VI - Imprezka się szykuje

Zaśmiałem się cicho na jego słowa i założyłem kask, żeby już po chwili wypaść z pełną prędkością na drogę i skierować się do domu. Jakoś tak wyszło, że przyspieszyłem i wybrałem dość okrężną drogę. Dlaczego? Tak jakoś... zwykła zachcianka. Mogłem po prostu jechać... nie myśleć za wiele. Było mi to potrzebne. Taka chwila zawieszenia, tylko działanie. Szybkie reakcje, żeby niczego nie przyhaczyć, nie wpaść w poślizg, nie wymierzyć źle odległości. Gaz, hamulec, skręt i znów gaz ile fabryka dała. 
Do mieszkania wszedłem po niemal godzinie, przy czym normalnie droga zajęłaby mi może z piętnaście minut. Od razu opadłem ciężko na kanapę, kluczyki rzucając na stolik. 
Na blacie wciąż stały dwa kubki, a koc pode mną był wymięty i... lekko jakby chłodny. A może już mi się zwyczajnie zdawało? Byłem zmęczony... to na pewno to... Wytwór zmęczonego umysłu.
Opadłem na kanapę i nakryłem się kocem... Nie chciało mi się zrobić tych kilkunastu kroków, żeby przejść do sypialni. Teraz chciałem tylko odpocząć, zasnąć, przestać za dużo myśleć. Szczególnie, że moje myśli wracały do kołyszących się lekko bioder białowłosego konusa, którego powinienem nie znosić. Tak byłoby łatwiej i wszyscy byliby zadowoleni. 

- Któregoś dnia spłonisz... - rzuciłem do wrednego budzika, który znów rozdzwonił się akurat w najgorszym momencie. 
A miałem taki cudny sen... Było mi w nim tak rozkosznie zimno, a do tego właśnie miałem dostać coś, czego bardzo chciałem... Tylko to wredne urządzenie postanowiło wszystko mi popsuć. 
Powlokłem się pod prysznic, ale nie zdołałem tam dotrzeć, bo rozdzwoniła się moja komórka.
- No wreszcie! Wiesz ile razy się do ciebie dobijałam? Nie można mnie tak straszyć! - naskoczyła na mnie Marika, ledwie odebrałem.
- Spałem... - stwierdziłem.
- Całą niedzielę? - wypytywała, na co omiotłem wzrokiem butelki po wypitym wczoraj piwie.
- Tak... z grubsza - oznajmiłem. - Chcesz coś konkretnego? Muszę się ogarnąć i jechać na uczelnię. Tym razem wolałbym się... nie spóźnić.
- Chciałam zapytać jak tam po walce, ponoć coś się stało i zwinąłeś Tarixowi samochód...
- Tak, wszystko gra... - przerwałem jej.
- No... dobra... To jeszcze jedno, mam nadzieję, że pamiętasz o tym, że w sobotę jest u mnie impreza. Wiesz dobrze, że trzeba zrobić parapetówę, jak się mieszkania czy domu nie ochrzci to może się stać coś złego. - Mari i ta jej przesądność...
- Dobra, dobra... będę. Teraz serio muszę się zbierać.
- To do zobaczenia w sobotę - zacmokała jeszcze i rozłączyła się.

Rozdział V - Haczyk

Przez całą drogę nawet nie uchyliłem powiek, przeciwnie – wciąż trzymałem je mocno zaciśnięte, tak strasznie się bojąc choćby zerknąć na zmieniające się szybko obrazy. Trzymając się mocno chłopaka mało obchodziło mnie, co ten może sobie o mnie pomyśleć. Pewnie jak zwykle mnie wyśmieje, ale miałem to gdzieś. Nie chce mi się wierzyć, że podczas swojej pierwszej jazdy w życiu nie bał się ani trochę! Chyba każdy czasem odczuwa strach, nawet taki prymityw. Ups, miałem skończyć z żartami o ewolucji... jakoś ciężko mi z nimi bezpośrednio zerwać. Może też dlatego tak ciężko było mi uwierzyć, że dojechałem cało na miejsce. Naprawdę to już? Powoli otworzyłem jedno oko, potem drugie? Serio już.
- Już..? - poczułem, jak mój głos drży i kopnąłem się za to mocno w duchu. Niepewnie go puściłem i jakiś taki cały drżący ściągnąłem kask. Faktycznie... byliśmy na miejscu. On nie żartował... te sms'y zawierały w sobie część prawdy.
Nie poprawiło to mojego nastroju, który uległ gwałtownego pogorszenia w chwili, gdy dosiadłem tę jego ukochaną maszynkę. Swoją drogą, też mi coś. Jak taki gbur pała miłością nieskończona do motoru jest cacy, a jakbym ja publicznie wyznał miłość maszynie do mielenia mięsa oskarżyliby mnie o bycie świrem. I gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie?
- Czyli starałeś się zdobyć mój adres?
- Tak na wypadek jakbym jednak chciał cię zamordować...
Prychnąłem w odpowiedzi i wstałem z maszyny, wzdychając z wielką ulgą. Żyję! Alleluja!
- Nie zrobiłeś jednak wypadku!
- O wypraszam sobie!
- Jednak może umiesz jeździć – uśmiechnąłem się przekornie, ostatni raz sprawdzając swoje kieszenie. Wszystko miałem, wszystko było względnie okej, więc chyba mogłem już iść.
Byłem ciekawy tylko po co tak naprawdę był mój adres. Niby teraz jesteśmy kwita, w końcu byłem u niego w mieszkaniu i zapamiętałem sobie jego numer oraz ulicę, ale to wciąż nie to samo. Ja go nie szukałem, sam mnie tam zawlekł. Poza tym miejsca, w których żyjemy różniły się od siebie o sto osiemdziesiąt stopni. On na jednym, a ja na drugim końcu miasta. On w mieszkanku, ja w domu z ogrodem. Ja ze zwierzętami i rodzicami, on z tego co zauważyłem kompletnie sam. I w sumie... trudno było mi osądzić, który z nas miał lepiej.
- Raczysz pojawić się na poniedziałkowym wykładzie? - spytałem, licząc się z każdą odpowiedzią.
- A co, pragniesz mojego towarzystwa? Pożyjemy, zobaczymy.
- Jasne – przewróciłem oczami i już z zamiarem odejścia rzuciłem szybko. - O 10 jest test z ostatniego miesiąca, nie spóźnij się.
Po co ja mu to mówiłem? Przecież i tak się spóźni. Pewnie nawet mnie nie posłuchał i jednym uchem mu wleciało, a drugim wyleciało. Ale powiedziałem, chyba łudząc się, że w ten podprogowy sposób rozpoczniemy naszą małą terapię. Ech, a miałem się nie bawić w żadnego behawiorystę! Dostrzegłem w nim to światełko, pokazał tę dobrą stronę, więc może przy odrobinie chęci mi się uda? Właściwie nam, ale jest mały haczyk: on też musi chcieć.

