czwartek, 30 marca 2017

Rozdział X - Harpie bywają jadowite

No naprawdę miał babsztyl tupet. Musiała durna harpia narobić rabanu. Za pięknie by było... Naprawdę współczułem Julienowi, że musiał znosić coś takiego. Ja chyba bym ją ukatrupił albo ona mnie, zależy kto byłby pierwszy...
- Dla pieniędzy? Nie... - specjalnie przeciągnąłem to słowo spoglądając w te jej zimne, zacięte oczyska. - Robię to z czystej radości robienia na złość jednej wrednej, chudej harpii. 
- Jak ty śmiesz zwracać się do mnie w ten sposób, gówniarzu?! - warknęła.
- Oho! Odezwała się wielka pani, która stoi na środku chodnika i drze ryj - skomentowałem.
- Dość tego! Julien natychmiast wracasz ze mną do domu! - syknęła jak na kobrę, która zaraz rzuci się do ataku przystało.
- Mamo, nie... Nie wrócę - stwierdził chłopak łagodnie... Zbyt jak dla mnie, bo wręcz musiałem się znów wciąć w rozmowę.
- Jak ostatnio sprawdzałem żyliśmy w wolnym kraju, w którym ktoś po ukończeniu osiemnastego roku życia mógł sobie wyjść z domu i stare żmije miały gówno do gadania w tej kwestii - rzuciłem.
- Nikt nie pytał cię o zdanie! - warknęła.
- Tu się, żmijo, mylisz. A teraz leć pluj jadem gdzieś indziej - uśmiechnąłem się do kobiety na tyle pięknie, że aż słyszałem jak zęby jej strzelają ze złości. Wcale bym się nie zdziwił, gdybym teraz zarobił od niej w pysk. Problem w tym, że trudno by mi było jej nie oddać, a to mogłoby się źle skończyć. 
- Liczę na to, że pójdziesz po rozum do głowy - zwróciła się jeszcze do Juliena i odwróciła się na pięcie, żeby odejść. 
Coś czułem, że to nie ostatnie spotkanie, a następne będzie równie milutkie. 
- Masz cudowną mamusię, mówię ci... Cud, że jej jeszcze w zoo nie zamknęli... A może próbowali i wszystkich pozagryzała? 
- Jesteś czasami okropny... - westchnął Julien.
- Gratuluję odkrycia - uśmiechnąłem się do niego. - Zgłoś się po nobla. A teraz wracajmy do domu. Jestem głodny.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Julien wlókł się noga za nogą, jakby bojąc się, że blondyna dalej na niego czeka. 
- No już, już... Nie martw się tak. Nie dam cię zagryźć - stwierdziłem i poklepałem go po ramieniu za co zmierzył mnie wzrokiem.
- Tylko myślę... Zastanawiam się co u mojego taty... - stwierdził.
- Tatuś, co? Musi być z niego niezła pizda - skwitowałem.
- Przestań...
- Taka prawda. Widać, kto u was w rodzince nosi spodnie, a jeżeli twoi starsi wciąż są razem, to albo jest totalną pizdą, albo ciężkim przypadkiem masochisty... W gruncie rzeczy jedno nie wyklucza drugiego.
- Arian! - warknął białowłosy i zamachnął się na mnie. Uchyliłem się z uśmiechem.
- Dobra, dobra. Tak tylko mówię. 
- Zastanawia mnie jaki jest twój ojciec - dostałem w odpowiedzi.
- Ja nie mam ojca - powiedziałem i wsiadłem na motocykle. Julien zaraz zrobił to samo.
- Nie żyje...? - spytał z żalem w głosie.
- Mam taką szczerą nadzieję...
W tym miejscu odpaliłem silnik i ruszyłem, ucinając rozmowę. Nie przepadałem za gadkami an drażliwe tematy, a ten był wyjątkowo drażliwy. Mimo to dzionek nie był taki wcale najgorszy. To, że Julien wstawił się za mną przed swoją żmijowatą mamuśką było ciekawe i zdecydowanie miłe. Gdyby mi jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział, że z tym tlenionym konusem będą mnie łączyć takie relacje odesłałbym go prosto do psychiatryka.

środa, 29 marca 2017

Rozdział X - Paraliż

Miło było zacząć dzień trochę inaczej niż zwykle. Co prawda poranna kawa i śniadanie nie uległy zmianie, jednak fakt, że nie robiłem tego sam wystarczająco podniósł mnie na duchu. Na uczelnię za to nie musiałem iść na piechotę, ani tłuc się komunikacją miejską, a dojechałem tam na motorze, oczywiście w towarzystwie mojego współlokatora. Co prawda przyprawił mnie samą jazdą o zawał co najmniej kilka razy, ale było to coś... nowego, innego. Nie zaplanowałem sobie wielkiego wejścia w nowe życie uwzględniając jazdę na tej całej Laluni, ale zawsze był to jakiś krok do przodu. No i nie miałem przy sobie komórki, no miodzio! Nie ma komórki, nie ma telefonów d matki i wszyscy byli szczęśliwi – ja, że nie muszę jej słuchać i Ari... że nie musi jej słuchać. Heh, tak, wybitnie nadepnęła nam obu na odcisk w ostatnim czasie. Ale zaraz, zaraz... czy ja właśnie w myślach zdrobniłem jego imię? Cholera.
Pod uczelnią dodatkowo poczułem się lepiej widząc Minami. Dziewczyna miała rude włosy spięte w dwa kucyki i duże, przepiękne, zielone oczy, które otoczone były koronką długich, czarnych rzęs. Tak, była naprawdę śliczna, a kilka słodkich piegów na jej policzkach tylko dodawały jej uroku. Uwielbiałem ją: jej śmiech, poczucie humoru, elokwencję oraz to, jak życzliwa i ciepła była do innych ludzi. No i kochała zwierzęta, mały ideał.
- Nawet fajna ta twoja koleżanka. Ma całkiem ładne płuca... - usłyszałem i od razu na niego spojrzałem. Mogłem się tego spodziewać...
- Jesteś taki płytki... ma cudowne oczy i idealne usta, a ty patrzysz tylko na biust... - zerknąłem na dziewczynę, która podeszła bliżej nas.
- Zostaniesz dzisiaj na tej dodatkowej godzinie? - spytała, patrząc na mnie tymi wielkimi oczami.
- Tak, zostanę. Ale będę potrzebował od Ciebie notatek z kilku ostatnich, nie nadrobiłem wszystkiego.
- Jasne, wszystko ci dam – uśmiechnęła się promiennie i odwróciła w stronę schodów. - Zajmę ci miejsce w sali.
- Dziękuję – odwzajemniłem uśmiech, spoglądając kątem oka na stojącego obok mnie Pana Amebę. - Rusz się, idziemy na salę – rozporządziłem i udałem się w ślad za dziewczyną.

