niedziela, 30 kwietnia 2017

Rozdział XII - Kretyn...

Wydawało mi się, że tyle co zmrużyłem oczy, a usłyszałem dźwięk przekręcanego w zamku klucza. W mieszkaniu było zdecydowanie za cicho... za spokojnie... A może to ja wyczekiwałem tego odgłosu? To możliwe, szczególnie, że spadł mi z serca spory ciężar. To w końcu musiał być Julien...
Z ulgą przyszło jednak coś jeszcze. Gdzie on był? Dlaczego nie wrócił? Był na mnie zły... to wiedziałem. Brak odpowiedzi był dla mnie wystarczającym potwierdzeniem. Tylko dlaczego? Co się właściwie takiego stało?
- Julien... - wyszedłem z pokoju i stanąłem przed białowłosym, który powoli wszedł do mieszkania. - Gdzieś ty był?! - nie chciałem krzyknąć... Zwyczajnie emocje z całej nocy wzięły górę i miałem wrażenie, że zaraz spłonę. Byłem zmęczony, myśli mnie zwyczajnie dobiły, a zamartwianie się niczego nie poprawiło.
- A co cię to obchodzi? - odwarknął niespodziewanie jakby coś w nim właśnie pękło. - Ty się możesz zabawiać to co, mnie nie wolno?
- Zabawiać..? - wyłapałem to jedno słowo i niemal mnie zmroziło. Jak to "zabawiać"? Julien? Z kim niby? Był u tej swojej czarnuli...?
- A owszem... i wiesz co? Mari jest naprawdę słodka - stwierdził i ruszył do swojego pokoju, mijając mnie i nie pozwalając mi nawet na zadania mu pytań, które właśnie mnie zalały.
Jak to? On i Marika? To były jakieś jaja? Dlaczego, do cholery, ona?!
Stałem jeszcze chwilę jak słup soli, patrząc w drzwi, za którymi zniknął Julien. I to wszystko? Znów wszystko się zawaliło?
- Tak... nie powinno mnie to obchodzić... - wymamrotałem sam do siebie. Tak miało być... Miałem się nie wtrącać, nie przejmować. Siedzieć cicho jak te wszystkie dni odkąd zamieszkaliśmy razem. Tylko, że tym razem to miało być o wile trudniejsze, o ile w ogóle wykonalne.

Kolejne dwa dni nie zaglądałem na uczelnię. Cóż, najwyżej mama się wkurzy i znów będzie starała się nacisnąć mi oleju do łba. Z Julienem prawie się nie widywałem. Starałem się zwyczajnie schodzić mu z drogi jak tylko umiałem. Mimo wszystko gdy się na mnie wściekał było mi... źle.. Można to było spokojnie porównać do tego, co czułem kiedy martwiła się o mnie moja rodzicielka. Czasami robiłem coś wybitnie głupiego, taki już byłem... Ona nie często się złościła, ale jeżeli już to jej złość mnie bolała... Tak samo było z Julienem. Nie... tu było gorzej, bo nie wiedziałem ani jak to naprawić, ani czy mi wybaczy... 
- Jesteś kretynem! - wydarła się na mnie Marika ledwie zdałem sobie sprawę z jej obecności. Unieść na nią wzroku znad kieliszka już nie zdążyłem, bo przyrżnęła mi w łeb torebką.
- Daj mi spokój - burknąłem. 
Tak, miałem do niej żal... wiedziała, że Julien mi się podoba, a mimo to musiała przed nim nogi rozkładać. 
- Spokój? Ja ci dam spokój, jak chcesz to wieczny! - wrzasnęła, a jej wysoki, przyjemny zazwyczaj głos, brzmiał teraz strasznie i ranił wręcz uszy. - Serio taki stary koń, a strzela sobie w najlepsze focha. No tak, lepiej siedzieć i chlać, mając innych w dupie.
- Nie wiem o co ci chodzi... Mogłabyś jednak przestać się drzeć. Słuch mam jeszcze dobry... przynajmniej póki co. 
- Nie... nie masz... Jesteś głuchy jak pień i do tego głupi! Nie wiesz o co mi chodzi, co? A Julien to co? Przestał cię obchodzić?
- A co to ma do rzeczy, co?! - tym razem to ja się wydarłem, spoglądając na nią twardo. - Co, przyszłaś się chwalić, że się pieprzycie?! 
- Nie... Przyszłam się dowiedzieć czy dalej ci na nim zależy, ale widzę, że mam już odpowiedź.
- Zależy... Nawet jeśli by mi zależało to, to nic nie znaczy! Po chuj w tym grzebiesz? Ruszasz ten temat...?!
- Naprawdę jesteś kretynem... Zwyczajnym kretynem, który język w gębie ma tylko jak trzeba kogoś skląć. Skoro ci nie zależy to dobrze... Przynajmniej wiem na czym stoję.
Dziewczyna odeszła. Tak po prostu, a ja zostałem sam z jeszcze większą dawką myśli.
Zależało mi? Nie! Dlaczego by miało niby?! Nie powinno przecież nawet... Chociaż... Może trochę? Kogo ja próbowałem oszukać? Tak, zależało mi. Tak, do jasnej cholery, martwiłem się o tego tlenionego konusa, pożądałem go, wciąż katowałem się myślami, w których było go pełno, a na domiar wszystkiego zwyczajnie go przez ten czas polubiłem... Wspólne poranki, jazda na uczelnię, przekomarzanki, śmiechy z reakcji jego znajomych widzących mnie z nim, oglądanie durnych filmideł... Brakowało mi tego wszystkiego. Brakowało mi też jego chłodnych dłoni smyrających mnie po karku... 
Spojrzałem na stojącą na stoliku butelkę. Przez chwilę chciałem po nią sięgnąć, ale... co jeżeli znów się spiję i tylko wszystko pogorszę? Tylko, że tak chociaż nie myślałem... Chuj by to wszystko strzelił...

sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział XII - Boję się

Byłem tak niesamowicie wdzięczny dziewczynie za to, że była w tej chwili w domu... naprawdę nie wiem, dokąd bym poszedł, gdybym jej tutaj nie zastał. Marika była w tym momencie, jak moja własna Matka Teresa, bo gdy tylko ją zobaczyłem poczułem, jak spadł mi z ramienia ogromny ciężar. Ona sama wyglądała na zaskoczoną, nie dziwiłem się. W końcu sam nie wiedziałem, że tutaj zajdę, a co dopiero ona, że zobaczy mnie we łzach... co zresztą wciąż było jakąś ujmą na honorze.
- Pieszczoszku, coś się stało? - spytała i nie czekając na odpowiedź po prostu wciągnęła mnie do środka. Byłem jej za to wdzięczny, naprawdę nie chciałem odpowiadać w progu.
Zagryzłem więc wargę, ściskając również mocno ręce.
- B-Bo my dzisiaj z... Arim... - zamknąłem oczy, karcąc się w duchu za to, jak załamuje mi się głos.
Dziewczyna zareagowała natychmiast, prowadząc mnie do salonu. Boże, Mari... przecież ja jej będę  tyle winny... naprawdę chciała mnie słuchać...
- Spokojnie, weź głęboki oddech... - poprosiła, gdy usiedliśmy razem na kanapie. - Teraz powiedz mi, co się stało... - pogłaskała mój policzek dłonią, którą zaraz objąłem swoją nie będąc  pewny, czy chcę by kontynuowała czy raczej się odsunęła.
- Złapałem go z jakimś f-facetem w łóżku... - szepnąłem, ściskając mocniej jej dłoń.
- Och... Arian... - westchnęła ciężko, kręcąc głową. - Ja mu kiedyś kark przekręcę... a tak dobrze się trzymał... Stało się coś między Wami?
- Dzisiaj rano... my... - pociągnąłem nosem. - C-Całowaliśmy się... I potem on się wkurzył... I wrócił z jakimś... uh, kurwa mać - jęknąłem, opierając czoło na kolanach, zginąć się w pół i próbując pozbierać myśli.
- Nie rozumiem... Od dawna Ari tego bardzo chciał... dlaczego miałby się zdenerwować... Powiedziałeś coś albo on zrobił coś nie tak?
- Ja po prostu nie chciałem, żeby mnie dotykał... Gdyby nie pchał tych łap...
- Ojejku... Chyba wiem w czym rzecz... Widzisz, Pieszczoszku, Ari niezbyt dobrze zniósł poprzedniego kosza... A teraz... wydaje mi się, że twoja odmowa została potraktowana... kompleksowo... - wyjaśniła pośpiesznie, starając się chyba wybrać najdelikatniejsze słowa.
- - Ale nie zrobiłem tego gwałtownie, więc liczyłem, że... - urwałem, nie bardzo wiedząc, jak pochwycić temat dalej. - Nie wiedziałem, że przyjdzie z kimś innym... - znowu przygryzłem wargę i wtedy moją głowę naszła myśl, która nigdy wcześniej nie była tak silna. Owszem, bywała już nie jedna tego typu tego dnia, ale... po raz pierwszy poczułem to tak mocno, zdecydowanie i... chyba właśnie zrozumiałem, dlaczego tak źle się z tym czułem. - Mari, nie chce widywać go z innymi... - szepnąłem, protestując się i plącząc ze sobą palce u rąk.
- Pieszczoszku, ja ci bardzo chętnie pomogę, ale musisz mi odpowiedzieć na jedno, ważne pytanie.
- Co? Pomożesz? - spojrzałem na nią. - Jak? Jakie pytanie?
- Czy ty coś do niego czujesz..? Ale tak naprawdę i szczerze, dobrze się zastanów...
Poczułem się jeszcze dziwniej niż do tej pory. Przyszedł czas na rachunek sumienia..? Nie, proszę, błagam, niech ona nie każe mi mówić tego calego mętliku, który zagościł w mojej głowie... Czy ja coś do niego czułem..? Czy ja... ja... coś czułem...
- N-Nie wiem... - odparłem, czując się coraz żałośniej. - Mari... kiedy Aisha mnie pocałowała nie poczułem... to było tak obojętne, że aż przykre...
- Dobrze... wystarczy, rozumiem - odgarnęła mi włosy za ucho, a ja dopiero teraz poczułem, że powoli zaczynam się uspokajać. Naprawdę ją uwielbiałem... - Zaraz zrobię ci coś do picia, tylko zadzwonię, bo miałam wyjść.
- A-Ale to żaden problem, możesz wyjść, nie przejmuj się mną, poradzę sobie, popilnuję ci domu... - powiedziałem tak szybko, jakby już mi uciekała.
- Zwariowałeś? Uważasz, że Cię tak po prostu zostawię? Jesteś mi bliski, Pieszczoszku, a bliskim się pomaga - odparła i odwróciła się na pięcie, po czym wyszła z pokoju z telefonem w ręku.
I jak nie kochać tej dziewczyny? Dla mnie zmieniła swoje plany... Dla mnie! Nawet teraz, kiedy minął mi okres szaleńczej miłości do Mariki, strasznie mnie to cieszyło. Ufała mi, naprawdę. I szczerze darzyła sympatią. Jestem jej coś winny, to pewne.
- Mari, dziękuję - spojrzałem na nią takimi wielkimi oczami, jak jakieś szczenię, gdy tylko wróciła. - Jesteś kochana.
- Nie ma za co - uśmiechnęła się słodko. - To czego się napijesz? Kakao, kawa, a może likierek? Paul przywiózł mi taki pyszny, orzechowy.
Paul? Jaki Paul? Dobrze, nie, nie będę wnikać... lepiej nie.
- Ja już nie... a w sumie, możesz dać likier - zwinąłem koc z kanapy i zarzuciłem go sobie na nogi, znowu było mi zimno. To oznaczało, że emocje już trochę opadły, bo zaczynałem czuć własny chłód. Biedna Marika, przecież ona przy mnie zamarznie. Ja sam także zmaraznę, nie to co przy Arim... Przy nim było ciepło... - Pewnie teraz zabawia się z nim w najlepsze... - mruknąłem jeszcze cicho.
- Nie ukrywam, że to... możliwe - podała mi wysoki kieliszek z gęstym likierem. - I tak bardzo długo wytrzymał... Szkoda tylko, że jak zwykle zamiast poczekać i pomyśleć, zapalił się i zaczął warczeć po swojemu. Cały Arian. Dosłownie jak ogień, jak zawieje tak go nosi.
- Niech ja tylko zobaczę tego brunecika jeszcze raz... - warknąłem ze spojrzeniem wbitym w likier, a ten zamarzł od razu na kość. - Tak perfidnie się śmiał...
- Spokojnie kochany... Już moja w tym głowa, żeby Ari był tylko twój.  A co do ewentualnych konkurentów, to nie tylko Ari wie, jak ukryć zwłoki - dalej słodko się do mnie uśmiechała, a ja przez chwilę nie wiedziałem, jak zareagować.
- Ale ja nie chcę, żeby on był mój... to skomplikowane...
- Uczucia zawsze są skomplikowane.  Tak już jest i będzie. Ari jest dla ciebie ważny... Ty dla niego też tylko trzeba mu to uświadomić.
Znowu na nią spojrzałem, lecz tym razem sam czułem to, jak dziwnie musiały rozbłysnąć moje oczy, na dźwięk tych słów. Tak dziwnie... ucieszyłem się... jestem dla niego ważny... Czy to znaczy, że podświadomie chciałem, by tak było? Chciałem być dla niego ważny? Jakkolwiek by nie było... polepszył mi się humor, choć odrobinę. Gdyby tylko jeszcze móc cofnąć te wydarzenia sprzed paru godzin... może gdybym był bogatszy o tę wiedzę, wszystko potoczyłoby się inaczej? Być może nawet bym go nie odsunął i teraz nie musiałbym prosić się o nocleg u Mariki... Tak, wszystko mogło pójść zupełnie inaczej.
Siedzieliśmy tak popijając likier dosyć długo, obgadując przy tym pół świata. Rozmowa była absolutnie o wszystkim, bo przecież po ponarzekaniu na Amebe trzeba było zejść na bardziej przyjemne tematy. Zeszło więc na naukę, pracę, ostatnie miłe wydarzenia, partnerów, imprezy i z powrotem na Niego... Matko boska, "On" brzmi, jakby mówił o Czarnym Panu!
Położyć się miałem dopiero po upływie przynajmniej dwóch godzin i to właśnie wtedy znowu naszły mnie myśli o nim. Nie powinienem się przecież w ogóle do niego odzywać... ale czy to było jakkolwiek uzasadnione? Przecież on mnie nie zdradził, totylko chore urojenia... To tylko głupie uczucia... Niepewnie sięgnąłem po telefon i wystukałem do niego krótką wiadomość.
"Dobranoc."
Prędko odłożyłem telefon gdzieś na stolik i zamknąłem oczy, przyciskając mocno głowę do poduszki, chcąc jak najszybciej zasnąć i może choć trochę odpocząć. Może... Ale nie, bo zaraz usłyszałem wibracje telefonu. Sięgnąłem wbrew pozorom prędko po urządzenie i... zdębiałem. Arian... Nie... Nie dzwoń do mnie, nie odbiorę, a może jednak... Nie, na pewno nie... Zastanawiałem się zbyt długo. Komórka przestała dzwonić, a zamiast tego dostałem wiadomość.
"Wrócisz do domu?" 
Bez wahania odpisałem.
"Nie."
Znów poczułem, że cały drżę, jakby zbierało mi się na kolejną falę płaczu. Przecież był teraz z... nim... kimkolwiek ten chuj był... Nie spodziewałem się kolejnej wiadomości, ale jednak. Natomiast jej treść... kompletnie mnie rozbiła.
"Jesteś na mnie zły?"
Nie odpisałem. Po prostu nie wiedziałem, niby jak? Tak czy nie? Byłem, ale co go to obchodzi..? Niech zajmie się obracaniem Brunecika. To mu najlepiej wychodzi.
Nastał kolejny dzień, a ja już od samego rana czułem się, jak skończony frajer bez chęci do życia. Musiałem wrócić do Jaskini Lwa... On tam będzie, co ja mu powiem? Co prawda Marika mi pomogła, udało nam się opracować jakiś "plan działania" na najbliższe dni, ale to chyba nie znaczy, że mam tam wejść i od wejścia powiedzieć mu prosto w twarz, że... "spałem" z Mari. Tak... to był ten nasz genialny plan, ale chyba od czegoś trzeba było zacząć. Jak to rudowłosa stwierdziła: "Sprawdźmy, czy mu naprawdę zależy"... jak mogłem dać się namówić?
Tak bardzo się bałem, gdy przekręcałem klucz w zamku mieszkania. Co zrobię, jeśli wejdę i zobaczę tego Skurwysyna? Albo mieszkanie będzie puste? Albo będzie sam Ari? Albo... jeśli na mnie naskoczy... Bałem się go? Nie, nie jego. Nigdy się go nie bałem, tu raczej chodziło o jego reakcję. Nie wiedziałem dlaczego, ale wciąż czułem się źle, a im bliżej Ariana tym gorzej. Ściskało mnie w żołądku, było mi zimno, denerwowałem się i byłem wściekły, a to wszystko na raz tworzyło tak niesamowitą mieszankę, że trzymając klucz miałem wrażenie, jakby przymarzał mi do dłoni. Na szczęście, to tylko wrażenie. Przełknąłem ślinę i pchnąłem drzwi z zamkniętymi oczami. Dobra... Bałem się.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Rozdział XII - Najgorsza noc mojego życia?

W głowie mi huczało i to dosłownie. Znów niczego nie rozumiałem. Dlaczego Julien tu wparował? Czego chciał? Przecież sam znów mnie odrzucił, znów odepchnął i dał mi do zrozumienie po raz kolejny, że niczego między nami nie będzie. Z jakiej racji tak się wkurzył, że z kimś byłem? 
- Ale się chłopaczek zirytował. - Brian znów się zaśmiał. 
- Z czego rżysz? - warknąłem i odepchnąłem go, żeby móc usiąść, bo chłopak objął mnie mocno i chciał do siebie przyciągnąć.
- Z niczego... - rzucił ostrożnie, widocznie nie chcąc mnie mimo wszystko bardziej zdenerwować, i również się uniósł. Jego dłonie wylądowały na moich plecach. Jedną przesunął na mój kark, a mnie przeszył dreszcz. Nieprzyjemny.
Odwróciłem się w ułamki chwili i złapałem bruneta za nadgarstek.
- Ubieraj się i wynocha - stwierdziłem twardo odtrącając jego dłoń.
- Co? Dlaczego niby? Coś nie tak zrobiłem? - dopytywał. - Daj spokój, ostatnio było nam razem tak cudownie... Nie moglibyśmy zwyczajnie tego powtórzyć?
- Nie! - ryknąłem ze wściekłością. - Wynocha!
Brian wstał i w pośpiechu doprowadził swoje ubranie do względnego porządku. Wciąż przy tym spoglądał na mnie widocznie zły i zdezorientowany. 
- To przez tego dzieciak? - spytał jeszcze, a ja siłą powstrzymałem się przed tym, żeby nie wstać i nie przetrącić mu tego jego chudego karku. 
- Masz ostatnią szansę, żeby stąd wypierdalać, inaczej drzwi tobą wytrzasnę - syknąłem.
Chłopak cofnął się mamrocząc coś pod nosem i dalej wlepiając we mnie wzrok, zaraz jednak odwrócił się i ruszył do drzwi.
Usłyszałem huk, kolejny już dzisiaj. Nie wiem dlaczego, ale cholernie mnie to rozśmieszyło. Zacząłem się dosłownie śmiać. W głos... długo i... histerycznie? Jestem przekonany, że gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, zsuwającego się z łóżka na podłogę, zanoszącego się śmiechem, w którym za cholerę nie szłoby się doszukać ni grama wesołości, to dostałbym gustowny kaftanik z za długimi rękawami wiązanymi na "przytul mnie mamo". Do tego dostałbym też jakieś proszki, które pozwoliłyby mi zapomnieć dlaczego się śmieję, dlaczego miałem przy tym ochotę wyć jak zarzynane zwierze i może jeszcze jak się nazywam. Świat byłby wtedy o niebo piękniejszy... A tak? 
Śmiech w pewnym momencie uwiązł mi w gardle, a ja ukryłem twarz w dłoniach. Nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje. Dlaczego tak cholernie mnie to wszystko męczyło? Co robiłem nie tak, że wszystko wciąż się waliło. Dlaczego Julien nie chciał mi wyleźć z głowy? I dlaczego robił wszystko, żeby mnie zwyczajnie pogrążyć? Tak się właśnie czułem, jakbym się zapadał, tracił grunt pod stopami i nie miałem pojęcia co z tym zrobić. Pierwszy raz tak się czułem. Pierwszy raz byłem niepewny, nie umiałem się odnaleźć i zrobić czegoś co by mi pomogło...
Do tego wszystkiego dochodził fakt, że martwiłem się... Nie wiedziałem gdzie białowłosy poszedł. Może znów zawędruje w złą uliczkę i ktoś zrobi mu krzywdę? Tylko co miałem robić? Szukać go? Jak? Gdzie? Przecież nie chciał mnie w tym momencie widzieć... 
Nie wiem ile tak siedziałem, niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, zamęczający się kolejnymi pytaniami, które na chwile przyciszył dźwięk, który wydał mój telefon. Chwyciłem w pośpiechu za urządzenie. To był Julien... "Dobranoc" taka była treść sms'a. Zanim pomyślałem nacisnąłem przycisk połącz. Co mu powiem kiedy... jeśli odbierze? Nie mam pojęcia...

środa, 26 kwietnia 2017

Rozdział XII - Zdradzony...