Rozdział V - Mała przejażdżka

- Żadne na piechotę - stwierdziłem i otoczyłem chłopaka ramieniem, żeby mi nie zwiał. 
- Nie wsiądę na to ustrojstwo... Widziałem jak jeździsz! -  rzucił i próbował mimo wszystko się wyswobodzić.
- Po pierwsze to nie jest żadne "ustrojstwo". Trochę szacunku! - warknąłem. - Po drugie jedynym przez kogo kiedykolwiek choć zadrapałem lakier jesteś ty, więc o co, jak o co, ale o moje zdolności prowadzenia możesz być spokojny. Zdałem prawko za pierwszym razem ledwie mi pełnoletność stuknęła i jakoś żyję, a poza tym nigdy nie miałem wypadku. 
- Zawsze może być ten pierwszy raz...- wymamrotał, ale w końcu założył kask.
- Właź, nie marudź - ponagliłem siedząc już na Laluni.
Julien usiadł i przywarł do mnie mocno ledwie ruszyłem. Miałem wrażenie, że nie dość, że mnie udusi, to jeszcze mamrocze pod nosem modlitwy. Śmieszyło mnie to. Kiedy jednak dodałem gazu i motocykl wypruł do przodu z głośnym warknięciem, chłopak jeszcze mocniej się we mnie wtulił, nawet jeżeli wydawało mi się to zwyczajnie niemożliwe. Zrobił się też chłodniejszy przez co lekko zadrżałem i chcąc nie chcąc musiałem nieco się rozgrzać, żeby mi konus nie zamarzł... To jednak jak był blisko miało i inny, powiedziałbym, że ciekawy, skutek... Zaczęło mi się robić niewygodnie kiedy tak czułem jego dłonie kurczowo splecione na moim torsie i biodra przyciskające się do moich pośladków. Ten chłopak naprawdę mnie podniecał...
Kilka kolejnych zakrętów przy których mój towarzysz wstrzymywał oddech, co czułem doskonale i nacisnąłem hamulec zostawiając na asfalcie piękny ślad po trącej po nim gumie opony. 
- Żyjesz tam? - spytałem, prostując się na tyle, na ile było to możliwe przez ściskającego mnie dalej kurczowo chłopaka. - Jesteśmy już na miejscu, wiesz?
- Już? - spytał drżącym głosem. - Więc... serio znasz mój adres...
- Jak się postaram to potrafię się dowiedzieć wielu rzeczy - wzruszyłem ramionami.
W gruncie rzeczy pomogła Marika, która umilała nie raz czas komendantowi miejscowej policji. Wystarczył jeden telefon i można było dzięki temu znać adres każdego. Bardzo przydatny znajomy. Mari nie raz się nim wysługiwała i każdy kto wisiał jej kasę lub niezbyt delikatnie ją potraktował lądował na dołku obity na kwaśne jabłko.

Rozdział V - Koszmarna zapowiedź

- Mój telefon!
Zabrałem go szybko w ręce i odblokowałem, a moim oczom ukazał się olbrzymi spam smsów i nieodebranych połączeń. Powoli zacząłem przewijać kontakty i z ulgą odetchnąłem, że nie należą ode tylko do jednej osoby... która swoją drogą pewnie i tak zrobi mi wykład po powrocie do domu zupełnie tak, jakbym dalej miał pięć lat. Chyba zebrało jej się trochę za późno na takie mamuśkowanie mi na każdym kroku. Następnie sięgnąłem po portfel, wertując jego zawartość. Wszystko bez zmian, ani mniej, ani więcej. Niby nigdy nie nosiłem przy sobie zbyt wiele pieniędzy, jednakże ich strata, jak każda inna by mnie pewnie zabolała.
- Wszystko jest, jeszcze raz dzięki.
Schowałem zaraz telefon i portfel do kieszeni spodni oraz dopiłem kawę zgodnie z... prośbą? No, mogę to tak chyba interpretować. Zresztą jeden pies. Miałem się zbierać to się zebrałem, nie będę nadużywać gościnności tego gościa. Tak poza tym, to już byłem ciekaw, jaki to będzie między nami stosunek, gdy przywlecze on swoje cztery litery na poniedziałkowy wykład. To że jakoś się dogadaliśmy, nawet wypiliśmy razem kawę nie oznaczało przecież, że siedzenie obok niego nagle zacznie sprawiać mi niebywała przyjemność. Znaczy, nie mi, może jemu, nie wiem, dziwny był tak bez tej swojej wrogiej otoczki. W dodatku to jak odsunął moją rękę... spodziewałem się gwałtownej reakcji, tekstu typu: „Weź spierdalaj, nie dotykaj mnie”, a tu proszę. Nie powiem jednak, by mi to przeszkadzało. Dodam nawet, że poniekąd dodało mi skrzydeł i zobaczyłem światełko nadziei dla tej ameby. Skoro już pokazał te bardziej ludzkie oblicze, to może jednak warto zostać jego podprogowym behawiorystą?
- Teraz ja mam na Królewicza czekać? - rzuciłem, uśmiechając się pod nosem. Nawet zaciekawiło mnie to, czy zdołam go teraz zdenerwować, jak wtedy na parkingu, albo czy chociaż odpyskuje lub dopieprzy jakimś swoim mało inteligentnym tekstem. To wcale nie tak, że chciałem go specjalnie sprowokować, mieć limo drugi raz pod rząd, czy Bóg wie co jeszcze. Po prostu, czysta ludzka ciekawość.
- Mam przed tobą drzwi otwierać? Idź już – usłyszałem i w sumie na tę chwilę przestałem go podjudzać, po prostu wychodząc.
Trochę przerażała mnie perspektywa jazdy samochodem z kimś takim, jak on. Wystarczyło mi usłyszeć pisk opon motoru, kiedy zaparkował na parkingu prze uczelnią i już wiedziałem, że ten facet jeździ tak przynajmniej z 200 na godzinę. Może samochodu tak nie maltretuje? Bo jedziemy samochodem, prawda? Prawda?! Nie prawda. Otworzyłem szeroko oczy i zrobił w tył zwrot.
- O nie, nie, nie. Nigdzie nie jadę, idę na piechotę, na razie.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Rozdział V - Przyjemny chłód i nieprzyjemne myśli