Tak coś czułem, że ten dzień zapowiadał się zbyt miło. Przyjemny poranek, miły Arian, słodka Minami, ciekawy wykład i plan na miłe popołudnie poświęcone częściowo notatkom, a z drugiej strony bliższym poznaniu osoby, z którą mieszkam. W końcu miałem do zrobienia obiad, a przy obiedzie się rozmawia na wszystkie tematy, więc liczyłem na poznanie rytmu dnia Ariana i jego preferencji smakowych. Nie chciałem zbytnio się narzucać, wypytywać o bardzo osobiste kwestie, ale wydawało mi się, że skoro razem zamieszkaliśmy to chyba mogę dowiedzieć się kilku rzeczy. A tak kompletnie poza chęcią zdobycia informacji zwyczajnie chciałem z nim porozmawiać. Był zupełnie inny niż wydawało mi się na początku i... tak, chyba mogę to śmiało przyznać – polubiłem go. Podobało mi się, że zajmował własne stanowisko w wielu sprawach, nie szedł za resztą tępych baranów, nie bał się wyrażać opinii i mówił co myślał. Był szczery, czasem aż za bardzo, ale był i właśnie tę cechę lubiłem w nim najbardziej. Był prawdziwy.
W każdym razie ten miły dzień został popsuty bardzo gwałtownie i szczerze myślę, że mogłem się tego spodziewać. Wychodząc z budynku w towarzystwie ciemnowłosego zobaczyłem srebrny samochód na podjeździe, a tuz obok niego moją ukochaną mamusię. Nie wróżyło to niczego dobrego, a ja nie miałem ochoty z nią rozmawiać, dlatego od razu odwróciłem się w drugą stronę, ciągnąc za sobą Ariana.
- Chodź stąd... - odparłem, kątem oka widząc, jak blondynka w milczeniu zmierza w naszym kierunku. Ameba ku mojemu zdziwieniu nawet nie protestowała i pozwoliła mi samemu wyznaczyć trasę, jaką będziemy szli. Szli, nie jechali, wrócimy po motor, obiecuję.
- Chętnie bym sobie z nią pogadał... tak od serca... - mruknął, a ja poczułem, jak zaczynam się denerwować.
- Cicho, nie możesz, będzie gorzej, chodź, chodź...
- Ale wiesz, że na się nie odczepi, co?
- Warto mieć nadzieję... szybciej, dawaj, przebieraj nóżkami.
- Ja na twoim miejscu zwyczajnie powiedziałbym jej co nie co...
- Nie mogę – syknąłem. - To nie w moim stylu, a to moja matka i...
- JULIEN, W TEJ CHWILI WRACAJ! - usłyszałem głos mojej matki i... co to, sparaliżowało mnie? To trochę straszne, ale jak na zawołanie się zatrzymałem.
- Nie chce z tobą rozmawiać...
- Nie obchodzi mnie to! - dogoniła nas, stając tuż przed nami. - Uciekasz z domu, czy ty jesteś poważny?! Nie odbierasz telefonów, nie wiem gdzie jesteś, co ty sobie wyobrażasz?!
- Zostaw mnie w spokoju, nie jestem już dzieckiem! Mogę robić co chcę i kiedy chcę, a wyprowadzić powinienem się już dawno.
- I gdzieś ty poszedł? - spojrzała pogardliwie na chłopaka stojącego obok mnie. - Że niby co niego? - prychnęła. - Pewnie to jakaś melina...
- Mamo! Nie przesadzasz?! Mieszkanie jak mieszkanie, nie oceniaj go jeśli zamieniliście raptem kilka zdań!
- Ha, czyli miałam rację. Mój syn trzyma z taką patologią jak ty... to takie smutne. Pewnie robisz to wyłącznie dla pieniędzy...

niedziela, 26 marca 2017

Rozdział X - Nie jestem kotem

Byłem zaskoczony tym, że Julien zbliżył się do mnie, jeszcze jednak bardziej, kiedy jego drobne, chłodne palce zaczęły dotykać mojego karku. Niby takie nic... Ot opuszki palców gładzące po mojej skórze. Problem w tym, że jakimś cudem, konus odkrył  mój "słaby punkt"... Do tego chłód jego dłoni był tak cholernie przyjemny... Mój umysł automatycznie przywołał wspomnienia sprzed kilku chwil, kiedy to jeszcze spałem sobie głęboko, śniąc przyjemny sen.
- Mruczysz trochę jak kot - usłyszałem.
Odrobinę mnie to otrzeźwiło. Wzdrygnąłem się i odsunąłem.
- Nie prawda - fuknąłem. - Nie porównuj mnie z tymi kreaturami - dodałem jeszcze i sięgnąłem po czajnik, który zaczął gwizdać obwieszczając, że woda już się gotuje. Zalałem kawę, swoją całą, Juliena tak, żeby można było dolać tego jego ukochanego mleka.
- Nie lubisz kotów, co? - spytał biorąc w dłonie swój kubek. - To prze alergię?
- Też... Tak, nie lubię, jak ktoś lub coś próbuje mnie udusić. Ale nie tylko. Koty to wredne, niewierne bestie. Tu się łaszą, tu chcą ci palce poodgryzać albo oczy wydrapać. Do tego wszystko o co im chodzi to żarcie...
- Mylisz się. Są bardziej kochane niż wielu uważa. Trzeba je tylko zrozumieć - stwierdził. - Nie wyprzesz się... Jesteś jak kot - oznajmił pewny swoich słów i zajął się piciem swojej lury.
- Bzdury gadasz... - burknąłem jeszcze i zabrałem się za jedzenie śniadania.
Kiedy ja ostatnio jadłem śniadanie tak wcześnie? Ciężko było stwierdzić. Zazwyczaj brałem prysznic, ubierałem się, w międzyczasie piłem kawę i jechałem an uczelnię. Kupowałem jakieś kanapki czy inne takie w knajpkach naokoło.
Po śniadaniu ruszyłem się ogarnąć i jakoś porządnie ubrać. Mój współlokator postanowił zrobić to samo. Okazało się, że zostało nam jeszcze dość sporo czasu... Nie rozumiałem idei tak wczesnego wstawania, naprawdę. Po co było teraz siedzieć pół godziny i robić nic, jak można było jeszcze te kilkadziesiąt cennych minut pospać? Głupota... Uważałem tak jednak tylko ja, bo Julien grzebał w torbie sprawdzając czy wszystko ma, przejrzał też swoje notatki. No i po co on aż tyle kuł?
- Dobrze, możemy się już zbierać - zakomunikował.
- Tak wcześnie?
- No przecież musimy dojechać jeszcze na uczelnię.
- Lalunią zajmuje mi to kilka minut, w porywach do kilkunastu jak trafi się jakiś korek i muszę jechać mniejszymi uliczkami - stwierdziłem.
- Owszem, ale powinieneś jechać zgodnie z przepisami, a to nieco zajmie... - pouczył mnie.
- Zgodnie z przepisami to ja jechałem ostatni raz na egzaminie - zaśmiałem się. - Dobra... Jak chcesz tam kwitnąć tyle czasu to chodź. Jeden ciul gdzie siedzimy i tak bardziej wyspany nie będę.
Julien wstał i zaczął ubierać się do wyjścia.
- Telefony zapomniałeś - wskazałem na jego komórkę, lezącą na stoliku.
- Nie zapomniałem... Wyłączyłem i nie widzę sensu, żeby ją brać - rzucił gorzko. Nie trudno było się domyślić, ze powodem tego była jego matka. Pewnie wydzwaniała wczoraj.
- Jak chcesz... - rzuciłem tylko i wyszliśmy.
Na uczelnię dojechaliśmy sporo przed czasem. Białowłosy i tym razem siedział jakby miał zaraz ducha wyzionąć i tulił się do moich pleców. Tym razem jednak nieco szybciej zdołał się pozbierać i odkleić.
- Musze sprawdzić jak jeżdżą autobusy... - stwierdził oddychając głębiej.
- Nie gadaj bzdur, tak jest szybciej.
- Szybko, to ja się dorobię zawału przez to monstrum... - wskazał moje kochanie.
- To nie żadne monstrum - burknąłem na niego i pogładziłem swoje kochanie.
W końcu ruszyliśmy do budynku.
- Haj Julien - jakaś dziewczyna pomachała do białowłosego, a mnie zmierzyła pełnym dezorientacji i niechęci wzrokiem.
- Hej Minami - Julien uśmiechnął się do niej. Może i miał maseczkę, ale widać to było po oczach.
- Nawet fajna ta twoja koleżanka. Ma całkiem ładne płuca... - rzuciłem do niego jeszcze, widząc jak dziewczyna poprawia torbę, której pasek ułożył się między jej sporymi piersiami.  Wcześniej jakoś nie przyglądałem się panoszącemu się tu bydłu. Szczególnie, że wzbudzałem w nich tylko niechęć, która była w pełni odwzajemniona z mojej strony.

sobota, 25 marca 2017

Rozdział X - Kotek?

