No naprawdę miał babsztyl tupet. Musiała durna harpia narobić rabanu. Za pięknie by było... Naprawdę współczułem Julienowi, że musiał znosić coś takiego. Ja chyba bym ją ukatrupił albo ona mnie, zależy kto byłby pierwszy...
- Dla pieniędzy? Nie... - specjalnie przeciągnąłem to słowo spoglądając w te jej zimne, zacięte oczyska. - Robię to z czystej radości robienia na złość jednej wrednej, chudej harpii.
- Jak ty śmiesz zwracać się do mnie w ten sposób, gówniarzu?! - warknęła.
- Oho! Odezwała się wielka pani, która stoi na środku chodnika i drze ryj - skomentowałem.
- Dość tego! Julien natychmiast wracasz ze mną do domu! - syknęła jak na kobrę, która zaraz rzuci się do ataku przystało.
- Mamo, nie... Nie wrócę - stwierdził chłopak łagodnie... Zbyt jak dla mnie, bo wręcz musiałem się znów wciąć w rozmowę.
- Jak ostatnio sprawdzałem żyliśmy w wolnym kraju, w którym ktoś po ukończeniu osiemnastego roku życia mógł sobie wyjść z domu i stare żmije miały gówno do gadania w tej kwestii - rzuciłem.
- Nikt nie pytał cię o zdanie! - warknęła.
- Tu się, żmijo, mylisz. A teraz leć pluj jadem gdzieś indziej - uśmiechnąłem się do kobiety na tyle pięknie, że aż słyszałem jak zęby jej strzelają ze złości. Wcale bym się nie zdziwił, gdybym teraz zarobił od niej w pysk. Problem w tym, że trudno by mi było jej nie oddać, a to mogłoby się źle skończyć.
- Liczę na to, że pójdziesz po rozum do głowy - zwróciła się jeszcze do Juliena i odwróciła się na pięcie, żeby odejść.
Coś czułem, że to nie ostatnie spotkanie, a następne będzie równie milutkie.
- Masz cudowną mamusię, mówię ci... Cud, że jej jeszcze w zoo nie zamknęli... A może próbowali i wszystkich pozagryzała?
- Jesteś czasami okropny... - westchnął Julien.
- Gratuluję odkrycia - uśmiechnąłem się do niego. - Zgłoś się po nobla. A teraz wracajmy do domu. Jestem głodny.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Julien wlókł się noga za nogą, jakby bojąc się, że blondyna dalej na niego czeka.
- No już, już... Nie martw się tak. Nie dam cię zagryźć - stwierdziłem i poklepałem go po ramieniu za co zmierzył mnie wzrokiem.
- Tylko myślę... Zastanawiam się co u mojego taty... - stwierdził.
- Tatuś, co? Musi być z niego niezła pizda - skwitowałem.
- Przestań...
- Taka prawda. Widać, kto u was w rodzince nosi spodnie, a jeżeli twoi starsi wciąż są razem, to albo jest totalną pizdą, albo ciężkim przypadkiem masochisty... W gruncie rzeczy jedno nie wyklucza drugiego.
- Arian! - warknął białowłosy i zamachnął się na mnie. Uchyliłem się z uśmiechem.
- Dobra, dobra. Tak tylko mówię.
- Zastanawia mnie jaki jest twój ojciec - dostałem w odpowiedzi.
- Ja nie mam ojca - powiedziałem i wsiadłem na motocykle. Julien zaraz zrobił to samo.
- Nie żyje...? - spytał z żalem w głosie.
- Mam taką szczerą nadzieję...
W tym miejscu odpaliłem silnik i ruszyłem, ucinając rozmowę. Nie przepadałem za gadkami an drażliwe tematy, a ten był wyjątkowo drażliwy. Mimo to dzionek nie był taki wcale najgorszy. To, że Julien wstawił się za mną przed swoją żmijowatą mamuśką było ciekawe i zdecydowanie miłe. Gdyby mi jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział, że z tym tlenionym konusem będą mnie łączyć takie relacje odesłałbym go prosto do psychiatryka.