Na chwilę zwyczajnie mnie zmroziło... I nie chodziło tu bynajmniej o chłód na pokaleczonej wardze. Ten był naprawdę przyjemny i przynosił ukojenie. Raczej chodziło mi o to, że ciężko było mi się poruszyć. Ciężko było czuć coś więcej, niż chłodna dłoń dotykająca mojej twarzy. Do tego miałem naprawdę idealny widok na słodką mordkę mojego gościa.
Julien wyglądał naprawdę uroczo. Szczególnie kiedy na jego buzi wykwitała łagodność, tak jak teraz. Do tego ten bijący od niego spokój... Dziwnie to na mnie działało. Z jednej strony sprawiało, że ciężko mi było zebrać myśli czy zmusić się do ruchu, a z drugiej miałem straszną ochotę sprawdzić czy jego usta są równie zimne jak opuszki palców. A może wręcz przeciwnie? Były miękkie i ciepłe?
Wziąłem głębszy wdech i odsunąłem się, jednoczenie chwytając jego dłoń i odsuwając ją niespiesznie od mojej twarzy.
- Wystarczy... dzięki - rzuciłem i sięgnąłem po kawę, którą szybko dopiłem.
Pozwolenie sobie na niektóre rzeczy czy choćby nawet myśli, nie było dobrym pomysłem. Kurdupel sobie zniknie z mojego życia tak szybko, jak się pojawił, a epizod z nim nie był mi potrzebny. Miałem wrażenie, że choć miałem na to cholerną ochotę to, to by coś zmieniło i... zepsuło. Chociażby mój względny spokój. Tryb mojego życia był taki, a nie inny i odpowiadało mi ono. Nie miałem zamiaru w nic się babrać, a Julien zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto szarpnąłby się na jedną noc i potrafił od tak iść później dalej. Nie wspomnę już nawet o tym, że nie miałem nawet pojęcia jakie posiadał preferencje. Może wolał kobiety? To przecież byłoby całkiem możliwe i naturalne. Robienie czegokolwiek na siłę odpadało. Można mi było wiele zarzucić, ale coś takiego mnie nie rajcowało, a wręcz przeciwnie.
- Dopij i zbieraj się. Tak jak mówiłem, odwiozę cię do domu - stwierdziłem.
- No dobrze... skoro się upierasz. - Julien sięgnął po swój kubek.
- Jak coś tu są twoje rzeczy. Możliwe, że coś się zgubiło, nie wiem, nie miałem okazji dokładnie się rozejrzeć - wyciągnąłem z półki pod stolikiem i podałem chłopakowi jego portfel i telefon, które zabrałem bandziorom.

Rozdział V - Drobna pomoc medyczna

Kawa na kuchennym blacie naprawdę podniosła mnie na duchu. Szczerze mówiąc, gdy składałem moje zamówienie nie spodziewałem się, że faktycznie mi ją zrobi, a tu taka niespodzianka. W dodatku spełnił wszystkie moje warianty smakowe. Chciał mi się podlizać czy co? A może wczoraj wydarzyło się coś, czego faktycznie nie pamiętałem? Arian był w jakimś zbyt dobrym humorze, to było dla mnie chyba zbyt dużo. To jego gwałtowne przejście z wkurwionej ameby, do ucywilizowanej ameby było tak strasznie szybkie, że w mojej głowie teraz jedynie kłębiły się myśli dotyczące jego osoby. Dlaczego, po co i jak... dlaczego ty, dlaczego ja, dlaczego my? Spojrzałem na niego z ukosa, niespecjalnie chcąc by to zauważył, ale oczywiście musiał. Co za chora siła sprawiła, że on trochę znormalniał w moich oczach? Pewnie ta sama, która nakazuje nam wciąż na siebie wpadać.
Postanowiłem dosiąść się obok niego, a gdy już to zrobiłem naciągnąłem na siebie odrobinę koca. Choć zdawało mi się, że mój rozmówca potrzebował go bardziej ode mnie.
- Wyglądasz na zmęczonego.
- Tak chrapałeś, że nie mogłem spać.
- Ja wcale nie chrapię – odpowiedziałem zawzięcie, mrużąc oczy. Kombinował odpowiedzi na poczekaniu, prawda?
- A wiesz to, bo...?
- Bo wiem, nigdy nie chrapałem. To raczej Ciebie bym o to podejrzewał... a po tym jak wyglądasz stwierdzam, że zaczniesz chrapać nim stąd wyjdę.
- Po coś chyba zrobiłem kawę, ta?
- A nie wolisz się położyć? To w końcu twoje mieszkanie, możesz robić co chcesz – rzuciłem, przewracając oczami. Przecież było mi to bez różnicy, a on wyglądał, jakby zaraz miał zaryć nosem o ten stolik. Zmartwiła mnie tylko ta jego warga, musiała boleć. Poza tym chyba przyglądałem mu się zbyt długo, bo w końcu i on na mnie spojrzał. Nie dobrze. - Straszna z Ciebie ameba, nic nie zadbałeś by to jakoś wyglądało.
- Odpieprz się, okej? Główka nie boli, wyspała się Królewna?
- Niewiarygodne, tak się mną przejąłeś? - wyciągnąłem wolno rękę w kierunku jego twarzy. - To pochyl pyszczysko.
Spojrzał na mnie, jakbym urwał się z choinki. To takie dziwne, że chciałem się odwdzięczyć? Nawet takie coś jak on okazało się, że umie współczuć drugiemu człowiekowi, więc czemu miałem mu nie pomóc? W dodatku zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że to monstrum umie tylko wszystko spalić, więc ciężko mu będzie przytrzymać lód przy swojej wardze. Korzystając z chwili jego dekoncentracji przyłożyłem opuszki palców do jego ust, które już po chwili zrobiły się przyjemnie chłodne i na pewno go mniej bolały. Może nie mogłem tego wyleczyć, lecz czułem się podświadomie zobowiązany, by pomóc, jak umiem. Przechyliłem lekko głowę, spoglądając na niego nieco łagodniej. W sumie nie wyglądał tak źle, jak go sobie zapamiętałem.