- Nie marudź, będziesz mieć dzięki temu czas na spokojnie się wyszykować – odparłem i usiadłem sobie na skraju łóżka.
- Zawsze wstaje po dziewiątej...
- I jesteś rozespany, głodny, nierozbudzony i spóźniony – szturchnąłem go, po czym zabrałem z niego kołdrę. - Wstawaj, zrobiłem śniadanie.
I tak to się rozpoczął nasz pierwszy, wspólny poranek. Naprawdę dzień w dzień wstawał o tak później porze..? Ciężko było mi w to uwierzyć zwłaszcza dlatego, że ja sam nie spałem już od prawie pół godziny. Mimo to nie ubrałem się jeszcze w jakiekolwiek ubrania, w których mógłbym pokazać się publicznie. Chwilowo miałem na sobie jasne, niemal białe spodnie, przez które być może prześwitywały bokserki, ale za to nie dam już sobie ręki obciąć. Do tego zarzuciłem jeszcze na siebie czarny t-shirt, niezbyt przejmując się czy nie wyglądam przypadkiem, jak jakiś nudny flegmatyk. Rany boskie, była ósma rano, musiałem się obudzić. Zaraz więc wstałem z łóżka, rzucając mu jeszcze przelotne spojrzenie.
- Chodź, zrobię ci też kawy – odparłem i opuściłem pokój, kierując się do kuchni.
Nawet nie zaczęło się źle, a nawet można pokusić się na stwierdzenie, że całkiem dobrze. Mój nowy współlokator zdążył mnie nawet zaciekawić już od rana. W końcu tak od razu, gdy wybudziłem go z jakiegoś głębokiego snu wypowiedział moje imię... ciekawe, o czym śnił? A może ja za dużo myślę i zaczynam nadinterpretować niektóre rzeczy? Tak, pewnie tak. Mimo wszystko dopiero zaczynał puszczać mnie stres związany z nagłą wyprowadzką, a do wczoraj wizja wspólnego mieszkania z Arianem też nie wydawała mi się niczym przyjemnym. Jednak teraz odnosiłem wrażenie, że zbyt pochopnie go oceniłem i za szybko próbowałem się odciąć. Nie był jednak aż taką Amebą i burakiem, za jakiego miałem go na samym początku... To całe wyznanie też pewnie było jedynie chwilowym efektem jego ulotnego zainteresowania... Więc byłem bezpieczny, a buc choć bucem pozostanie, chyba nie będzie zajmować jakiejś większej części mojego życia. Mieszkajmy na razie razem, szybko poszukam pracy, znajdę swoje mieszkanie i się wyniosę... a przynajmniej taki był plan.
- Ile słodzisz? - zapytałem, gdy ten z zaspana twarzą wreszcie zjawił się w kuchni.
- Jedną, może być wcale – mruknął, a ja zobaczyłem kątem oka, że pierwsze po co sięga to woda.
I właśnie wtedy rzucił mi się w oczy pewien szczegół. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi, ale jego włosy z tyłu głowy faktycznie robiły się coraz bardziej czerwone. Wyglądało to zupełnie tak, jakby z ich końcówek wydostawał się żywy ogień, który siedział gdzieś w środku, co adekwatnie tyczyło się mnie i moich włosów oraz zdolności. Jednak to nie było to, co przykuło mój wzrok na dłużej, bowiem Pan Ameba miał odsłonięty kark, a ja... poczułem niewyobrażalną chęć, by coś zrobić... Tylko nie wiedziałem, czy powinienem. To w końcu nie było do końca takie nic, naruszanie nietykalności osobistej jest karalne i tak dalej, ale... w tym przypadku nie mogłem się powstrzymać i już po krótkiej chwili wahania przesunąłem delikatnie opuszkami palców po jego nagiej skórze. Jednocześnie rozwiązała się moja mała zagadka: faktycznie był bardzo ciepły w dotyku i kiedy się nie denerwował było to bardzo przyjemne. Uśmiechnąłem się więc do siebie i kontynuowałem mizianie zwłaszcza, że usłyszałem ciekawy pomruk zadowolenia.
- Mruczysz trochę jak kot.

czwartek, 23 marca 2017

Rozdział IX - Nocny gość

Zamrugałem i potrząsnąłem głową. Serio... co tu się wyrabiało? Naprawdę nie miałem siły się nad tym zastanawiać. Nie dzisiaj i nie o tej porze.
- Następnym razem nie właź do mojego pokoju jak mnie nie ma - rzuciłem tylko i ruszyłem do łazienki.
To pomieszczenie jeszcze dziwniej pachniało. Widać Julien zużył tu sporo specyfików do czyszczenia, odkażania czy co to tam jeszcze chciał tu zrobić. Do tego na półce, na której do tej pory gościło ledwie mydło, szampon i od czasu do czasu pianka do golenia, było mnóstwo innych kosmetyków w tym chociażby jakieś kremy czy inne cosie. Nie miałem pojęcia na co to komu, ale dobra...
Wszedłem pod prysznic nie chcąc się dalej nad tym wszystkim zastanawiać. Chciałem wreszcie zmyć z siebie to, co nazbierało się przez cały ten dzień i iść spać. Tego było mi potrzeba, odrobiny snu, spokojnego, pozbawionego myśli, snu.
Wyszedłem z kabiny i stanąłem przed lustrem, które musiałem przetrzeć by cokolwiek w nim zobaczyć, bo jak zwykle zaparowało okropnie. Widok, który ukazał się moim oczom nie był tym razem tym, z kategorii tragicznych, jak poprzednio. Można by uznać, że wręcz przeciwnie. Dziś to nie ja obrywałem i choć zapewne jutro wyjdzie kilka sińców, to nie było to nic, co by mi choć trochę przeszkadzało.
Owinąłem biodra ręcznikiem i wyszedłem.
- Dobranoc - rzuciłem do białowłosego, który siedział w salonie.
- A kolacja? - spytał unosząc na mnie wzrok, ale zaraz zerknął w bok, widząc, że jestem niemalże nagi.
- Dzięki, ale jestem bardziej zmęczony niż głodny - stwierdziłem i ruszyłem do sypialni, w której zarzuciłem na tyłek znoszone już nieźle spodnie od dresu i walnąłem się na łóżko. Przynajmniej ten pokój w miarę ocalał.

A jednak... Doczekałem się wreszcie.
Spojrzałem na mojego nocnego gościa, leżącego pode mną z pięknym rumieńcem na jasnej, ślicznej buzi. Jego złote oczka błyszczały słodko, a rozchylone wargi drżały niemal błagając mnie o kolejne pocałunki. A ja? Ja nie miałem zamiaru pozwolić, żeby dłużej prosiły. Wpiłem się więc z czystą rozkoszą w słodkie, chłodne wargi Juliena. Moje dłonie bez skrępowania błądziły po jego ciele. Od klatki piersiowej, na której zostały odrobinę dłużej, zainteresowane stwardniałymi sutkami, by w końcu zjechać na biodra i ostatecznie pośladki, które mocno ścisnąłem.
Tak cholernie pragnąłem tego białowłosego, drobnego chłopaka. Oczekiwanie sprawiało mi niemal fizyczny ból, a mimo to był to ten rodzaj bólu, który naprawdę mi się podobał, szczególnie gdy w zamia za niego mogłem napawać zmysły tym, jak reagowało na mnie ciało mojego kochanka. Czułem przyspieszone bicie jego serca. Słyszałem chrapliwy oddech, płytki, urywany, przeplatający się z cudownymi jękami. Chłodna skóra chłopaka, zroszona potem, pachniała cudownie i smakowała jeszcze lepiej. Czułem, że mógłbym wgryźć się w to ciało, a mimo to byłoby mi mało.
- Arian... - usłyszałem cichy głos... docierający do mnie jakby z daleka, przez woal spleciony z pożądania.
- Julien... - wyszeptałem, ale... zaczęło mi się robić jakoś niewygodnie.
- Arian, wstawaj... - doszło do mnie.
Przekręciłem się i otworzyłem oczy. Julien nachylał się w moją stronę. Na jego buźce gościł uśmiech, ten z kategorii uprzejmych, których zdarzyło mi się oglądać ledwie kilka... Tylko... Dlaczego on był ubrany? A do tego tak daleko ode mnie?
- Co się dzieje...? - wymamrotałem i dalej owinięty szczelnie kołdrą, usiadłem. Ziewnąłem przeciągle  i rozejrzałem się po pomieszczeniu.
Sen... Znowu tylko sen... Ja się chyba pochlastam... - jęknąłem w myślach zdając sobie sprawę z gorzkiej prawdy.
- Jest już ósma... Śniadanie jest gotowe, musisz wstać - zakomunikował chłopak.
- Ósma? Ale... przecież my mamy dziś na dziesiątą... - jęknąłem i rzuciłem się na powrót w pościel, co nie było za dobrym pomysłem. Syknąłem, bo nie wziąłem poprawki na mój... twardy problem.
- Przecież trzeba wstać nieco wcześniej.
- Nieco... a nie dwie godziny - warknąłem. Jak nie budzik to konus... Naprawdę nie będzie mi dane nawet dośnić tego snu?