Zaledwie wczoraj rano byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Miałem cudowną dziewczynę, dobrego współlokatora, spokojne (w miarę) życie i nie potrzebowałem niczego więcej. Po południu już ten stan się nieco pogorszył, Arian przestał być znośnym towarzystwem... a wieczorem wszystko to absolutnie runęło. Myślałem, że dostatecznie dobije mnie rozstanie z Aishą i nic, absolutnie nic nie będzie w stanie sprawić, że mój humor ulegnie jeszcze większemu pogorszeniu, ale jednak... nigdy nie mów nigdy.
Tego poranka spodziewałem się wszystkiego. Po tym, jak to w śnie wylądowałem z Amebą w łóżku, czułem się w dziwny sposób zobowiązany, aby go o tym powiadomić. Nie wiedziałem jednak jednego... tego, jak na to zareaguje. Ale chuj, chyba raz mogłem postawić wszystko na jedną kartę, tak? Poza tym... ten nocny obraz nie był odpychający. Dlaczego? Nie wiedziałem, nie rozumiałem. Jednak byłem w pełni świadomy jednej rzeczy... cholernie chciałem móc go teraz pocałować i po prostu sprawdzić, czy znów poczuje się tak niewiarygodnie dobrze, jak to było ostatnim razem. Chciałem, ale to nie znaczy, że miałem ma tyle odwagi by to zrobić. W końcu pocałunek jednak coś znaczył, przynajmniej dla mnie. Nie miałem też pojęcia, jaki stosunek ma do mnie Arian i czy słowa, które do mnie wypowiedział niedługo po imprezie dalej coś znaczyły. Ale... czy to oznaczało, że sam zacząłem coś do niego czuć? W końcu każdy z tych wariantów dokładnie obmyśliłem zeszłej nocy... naprawdę coś do niego czułem? To dlatego nie chciałem nawet smakować ust Aishy? Na szczęście falę dziwnych przemyśleń skutecznie zakończył Ari, który... znów to zrobił.
Znów  mnie całował, a ja nie mogłem złapać tchu. Każdy kolejny gest starałem się odwzajemnić, oddać jak najmocniej, posmakować, poczuć jego zapach, nacieszyć się tą dziwną chwilą bliskości. Tak, tym razem czułem, że naprawdę tego chcę i nie chciałem, by to wszystko potoczyło się w ten sposób. Jego ręka pod moją koszulą to jednak było za wiele, lecz gdy go opychałem nie spodziewałem się, że zareaguje tak... gwałtownie. Chciałem żeby tu został, chciałem z nim spędzić ten dzień, byłem gotowy nie iść na uczelnię, a on po prostu wyszedł niewyobrażalnie wkurwiony. Tylko... dlaczego..? Co ja zrobiłem..?

Mogłem mu jedynie pogratulować, gdyż nie po raz pierwszy swoim wybrykiem sprawił, że miałem go w głowie przez cały dzień. Na uczelnię nie zawitałem, jakoś tak... po prostu nie. Miałem świadomość tego, że go tam nie spotkam, jednak jakaś nieznana siła postanowiła założyć mi okowy i nie wypuszczać z domu, potocznie nazywamy tę siłę... bezsilnością.
Wciąż i wciąż, na wszystkie sposoby wałkowałem to poranne zajście. Dlaczego wyszedł..? Przecież nie tego chciałem, nie uniósłem głosu ani nie zareagowałem jakoś gwałtownie. Wręcz przeciwnie...pragnąłem tego pocałunku bardziej niż czegokolwiek innego. Nie pomyliłem się, znowu to poczułem. To ciepło, które zdaje się nie pochodziło wyłącznie z jego rozgrzanego organizmu, zwyczajnie z niego... to ma sens? Jego usta smakowały inaczej niż tamtego wieczora, zapewne dzięki gorzkiej kawie, której upił chwilę przed tym. Było też w nim coś, dzięki czemu nie chciałem nawet myśleć, by ta chwila przyjemności zakończyła się zbyt szybko. Dlaczego więc, skoro nie dałem mu wyraźnego "nie odebrał to tak... szorstka? Tak po prostu wyszedł, jakby nic się nie stało, a ja nie mogłem przestać o nim myśleć. Robił mi na złość..? Chodziło o wtedy..?
Momentami czułem, jak cały drżę, gdy nachodziły mnie gorsze myśli, a koc jak na złość spadał mi z ramienia. Czułem się... źle. Naprawdę, cholernie źle. Nie interesowały mnie nawet zajęcia, które straciłem tego dnia czy też inne obowiązki, które mimochodem jednocześnie zaniedbałem, a w moich myślach wciąż toczyła się wojna. Przeważała jedna myśl: czy on tu dzisiaj wróci? Miałem szczerą nadzieję, że tak, jednak jak to mówią... nadzieja matką głupich.
Tak właśnie minęło mi te parę ładnych godzin. Samemu, w jednym pokoju z herbatą i kocem, wszystko. Ożywiłem się nieco dopiero w momencie, gdy usłyszałem dźwięk zamka u drzwi. Wrócił! A więc jednak istniała szansa, by jeszcze dziś normalnie porozmawiać! Poderwałem się z miejsca po chwili wahania i wyszedłem z pokoju, od razu otwierając usta by coś powiedzieć,  jednak zobaczyłem jedynie zamykające się drzwi od pokoju chłopaka. Aha, czyli dalej był na mnie zły? Nie chciał ze mną  rozmawiać w dalszym ciągu? Tym razem poczucie winy spadło na mnie ze zdwojoną siłą, może faktycznie zrobiłem coś na tyle złego,  by uzasadnionym było unikanie mnie..? Powoli podszedłem więc do drzwi i bez pukania je uchyliłem.
- Ari, przepraszam, możemy... - ugryzłem się w język, gdy tylko podniosłem wzrok. Arian w łóżku z jakimś zdzirowatym brunecikiem, to chyba ostatnie czego się spodziewałem. Nie po tym co się między nami stało i na pewno nie tego dnia, kiedy to się  stało. No nie, po prostu nie, kurwa mać...
Choć podniósł na mnie wzrok nie odezwał się zbytnio, za to z ust tej niedoruchanej kurwy usłyszałem rozbawiona chichot, jakby cała ta sytuacja go zwyczajnie... bawiła. Mnie nie było do śmiechu, przygryzłem dolną wargę z irytacji, złości i nieznanego sobie wcześniej uczucia... zazdrości.
- Naprawdę? - poczułem, jak głos mi drży. - Musiałeś?! - niemal krzyknąłem, rzucając pogardliwie spojrzenie tej ciemnowłosej kurewce, która dalej zacieszała jak głupia, obejmując go za szyją i przyciągając jeszcze bliżej siebie. Tego było za dużo, zdecydowanie przelała się czar goryczy. Bez zastanowienia w trybie natychmiastowym opuściłem pokój, trzaskając drzwiami, a kolejne sekundy później zrobiłem to samo z drzwiami wyjściowymi.
Nawet nie zabrałem kurtki, bluzy, jedynie telefon, który tkwił w mojej kieszeni. Nie miałem czasu na zbędne pierdoły, po prostu chciałem stamtąd wyjść i nie patrzeć już na tę dwójkę. Miałem w końcu świadomość tego, co zaraz usłyszałbym przez cienkie ściany mieszkania, a tego raczej wolałbym sobie oszczędzić.
Tak bardzo chciało mi się w tej chwili ryczeć, a to wszystko przez tego dupka, Amebe. Wszystko przez ten potworny dzień, w którym spadła na mnie klątwa związana z jego osobą. Wszystko przez to, że widywałem go codziennie. Przez to, że spędziliśmy razem tyle czasu. Przez to, że razem zamieszkaliśmy. Wszystko przez ten jeden dzień w kawiarni... Jednak sądziłem, że mnie zrozumie, że ten jeden raz pomyśli, ale najwyraźniej się przeliczyłem.
Nie bardzo wiedziałem, dokąd powinienem się teraz udać. Do nikogo z uczelni i na pewno nie do domu rodziców, te dwie opcje wykluczyłem od razu. Ale skoro nie tam, to gdzie..? I wtedy właśnie, gdy zorientowałem się, jak daleko mnie nogi poniosły przypomniałem sobie o Marice. Idiotyczne, powinienem od razu o niej pomyśleć, jednak doszło to do mnie dopiero, gdy byłem w pobliżu jej domu. Co ze mnie za mężczyzna... nie dość, że czułem się dziwnie odrzucony, wręcz zdradzony przez innego osobnika płci męskiej, to jeszcze chciałem przez to płakać i wyżalać się dziewczynie... byłem żałosny, tak bardzo żałosny.
Wciąż niepewnie, ale jednak zapukałem do drzwi rudowłosej, stojąc przy tym prosto, jak jakiś słup soli. A co, jeśli jej nie było? Jeśli była zajęta? Jeśli z kimś się umówiła? Z duszą na ramieniu patrzyłem na drzwi, malując w myślach możliwie najgorsze scenariusze,va wtedy... ona je otworzyła, a we mnie jakby coś pękło i poczułem, jak po moich policzkach spłynęły łzy.
- Mari, czy ja mogę..?

niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozdział XII - Nie...