Rozdział V - Chwilka spokoju

No nie wierzę... Tleniony kurdupel ma specjalne wymagania nawet co do kawy? 
Nie wiedziałem kogo bardziej popieprzyło, jego, że chciał tu zostać i zażyczył sobie kawusi czy mnie, że mu ją do cholery zrobiłem! Tu naprawdę działo się coś złego...
Uniosłem swój kubek, spory, ciężki i wypełniony czarną jak smoła, mocną kawą, która wrzała dalej podgrzewana moimi dłońmi. Taką kawę lubiłem najbardziej, bo kawa powinna być kawą, a nie słodką lurą z mlekiem. Następnym razem to mu zrobię kakao, na jedno wyjdzie.
Szczerze gdyby nie to, że słyszałem w łazience szu wody i ogólny ruch, to wparowałbym tam. Mimo wszystko długo chłopaka nie było i zacząłem podświadomie roić sobie, że może jednak zrobiło mu się znów słabo i upadł? Strach się przyznać, ale odetchnąłem z ulgą kiedy go zobaczyłem całego i co więcej, w o wiele lepszym stanie. Szarość z jego twarzy zastąpił blady, ale jednak zdrowy rumieniec, włosy nie były już matową plątaniną, a w oczach nie widać było zmęczenia. Ten widok okazał się nader przyjemny, szczególnie, że Julien rozpromienił się i uśmiechnął na widok kawy, a nawet podziękował.
Ziewnąłem i przeszedłem do salonu, gdzie usiadłem ciężko na kanapie zajmowanej jeszcze niedawno przez białowłosego. Z miłą chęcią rzuciłbym się w pościel i porządnie wyspał. Właśnie teraz, kiedy zdenerwowanie oczekiwaniem na poprawę stanu chłopaka zniknęło, poczułem zmęczenie. Wrócił też nieco ból, o którym wcześniej nie bardzo miałem czas myśleć. Miałem szczerą nadzieję, że mięśniak z wczoraj wylądował na urazówce i długo go stamtąd nie wypuszczą. Z chęcią spotkałbym się z nim jeszcze raz, tym razem sprałbym go od razu tak, że najlepsi chirurdzy mieliby kłopot go poskładać w logiczną całość.
- Wyglądasz na zmęczonego - stwierdził Julien, siadając obok mnie ze swoim kubkiem w dłoniach.
- Tak chrapałeś, że nie mogłem spać - rzuciłem do niego z przekąsem, ale i o dziwo uśmiechem. Dziwnie było tak tu z nim siedzieć.
- Ja wcale nie chrapię - burknął.
- A wiesz to, bo...? - spojrzałem na niego pytająco.
Szczerze miałem ochotę dowiedzieć się czy był ktoś, z kim chłopak sypiał. Niby do domu mu się nie spieszyło, więc raczej nikt na niego jakoś szczególnie nie czekał, ale kto go tam wie? W końcu bywało różnie.

niedziela, 19 lutego 2017

Rozdział IV - Dziękuję

Nie wierzę, że on był dla mnie miły. Może to nie był szczyt uprzejmości, ale nie spodziewałem się z jego strony takiej troski. Jakby nie patrzeć sprawdził, czy ze mną wszystko w porządku, nakarmił mnie, zaproponował, że mnie odwiezie... miło z jego strony. Jakby nagle ktoś postawił go dla mnie w innym świetle, jakby nagle pierdołowata ameba ewoluowała w wyższą formę, jak jakiś pokemon. Nie no, koniec żartów o ewolucji na tę chwilę, on naprawdę był milszy.
Poszedłem za nim do kuchni, by kontynuować mój wywiad środowiskowy, a przy okazji wyłapać kilka cennych informacji z jego wyglądu. Rozcięta warga nie wyglądała dobrze... ale powiedział, że to on się zajął tamtymi dupkami, więc to może przez nich? Ale to tak..? Wyglądało na to, że ktoś mu musiał tę wargę rozerwać w bardziej wyrafinowany sposób, bo choć już się troszkę zagoiła to wciąż wyglądała na dość świeżą. Musiała boleć. Nie, ja się wcale o niego nie martwię, tak tylko, ludzki odruch.
- W takim razie nie będzie ci przeszkadzało, jak zostanę jeszcze na kawę? Jak cudownie. Słodzę trzy łyżeczki, jedna łyżka kawy, proporcje wody do mleka to 1:3. Pięknie dziękuję, może być w kubki.
Jego mina była bezcenna! Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu, ale skierowałem już kroki w stronę łazienki, więc nie było mi dane dłużej oglądać wyrazu jego twarzy. Tak, to przykre, ale właśnie dotarło do mnie, że to bydle tylko przy ludziach jest takie wielkie i okropne. Może faktycznie źle go oceniłem? No ale z drugiej strony... jak miałem go pozytywnie ocenić po tym, jak przez niego bawiłem się w jakiś makijaż? Ale nie, tym razem nie popsuło to mojego nastroju i choć głowa wciąż mnie bolała to jakiś tam uśmieszek na ustach wciąż gościł.
Będąc w łazience od razu spojrzałem w lustro. Matko Boska, jak ja wyglądałem... te brudne włosy, twarz jakaś taka szara... trzeba się szybko doprowadzić do porządku. Tylko trzeba to zrobić delikatnie, bo ten opatrunek... naprawdę było ze mną tak źle, żeby musiał tak się mną opiekować? Rany... to takie... dziwne. Mieszkanie Ariana. Przespałem w nim całą noc... noc w towarzystwie wroga. Ludzie, ten świat schodził na psy. Kiedy już miałem zamiar się choć trochę doprowadzić do żywych nagle zdałem sobie sprawę z tego, że było tu coś co naprawdę ładnie pachniało. W dodatku ten sam zapach czułem już w kuchni, a wcześniej w salonie i... czekaj, czekaj. Nie było tu żadnych perfum, więc to nie one były źródłem zapachu. Tak więc skoro to nie były perfumy, to co tu tak pachnie? Aż mi się głupio zrobiło, kiedy zapach zaprowadził mnie to ręcznika wiszącego przy grzejniku. Chwyciłem go lekko i przyciągnąłem do nosa, a po powąchaniu wszystko stało się jasne. Ta ogromna ameba, kiedy tak się nie fajczyła ze wściekłości, pachniała naprawdę całkiem ładnie. Miła, bardzo miła niespodzianka. Ugh, zresztą, po co mi takie zbieranie nic nie wartych informacji? Po co mi wiadomość o tym, że Arian pachnie... dlaczego interesowały mnie takie pierdoły.
Opuściłem łazienkę po upływie dobrych dwudziestu minut, jednak plus tego był taki, że wreszcie wyglądałem jak ludź, no i nabrałem kolorów. Kiedy po wejściu do kuchni zobaczyłem kawę na blacie dodatkowo mój dobry nastrój się podkręcił. Powinienem być co najmniej poirytowany ta sytuacją, a jednak bawiło mnie to, że tu jestem, że z nim rozmawiam oraz to, że z nim faktycznie da się porozmawiać.
- Dziękuje.