środa, 22 marca 2017

Rozdział IX - Wreszcie czysto

- Jak to co? Doprowadziłem... do względnego porządku – odparłem, wstając z podłogi.
W końcu wziąłem się do pracy krótko po tym, jak wyszedł, a skończyłem zaledwie pół godziny temu. Porażka... jak można tak zarosnąć? Mieszkanie powinno być czyste i sterylne, podłogi odkurzane co trzy, no góra cztery dni, a kurze wycierane minimum raz w tygodniu. Tymczasem tu miałem wrażenie, że nie sprząta się wcale lub też od przypadku do przypadku. No ludzie kochany, przepraszam bardzo, ale... trzy worki pełne śmieci..? Arian... Ty flejo...
- Ale tu wszystko miało swoje miejsce... - spróbował się bronić, wciąż zerkając to tu, to tam. Śmiać mi się chciało, widząc go w takim stanie. W końcu niecodziennym widokiem była zmęczona Ameba, która zastaje zupełnie co innego, niż zostawił..
- No nie piernicz dłużej... - jęknąłem żałośnie, ściągając z twarzy maseczkę ochronną i rękawiczki z dłoni. Tym razem nie przez chorobę, a przez strach... zwykły strach, co mogło się zagnieździć. - Patrz jak czysto!
- Nie wiem, gdzie co jest!
- Odnajdziesz się, nie bój się. Starałem się nie zmieniać zbytnio położenia przedmiotów... no chyba, że były pod kaloryferem, tego to już nie pojmuję.
Westchnąłem, kręcąc głową. Naprawdę rozumiałem, że może nie miał czasu robic to regularnie, ale... nie, dobra, nie potrafię go usprawiedliwiać. Czasu miał az nadtto, leń pieprzony. Chodzic na imprezy miał czas, podbijać do kogo popadnie też, to nie miał czasu wziać do ręki odkurzacza? Albo chociaż miotły? Zwinałem w rękach maseczkę razem z rękawiczkami i wrzuciłem je do worka ze smieciami przy drzwiach.
- Rano pójdę wyrzucić. W kuchni masz kolacje... nie wiedziałem, czy będziesz chciał jeść, ani o której wrócisz, więc zrobiłem kanapki. Są w lodówce, na talerzyku pod talerzykiem - spojrzałem do niego i uśmiechnąłem się lekko. Chyba, skoro razem mieszkamy, powinniśmy mieć ze sobą dobre stosunki... więc zrobienie kolacji nie wydawało mi się niczym złym. - W twoim pokoju też posprzatałem... - ciągnąłem dalej. - tamte czerwone koronkowe gacie zza łóżka wyrzuciłem, nie szukaj. Poza tym raczej tylko poukładałem, nic ci nie wyrzucałem i w ogóle, jak nie ruszony tylko czystszy – uśmiechnąłem się szerzej. - A teraz idź się może wykąp, pójdę drugi. Ty go chyba bardziej potrzebujesz.

niedziela, 19 marca 2017

Rozdział IX - Nowe porządki?

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że płyta ci się zacięła? - spytałem, ale i uśmiechnąłem się przy tym. 
Julien miał zdecydowanie piękny uśmiech, a co gorsza wyjątkowo zaraźliwy. Okropność, naprawdę, bo zaczynałem przez to odczuwać do niego dziwny rodzaj sympatii. Chłopak dalej mi się podobał. Uważałem go za cudne wręcz zjawisko i jeżeli o jego wygląd chodziło to podobało mi się wszystko. Jego postura, zgrabny tyłek i ta delikatność, która rzucała się mimo wszystko w oczy. Do tego ta jego piękna buźka. Nawet te jego białe włosy choć zdawały mi się na początku dość dziwne teraz dodawały mu tylko swego rodzaju uroku i zwyczajnie do niego pasowały... do tego jaki był, jakie zdolności posiadał. 
Tylko co z tego? No nic... Szczególnie, że dał mi jasno do zrozumienia, że nic między nami ma nie być, że tego nie chce i tyle. Dziwnie mnie to... kłuło. Niby po takim czasie nie powinno. Wkurw mi przeszedł, było dobrze, a jednak... Została jakaś pustka. Nieprzyjemna jak cholera. 
- Dziś będziesz musiał sobie dać radę sam - stwierdziłem.
- Wychodzisz...? - spytał widocznie zaskoczony.
- Owszem. Mam robotę - oznajmiłem tylko i upiłem spory łyk swojej kawy. Jak zwykle wrzącej i gorzkiej.
- Nie powiesz mi o tej swojej pracy nic więcej, prawda? - dopytał chyba tylko tak dla pewności.
- Jeszcze pomyślę, że się o mnie martwisz, konusie - zaśmiałem się. - Nie, nie powiem ci nic więcej, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. To ciebie nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie.
- No dobrze... - dał wreszcie za wygraną, przynajmniej na jakiś czas. 
Wypiliśmy kawę, nieco przy tym rozmawiając. O niczym konkretnym tak właściwie. Zwykłe co gdzie jest w domu, pasuje kupić jutro to i to. Czułem się z tym... dziwnie. Od czasu mieszkania z matką nie odbyłem rozmowy tego typu.
- Wrócę raczej w nocy - oznajmiłem w końcu, wstając. - Jak coś to dzwoń czy jak. Klucze biorę.
- Uważaj tam na siebie - poprosił, co znów zbiło mnie z tropu, mimo to nie dałem tego po sobie poznać.
- Nie mam zamiaru - wyszczerzyłem się i wyszedłem.

Dzisiejsza walka okazała się tak nudna, że aby zaznać choć odrobiny rozrywki postanowiłem stoczyć jeszcze jedną. Nie, żeby była jakoś bardziej pasjonująca. Byłem dzisiejszego wieczora paradoksalnie spokojniejszy i bardziej skupiony niż ostatnio, nawet jeżeli moje myśli co i rusz wracały do mojego nowego współlokatora. Zastanawiałem się co robi, czy daje tam sobie radę sam... Pewnie tak. W końcu był jednym z tych grzecznych, ale rozgarniętych nawet jeżeli jego mamuśka wyglądała na niezłą żmiję, która najchętniej zamknęłaby go w klatce. 
- No nieźle ci dziś poszło - zachwycał się Tarix.
- Też tak myślę - rzuciłem i zwyczajnie wyszedłem. Miałem zamiar wrócić do domu, wziąć prysznic i walnąć się do łóżka. Wcześniej jednak miałem ochotę sprawdzić co z Julienem...
Kiedy podjechałem pod dom dochodziła pierwsza w nocy. Nieźle się zdziwiłem widząc światło zapalone w salonie. Wszedłem pospiesznie na piętro, otworzyłem drzwi i wszedłem do mieszkania. Pierwszym co ujrzałem po wejściu był... wypięty tyłek. Mimowolnie przekręciłem lekko głową gapiąc się na to, jak Julien próbuje coś wyciągnąć spod szafki.
- A-Arian? - zdziwił się i przysiadł an podłodze, pozbawiając mnie nader przyjemnego widowiska.
- Pomóc ci? - spytałem, ale nie czekając na odpowiedź zwyczajni szarpnąłem szafkę, przesuwając ją. 
- Dzięki... - rzucił chłopak i sięgnął po klucze, które wpadły centralnie za mebel i to na tyle wrednie, że nijak nie można by było się do nich inaczej dostać. - A co ty tak wcześnie? - spytał, wstając.
- Wcześnie? Ty wiesz która jest godzina? W ogóle dlaczego jeszcze nie śpisz? - wypytałem.
- Zabrałem się za sprzątanie i... chyba straciłem poczucie czasu - zaśmiał się krótko, z lekkim zakłopotaniem.
Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że mieszkanie... inaczej pachniało... Czuć było te wszystkie środki do czyszczenia, które niby to miały zapachy kwiatów, cytrusów czy innego takiego, ale dalej czuć było w nich tę chemiczną, syntetyczną nutę. Do tego było jakoś... jasno? Miejsca zrobiło się też dziwnie dużo, a i dźwięk rozchodził się inaczej... Zauważyłem po chwili nawet dlaczego tak się działo. Chłopak, skacząc chyba po krzesłach, bo drabiny nie posiadałem, pościągał zasłony, najwidoczniej, żeby je uprać.
- Coś ty zrobił z moim mieszkaniem...? - wymsknęło mi się. Dobra... może to i ok, że czysto, ale... przy okazji dość dziwnie. Mimo wszystko każda rzecz miała tu jakieś tam swoje miejsce, może nie najwłaściwsze, ale takie, do którego byłem przyzwyczajony, podobnie jak do ogólnego wyglądu pomieszczeń czy choćby zapachu... Nagle to się pozmieniało... Wiedziałem nawet co... Nie byłem już tu sam, co stopniowo docierało do mnie coraz mocniej.