Obudził mnie dźwięk, którego dawno nie było mi dane słyszeć... radio. Wygrywające jakąś chujową pioseneczkę, którą gwałcili na każdej niemal stacji ostatnimi czasy, wręcz do znudzenia. Leżałem jeszcze przez chwilę nie bardzo mając chęć żeby się podnieść. Do tego coś było... nie tak...
zerwałem się z łóżka kiedy tylko uświadomiłem sobie co takiego było nie w porządku. 
- Julien? - spytałem, zaglądając do jego pokoju.
- Już... już - wymamrotał i przeciągnął się. Widać było, ze tak jak ja tyle co zwlekł się z wyra.
- Coś się stało...? - spytałem choć nie wiedziałam czy chcę wiedzieć dlaczego zarwał nockę. Pewnie był u tej swojej, jak jej tam i zwyczajnie dobrze się z nią bawił. Zagadka rozwikłana...
- Miałem koszmary... - stwierdził i przeszedł obok mnie, wlokąc się do kuchni. 
Białowłosy podszedł do czajnika i zaczął robić sobie kawę. Zdecydowanie powinien się teraz raczej spieszyć. W końcu mu kilka minutek z jego cennych zajęć ucieknie.
- Śniłeś mi się - stwierdził w końcu, odwracając się do mnie.
- Pasjonujące... - rzuciłem być może nazbyt kpiąco, ale brakowało mi już na to wszystko sił. Nie grzeszyłem ostatnimi czasy dobrym nastrojem, a i humor trzymał się mnie raczej wisielczy.
- Nawet nie zapytasz co robiliśmy? - spytał i ruszył do salony popijając drogą tę swoją lurę.
Wziąłem swój kubek w gruncie rzeczy odruchowo. Nawet na kawę nie miałem dziś ochoty. W każdym razie ruszyłem za Julienem i usiadłem obok niego na kanapie.
- Urwałem ci łeb, tak po znajomości? - spytałem upijając spory łyk i odstawiając naczynie z napojem.
- Nie... - uśmiechnął się i odstawił swój kubek.. Spoglądał na mnie jakoś dziwne w tamtej chwili. Badawczo, jakby chciał zarejestrować każdą moją najdrobniejszą reakcję. 
Zdecydowanie coś mi tu nie grało.
- Kochaliśmy się i było okropnie - wypalił, a mnie na chwile zwyczajnie zatkało.
Co z nim było do cholery nie tak? Siedział tu sobie przede mną i mówił takie rzeczy... Tak zwyczajnie... Zastanawiałem się czy mój umysł znów szuka rzeczy na siłę czy to już było przegięcie? Odmawia mi... wprowadza się do mnie, co i rusz mnie dotyka, głaszcze, a teraz jeszcze stwierdza, że jestem chujowy w łóżku choć miał o tym wybitnie gówniane pojęcie? 
- Przynajmniej postudiowałem sobie wzorki na zasłonach... - zaśmiał się.
- I sądzisz, że możesz tu tak siedzieć i mówić mi takie rzeczy...? 
- A niby dlaczego n... - nie skończył bo położyłem dłoń na jego karku i mocno go do siebie przyciągnąłem, żeby wpić się mocno w jego chłodne, miękkie usta smakując teraz kawą, mlekiem i cukrem. 
Dość... Miałem dość. Tym razem nie byłem w stanie już od tak powiedzieć sobie, że nic się nie stało. Nie potrafiłem odpuścić, odejść, przestać czuć to, co targało mną już tyle czasu. To nie było mądre... Julien dał mi już do zrozumienia, że nic między nami nie będzie. A ja szanowałem to, walczyłem ze sobą ile mogłem, ale tym razem osiągnąłem swój limit. nie miałem siły i nawet nie chciałem dalej z tym walczyć. Bez skrępowania pogłębiłem więc pocałunek by wsunąć język między wargi chłopaka i napawać się tym, że jego ciało zaczęło na mnie reagować nader żywo. Czułem jak jego usta starają się nadążyć za moimi,  a jego dłonie oparły się o mój tors.
Miałem ochotę warczeć z rozkoszy kiedy wreszcie stało się to, o czym marzyłem od dnia tamtej cholernej imprezy, podczas której Julien całkowicie wbił się w mój umysł. Jego zapach, smak i przyjemność płynąca z tego zaskakującego chłodu. Wszystko to wróciło i uderzyło we mnie pozbawiając mnie zdolności myślenia i sprawiając, że moja zmysły działały na najwyższych obrotach. Każda kolejna fala chłodu płynącego z jego ust była kolejnym impulsem oddalającym mnie od rzeczywistości i popychającym w kierunku miejsca, w którym liczyło się tylko odczuwanie.
Usłyszałem syk, kiedy moja dłoń, rozgrzana okropnie, wsunęła się pod koszulkę Juliena i dotknęła jego zziębniętego ciała. Wtedy też poczułem jak dłonie chłopaka napierają na mój tors odpychając mnie.
- N-nie... -  wydyszał spoglądając na mnie szklistymi oczyma. Usta wciąż miał rozchylone i zaczerwienione, a jego pierś unosiła się szybko w urywanych oddechu.
- Nie... - prychnąłem.
Nie mogłem w to uwierzyć... Zwyczajnie, kurwa, nie! Co tu się w ogóle wyrabiało? Miałem ochotę coś zwyczajnie rozpieprzyć. Wiecznie NIE! Za każdym razem, kiedy już miałem wrażenie, że wszystko jakoś się ułoży musiało się coś stać!
Musiałem wyjść... Wyjść, odjechać, wyszaleć się, napić, odreagować, zrobić z sobą cokolwiek byle nie stanąć tu w płomieniach i nie rozwalić wszystkiego co mnie otaczało. Wstałem więc, zarzuciłem kurtkę, buty, porwałem kluczyki z haczyka i wyszedłem trzaskając drzwiami tak, że niemal wypadły z futryny. Miałem dość... chciałem tylko odrobiny jebanego spokoju, czy to tak wiele?
Prułem przez miasto, wściekły. Maszyna pode mną ryczała, kiedy wyciskałem z niej co tylko mogłem nie zwalniając za specjalnie nawet przy kolejnych zakrętach. Nie miałem pojęcia co mam ze sobą zrobić. Dokąd jechać... Wszystko się znów posypało, runęło jak domek z pieprzonych kart. Wracać do mieszkania? Po co? Po to, żeby zobaczyć kogoś, kto i tak miał mnie gdzieś? Z resztą jakby to miało niby teraz wyglądać? Ostatnie tygodnie były katorgą, a co dopiero teraz. Wątpię, żeby znów wszystko mogło sobie od tak wrócić do normy. Nie mam pojęcia co ja sobie myślałem, że znów dałem się w to wciągnąć, że znów sobie na to pozwoliłem. Uważałem, że cokolwiek się zmieniło? Że co... jak zaczął mnie nieco lubić to nagle coś mogłoby być między nami? A tak, fakt, znowu zwyczajnie nie myślałem. Dałem się ponieść głupocie i przyjdzie mi za to płacić...
Zatrzymałem się z piskiem opon i zsiadłem z motocykla. Za cholerę nie wiedziałem gdzie jestem, a raczej miałem w dupie to gdzie jestem... Jedyne, na co było mnie stać na to to, że po ataku furii, który na szczęście skończył się zanim zdołałem zjarać sobie odzież, osunąłem się na chodnik i oparłem o mur zniszczonego budynku, który na szczęście wyglądał na opuszczony. Inaczej ktoś miałby cudny widoczek na wariata, którym zdecydowanie się teraz zwyczajnie czułem. 
Nie mam pojęcia jak długo tak kontemplowałem sobie płynące po niebie chmurki i biłem się z myślami pokroju "Po co? Dlaczego? Co dalej?", powtarzanymi oczywiście w kółko i w różnej kolejności, tak, żeby było zabawnie, ale w końcu postanowiłem wstać. 
Nie miałem zamiaru wracać do mieszkania. Nie miałem na to ochoty, a zdecydowanie gotowy się na to nie czułem. Musiałem się napić... Tak dla odwagi? Może... A może po prostu, żeby przestać myśleć. Jak tak dalej pójdzie to skończę jako nałogowy alkoholik... Piękna, świetlana przyszłość, a wszystko przez jednego tlenionego konusa, który wlazł w moje życie i postanowił je wywrócić do góry nogami.
Wsiadłem na Lalunię i po szybkim rozeznaniu się gdzie jestem, ruszyłem prosto do Oazy. Bar z kiczowatą nazwą, ale drinkami na tyle mocnymi, żeby każdemu natrzepać w beret i przyprawić go o chwilowy zgon. Ludzi było jak zwykle sporo. Większość gęb kojarzyłem choćby z widzenia, nie żeby którakolwiek byłą dla mnie istotna. Usiadłem w rogu, tak, żeby mieć choć odrobinę spokoju i zamówiłem kolejkę kiedy podeszła do mnie szczebiocząca barmaneczka. Dziewczyna oczywiście mnie znała, ja jej już nie koniecznie... Albo inaczej. Była mi znajoma, ale gdyby mi ktoś kazał przypasować imię do twarzy to odesłałbym go do diabła. Tak się w każdym razie zaczęło. Jednak kolejka, druga... trzecia i kilka kolejnych. Tak do czasu, kiedy to obraz stał się śmiesznie nieostry, a ja czułem się wolny od gnębiących mnie myśli. Kilak osób próbowało coś tam marudzić w moim kierunku, ale olewałem to bardzo konsekwentnie. Przynajmniej do czasu kiedy to ułożyłem się wygodnie na zajmowanej przeze mnie wytartej kanapie i zacząłem mieć ochotę na jeszcze coś... Coś czego jak ostatni debil odmawiałem sobie tyle czasu nie wiedzieć czemu i po co... Serio.. przez te ostatnie tygodnie żyłem jak pierdolony mnich. Jeszcze tylko brakowało, żebym zaczął paciorki klepać do poduchy.
- Ari... - czyjś przymilny głosik zwrócił moją uwagę.
Spojrzałem na drobnego bruneta, który stał tuż obok wpatrując się we mnie z zadowoleniem. Zupełnie tak, jakby mnie szukał i cholernie się cieszył, że znalazł.
- Brian, pamiętasz? - spytał, przedstawiając się. Coś mi dzwoniło choć nie koniecznie wiedziałem gdzie... No przynajmniej do czasu kiedy dźwignąłem się do siadu, a chłopak nie usiadł na mnie okrakiem i nie poczęstował mnie na "powitanie" namiętnym pocałunkiem. 
Przez chwilę wymienialiśmy kolejne pocałunki. Nie do końca mi to... pasowało. Brunecik nie miał chłodnej skóry inie smakował słodyczą... Zaraz jednak warknąłem sam na siebie i mocniej chwyciłem chłopaka. Miałem prawo zapomnieć. Julien mógł posuwać tę swoją czarnulkę, to co, ja  miałem żyć w celibacie? Nie ma tak...
- Może pojedziemy do ciebie, tak jak ostatnio? - spytał Brian bawiąc się kołnierzem mojej kurtki i wciąż na mnie siedząc. 
- Nie sądzę, żeby... - zacząłem, ale ugryzłem się w język. - A walić to... Chodź. 
Chłopak z entuzjazmem zeskoczył mi z kolan i ruszył ze mną na parking. Wsiedliśmy na motocykl i ruszyliśmy pędem do mieszkania. 
Ledwie przekroczyliśmy próg, a chłopak szarpnął mnie za kołnierz żeby złączyć swoje usta z moimi. Jego druga dłoń wylądowała na moim kroczu. Nie wiem jak udało nam się dotrzeć do sypialni, szczególnie, że w głowie mi szumiało, a przy co gwałtowniejszych ruchach obraz rozmywał się. Ostatecznie jednak brunecik wylądował na łóżku, a ja na nim. Szarpnąłem jego spodnie gwałtownie, zniecierpliwiony, na co chłopak wydał z siebie drżący, pełen podniecenia krzyk i kolejny kiedy niemalże brutalnie ścisnąłem jego pośladki...

sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział XII - Usta ustom nie równe