Rozdział IV - Milion i jedno pytanie

Trzeba było przyznać, że konus uśmiechał się całkiem uroczo. Zdecydowanie bardziej pasowało to do jego delikatnej buźki niż wiecznie zmarszczone brwi. Jego usta wyglądały teraz delikatniej... Szkoda tylko, że oczy nie straciły na zaciętym wyrazie i tej świdrującej podejrzliwości... Przynajmniej do czasu, bo zaraz uśmiech przybladł, a oczy złagodniały na chwilę, zupełnie jakby coś w nim się ruszyło.
- Jajecznica była smaczna - stwierdził, co nieźle mnie zaskoczyło. Raczej spodziewałem się po paniczu czegoś w stylu focha za to, że wmusiłem w niego coś tak przyziemnego. 
- Dalej nie masz mdłości? - spytałem.
- Nie... - pokręcił głową lekko.
- Dobrze... - stwierdziłem i zabrałem talerzyk. - Co do godziny to dochodzi ósma.
- Co? Rano?! - zdziwił się.
- Tak, Śpiąca Królewno, przekimałeś tu całą noc. Mamy cudny, niedzielny poranek - krzyknąłem już z kuchni, odkręciłem gaz i podpaliłem go jak zawsze dłonią. Chciałem wrócić, ale okazało się, że Julien przydreptał za mną.
- Powinieneś jeszcze leżeć - stwierdziłem i sięgnąłem po kubek, żeby wsypać do niego kawę. Potrzebowałem kofeiny, bo przez tego konusa nie mogłem spać... Cały czas miałem wrażenie, że jak go z oka spuszczę to mu się coś stanie, a co gorsza przejmowałem się tym i zwyczajnie nie chciałem tego. 
- Dlaczego mi pomogłeś? - dopytywał znowu. Upierdliwe były te jego pytania, szczególnie, że sam nie do końca umiałem odpowiedzieć. 
- Powiedzmy, że... są ludzie, których nie znoszę bardziej niż ciebie, a tacy postanowili sobie z ciebie zrobić worek treningowy wypchany szmalem - pół pradwy, ale dobre i to... Od czegoś trzeba było zacząć i czegoś się trzymać.
- Czy oni...? - zaczął, ale przerwałem mu.
- Tak, żyją, możesz sobie nie zaprzątać tym swojej tlenionej główki. Z resztą nawet jakby pomarli to takimi kanaliami i tak nikt by się nie przejął. 
- A... co tam robiłeś? 
Spojrzałem na niego i znów miałem chwilowy odruch, żeby nim potrząsnąć. Co to, przesłuchanie jakieś? Dlaczego on musiał być taki męczący? I dlaczego nie potrafiłem go stąd zwyczajnie wywalić?
- Bawiłem się z kolegami - stwierdziłem, bo zdecydowanie nie miałem ochoty tłumaczyć mu jak zarabiam na życie. Znając tego typka od razu byłoby coś pokroju: jakie to złe, jak tak można, a tak w ogóle to takich jak ja powinno się zamykać, najlepiej w klatkach. 
- I koledzy ci to zrobili? - wskazał na moją rozciętą wargę, która goiła się jako tako i opuchlizna zeszła, mimo to szramę było jeszcze aż za dobrze widać, podobnie sińca.
- Miałeś wujka w drogówce, że jesteś taki dociekliwy? To serio nie twój interes i trzymaj się od tego z daleka, bo znów ci ktoś przypieprzy i tym razem nie będę zbierał cię z chodnika. Łazienka jest tam - wskazałem drzwi - jak potrzebujesz się ogarnąć, to się nie krępuj. Jeżeli czujesz się już lepiej, to odwiozę cię do domu.