sobota, 18 marca 2017

Rozdział IX - Kawa

- Zaraz się przebiorę, bo pewnie jestem cały w sierści – oznajmiłem, kiedy z niemałą ulgą usiadłem na kanapie w salonie.
Wierzyć mi się nie chciało, że faktycznie spełniłem swoją groźbę i się wyprowadziłem. Nareszcie miałem zacząć życie po swojemu, bez matki trząchającej dupą, bo coś jej nie pasowało. Oczywiście nie będę opuszczać wykładów, gdy tylko nie będę mieć ku temu wyraźnego powodu, ale nie będą one kwintesencją całego mojego życia. Nie chciałem zgnić wśród książek, opcjonalnie w towarzystwie kotów moich czy też tych w schronisku, czas najwyższy zacząć realizować się poza tymi dwoma miejscami i pomału zerwać z filmowymi wieczorami. Może by tak spotkać się z tamtą dziewczyną, na której imprezie tyle się zadziało? Tak, to nie był taki zły pomysł! Tylko, że... eh, nie miałem jej numeru. Niby mogłem poprosić o to Pana Amebę, ale lepiej będzie, gdy się o tym nie dowie. Może względnie się tolerujemy, ale nie musi wiedzieć z kim się spotykam.
- To ja chce kawy.
- Nie nazywaj tego kawą...
- Mhm, ta, słodką ciape z mlekiem proszę – przewróciłem oczami, na co usłyszałem, jak ten prychnął. - To zrób mi, a ja zaraz wrócę.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem i po chwili nie było mnie już w salonie. Zawędrowałem do mojego nowego, małego pokoiku, który przeraził mnie warstwa kurzu na półkach. Kołdra może nie kleiła się od stuletniego kurzu, a okna nie porosły grzybem, ale... było duszno. I śmierdziało niewietrzonym wnętrzem, po prostu. Od razu otworzyłem szeroko okno, od razu z politowaniem obserwując brudny parapet. Fuj, rzeczywiście nigdy tutaj nie zaglądał... Podłoga nie grzeszyła również czystością, jednak tu chociaż nie było jakiś błotnistych ciap czy plam po rozlanej kawie. I choć tak bardzo cieszyłem się z własnych czterech ścian, to na ziemię sprowadziła mnie perspektywa sprzątania mieszkania. Bo jak ja tego nie zrobię, to kto? Arian, może nie byłeś fleją ze szmateksu, ale do miana pedanta było ci jeszcze daleko. Bardzo daleko. Zdecydowanie zbyt daleko, bym mógł przymknąć na to oko.
Po paru minutach już byłem przebrany, tym razem w bardziej podomkowe szmatki, no bo chyba nie widział mnie jeszcze w czarnych dresach, tak sądzę. Bądź co bądź od razu naszła mnie myśl odnośnie tamtego sms'a i to pamiętne „wiem, że jesteś sam”. Trochę straszne biorąc pod uwagę to, że kilka dni później dowiedziałem się, że zna mój adres. W każdym razie do dresów założyłem białą bluzę przez głowę i ściągnąłem z twarzy maseczkę, więc bez problemu mógł zauważyć lekki uśmiech kryjący się na moich ustach.
- Dziękuję.
- Za te ciape?
- Za mieszkanie... po prostu dziękuję – uśmiechnąłem się szeroko i wziąłem do rąk kubek. Po spróbowaniu odkryłem, że zapamiętał wszystkie wytyczne, więc moje kubki smakowe z przyjemnością smakowały słodyczy. Całkiem przyjemnie, może będzie mi ja robić co rano? Nie taki zły ten mój nowy współlokator.

czwartek, 16 marca 2017

Rozdział IX - Nasze mieszkanie

 - Chujowo - kichnąłem - ale bojowo - wymamrotałem próbując odgonić upartego sierściucha, który upatrzył sobie mnie jako cel ataku. Mruczało to to i łasiło się do mnie przyprawiając mnie o istny płacz. 
Julien zabrał kot i gdzieś go odniósł, ja za to chwyciłem za torby i wrzuciłem je do samochodu. Siadłem za kierownicą drapiąc się i kichając. To był zły pomysł, żeby tam wchodzić. Powinienem poczekać na zewnątrz.
- Wybacz... - rzucił, wsiadając. 
- Jakoś przeżyję - wziąłem kilka głębszych wdechów. - Nie zabierasz nic więcej?
- Nie... raczej nie. W razie czego przyjdę po resztę - oznajmił.
- To dobrze... - ruszyłem do swojego mieszkania. choć teraz powinienem raczej powiedzieć "naszego". Miałem je w końcu od tej chwili dzielić z Julienem.
Białowłosy znów całą drogę się nie odezwał. był jakiś przygaszony... Nie koniecznie rozumiałem co może czuć. Ja cieszyłem się z wyprowadzki, wiedziałem, że to nastąpi ledwie stuknie mi ta magiczna pełnoletność. Nigdy się w żadnym razie nie bałem, że sobie nie poradzę i nie żałowałem swoich decyzji. 
- Łazienka i kuchnia, co już wiesz - zacząłem kiedy weszliśmy do mieszkania. - Moje "wszystko i nic" - otworzyłem drzwi do najmniejszego z pokoi. 
Znajdowała się w nim mała siłownia z podwieszonym pod sufitem workiem treningowym. Do kompletu była spora szafka, na której półkach były klucze, nieco gazet na temat motocykli i inne tego typu pierdoły. Chyba nic co by mojego gościa zainteresowało. 
- A tu twój pokój - oznajmiłem otwierając kolejne drzwi i wnosząc tam torby. - Jest umeblowany tak jak był w chwili, kiedy kupiłem mieszkanie. Stał od zawsze pusty i szczerze mówiąc nawet nie za bardzo tu wchodziłem - wzruszyłem ramionami.
Pokój był średniej wielkości. Ot łóżko, biurko, szafa i nieduża półka na książki.  W swoim domu Julien miał o wiele więcej przestrzeni, ale cóż, raczej nie było aż tak bardzo na co narzekać.
- Dziękuję... - uśmiechnął się nieco blado i ruszył za mną do kuchni.
- Lepiej ci już? - spytał kiedy wstawiałem wodę na gaz.
- Nieco... - podrapałem się po szyi. - Trzeba będzie jakoś te twoje rzeczy przeprać czy coś...

środa, 15 marca 2017

Rozdział IX - Przyjaciele..?

Człowiek, po którym najmniej bym się tego spodziewał tak po prostu się zgodził. Zrobił to w dodatku wtedy, kiedy wszyscy dotychczasowo spytani wykręcali kota ogonem. Takich to się miało właśnie przyjaciół na uczelni, a ja odkryłem to w najmniej spodziewanym momencie. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”... czy zgodnie z tą sentencja Ameba została moim przyjacielem? Śmiesznie byłoby mieć oparcie w kimś takim jak on: trochę to dzikie, pyskate, nieujarzmione i motoroseksualne, w dodatku otwarcie przyznał, ze mu się podobam... bardzo mnie to martwiło, jednak nie chciałem zrywać z nim znajomości tylko z tego powodu. Przecież teraz mam z nim zamieszkać... kto by mi pomógł, jak nie on? Miałem tylko nadzieję, że nie robił tego z litości, jeszcze nie nauczyłem się odczytywać wszystkich emocji z jego twarzy.
Miło było też wstąpić do tej pamiętnej kawiarenki i zamówić coś słodkiego do picia bez wcześniejszej wymiary zdań z ostrym przeciwnikiem. Czy ja wiem w sumie, czy był taki ostry? Raczej mógłbym go nazwać gorącym przeciwnikiem i to tylko ze względu na umiejętność. Kawa w jego towarzystwie nie smakowała już tak źle, o czym zdałem sobie sprawę, gdy spędzałem tamten poranek u niego w mieszkaniu. I choć to całe „wyznanie” padło z jego ust ledwie dwa tygodnie temu, sytuacja zdawała się być opanowana. No bo gdyby tak nie było to zachowywałby się w stosunku do mnie inaczej, prawda? Zwyczajnie zaczęliśmy się tolerować: nic więcej i nic mniej. Na pewno tamtego dnia trzymał go jeszcze sobotni kac, tak. To było względnie dobre wytłumaczenie, w które chciałem uwierzyć.
W tym całym busie, podczas jazdy na parking nie rozmawialiśmy wcale. Dopiero, kiedy zajechaliśmy pod mój dom wysiadłem pierwszy i poszedłem tworzyć drzwi od domu, które na szczęście okazały się być zamknięte na cztery spusty, więc nikogo w nim nie było.
- Niby nikogo nie ma, ale załatwmy to szybko, póki przylezie. Jeśli chcesz się napić to tam jest kuchnia, mój pokój już znasz.
Wyjaśniłem krótko i nie czekając na odpowiedź udałem się na górę. Nie potrzebowałem w końcu pomocy przy pakowaniu, mogę tu jeszcze kiedys wrócic po resztę pierdół, gdybym czegoś zapomniał. Najważniejsze były ubrania, leki, książki i słodycze z szafki, więc jak łatwo się domyślić nie zajęło mi to wcale dużo czasu. Najbardziej tylko ubolewałem nad niemożnością zabrania ze sobą ani jednego kota. U moich nóg właśnie plątał się Puszek, a to znaczy, że Pani Noris włóczy się gdzieś za Arianem przemierzającym moje mieszkanie, albo śpi na fotelu w salonie. W sumie bardziej obstawiałem to drugie, ale nigdy nie wiadomo, w końcu to koty. Po około dwudziestu minutach miałem już wszystko co było mi potrzebne „na już” do zamieszkania w nowym miejscu i z niemałym zadowoleniem ustawiłem dwie pełne torby przy drzwiach wyjściowych.
- Arian, w porządku? Dobrze się czujesz? Jak tam twoja alergia..?

niedziela, 12 marca 2017

Rozdział IX - Załatwi wszystko...