Niewątpliwie Arian i Mari znali się już naprawdę długo. Jak to powiedział... od samej piaskownicy. Czy to oznaczało, że naprawdę nie kłamie? Marika zarabiała na to wszystko... swoim ciałem? Taka piękna dziewczyna? Tak urocza, zabawna, wyjątkowa... nie, nie chciałem w to wierzyć. Nie chciałem też patrzeć na nią teraz przez pryzmat słów Ameby, jednak... miałoby to sens... cholera jasna. Naprawdę? Dlaczego Marika? Przecież wydawała się taka... inna... teoretycznie była, bo jeszcze nigdy nie spotkałem się oko w oko z prostytutką. Ale nie, to nie tak miało być... Słowa Ariana odrobinę mnie przybiły, to fakt, a ja jakby szukając pocieszenia, to w drodze do domu przytuliłem się do jego pleców mocniej niż zazwyczaj. Sam nie wiem, po prostu chciałem to zrobić, to było dziwne, ale jeszcze wtedy nie patrzyłem na to w ten sposób. W końcu kontakt fizyczny poprzez przytulanie drugiej osób nie był niczym złym i nie zawierał żadnych podtekstów.
Po powrocie do domu dostałem wiadomość od znajomego z roku, czy przypadkiem nie mam ochoty wpaść na tę małą posiadówkę u niego w domu. Szczególnie cieszyłem się, że podkreślił słowo „małą” wypisując, że będzie tam nie więcej niż sześć osób. Tyle to jeszcze nie tłum, można porozmawiać, w dodatku znałem go dosyć dobrze i wiedziałem, że nie jest zwolennikiem imprez z hukiem, gdzie wszyscy goście wracają na czworaka do domu. Wszystkie te czynniki wpłynęły na moją decyzję i postanowiłem tak pójść, czego jak się okazało... nie pożałowałem.
Poznałem dziewczynę i to wcale nie taką byle jaką. Zwyczajnie mnie oczarowała, a ja bezmyślnie temu urokowi uległem. Na imię jej było Aisha. Długie, czarne, miękkie włosy sięgały jej do połowy pleców. Oczy miała duże, szmaragdowe, przysłonione koronką długich, czarnych rzęs. Usta miała dosyć wąskie, ale o pięknym, brzoskwiniowym kolorze. Kości policzkowe tak piękne, a cerę tak bladą, mimo to z rumieńcami. Była niższa ode mnie o nieco ponad dziesięć centymetrów, do tego tak mądra, zabawna... zwariowałem. I szaleństwo to trwało całe dwa tygodnie.
Widywaliśmy się średnio co dwa dni, w międzyczasie wymieniając masę wiadomości. Nie wiedziałem co w niej takiego było, wydawała się być po prostu idealna. Mieliśmy podobne zainteresowania, ona także kochała zwierzęta i lubiła czytać, więc gdy tylko rozpoczynaliśmy rozmowę, zapominałem o Bożym świecie. Dosłownie, o całym świecie. O notatkach, które należałoby przejrzeć na następny dzień i o Arim, który dostawał dziwnych konwulsji, kiedy mnie słyszał. W końcu wyszedłem z założenia, że to pewnie przez zbyt częste rozmowy, ale... kiedy jest się zakochanym robi się różne rzeczy, tak? Więc powinien mi wybaczyć, zrozumieć, co się dzieje i odrobinę... nie wiem co, ale na pewno przestać być tak dziwnym, jaki się stał w ostatnim czasie. Wszelkie próby podjęcia rozmowy na jakikolwiek temat kończyły się fiaskiem prędzej czy później, bo albo mi zadzwonił telefon, albo po prostu nie wiedziałem już, co mam klepać do tej naburmuszonej kłody. Nie podobało mi się to, naprawdę. Mimo wszystko mieszkaliśmy razem, powinniśmy mieć dobry kontakt, albo przynajmniej JAKIŚ, a ostatnio nawet tego było mało. Muszę przyznać, że przeszkadzał mi ten fakt... Nigdy nie sądziłem, że przez dziewczynę można tak popsuć stosunki z kimś innym.
Jedyna osobą poza Aishą, z którą kontakt nie uległ zmianie była Marika. A nawet lepiej, trochę nam się to wszystko poukładało, wyjaśniło i mogłem już raczej mówić, że została moją dobrą znajomą. Tak, wyleczyłem się już z niej. W końcu coś by było jednak nie tak, kiedy będąc z jedną wciąż myślałbym o drugiej, prawda? Jednak skoro tak, to tyczy się to działa i tyczy się tylko potencjalnych partnerek, dlaczego wciąż i wciąż miałem gdzieś z tyłu głowy obraz Ariana? Przecież między nami nic nigdy nie było... i nie będzie, tak? Tak. W tej kwestii nie było dyskusji... tak..? Dlaczego byłem tego coraz mniej pewny?
Arian cały czas gdzieś potajemnie „pracował”, ja uczyłem się na zajęcia i spotykałem z czarnowłosą. I tak przez dwa, długie tygodnie. Aż do tego wieczora, który wszystko zmienił.
Wieczór jak wieczór, miał być taki sam, jak wszystkie inne. Tym razem jednak spędzałem go nie z kotem, herbatą i filmem czy też kocem, jedzeniem i Arim, a z Aishą na spacerze. Nic wielkiego, zwykły spacer, wcześniej mała kolacja, po prostu chciałem, by było intymnie, romantycznie, by może coś nam z tego wszystkiego wykwitło, tylko że... wciąż tego nie czułem tak, jak wydawało mi się, że powinienem czuć. Ignorowałem jednak te dziwne wrażenie aż do jedenastej, kiedy to odprowadziłem dziewczynę pod drzwi jej mieszkania. Mieszkała w centrum, niedaleko uczelni, więc powrót do domu o tej godzinie nie był specjalnym problemem czy to piechotą czy komunikacją miejską, bo przecież zawsze można było liczyć na busa nocnego. I wieczór ten miał przebiegać tak idealnie, jak tylko mógł. Miałem ją odprowadzić, pocałować w policzek, przytulić i sobie iść, jednak tym razem ona postanowiła mnie... pocałować w usta. Każdy głupi by się cieszył, odwzajemniał, jak szalony pragnął więcej od dziewczyny, z którą spędził tak miłe chwile, ale nie ja. Problem był w tym, że po prostu osłupiałem, nic nie zrobiłem i, co gorsza, nic nie poczułem. Po prostu nic, pustkę, zupełnie jakby się pomyliła, jakbym ja się pomylił. Jej usta, choć piękne, nie dały mi żadnej satysfakcji, nie potrafiłem cieszyć się z pocałunku, o którym już kilkakrotnie myślałem. Nie zdziwiła mnie jej reakcja, gdy niepewnie odsunęła się i nie wiedziała co zrobić, kiedy ja milczałem. No i... no i co miałem zrobić..? Jak grzecznie ubrać w słowa „jednak to nie to”? Ten wieczór zasługuje na miano absurdu...
Jak łatwo się domyślić, rozmowa dalej już nie była taka przyjemna, jak wcześniej zaplanowana, pierwsza część tego całego randevu. Gdyby ktoś się mnie zapytał o poranku jeszcze tego samego dnia, czy jestem z nią szczęśliwy bez wahania odpowiedziałbym, że tak, a teraz... nagle straciła w moich oczach. Sęk w tym, że nie wiedziałem dlaczego. To nie było to, czego oczekiwałem? Liczyłem na coś... na COŚ. Coś, co poczuję, a że tak się nie stało, to już pół godziny później byłem w domu. Nie znalazłem, ale szczerze mówiąc nawet nie szukałem śladów obecności Ameby w domu. Nie miałem ochoty z nim teraz rozmawiać tym bardziej, że nagle pomyślałem o tym, co zadziało się na tej pamiętnej imprezie u Mariki. Nasz pocałunek był tym CZYMŚ , czego oczekiwałem po tym z Aishą? Chyba zwariowałem, ale za nic nie chciało to opuścić mojej głowy. Nagle stał stał się on taki realny, zupełnie jakbym znów czuł jego ciepło. Jakby miał mnie pocałować, najlepiej teraz, żebym mógł się przekonać, o co mi chodzi. Tak, właśnie stojąc pod prysznicem przyznałem sam przed sobą... chcę, aby Arian mnie pocałował.
Prysznic trwał długo, nawet bardzo, bo wszedłem do pokoju grubo po północy. Już nie pamiętam, kiedy kładłem się spać ostatni raz o tej godzinie, więc pewnym było to, że nie wstanę jutro wcześniej niż o dziesiątej. A się Ari zdziwi, że nie budzę go po dziewiątej z kawą, no, no. W dodatku długo nie mogłem zasnąć, w myślach mając cały czas wydarzenie z dziś i z przeszłości, usta Aishy i Ariana, różnice, znaczenie, ukryte znaczenie... i z tymi wszystkimi myślami w końcu zasnąłem.
Sen miałem po prostu idealnie na temat, był w nim oczywiście Arian, bo dlaczego nie? W dodatku byliśmy razem i to też nie tak byle jak. Leżeliśmy w salonie, albo to raczej ja leżałem, mając go nad sobą... Boże, za co śni mi się seks z tym facetem? I dlaczego w tym śnie ze znudzeniem spoglądam na firanki?

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rozdział XI - Zimno mi...