Rozdział IV - Sumienie

To było jakieś chore... ten sam człowiek, który podbił mi oko tydzień temu, dziś uratował mnie przed jakimiś podejrzanymi fagasami. Nie miał w tym przypadkiem jakiś zamiarów? Przeszło mi przez myśl i wtedy pociągnął ten swój jakże błyskotliwy żart z gwałtem. Bardzo śmieszne, no boki zrywać.
- Przyniosłeś mi jedzenie? - spojrzałem zaskoczony na talerz, po czym wziąłem go w ręce i uniosłem pod światło, robiąc mały test na zawartość trutki tak mimo wszystko.
- Ślepy jesteś? Powiedziałem, żebyś jadł – warknął, a ja prychnąłem i mimo osobistej niechęci do tego dania, jak i do chłopaka w końcu spróbowałem.
- Niemożliwe, tu na pewno jest trutka.
- Zamknij się.
- Co ja tu robię? Dlaczego mi pomogłeś? Czy to przypadkiem nie ty przez ostatni tydzień wyzywasz mnie od konusów? - zmrużyłem podejrzliwie oczy i wróciłem do jedzenie.
To wszystko wydawało mi się jakieś podejrzane. Po pierwsze, dlaczego mi pomógł? Przecież nawet nie możemy na siebie patrzeć, a tu co? Nagły przypływ miłosierdzia? Jednak z drugiej strony... gdyby nie on nie wiadomo co by się ze mną stało. Cholera jasna, teraz powinienem mu podziękować. Ta myśl sprawiła, że zacząłem jeść jeszcze wolniej.
- Co ty tam w ogóle robiłeś? - dopytałem, wbijając w niego ponownie spojrzenie. W ogóle nie powinienem go opuszczać, to był wróg...
...któremu zawdzięczałem życie.
- O to samo mogę zapytać Ciebie.
- Nie twój interes.
- Twój też nie.
Jak on mnie irytował...
- Trochę zabłądziłem – uśmiechnąłem się do niego pięknie, acz ironicznie. - Twoja kolej, amebo.
Odstawiłem pusty talerz na stolik. Wierzyć się nie chciało, zjadłem coś spod rąk tego gościa, siedząc w jego mieszkaniu, na jego kanapie, pod jego kocem. Dlaczego od razu nie wyszedłem, a on od razu mnie nie wykopał? Zerknąłem w okno, skąd dobiegły mnie jasne promyki światła. Dziwne, przecież było ciemno...
- Która jest godzina?
Może trochę nachalnie rozpocząłem swoje „milion pytań”, ale chyba miałem prawo wiedzieć. Coś tu się działo, o czym jeszcze nie miałem pojęcia. Jeszcze, bo mam nadzieję, że już niedługo się wyjaśni. W końcu Arian mi pomógł... MI. Bezinteresownie? Takie miałem przeczucie. Czemu? Nie wiem i chyba on też. Spuściłem głowę w dół, znowu mnie zabolała, ale i zwyczajnie uderzyło mnie sumienie. Niech mu będzie, ten jeden raz powiem mu coś miłego.
- Jajecznica była smaczna.


Rozdział IV - Coś...

- Weź ty uważaj, co? Jak się będziesz tak ruszał to sobie tylko zaszkodzisz - warknąłem na niego. Nie po to go tu wlokłem, opatrzyłem i siedziałem przy nim całą noc, żeby teraz przez swoją głupotę zrobił sobie krzywdę. Durny szczyl. Tak to obnosił się ze swoją inteligencją i chuj wie czym jeszcze, a tak nie potrafi nawet spokojnie wyleżeć w miejscu. 
- Skąd ja się tu w ogóle wziąłem? - spytał gdy mógł wreszcie unieść spojrzenie. Tym razem zrobił to na szczęście ostrożnie.
- Porwałem cię i miałem zamiar zgwałcić, ale stwierdziłem jednak, że nekrofilia mnie nie kręci - wypaliłem szyderczo.
- Bardzo śmieszne - burknął. - Bo żartujesz tylko... prawda? - spytał po chwili mocniej przygarnął do siebie okrycie gotów się bronić. Tak, zabawa przednia, lepsze było tylko rwanie zębów.
Sapnąłem na ten widok i mimo jego wyraźnej niechęci, zbliżyłem się do niego, żeby nachylić się w jego stronę.
- Popatrz w górę - nakazałem.
- Co... po co?
- Rób co mówię, a nie marudź! - warknąłem.
Julien bardzo niechętnie uniósł głowę. 
- Na boki.. - zrobił to, znów coś tam mamrocząc pod nosem. - Ile palców widzisz? - spytałem.
- Trzy.
- Mdli cię?
- Nie... chyba nie - wymamrotał.
- No to prawdopodobnie przeżyjesz. - Wstałem i ruszyłem do kuchni, skąd przyniosłem talerz i postawiłem go na stoliku przy kanapie.
- Co to? - spytał wpatrując się we mnie jakby mi czułki wyrosły i jeszcze trzecie oko do kompletu.
- A na co ci to wygląda, konusie?
- Jajecznicę...?
- Bingo... Jednak coś tam kojarzysz, a już myślałem, że zarobiłeś w łeb tak mocno, że klepki ci poprzestawiało. Jedz - rzuciłem, na co zmierzył mnie podejrzliwie - Trutka na szczury się skończyła  - uśmiechnąłem się do niego bez cienia wesołości. - Jakbym chciał cię zabić, to bym cię tu nie przywoził. 
A po co ja go tu tak właściwie przywoziłem? Tak, dalej się nad tym zastanawiałem. Dalej nie wiedziałem czym było owo durne coś, które kazało mi zająć się tym gnojkiem. Co najgorszego to coś wcale nie chciało odpuścić i nawet jeżeli miałem ochotę tak dla zasady mu pizgnąć za tę jego zaciętą minę i to jak na mnie patrzył, to nie zrobiłem tego.

Rozdział IV - Jestem w piekle.