Wzruszyłem ramionami
- A czemu by nie? - spytałem w odpowiedzi na jego pytanie.
Szczerze mówiąc była to kolejna rzecz, której się całkowicie i absolutnie nie spodziewałem. Zwyczajnie nie i tyle... 
Odkąd, mając osiemnaście lat wyprowadziłem się z domu, mieszkałem sam. Nie myślałem nigdy o współlokatorach, bo niezależność, spokój i to, że mogłem robić co chciałem, kiedy chciałem i nikt mi się w to nie wpieprzał, bardzo mi odpowiadało. Nie lubiłem się na nikogo oglądać, na nikogo uważać, z nikim się liczyć. Samotność mi nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie. Kiedy chciałem towarzystwa miałem je, kiedy nie koniecznie, wracałem do mieszkania i miałem względny spokój. Do tej pory tak to wyglądało i było mi z tym dobrze. Czy coś się zmieniło? Cóż... nie koniecznie. Zwyczajnie wyczuwałem w stojącym przede mną chłopaku desperację. Gdyby nie tonął nie chwyciłby się takiej kosy, jak pytanie mnie o mieszkanie. Z całą pewnością byłem ostatnią osobą, którą by o to poprosił i pewnie byłem, bo wyczerpały mu się zapewne inne opcje. Normalnie bym to olał, ale... Ciężko mi się było przyznać do tego, że miałem do tego konusa słabość. Wkurwiał mnie jak mało kto, do tego to, że ochota na niego mi nie przeszła nie pomagało, ale obchodził mnie. Nie miałem zamiaru kazać mu wracać do tej blond harpii, więc co innego zostało?
- To... mógłbym się wprowadzić? Dokładałbym się do czynszu i robił sobie zakupy... - stwierdził pospiesznie i z entuzjazmem, którego nijak nie mógłby ukryć.
- Można spróbować. Ostrzegam jednak, że zasada jest jedna. Nie wpieprzasz się w moje prywatne sprawy - rzuciłem stanowczo.
- Tak, jasne! Naprawdę nie mogę uwierzyć, że się zgadzasz...
- Dobra, dobra, bo zawału dostaniesz z radości - zaśmiałem się za co fuknął na mnie choć nawet przez maskę widać było, że się uśmiecha. - Potrzebna ci jakaś pomoc przy transporcie gratów? - spytałem jeszcze.
- Nie wiem czy moja mama powinna cię widzieć, choć z drugiej strony... nie bardzo chyba mam się z tym jak sam zabrać - skrzywił się widocznie. 
- Dobra... Daj mi chwilę - wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Tarixa. Odszedłem kawałek dalej, zostawiając Juliena samego. - Potrzebuję busa - rzuciłem jak zwykle nie zaprzątając sobie głowy powitaniem.
- Busa? Po co ci? Coś często ostatnio coś kombinujesz...
- Przestańże wreszcie pierdolić i rób co ci mówię. Jak przestaniesz być użyteczny to napierdolę ci sęków i tak skończy się nasza współpraca - poinformowałem go i to śmiertelnie poważnie. Tarix był przydatny, ale za wiele chciał wiedzieć, za bardzo się wpieprzał i za dużo gadał. Irytował mnie tym niemiłosiernie.
- Dobra, dobra... Tylko mi powiedz gdzie ci go podstawić.
- Pod uczelnię - rzuciłem. - Masz piętnaście minut.
Rozłączyłem się i wróciłem do mojego przyszłego współlokatora. Ciężko mi było w to uwierzyć choć zdawałem sobie sprawę z tego, że to właśnie się dzieje.
- Za piętnaście minut będzie - stwierdziłem.
- Chcę wiedzieć jak udaje ci się wszystko tak od ręki organizować? - spytał przyglądając mi się badawczo.
- Nie... Raczej nie chcesz. Poza tym wkraczamy tu raczej na moje prywatne sprawy, którymi nie powinieneś się interesować. 
- No... dobrze. Mimo wszystko dziękuję. Naprawdę bardzo dziękuję - stwierdził. - Ratujesz mi życie już drugi raz.
Oj podziękowałbyś mi, tak bardzo bardzo - przeszło mi przez myśl, ale zaraz je odsunąłem, chowając znów gdzieś na dnie.
- Tak, wyjątkowo brzydki nawyk... A teraz chodź, bo mam ochotę się czegoś napić. 
Ruszyliśmy do kawiarenki. Tak, tej pechowej, w której pierwszy raz wpadłem na tlenionego konusa. Kelnereczka zmierzyła mnie takim wzrokiem, jakby chciała uciec z krzykiem. Tym razem za zamówienia zabrał się Julien, który grzecznie czekał. Nie wiem co tak ludzi rajcowało w staniu jak słup soli w kolejkach, ale ok. 
Wypiliśmy kawę, a raczej ja ją wypiłem, bo białowłosy zamówił sobie popłuczyny z mlekiem. Zaraz rozdzwoniła się moja komórka.
- Jestem w kawiarence - rzuciłem tylko.
Po niespełna minucie do lokalu wszedł jeden z osiłków, którymi ten szczur tak lubił się popisywać. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo nie było czym. Zwykłe góry mięsa, którym sterydy mózgi powyżerały. Radzenie sobie z takimi nie było dla mnie najmniejszym problemem więc nie rozumiałem wrażenia jakie robili.
- Pan Tarix kazał przekazać - stwierdził i wręczył mi kluczyki. 
- Odbierzecie wóz spod mojego mieszkania jutro rano - oznajmiłem i wstałem. 
Julien zrobił to samo.

sobota, 11 marca 2017

Rozdział IX - Ostatnia szansa

I tak oto zakończyłem ten dziwny dzień: uśmiechem Ariana. Byłem w szoku, że odwiedził mnie z własnej woli. Martwił się? W sumie... Na to by wyszło. Chciał w końcu sprawdzić „czy żyję”, nie? No to sprawdził i nawet pomimo ogólnej złości mojej matki – poprawił mi nastrój. Miło było zobaczyć kogoś z uczelni, tylko szkoda, że nie miał przy sobie żadnych notatek... Ale czego ja oczekiwałem po takiej Amebie? No nic, liczył się w końcu gest.
Samo to, że faktycznie pokazał się w drzwiach mojego domu było wystarczająco zaskakujące, bo przecież nikt mu nic nie kazał i on sam nie miał w tym żadnego interesu. Zupełnie tak, jakby po prostu chciał mnie zobaczyć... O nie, Julien, za dużo myślisz, znowu. Prędko schowałem się z powrotem do domu, czując chłodny wiatr i jeszcze zimniejsze spojrzenie matki zza okna. Tak... powróćmy do ulubionych chwil, takich sam na sam z mamusią.
- Co ty za popisówkę tutaj odstawiasz? Mówiłam wyraźnie, że...
- Nie słucham Cię – odparłem, kierując się na schody.
- Julien! Co to za zachowanie?! Wiedziałam, wpadłeś w złe towarzystwo! Przez zadawanie się z takimi, jak to coś zaniedbałeś naukę i przestałeś mnie szanować!
- To „COŚ”, co zresztą bardzo pięknie określiłaś, było teraz dla mnie zdecydowanie milsze od Ciebie – syknąłem nienawistnie.
- On ci chyba mózg wyszarpał! Dziecko, czy ty masz pojęcie o czym mówisz? To zwykły kryminalista, nie potrafił nawet ugryźć się w ten rozpuszczony język, kiedy ze mną rozmawiał!
- Bo TY nie dałaś mu dojść do słowa! - wszedłem do pokoju i trzasnąłem drzwiami. Koniec, wyprowadzam się.