- No ileż można czekać? - spytałem kiedy Julien wreszcie pojawił się na parkingu.
- Przeprosiłem przecież - stwierdził. - Spotkałem Mari i poszliśmy na kawę. 
- A ta co tu znów knuje? - zastanawiałem się na głos.
- Nic... Przyszła zobaczyć się z jakąś znajomą. Dlaczego uważasz, że ona coś knuje? Wątpię aby to robiła, jest taka słodka...
Spojrzałem na Juliena uważnie. Aha... to już wiedziałem co się dzieje. Marika znów zabujała biodrami i wpadła w oko kolejnej ofierze. Zdecydowanie była w tym bardzo dobra. Potrafiła omotać i owinąć wokół palca każdego faceta, który nie był zatwardziałym gejem, a i tych nie rzadko potrafiła przekabacić na swoją stronę materaca. 
- Tak... słodka jak naparstnica i bardzo droga w utrzymaniu - skwitowałem. - Radzę, żebyś nie tracił dla niej głowy. I tak jest zapracowana z grupką swoich wielbicieli. 
- Jesteś strasznie uszczypliwy, wiesz? Dlaczego niby droga w utrzymaniu? Co ty insynuujesz?
- Nic, nic... Tylko mówię, a ty pomyśl na przykład skąd ktoś w jej wieku ma wielkie domiszcze i kiecki, na które nie jednej aktoreczki nie stać. 
- Może ma bogatych rodziców...
- Tych, których nie widziałam odkąd skończyła pięć lat? - zakpiłem. - A może fundnęła jej to ciotka, która zajmowała się nią, bo nie miała innego wyjścia? No nie sądzę... Mari to dobra przyjaciółka i zawsze pomoże jeżeli będziesz pomocy potrzebować, ale wierz mi... zakochiwanie się w niej nie jest dobrym pomysłem. 
- Czyli... znasz ją długo?
- Kradła mi łopatki w piaskownicy i była pierwszą dziewczyną, której zaglądałem pod spódniczkę, więc tak... znam ją bardzo dobrze. Dlatego wiem o czym mówię. A teraz zbieraj tyłek i jedziemy wreszcie do domu... - Wsiadłem an motocykl, a Julien zaraz zrobił to samo jak zwykle przyciskając swój tors do moich pleców. 
Tego wieczora również nie mieliśmy okazji posiedzieć razem, bo okazało się, że Julien dostał zaproszenie od jakiegoś znajomego. Zawiozłem go więc na miejsce, tak w ramach przysługi, a sam pojechałem do roboty, bo Tarix znów zaczął mi jęczeć. Nie miałem pojęcia, że przez ten durny spęd towarzyski zaczną się dla mnie dni, które spokojnie mogłem zaliczyć do katorgi. Już kiedy odbierałem Juliena z tej cholernej imprezki rzuciło mi się w oczy to, że wyszedł z czarnowłosą ślicznotką. Później było oczywiście szczebiotanie do telefonu, a mnie... mnie kurwica brała. Szczególnie, że byłem zwyczajnie bezsilny. Pierwszy raz czułem coś takiego. Zwyczajnie nie mogłem na niego patrzeć kiedy siedział i gadał przez ten cholerny telefon albo pisał sms'y. Kiedy mówił o tej dziewczynie starałem się zwyczajnie nie słuchać, bo i po co? Dobijało mnie to. Nie powinno. Przecież chłopak już szmat czasu temu jasno dał mi do zrozumienia, że nie mam na co liczyć, mogłem sobie znaleźć kogoś innego, z tym, że... nie potrafiłem! Starałem się sporo wychodzić, ale kiedy tylko ktoś zaczynał się do mnie łasić zwyczajnie mnie to wkurwiało. Nie potrafiłem opisać tej irytacji i tego poczucia, że coś jest nie tak. Szczególnie, że miałem przez to zwyczajnie mętlik w głowie. 
- Ari... wszystko gra? - z zamyślania wyrwał mnie Julien, który chwilę później położył mi dłoń na czole, zupełnie jakby mógł tym sprawdzić czy nie mam gorączki. Śmieszna, bo ja ją wiecznie zwyczajnie miałem choć ostatnio bywało mi... zimno. Zdecydowanie dziwne uczucie. 
Julien był cudownie zakochany już prawie dwa tygodnie, a ja zaczynałem się z tym zwyczajnie godzić. Nie miałem z resztą innego wyjścia.
- Nic mi nie jest - burknąłem i odsunąłem jego dłoń na bezpieczną odległość. 
- Strasznie jesteś ostatnio przygaszony... Do tego jesteś blady... Na pewno dobrze się czujesz? Może cię zaraziłem, co? Zrobię ci coś rozgrzewającego z witaminą C - zaoferował.
- Dzięki, nie mam zamiaru pić żadnych świństw. Nie jestem chory i nigdy nie miałem nawet kataru. Bakterie i wirusy mają małe szanse w starciu z normalną ciepłotą mojego ciała, a co dopiero jak się wkurzę. Nie powinieneś się tym przejmować i tyle... 
- Wychodzisz? - spytał, kiedy ruszyłem do wyjścia.
- Tak... Mam nieco roboty - oznajmiłem i opuściłem mieszkanie.
Tak, robota była czymś, co ostatnio naprawdę mi wychodziło. Kiedy mogłem się wyżyć wszystko było odrobinę lepiej. Co prawda Tarix zaczął coś mniej marudzić... może to dlatego, że kiedy już wyłaziły ze mnie nerwy to po całości i kilka moich przeciwników skończyło w stanie, który ocenić można było pobieżnie jako krytyczny? Pewnie tak... W każdym razie lepsze było to niż zastanawianie się co Julien porabia z tą swoją dupą.

środa, 19 kwietnia 2017

Rozdział XI - Mari!

Nie do końca tak to sobie zaplanowałem. Owszem, fajnie, oddał mi pilota, w sumie nawet się przy tym pośmiałem, le nie sądziłem, że tak po prostu sobie pójdzie. Wstyd się przyznać, ale polubiłem go. Naprawdę, zwyczajnie i szczerze go polubiłem, a nawet przejmowałem się, gdy gdzieś wychodził, a ja nie bardzo wiedziałem dokąd. Zupełnie tak, jak teraz... nie zadowoliła mnie jego odpowiedź, nawet gorzej... trochę mnie... przybiła? Nie wiedziałem co powinienem o tym myśleć zwłaszcza, że nie powinno mnie to w ogóle interesować. A jednak nie potrafiłem się skupić na tym, co oglądałem. Z kim teraz był, co robił, co pił? To chore, nagle zrobiło się tak dziwnie pusto. A mogłem mu zostawić tego pilota, psia mać. Może wtedy chociaż spędzilibyśmy ten niedzielny wieczór razem.
Rankiem pierwszych kroków nie skierowałem do kuchni, jak zazwyczaj, a do jego pokoju, by zerknąć, czy przynajmniej wrócił gdzieś w środku nocy. No wrócił, tylko chyba stosunkowo niedawno, bo spał jeszcze twardziej niż zazwyczaj. Tym razem się więc zlitowałem i obudziłem go całe pół godziny później. Niech sobie odeśpi, cholera wie, pewnie wytrzeźwieje.. balem się tego dnia jechać z nim na jednym motorze. Naprawdę. Ale pojechałem, zaufałem, jaki ja naiwny.
Całokształt minął jakoś tak normalnie. Ja zapisałem prawie cztery strony notatek, siedzący bok Arian nie zanotował ani jednego słowa. Lepiej... on to wszystko zwyczajnie przespał. Musiałem go dźgnąć ze dwa razy, kiedy pani profesor patrzyła wymownie w naszą stronę. Nie chciałem by sobie zrobił dodatkowych problemów, a przy okazji wciągnął w to mnie, bo przecież spędzaliśmy dość dużo czasu razem i teoretycznie mogłem zostać pociągnięty do odpowiedzialności czy cholera wie co. Także lepiej tak niż żeby przespał dosłownie całe zajęcia. Chyba pomimo mojego budzenia udało mu się trochę odespać, bo po zajęciach zrobił się od razu trochę żywszy. A może to tylko dlatego, że zawsze go one zanudzały? Hm, może, coś pewnie w tym było.
Wychodząc na ulicę w sumie nie przyświecała mi żadna szlachetna idea, tylko zwyczajne „wrócić, zjeść, odpocząć”. I tak by się to potoczyło, gdyby nie ruda dziewczyna, która krzyknęła do mnie z niedaleka.
- Julien! - krzyknęła, uśmiechając się radośnie i machając mi na powitanie. Tak, to była Marika! Od razu się rozpromieniłem.
- Marika! - odezwałem się głośno i od razu ściągnąłem z twarzy maseczkę. Szybko ruszyłem w jej stronę, uśmiechając się promiennie. - Miło cię znowu widzieć, co tutaj robisz?
- Też cieszę się, że wreszcie cię spotkałam – klasnęła w dłonie. - Chciałam się zobaczyć z jedną znajomą. A ty? Studiujesz tutaj, prawda? - zaszczebiotała.
- Tak, kulturoznawstwo. Może nim zjawi się twoja znajoma... dasz się zaprosić na kawę? - spytałem dość nieśmiało, w końcu miałem na względzie tamten pamiętny wieczór i nieciekawe jego zakończenie.
- A z chęcią. Mam jej tylko podać kilka rzeczy. Zaraz napiszę jej eska tylko mi powiedz dokąd idziemy – przez dość długą chwilę grzebała w torebce, aż wyciągnęła z niej telefon.
- Tutaj jest taka kawiarenka, na przeciwko. Będzie w porządku? - uśmiechnąłem się pięknie.
- O ile mają tam coś słodkiego, najlepiej z bita śmietaną to będzie cudnie – odwzajemniła mój uśmiech i wyskrobała sms'a, po czym wzięła mnie pod rękę. - Prowadź.
- Mają, mają – zerknąłem na jej poczynania i jakoś tak uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. - To chodź – pociągnąłem ją lekko za sobą, a po upływie kilku chwil dotarliśmy na miejsce. Zajęliśmy stolik przy oknie, chyba najbardziej dogodne siedzisko w tym miejscu.
- Ładnie tu – uśmiechnęła się i siadła z gracją, zakładając nogę na nogę. - Często tu bywasz? Mają tu dobrą latte albo cappuccino?
- Polecam latte i sernik z truskawkami. Zazwyczaj kończyłem tutaj między wykładami, więc sama sobie odpowiedz.
- Więc niech będzie latte i sernik.
- Więc za chwile wracam.
Udałem się więc do kasy, by złożyć zamówienie. Tylko, że ja w przeciwieństwie do Wiadomo Kogo respektowałem zasady społeczne i stałem w kolejce, szanując resztę ludzi dookoła mnie. Na szczęście poszło szybko i dziewczyna przy stoliku nie musiała na mnie czekać zbyt długo. Znaczy na zamówienie, choć miałem nadzieję, że raczej na mnie.
- Proszę, smacznego... Mari, przepraszam za wtedy, nawet nie porozmawialiśmy, a już wyszedłem.
- Nie waż się tym przejmować... To ja powinnam przeprosić. Troszkę to wszystko wtedy źle wyszło... - popiła ostrożne kawę.
- Mhm, czyli o wszystkim wiesz..? - mruknąłem niechętnie.
- Ari prawie podpalił mi kuchnię i przepił połowę zapasów alkoholu, więc tak... Wiem i... sporo w tym mojej winy – poprawiła kosmyk włosów, która opadł jej na policzek. Ja to miałem zrobić, cholera.
- Jak to? Przecież nic nie zrobiłaś – napiłem się swojej kawy.
- Jakby nie patrzeć zaprosiłam was obu i... wiedziałam, że się Płomyczkowi podobasz. Nie wzięłam jednak poprawki na to, że on już nie koniecznie musi podobać się tobie.
- Nie jestem zainteresowany mężczyznami... tak sądzę... a teraz razem mieszkamy, wiesz?
- Tak... Arian mi wczoraj powiedział. Myślałam, że go zamorduję, że tak długo trzymał to w sekrecie.
- Ale to w sumie nie ma o czym mówić, tylko tam mieszkam. Trochę nawet go polubiłem, ale to wciąż nic więcej.
- Ari da się lubić, kiedy nie próbuje czegoś puścić z dymem - zachichotała cicho i wzięła się za sernik. - Pychota! Naprawdę masz dobry gust.
- Dziękuję, choć w sumie lubię wszystko co słodkie - uśmiechnąłem się szeroko. - A co do niego to tak, póki się nie pali jest całkiem w porządku.
- Nie tylko ty - wzięła kolejną porcję do ust, od czego dziwnym trafem nie mogłem odciągnąć wzrokiem. Były piękne, tak zwyczajnie soczyste i pełne... - Uwielbiam bitą śmietaną i wanilię i czekoladę! I wiele innych rzeczy. Szkoda, że muszę z nimi uważać jeżeli chcę się w cokolwiek mieścić – westchnęła ciężko.
- Przesadzasz, wyglądasz cudownie. Odrobina słodyczy ci nie zaszkodzi, kobieta powinna być kształtna – uśmiechnąłem się uprzejmie, zaczynając swój kawałek ciasta.
- Gdybym się nie hamowała wyglądałabym jak rumiany pulpecik.
- Wciąż byłabyś piękna – odparłem bez zastanowienia, choć miałem świadomość, jak kiczowato musiałem w tej chwili zabrzmieć.
- Wierz mi... wmawiam to sobie przy każdym kolejnym ciachu, szkoda tylko, że to tak jednak nie działa. Mimo to dziękuję za komplement. Jesteś naprawdę słodziutki.
Była taka urocza. Dlaczego Arian wypowiadał się o niej w tak prozaiczny sposób? Podstępna, przebiegła wiedźma? Z której strony? Jak na zawołanie rozdzwonił się mój telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno słowo: „Ameba”. Przeprosiłem więc moja towarzyszkę i odebrałem.
- No hej... a z Mari. Jak to co? Siedzę. Dobra, dobra, przepraszam, zaraz będę na podjeździe, już... no, no, pa – rozłączyłem się i zerknąłem na dziewczynę. - Przepraszam, muszę już iść.
- Nic nie szkodzi, spotkamy się jeszcze – uśmiechnęła się do mnie pięknie, a ja po prostu pocałowałem ją na odchodne w policzek. Warto było!