To co się działo w ostatnim czasie na pewno nie było dla mnie zbyt dobre. Po raz pierwszy w życiu będąc na uczelni nie czułem się ani trochę komfortowo, na wykładach nie mogłem się skupić, a moje notatki przypominały ciąg nierozczytywalnych bazgrołów. Nie mogłem tylko znaleźć nigdzie przyczyny, przecież ból brzucha minął, więc nie byłem chory. Nie zmieniłem także diety, wciąż stołując się w tamtej feralnej knajpce. Towarzystwo także było to samo, więc nie mogła być to ich wina. Codzienność pozostawała wciąż taka sama i tylko nieliczne aspekty, jak temat wykładu czy film na wieczór się w nim różniły. No więc może ktoś by mi podpowiedział, o co mi chodzi? Po tamtej krótkiej rozmowie z amebą na parkingu wcale nie poczułem się lepiej. Znaczy, brzuch przestał mnie boleć, ale to wszystko. Gdy zmieniałem salę i przechodziłem korytarzem czułem często na sobie spojrzenie, które z pozoru starałem się ignorować, ale ile można udawać, że to takie nic? To było straszne, nie wiedziałem kto to, nie wiedziałem czy może czegoś sobie nie ubzdurałem, a co najważniejsze, czy przypadkiem nie przesadzam? Jednak to nie jedyna rzecz, jaką udało mi się zaobserwować przez te kilka dni. Otóż po tym, jak powiedziałem Arianowi, by go ręka boska broniła, by koło mnie nie siadał... to praktycznie go już nie widziałem. Przecież go nie unikałem i wątpię, by to on unikał mnie. Jedynie zauważałem, jak to spóźnione ciele włazi z buta niemal ZAWSZE spóźniony na wykład i czasem niechcący złapałem go na tym dziwnym spojrzeniu w moją stronę. O co mu, do cholery, chodziło? Znowu chce mi podbić oko, bo tak? Niedoczekanie jego, drugi raz już się nie dam.
Najgorsze było jednak nie to, co się działo na uczelni, a to poza nią. Myślałem, ze skoro rozkojarzenie łapie mnie wśród reszty studentów, tak tu, poza murami uniwersytetu będę się czuł znacznie lepiej. Prawda? Guzik prawda. Gówno prawda. Jak wyszedłem z domu koło godziny 17, tak poszedłem i... znowu odpłynąłem. Myślałem o nauce, o tym co będę robić po skończonych studiach i o tym, czy gdziekolwiek mnie przyjmą, bo przecież kulturoznawstwo to chyba jeden z najbardziej oklepanych kierunków. Tak, nawet takie myśli mnie wzięły. Myślałem także o tym, czy w moim życiu jest choć odrobina tego, co zazwyczaj u „młodych” bywa. Nie było zbyt wiele imprez, przelotnych związków jeszcze mniej, a większość wolnego czasu spędzałem w domu, na dodatkowej nauce. Jaki ja jestem inteligentny... wolny czas na naukę, to się w ogóle mija z celem. Tak naprawdę jedyną rozrywką, która naprawdę sprawiała mi przyjemność była moja co tygodniowa wizyta w schronisku, skąd przygarnąłem swoje oba koty. Moje myśli pognały jeszcze dalej, bowiem zahaczyły nawet o tematy czysto egzystencjalne, przeplatając je z umięśnioną amebą z uniwerku. Głupi mózgu, po cholerę ty sobie tak dokładnie zapamiętałeś jego pysk, a wczorajszych notatek nie pamiętasz prawie wcale? W każdym razie zamyśliłem się i to dość mocno. Za mocno, o czym dowiedziałem się w momencie, gdy ktoś pociągnął mnie gwałtownie za ramię do tyłu. Otworzyłem szeroko oczy, przywracając umysł do automatycznego stanu trzeźwości psychicznej. Gdzie ja jestem?! Szybko odwróciłem głowę w stronę tejże osoby, a wredny, szeroki uśmiech na ustach mężczyzny uświadomił mnie, że mam kłopoty. Kiedy chciałem się wyrwać, szarpnął mnie mocno i docisnął do ściany budynku. Cholera jasna, gdybym tylko nie był rozkojarzony... poradziłbym sobie, na pewno! Spojrzałem na niego wrogo i kopnąłem go znienacka z całej siły w nogi, celując tak dokładnie w piszczele. Facet warknął, a ja nie dość, że dostałem od niego po pysku, bo jakżeby inaczej, jak spod ziemi wyrósł drugi i... urwał mi się film.

Dziwne... było mi ciepło, całkiem wygodnie, ale nie mogłem się ruszyć. Czułem absolutną pustkę w głowie, a ciało jakby odmówiło mi posłuszeństwa. Ale gdzie ja jestem? Przecież nie wróciłem do domu, a gdybym właśnie leżał na chodniku chyba nie byłoby mi tak ciepło. To może jestem w szpitalu? Nie... w szpitalach jest ten charakterystyczny zapach talku, pomieszanego z lekami i sztuczną sterylnością. To może umarłem..? To nie takie głupie, w końcu dostałem w głowę... Jasne, kiedy tylko zdałem sobie z tego sprawę ta zaczęła niemiłosiernie boleć, jakby ktoś właśnie uderzył mnie łomem.
- Tss... au... - mruknąłem cicho, układając dłoń gdzieś na włosach.
- O, żyjesz.
Usłyszałem nagle i dopiero wtedy uchyliłem powoli powieki. Byłem w jakimś mieszkaniu, a przede mną stał... Arian. Zaraz... ARIAN?
- Umarłem i trafiłem do piekła, o ludzie... - jęknąłem, naciągając na siebie bardziej koc, czy co to właśnie mnie okrywało. Nie ważne, było ciepłe, a ja znowu zamknąłem oczy.
- Bardzo ciekawie dziękujesz za pomoc – warknął, a ja znowu na niego spojrzałem. Co ten dupek zrobił? Dlaczego jestem w jakimś obcym mieszkaniu? Dlaczego stoi przede mną akurat ON, świecąc tak o nagim torsem? To na pewno nie omamy? Zerwałem się do siadu, ale przed oczami zrobiło mi się ciemno, więc znowu złapałem się za głowę.
- Aua...

Rozdział IV - Wielki kłopot...