W poniedziałek triumfalnie powróciłem na uczelnię, oczywiście nosząc na twarzy maseczkę ochronną. Nie spodziewałem się, że wszyscy tak się do mnie zbiegną, bo przecież kiedy nie było mnie cały zeszły tydzień... nikt się tym za bardzo nie przejął. Dlaczego tak było? Jedyną osobą, z którą miałem jakiś kontakt przez ten czas była Minami oraz... Arian. Nie omieszkałem i rzuciłem mu spojrzenie, kiedy mignął mi na korytarzu. Wyglądał lepiej, nie był taki zdenerwowany, a nawet mnie zauważył. Oczywiście nie podszedł, za dużo ludzi naokoło, jednak wydawało mi się, że coś się stało. W gruncie rzeczy dobrze było znów tu być, poczuć zapach kurzu tych murów, smak niezbyt dobrej herbaty z automatu, przypalane końcówki włosów Ameby. Ale to nie czas na relaks, choć i na niego musiałem znaleźć chwilkę. W końcu wychodząc z domu miałem perspektywę doskonałej ciszy i spokoju od mojej matki! No ale różowo nie było, musiałem jak najszybciej nadrobić materiał sprzed tygodnia i... poszukać kogoś, kto może ma dla mnie trochę miejsca w domu.
Po czterech dniach przepytywania połowy ludzi z uczelni jednak dałem sobie spokój. Od każdego słyszałem odmowy mniej lub bardziej grzeczne, ponad połowa krzywiła się dziwnie słysząc moje pytanie. Co jest..? Przecież to nie było nic dziwnego, nienaturalnego, po prostu chciałem znaleźć kogoś, z kim mógłbym trochę pomieszkać. No przecież nie na zawsze, a miałem wrażenie, że właśnie w takiej perspektywie mnie widzieli. Było to dla mnie bardzo dziwne, bo ja raczej nigdy nikomu nie odmawiałem pomocy, a oni wszyscy tak po prostu na wstępie mówili mi „nie”, opcjonalnie szukali lepszej wymówki. Kiedy miałem zamiar się już poddać na myśl przyszła mi jeszcze jedna osoba, której raczej bym podejrzewał o wszystko, ale nie o posiadanie ludzkiej empatii. Jednak skoro już mi mignął przed chwilą, gdy wychodził z budynku, to może warto zapytać..? Kto szuka nie błądzi, czy jakoś tak to szło.
Wyszedłem prędko z budynku i podszedłem do mojej Ameby.
- Hej, nie przeszkadzam za bardzo..?
- Wow, żyjesz. Bydło cię nie udusiło?
- Arian, proszę... - westchnąłem i postanowiłem delikatnie zacząć temat. - Nie szukasz może współlokatora..?
- Współlokatora? Po co niby?
- No... ogólnie... Po prostu pytam.
- Nie, nie jakoś szczególnie i szczerze przyznam, że nigdy nad tym nawet nie myślałem. A co? Masz kogoś konkretnego na myśli?
- Chodzi o to, że... Nie za bardzo mam się gdzie podziać. Nie chcę brać pieniędzy od matki, nieco zajmie zanim przyznają mi stypendium, o ile je dostanę...
- I pomyślałeś, że fajnie będzie pożerować nieco na mnie?
- Wiedziałem, że to był głupi pomysł.
- Nie powiedziałem, że się nie zgadzam...
Otworzyłem szerzej oczy. Nie żartował..?
- N-Naprawdę...?

czwartek, 9 marca 2017

Rozdział VIII - Odwiedziny

- Ma ta twoja mamuśka temperament - rzuciłem.
Szczerze mówiąc to rozwój wydarzeń nieco mnie zszokował. Niby przyjechałem, żeby zobaczyć się z Julienem, ale nie sądziłem, że przestąpię choć próg, o wizycie w jego pokoju nie wspomnę. 
Pierwszym co mi się rzuciło było to, że w pokoju panował zwyczajnie mróz, albo niemal, bo dosłownie para mi z ust leciał. Co innego co prawda, że ja byłem jak zwykle rozpalony. Mimo to jednak nie powinno się dziać coś takiego, nie kiedy na dworze było wyjątkowo ciepło mimo, że mieliśmy jesień.
- Nie macie tu jakiegoś ogrzewania czy co? - spytałem automatycznie.
- Nie... To ja. Jestem nieco przeziębiony i nie koniecznie and tym panuję - skrzywił się.
- To dlatego nie przychodziłeś na zajęcia?
- Tak, właśnie dlatego. 
- Powinni ci tu jakiś grzejnik wstawić, bo jak będziesz siedział w takiej zimnicy to nigdy nie wyzdrowiejesz - stwierdziłem i podrapałem się po szyi, bo zaczęło mnie swędzieć gardło. 
- Ogrzewanie chodzi na max, ale... nic to nie daje - pożalił się. - Może skocze na dół i zrobię ci coś do picia? - spytał zaraz.
- Nie t.. - nie skończyłem bo zakręciło mnie w nosie i kichnąłem. Raz, drugi, trzeci. - Nie trzeba... - Ledwie zdołałem powiedzieć, a znów zacząłem kichać i to nie raz, a kilka.
- Coś nie tak? - zaniepokoił się białowłosy.
- Czy ty masz może... - znów dopadł mnie atak kichania - ...kota? - spytałem z ledwością. Oczy mi łzawiły, a w gardle drapało jakbym się papieru ściernego nałykał.
- T-tak... Jesteś uczulony?
Skinąłem, na co on otworzył drzwi i wyszliśmy z domu odprowadzani wściekłym spojrzeniem blondynki. Po dłuższej chwili na świeżym powietrzu poczułem się nieco lepiej, nie żeby oczy mnie nie piekły.
- Przepraszam... nie miałem pojęcia - zaczął się tłumaczyć.
- Raczej nie bardzo miałeś prawo wiedzieć - stwierdziłem. - W każdym razie chciałem tylko zobaczyć, czy... żyjesz - oznajmiłem.
- Mogłeś zadzwonić.
- Nie mam twojego numeru.
- Usunąłeś?
- Spaliłem sobie telefon... i portfel, i ubrania.... - wymieniłem, na co chłopak zaśmiał się kojarząc fakty. 
- To dlatego...?
- Tia... Ale ty to chyba powinieneś wracać do domu, bo Mamuśka Samo Zło pragnie mnie właśnie zabić wzrokiem, ciebie z resztą tak samo. 
- Arian... - zaczął chłopak, kiedy kichając jeszcze ruszyłem w stronę motoru. - Dziękuję za odwiedziny. 
- Dobra, dobra... Zdrowiej, konusie - wyszczerzyłem się do niego, ale zaraz zacząłem orać paznokciami skórę na szyi. Wsiadłem jednak na Lalunię i ruszyłem tak, że została za mną smużka dymu.

Rozdział VIII - Wstyd

Kiedy matka znika ci z oczu na dziesięć minut – wiedz, że coś się dzieje. Jak się okazało, tak było i tym razem, tylko szkoda, że jeszcze o tym nie wiedziałem. Postanowiłem cieszyć się chwilą jej nieobecności w kuchni i w spokoju zrobić sobie herbatę.
Kobieta stojąc w drzwiach uważnie przyjrzała się obcemu chłopakowi, po czym spojrzała gdzieś w dal. Aha, jest i motor. Już wszystko wiedziała.
- To ty ostatnim razem odwiozłeś go pod dom.
- No ja.
- I myślisz, że to Cię we wszystkim usprawiedliwia? Julien nic mi o tobie nie wspominał, nie będę ci więc udzielać żadnych informacji.
- Przyszedłem zadać jedno, małe pytanie. Niech mi Pani odpowie.
- Powiedziałam już chyba, że nie. Radzę ci trzymać się od niego z daleka. Jeszcze tego by brakowało, żeby mój syn włóczył się z kimś twojego pokroju.
- Czyli, kurwa, jakiego?
Podniosłem głowę słysząc to warknięcie. Przesłyszało mi się..? Niemożliwe. Zostawiłem co robiłem i podszedłem bliżej drzwi.
- Jak ty się wyrażasz, gówniarzu? Chyba przydałaby się tu komuś lekcja dobrego wychowania i...
- Arian? - przerwałem jej, przeciskając się przed jej osobę. - Co ty tu robisz?
- Julien, w tej chwili wracaj do środka – syknęła na mnie mamusia zza pleców.
- Dobrze, oczywiście – złapałem szybko chłopaka za nadgarstek i wciągnąłem za sobą do środka, od razu kierując się na schody. Widziałem to kompletne niezrozumienie na twarzy Ameby, ale jakoś nie miałem wyboru. Miałem się znowu posłuchać matki? Znowu?
- Julien! Wracaj tu, powiedziałam!
- Nieuprzejmie jest rozmawiać z gościem w drzwiach! - krzyknąłem i zamknąłem za nami drzwi od mojego pokoju. Uff, nareszcie, cisza, bez tego krzykacza na dole.
Ale zaraz... wciąż nie jest dobrze... byłem sam w pokoju z Amebą. Wpuściłem go do mojej prywatnej przestrzeni, gdzie było zimno, jak w lodówce, a to wszystko przez te niekontrolowane skoki temperatury. Do mojego pokoju, w którym papierki po czekoladzie leżały na nocnej szafce i gdzie kot spał pod kołdrą. Wpuściłem go właśnie do mojej świątyni przygód Harry'ego Pottera i lawiny leków na drugiej szafce. Nie jest dobrze...
- Przepraszam za mamę, zachowała się okropnie...