niedziela, 16 kwietnia 2017

Rozdział XI - Byle się napić

Naprawdę bardzo nie chciałem mu oddać tego pilota... Julien siedzący na mnie okrakiem był zwieńczeniem pewnych moich marzeń... a przynajmniej snów. Tych snów, po których budziłem się z przykopconą poduszką i rozłożonym w stan pełnej gotowości "masztem"... Jak ja cholernie chciałbym żeby on był teraz nagusieńki i cały, calutki mój. 
Chłopak poruszył się, zbliżył do mnie i sięgnął za mnie, chcąc wygrzebać pilota, którego wcisnąłem między tyłek, a opieranie kanapy. Musiałem dosłownie wstrzymać oddech, kiedy jego chłodny oddech owiał moją szyję. Dlaczego nie mogłem do cholery przyciągnąć go do siebie, wpić się w te jego miękkie usta i kochać się z nim aż wreszcie poczułbym się lepiej? Dlaczego musiałem znosić te wszystkie męczarnie? A do tego sam je sobie zafundowałem... Myślałem, że mi przejdzie! Byłem o tym święcie przekonany, a tu co? Było jeszcze gorzej! O wiele gorzej. 
- Masz tego pilota... Oglądaj sobie co chcesz - stwierdziłem w  końcu, wyciągając obiekt sporu zza pleców. Musiałem dać za wygraną, bo po kolejnej próbie Juliena i tym jak nacisnął mnie tam, gdzie nie powinien, z trudem stłumiłem jęk.
- Szybko mi poszło - uśmiechnął się triumfalnie i zsunął się z moich kolan chcąc usiąść obok mnie. - To co oglądamy..? - spytał jeszcze, ale ja wstałem i ruszyłem do swojego pokoju.
- Ty oglądasz. Ja wychodzę - zakomunikowałem.
- To dlatego, że nie chcę oglądać tego... mordobicia? - spytał.
- Nie... Zwyczajnie mam ochotę się napić i to czegoś więcej niż piwa tutaj - oznajmiłem i zniknąłem w swoim pokoju. Pozbierałem swoje rzeczy, założyłem luźniejsze spodnie i wyszedłem z mieszkania. Zdecydowanie musiałem się po prostu napić. Nic więcej. Tylko porządnie popić, odpocząć, nie myśleć... Wsiadłem na Lalunię i pojechałem do Mariki mając nadzieję, że będzie sama i, że będę mógł zrobić jej mały napad na barek. Zdecydowanie musiałem się przygotować na to, że będzie siedzieć i podpytywać o co chodzi, ale i tak lepsze to niż bar, w którym tłum ludzi nijak się miał do odpoczywania, a picie w jakimś parku też odpadało. Jeszcze nie daj Boże ktoś mi się nie spodoba i dostanie po mordzie. 
- Hej... - przywitałem się z rudą i wszedłem do jej domu. Na szczęście była sama i nigdzie się nie wybierała. Było dobrze...

sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział XI - Pilot

Wizyta mamy Ariana była chyba ostatnim czego mógłbym się spodziewać. Nawet jeśli to raczej oczami wyobraźni widziałem wredną, najlepiej czarnowłosą kobietę, która raczej nie potrafi się ugryźć w język i jest co najmniej wredna. Może nie aż tak, jak ta moja, ale wredna i to bardzo. Byłem też mile zaskoczony faktem, że można było z nią tak po prostu porozmawiać o niczym. Przecież odkąd zrobiłem nam herbaty rozmowa się nie urywała, a to Arian coś mruknął, to ja dopowiedziałem i czas zleciał naprawdę milo.
W czasie, gdy Ameba postanowiła zalec na kanapie z pilotem w dłoni, ja odprowadziłem panią Rebeccę do drzwi. Tak się postępuje z gośćmi, nawet jeśli to twoi rodzice, ale zdawało się, że średnio go to obchodziło. W ogóle był jakiś... grzeczny dzisiaj. To przez wizytę jego mamy czy coś się stało? Może taki dzień, zwyczajnie wpadł w taki nastrój? A może mi się wydawało? Może to dziwnie zabrzmi, ale przez cały dzień zerkałem na niego kątem oka. Chyba nie zaniepokoiła się tylko i wyłącznie jego matka.
Wracając do salonu, zahaczyłem o kuchnię szybko zmywając talerze po obiedzie i kubki po herbacie oraz kawie. Nadszedł czas na coś słodkiego, więc ochoczo sięgnąłem po czekoladę, którą dla mnie kupił i usiadłem na kanapie obok niego. W czasie, kiedy gniotłem kolejne rządki, odłamując po kawałku słodkiej radości z każdego z nich, zerkałem na obraz migający w pudełku. Ja wiem, że gust mamy różny, ale oglądać taki chłam... no dobra, przesadziłem. Może to nie było takie złe, ale mógłby przełączyć.
- Weź daj na coś innego... - mruknąłem, wsuwając kolejną kosteczkę.
- Zapomnij.
- Zrobiłem ci obiad, coś za coś – sięgnąłem po pilota, ale uprzedził mnie i wziął go do ręki.
- Nie prosiłem się o obiad...
- No daj spokój, dawaj pilota – już go prawie miałem, kiedy podniósł rękę wysoko do góry.
- Spadaj, moja kolej. Ostatnio zanudziłeś mnie tymi dokumentami i komediami – odparł z zaciętą miną i ani myślał mi ustępować.
- Oddawaj, pomęczysz się jeszcze dzisiaj – wyciągnąłem rękę do góry, opierając się drugą o jego ramię.
- Nie mam zamiaru – mruknął i schował za sobą pilota.
No jak Boga kocham, dziecko z podstawówki... jednak skoro tak, trzeba było zejść do jego poziomu. Odsunąłem czekoladę na bezpieczną odległość i jednym ruchem sprawiłem, że już siedziałem okrakiem na jego kolanach. Spojrzałem z równą zawziętością w jego oczy i chyba nawet spuszyłem policzek. Skoro nie chce go oddać, to chociaż zasłonię mu obraz, ot co. Jednak w głębi duszy bardzo bawiła mnie ta sytuacja, więc nie zdołałem zbyt długo utrzymać tej twardej, nieskalanej postawy i po prostu się roześmiałem.
- Dawaj tego pilota, albo nie zejdę.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Rozdział XI - Rodzinne spotkanko

Wszedłem do mieszkania i od razu skierowałem się do kuchni, z której dochodziły głosy.
- No wreszcie jest i mój syn - mama wstała i uśmiechnęła się do mnie jak zwykle i uściskała mnie. Zawsze dość śmiesznie to wyglądało, bo moja mam byłą jedną z tych osób, które były wielkie, ale duchem, za to wzrostu zdecydowanie jej poskąpiono.
- Wybacz, nie wiedziałem, że przyjedziesz. - Wszedłem głębiej do wnętrza i położyłem zakupy na blacie.
- Gdybyś odbierał telefon, to byś wiedział - rzuciła i usiadła znów, po czym uniosła kubek do ust.
- Przepraszam... Zapomniałem telefonu - tłumaczyłem się.
- Twoja kawa - Julien podał mi kubek.
- Dzięki - przyjąłem napój i podgrzałem go w dłoniach do wrzenia, jak zawsze to robiłem.
- Jak to miło, że wreszcie znalazłeś sobie towarzystwo - mama była widocznie bardzo zadowolona z obecności Juliena. Tego można się było spodziewać. Zawsze ją martwiło to, że mieszkam sam. Twierdziła, że nikt nie powinien być sam, że czasami każdy potrzebuje pomocy drugiego człowieka lub zwyczajnie czyjejś obecności. Ja nie potrzebowałem... Nie tak, jak inni. Dobra, mieszkanie z białowłosym miała sporo plusów i widziałem to, ale nic by się nie stało, gdybym dalej mieszkał sam.
- Długo tak sobie siedzicie i gawędzicie? - spytałem.
- Chwilę... - przyznał Julien. - Teraz siadaj bo jest obiad.
No i tak zasiedliśmy we trójkę do posiłku. Mama nie mogła się nachwalić tego, co ugotował mój współlokator. Musiała przy okazji ponarzekać, że jedyne czego udało się mnie nauczyć to nie spalić kuchni. Okazało się także, że mama przyjechała bo "burczałem w słuchawkę bardziej niż zwykle" i z tego powodu się martwiła. Nie umiałem zliczyć ile razy jej tłumaczyłem, że o mnie martwić się nie trzeba. Zawsze dawałem sobie radę ze wszystkim, nie mam pojęcia dlaczego teraz miałoby być inaczej. Rozmowa zeszła na temat studiów i tu znów Julien miał co nie co do powiedzenia choć o dziwo nie tak uszczypliwego jakbym się tego spodziewał. Mama była jednak zadowolona chociażby z faktu, ze nie na uczelni pokazuję i poznałem tam kogoś fajnego. Niektórych ludzi z mojego otoczenia mam nie była w stanie strawić. Na przykład kiedy widziała Tarixa to miałem wrażenie, że lada chwila albo mu wygarnie, albo przyłoży. Jak każda matka uważała, że ktoś ma na mnie zły wpływ i tyle... Dalej nie mogła zaakceptować, że byłem jaki byłem i nie zmienię się.
Mimo wszystko kilka godzin upłynęło szybko i w miłej atmosferze.
- Do zobaczenia - zaszczebiotał Julien kiedy moja rodzicielka zbierała się już do wyjścia.
- Odwiedzę was niedługo - stwierdziła jeszcze.
Miałem wrażenie, że coś ją... niepokoiło? Nie wiedziałem jak to nazwać. Mniejsza o to.
Ruszyłem do salonu i włączyłem telewizję, żeby obejrzeć co nie co. Akurat trafiłem na ciekawy film akcji. Totalna rozwałka i ciekawe sceny walki. 

środa, 12 kwietnia 2017

Rozdział XI - To naprawdę ta sama krew?