Chwila dekoncentracji i zarobiłem w szczękę aż mi zęby zagrały. Kolejny cios zdołałem już sparować, ale wcale jakoś specjalnie mi to nie pomogło, bo zarobiłem kopniaka w brzuch. 
No nie... Tak to nie będzie. Nie mogę od tak przegrać, nie z czymś takim, jak stojący przede mną, cuchnący drab. Koleś był wyższy ode mnie, szeroki w barach jak trzydrzwiowa szafa i do tego miał straszne zakola, chyba w komplecie do dziwnej bródki, która przypominała mi nic innego jak "boberka" na piździe. Normalnie już dawno leżałby i kwiczał... Kłopot w tym, że za cholerę nie mogłem się skupić...
Zarobiłem kolejnego prostego i zachwiałem się. Drab zaczął się szczerzyć, a kilak osób kląć ostro. Inni wydawali się nader zadowoleni. Ci stawiali na tego dużego...
- Masz dość? - spytał mój przeciwnik z głośnym rechotem, kiedy splunąłem krwią.
- Zapomnij - rzuciłem i znów zarobiłem w pysk, tym razem jednak nie na darmo, bo moje kolano chwile później ze sporą siłą trafiło draba w brzuch. 
Zachwiał się, zgiął... Przyłożyłem mu jeszcze  z łokcia w kark i z zadowoleniem zarejestrowałem, że padł na deski. Nie wstawał więc od razu do niego podbiegli. W dupie miałem czy żył czy nie...
Opadłem ciężko na krzesło i rozmasowałem nieco szczękę... Jak dobrze, że wszystko goiło się na mnie jak na psie. W przeciwnym razie naprawdę długo wspominałbym dzisiejszy wieczór.
- Boże drogi, Arian, nie szło tak od razu? Wiesz ile się stresu nażarłem? - Tarix zawisł nade mną i wcisnął mi w dłoń zawinięty w ręcznik lód. - Co się z tobą chłopie dzieje ostatnio, co? Już drugi raz wywinąłeś taki numer. 
- Dobra, przestań bredzić. Wygrałem? Wygrałem, to o chuj ci chodzi? Kasa ma być na dniach na koncie, ja znikam...
- Będzie, będzie. Coś ty taki drażliwy? Naprawdę coś z tobą nie tak... - marudził jeszcze.
Zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem na parking. Lód pomógł i czułem się teraz nico lepiej. Ból nie doskwierał aż tak bardzo, choć z mimiką musiałem uważać, a rozcięta warga zaczęła mimo wszystko puchnąć. Ręcznik podpaliłem i wrzuciłem do kosza. Krew, choćby w kuble na śmieci, nigdy nie była czymś dobrym.
Miałem wsiąść na motocykl, kiedy zobaczyłem dwóch mężczyzn, którzy wyraźnie gdzieś się spieszyli. Sądząc po ubiorze należeli do jednego z gangów. Dzięki takim pijawom miałem kasy na pęczki, ich szefowie wyszukiwali coraz to nowych twardzieli, którzy mieli spuścić mi solidny wpierdol... Nie udawało się, ale zakłady stały zawsze przednio i potrafiłem na jednej walce zgarnąć ogromną sumkę. Normalnie obiłbym ich tak dla zasady... Tym razem jednak nie miałem ochoty na kolejną bójkę. 
Tak, Tarix miał rację, coś się ze mną działo i to nic dobrego. Nie mogłem zebrać myśli, nawet jeżeli myślałem wręcz za dużo... Szczególnie o tym cholernym konusie. Jakim cudem ten szczyl aż tak wrył mi się w łeb, to nie wiem... Wiedziałem tylko, że mnie najzwyczajniej w świecie kręcił. Na uczelni starałem się trzymać z daleka od niego... Tak, kurwa, ja! Ja unikałem kogoś, a nie ktoś mnie. Normalnie to było nie do pomyślenia, ale tu nic nie było normalne. Ani to, że ten wrzód na dupie dalej oddychał, ani to, że wciąż się we wszystko wpieprzał, a już tym bardziej nie to, że wolałem się trzymać do niego z daleka, bo zwyczajnie miło się na niego patrzyło... 
- Wygląda na dzianego... dawaj go - usłyszałem, a zaraz później moich uszu dobiegła szamotanina i głuchy jęk. 
Powinienem mieć to gdzieś, wsiąść na motocykl i odjechać. Kłopot w tym, że nikt chyba nie zasłużył, żeby go dorwało takie barachło jak ci dwaj. Trzeba było ich jednak sprać...
Ruszyłem w uliczkę.
- A ty tu czego? - warknął jeden z nich i zarobił w pysk na powitanie. Drugi próbował uciec, ale doskoczyłem do niego i zaserwowałem mu bliskie spotkanie ze ścianą. Uniosłem portfel, który wypadł z ręki bandziora i odwróciłem się w stronę ich ofiary.
Zamarłem...
Doskoczyłem w pośpiechu do białej czupryny.
- Cholera jasna! Serio?! - wrzasnąłem, bo moim oczom ukazał się nie kto inny jak Julien. Bledszy jeszcze bardziej niż zwykle i nieprzytomny. Białe włosy splamiła krew, więc musiał zarobić w łeb naprawdę solidnie. Skąd on się tu wziął późnym wieczorem?! Nie było przyjemniejszej okolicy na spacery, bieganie czy inne tego typu duperele?
Klnąc pod nosem na czym świat stał, uniosłem go ostrożnie i ruszyłem na parking.
- Dawaj furę - rzuciłem do Tarixa i ułożyłem białowłosego na tylnym siedzeniu.
- Co..? Ale... - zaczął.
- Kluczki, kurwa, a nie stoisz jak te widły w gnoju i czekasz na objawienie. Lalunie masz mi odstawić pod dom i będziesz mógł zabrać swój wóz. Zadrap lakier to ci łeb upieprzę przy samej dupie - stwierdziłem jeszcze, usiadłem za kierownicą i ruszyłem w stronę swojego mieszkania. 
Znów nałamałem przepisów, ale Julien po kwadransie wylądował na mojej kanapie. Dalej leciał mi przez ręce, a ja... Ja najzwyczajniej w świecie go opatrzyłem i ułożyłem wygodnie. Nie wiedziałem dlaczego, ale... dziwnie wyglądał taki nieprzytomny i słaby... Ciężko byłoby mi mu nie pomóc. Nie wiedziałem tylko jak mocno zarobił. Zapewne powinienem wezwać karetkę, ale to wiązałoby się z glinami, bo przecież domniemanie napadu, w baraku przy miejscu zdarzenia odbywały się chwilę wcześniej mało legalne walki, a do tego moja kartoteka była takim tomiskiem, że pewnie stwierdziliby, że to ja mu przyłożyłem i teraz wymyślam sobie linie obrony tym wezwaniem... Co prawda jak się mój gość tu przekręci będę miał jeszcze gorzej przejebane, ale... cóż. Pozostawało mieć nadzieję, że chłopak niedługo wróci do żywych.