środa, 8 marca 2017

Rozdział VIII - Mała wizyta u Mamuśki Samo Zło.

Siedziałem na tym cholernym krześle w pieprzonej sali i gapiłem się w drzwi. Tak, byłem przed czasem i już tu kwitłem. Dlaczego? No nie wiem... może dlatego, że tego cholernego konusa nie było na zajęciach już bity tydzień? Czy się martwiłem? Nie! Oczywiście, że nie. Ja tylko... zastanawiałem się co się z nim dzieje. Dlaczego go nie było?  Co się do cholery takiego podziało?
Wciąż myślałem o tej naszej ostatniej rozmowie. Co... focha zaliczył? Obraził się, że nie chcę z nim szczebiotać jak reszta jego bydłopodobnego towarzystwa? Dziwił się? Najpierw jak to nie chce mieć nic wspólnego z kimś takim jak ja, a później śmiechy-chichy? No chyba coś mu się, kurwa, pomyliło. Tylko dlaczego do tego nie było go w tej pieprzonej budzie?
Jego znajomi okazali się tak bezużyteczni jak uważałem, ze są. Na jakiekolwiek pytanie z moich ust reagowali tak, jakbym właśnie wyznał im, że zamordowałem tuzin ludzi i zżarłem ich zwłoki. Cofali się bez słowa, albo rzucali jakieś lakoniczne "Kogoś innego zapytaj." Do tego to jak na mnie patrzeli. Jakbym nie miał najmniejszego prawa tu być, a już tym bardziej interesować się ich kolegą. Zajebiście!
Wstałem i nie przejmując się tym co tam marudziła psorka, w końcu był środek zajęć, wyszedłem. To, co chciałem zrobić nie należało pewnie do rzeczy mądrych... W ogóle konus nie powinien mnie już dalej obchodzić... Mimo to... Nie byłbym w stanie wytrzymać dłużej w niepewności. Cierpliwości od zawsze miałem jak na lekarstwo, o ile w ogóle, a ta sprawa nie dawała mi spokoju.
Wsiadłem na Lalunię i ruszyłem pędem w stronę domu Juliena. Głupota, absurd i jeszcze raz szczyt głupoty. Sam chciałem, żeby ten knypek trzymał się ode mnie z daleka, żeby się nie wpieprzał, a sam co robiłem? Wpieprzałem się! Brawa!
Zatrzymałem się pod sporym domiskiem, które zamieszkiwał chłopak wraz z rodzicami. Miałem nadzieję, że jeżeli jest w domu, to sam. Jeszcze tego mi brakowało, żebym musiał się z jego starymi witać. Chciałem się tylko dowiedzieć czy konus żyje i czy wróci na zajęcia, tyle, nic więcej...
Zapukałem i już wiedziałem, że to był zły pomysł, bo usłyszałem kobiecy głos. W następnej chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich smukła blondynka.
Teraz to powiało chłodem... Kobieta spojrzała na mnie w taki sposób, że miałem mimowolny odruch, żeby się cofnąć. Mimo to nie miałem zamiaru tego robić.
- Dzień dobry. Zastałem Jul - ugryzłem się w język, bo miałem już zamiar powiedzieć "Julcię" - Juliena?
- Nie widzę powodu, dla którego miałabym komuś takiemu jak ty udzielać jakichkolwiek informacji na temat mojego syna - stwierdziła ostro. No czyli wcale się co do niej nie pomyliłem. Mamuśka samo zło, co?
- Mimo to chciałbym wiedzieć dlaczego nie ma go na uczelni od tygodnia - nie dawałem za wygraną.

sobota, 4 marca 2017

Rozdział VIII - Monotonia

- Aha, dobra, jak chcesz – odwróciłem się tyłem do niego i poszedłem w swoją stronę.
Nie chce, to nie, nie będę się prosić, nie jego. Nie, po prostu, zwyczajnie... nie. Zachowywał się tak, bo go odrzuciłem, tak? Pf, błagam, dziewczyny reagowały lepiej. Poza tym to nie było nic wielkiego, w końcu pomiędzy „kocham cię”, a „podobasz mi się” była wielka różnica. Dlaczego więc, gdy wszelkiego mu odmówiłem i, tak jak tego chciał, uargumentowałem swoją decyzję on zachowuje się, jak dziecko? Niby z jednej strony chciałem go bronić, ale druga mi na to nie pozwalała. Nie wyglądał na kogoś, kto przykłada większą wagę do pocałunku. Raczej widziałem go jako zwykłego amanta, który skakał z kwiatka na kwiatek niemal co wieczór, więc pocałunków miał w bród. Jeśli już to ja mogłem się tak zachowywać, dla mnie to miało sens, ale to dla mnie. Nie wiem co myślał, ale w mojej ocenie nasza znajomość zakończy się równie szybko, jak się zaczęła. To był głupi pomysł, że w ogóle powiedziałem mu o tym nagraniu... mogłem pójść prosto na wykład.

Po powrocie do domu mój nastrój nie uległ poprawie w choćby najmniejszym stopniu. Tym razem matka od wejścia postanowiła mnie przepytać odnośnie wykładów, ich tematów, przejrzeć moje notatki i na koniec jeszcze powiedzieć, że nie zapamiętałem nawet połowy, więc zmarnowałem swój czas. Nie mam siedmiu lat i nie chodzę do pierwszej klasy podstawówki, więc co to ma być?! Tak we mnie wierzysz, mamo? Dzięki, mamusiu. Na Ciebie to zawsze można liczyć! Ja się pytam: dlaczego ojciec był w domu tylko wcześnie rano i późno w nocy? Jak się z nim zobaczyłem raz w tygodniu to było to moje małe osiągnięcie. A naprawdę szkoda, bo z nim przynajmniej można było porozmawiać... tylko oczywiście nie o mamie, bo „żony nie można obgadywać”. W dodatku tego samego dnia wieczorem jakieś choróbsko ścisnęło mi gardło na tyle, że ciężko mi było wydobyć z siebie choćby jedno słowo. Oczywiście nie umknęło to uwadze mojej matce, która wpierw zrobiła mi godzinny wykład o tym, jak na siłę szukam sobie wymówek, by ostatecznie powiedzieć te magiczne słowa.
- Zostajesz jutro w domu.
O dziękuję, wielmożna Pani. Na pewno sam bym na to nie wpadł! Naprawdę chciałem jej coś odpowiedzieć, wymierzyć słowem cios między oczy, ale wolałem się dziś nie denerwować. Wystarczy mi lodu po wczorajszym wieczorze, już bez niego było mi zimno.
Kolejne poranki wcale nie były przyjemniejsze, bo jak się okazało nie zostałem w domu na jeden dzień, a aż na cały tydzień. W normalnych okolicznościach przejmowałbym się nauką, notatkami, obecnością, wykładami i minionymi testami, jednak tym razem mój mózg postanowił kompletnie odpuścić. Boląca głowa, ciągłe skoki temperatury i stres zafundowany na co dzień przez marudzącą matkę dodatkowo nie ułatwiały mi tych dni. Siedziałem niemal przez cały czas w pokoju, ewentualnie wlekłem swoje zwłoki po kawę, ciastko czy herbatę do kuchni. Trochę było mi szkoda, że nie zdążyłem uzupełnić swojej szafeczki z lekami po ostatniej chorobie, musiałem wziąć te z rąk mojej kochanej mamusi. Zresztą, te dni ogólnie były dziwne. Myślami ciągle chciałem wracać do minionych wydarzeń, do tej całej historii z imprezą, a także do tej w kawiarence miesiąc temu, a wszystko dookoła mnie skutecznie odwracało w takich chwilach moją uwagę. Tu przyszła pomarudzić mi matka, to nagle stała się miła i współczująca (tak, taką twarz także posiadała), co sprowadzało się do tego, że myślałem, co spowodowała taką nagłą zmianę. I wszystko tak się jakoś toczyło, każdy dzień znowu był nudny. Smakował herbatą, pachniał kotem... Pachniał, Arian ładnie pachniał. Matko, i od nowa...