Kobieta przede mną wydawała się przejawiać takie samo zdziwienie, co ja. Tak więc, no... pewnie przyszła do Ariana, to pewne. Ale kto to był?
- Dzień dobry... - przywitałem ją, lekko pochylając głowę ku dołu.
- Dzień dobry, jesteś pewnie znajomym Ariana, prawda? - uśmiechnęła się do mnie miło, na co ja od razu zrobiłem jej miejsce, by mogła wejść.
- Tak, proszę, nie ma go teraz w domu, ale niedługo powinien wrócić – odprowadziłem ją wzrokiem i w końcu zadałem decydujące pytanie. - Przepraszam, ale kim pani jest?
- A przepraszam, gdzie moje maniery. Jestem jego mamą, ale proszę mów do Rebecca – znów się do mnie uśmiechnęła, na co na poczułem się tak, jakbym zobaczył ducha.
Co było z tą kobietą nie tak? Miałem uwierzyć, że tak miła i ułożona osoba wydała na świat takiego buca, jak Ameba? Nie byłem w stanie dostrzec choć odrobiny podobieństwa między nimi. Właśnie stała przede mną jego matka, która nie dość, że grzecznie się przywitała to jeszcze miała do mnie od samego początku dobry stosunek... a może Ariego podmienili w szpitalu? W każdym razie musiałem doprowadzić się do porządku, bo zaczęła mi się dziwnie przyglądać.
- B-Bardzo miło mi panią poznać, ja jestem Julien Fia... Od niedawna mieszkam razem z Arim – uśmiechnąłem się lekko.
- Arian nie mówił mi, że z kimś mieszka... Jesteście "przyjaciółmi"? - zaakcentowała wyraźnie ostatnie słowo.
- Co? Nie, nie, nic z tych rzeczy. tylko tutaj mieszkam... - odrobinę się zmieszałem.
Co to w ogóle za pytanie? Czy kiedy się z kimś mieszka musi to oznaczać związek z tym kimś? Tyle ludzi wynajmuje pokoje, przyjmuje współlokatorów, by poprawić swoją sytuacje finansową i nikt z zewnątrz ich o to nie pyta... Jednakże to o czymś świadczyło. Czy to znaczy, że o wszystkim wiedziała? Wiedziała o tej skrzywionej orientacji? I to akceptowała?
- Och... Wybacz. A już miałam nadzieję, że mój syn wreszcie sobie kogoś znalazł.
- Nic się nie stało, naprawdę. Ale byłem pewien, że on to co chwilę sobie kogoś znajduje...
- Z nikim jeszcze nie mieszkał i o nikim nie myślał poważnie... Myślałam, że może tym razem jest inaczej. Cóż... To, że znalazł sobie współlokatora to i tak dla mnie spore zaskoczenie. Ari jest raczej niezależny.
- To już zauważyłem, ale jak widzi Pani... udało mi się odgruzować to mieszkanie, a nawet sprawić, że kupuje herbatę. Może się Pani napije? - uśmiechnąłem się szerzej.
-Z chęcią - uśmiechnęła się pogodnie. - Rzeczywiście mieszkanie wygląda o wiele przytulniej. A Arian gdzie? Mam nadzieję, że nie w pracy...
Praca Ariana, znowu... jakiś cholerny temat tabu. Dlaczego nie chciał mi powiedzieć?
- Nie, wysłałem go do sklepu po pieczywo i coś słodkiego – wyjaśniłem kierując się do kuchni, gdzie przed wstawieniem wody na gaz, wyłączyłem jeszcze piekarnik. - Powinien niedługo być z powrotem, także proszę poczekać, przy okazji załapie się pani na obiad.
- Z chęcią poczekam. Więc... może opowiesz mi coś o sobie? Pracujesz, studiujesz?
- Studiuje na tym samym kierunku co Arian, ale jednocześnie szukam pracy na weekendy. Jestem tez wolontariuszem w schronisku, więc ciężko mi będzie to wszystko ze sobą pogodzić, a pracodawcy rzadko kiedy są wyrozumiali.
- To rzeczywiście masz sporo pracy. Masz jakieś preferowane zajęcie? Mogłabym podpytać znajomych jeśli chcesz.
- Jest Pani bardzo miła, ale podziękuję. Chcę znaleźć coś sam, całe życie nikt mi nie będzie pomagał. I przepraszam jeśli brzmię niemiło, po prostu chcę się usamodzielnić. Wprowadziłem się tutaj, żeby trochę uciec od rodziców, rozumie pani – zalałem oba kubki z herbatą, a także jeden z kawą specjalnie dla Ameby. Miałem takie przeczucie, że zaraz tu się pojawi.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Rozdział XI - Rewolucja

Prułem Lalunią przez miasto, kierując się do najbliższego marketu. Nie miałem czasu na myślenie, kiedy jednak zaparkowałem i zapaliłem papierosa... Och tak mi ich brakowało! Słodka nikotynka, której ostatnimi czasy kosztowałem coraz rzadziej, bo Julien strasznie marudził, że niszczę sobie zdrowie, a w ogól fajki śmierdzą, wszędzie jest dym i popiół... No jest i co z tego? 
Gonienie mnie o papierosy nie było jedynym co robił... Wprowadził swoje porządki, w kuchni pojawiło się mnóstwo rzeczy, które były mi całkowicie zbędne, a do tego jedna szafka w całości wypełniona została lekami i innymi dobrami wprost z czeluści aptek. Łazienka też zyskała na zawartości i było w niej od groma mazideł, pachnideł i innych rzeczy, z których spora część była według mnie całkowicie niepotrzebna, żeby nie powiedzieć absurdalna. 
Moje spokojne, unormowane życie zostało przewrócone do góry nogami, tak samo jak moje mieszkanie. Wszystko nagle się pozmieniało, poukładało inaczej... Powinno mnie to solidnie wnerwiać i wnerwiało... Bardzo! Ale...
Właśnie było jeszcze to śmieszne "ale". Mieszkanie było zdecydowanie mniej puste i było... mieszkaniem, a nie moją gawrą, jak wcześniej. Pachniało inaczej, wyglądało inaczej i było w nim życie.... Takie prawdziwe. Nie budziłem się sam... i nawet jeżeli ściągano mnie z wyra o drakońskich porach, to nie było to takie złe. Śniadanie jadłem w towarzystwie... i przede wszystkim w ogóle je jadłem rano, a nie po południu. Jazda na uczelnię nie była już okropnym obowiązkiem, a sam budynek szkoły stał się jakiś bardziej znośny. Zajęcia... Nie, tu nic się nie zmieniło. Dalej słuchałem jednym uchem lub zwyczajnie spałem. Powroty do mieszkania były za to nader przyjemne. Wspólny obiad, a trzeba było przyznać, że Julien naprawdę dobrze gotował, później nie raz jakiś film, choć gust miał straszny, naprawdę. Naprawdę nie trudno mi było do tego przywyknąć, choć skutki uboczne bliskości chłopaka nieźle mnie wykańczały. Czasami ciężko mi się było skupić na czymś więcej niż jego tyłek w tych śmiesznych dresikach, które nader łatwo byłoby z niego ściągnąć. Oj, tak, ochota na niego mi nie przeszła i o dziwo nie zanosiło się na to... co gorsza zaczynałem go coraz bardziej zwyczajnie lubić.
Wyrzuciłem niedopałek i ruszyłem do sklepu. Kupienie tego, co potrzebowałem poszło mi dość szybko choć wyszedłem dodatkowo z piwem dla siebie i czekoladą z karmelem dla białowłosego konusa. Julien wszystko co było słodkie wciągał jak tornado. Słodycze widział do tego chyba przez ściany, bo ile bym tego nie nawiózł i gdzie nie położył, to zawsze wszystko znikało w zastraszającym tempie. 
Z powrotem jechałem dość okrężną drogą, ot, żeby nieco poszaleć, depnąć mojej ślicznotce ile fabryka dała. Mimo to wróciłem dość szybko i od razu zauważyłem nissana na podjeździe. To małe, błękitne autko należało do mojej matki... No ładnie, zebrało jej się jednak na wizytę.

piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział XI - A któż to?

Cały ten seans był wcale nie takim złym pomysłem, nawet jeżeli byłem zmuszony oglądać horror w towarzystwie Płonącej Ameby. Fabuła niby była banalna, ot jakaś grupa ludzi, która po kolei była zjadana przez jakieś tam potwory czy coś, ale bądź co bądź... film do najmilszych nie należał. Byłem bardzo wdzięczny mojego towarzyszowi za pozwolenie, bym wylegiwał się na jego nodze i za tę ciepłą dłoń na moim ramieniu. Nie spodziewałem się, że to zrobi, ale kiedy już to się stało odrobinę się rozluźniłem. On naprawdę grzał przez cały czas, jaka przydatna umiejętność! Coraz bliżej zima, a ja nie będę musiał siedzieć z termoforem pod kocem. No bo wydaje mi się, że przy okazji użyczy mi odrobiny ciepła... nie? Znowu o tym myślę...
Po seansie wróciłem do swojego pokoju, gdzie natychmiast zaległem na łóżku i przykryłem się szczelnie kołdrą po sam nos. Świetnie... sam w pokoju, w jeszcze nie tak całkiem swoim kąciku, bo brakowało tutaj jeszcze kilku rzeczy, a za to z tą chorą, dziecięcą wręcz wyobraźnią na temat tego, co mogłoby wyjść z szafy. Przeklinałem więc ilość fantastycznych książek, które przeczytałem w życiu i po prostu starałem się zasnąć, mając pod głową poduszkę ze znakiem Slytherinu. Chyba cieszyłem się z faktu, że Arian jeszcze nie miał powodu, by tutaj wejść. Miałem plan, by w trakcie kolejnego tygodnia odwiedzić dom rodziców tak ze dwa razy i pozabierać resztę pierdół, dzięki którym poczuję się tu w stu procentach jak u siebie. Jednocześnie trochę się tego obawiałem ze względu na moją kochaną mamusię, ale cóż... żyje się tyle raz, czasem trzeba zaryzykować.

W kolejnym tygodniu pomału wtłoczyłem jakiś normalny rytm dnia w to mieszkanie, a przede wszystkim jedzenie domowych posiłków do jadłospisu mojego współlokatora. Skoro razem mieszkamy, to byliśmy za siebie po części odpowiedzialni, a ja nie chciałem, by żywił się wyłącznie śmieciowym jedzeniem kupionym w biegu w jakimś food tracku czy barze szybkiej obsługi. Stopniowo uczyłem się przyprawiać wszystko trzy razy ostrzej niż to robiłem w domu, nawet kupiłem słoiczek marynowanych papryczek chili i przyprawę curry, specjalnie doprawiając jego porcję zgodnie z poznanym gustem. Droga na uczelnię na prującej przez ulice Laluni stawała się coraz mniej straszna, choć w dalszym ciągu co rano przyklejałem się z obawą do jego pleców. A może już nie z obawą, a po prostu z przyzwyczajenia? We wtorek i czwartek zajechałem dodatkowo pod swój stary dom, przeczuwając, że ten właśnie w tych godzinach stoi pusty, jak to zazwyczaj bywało. Na szczęście się nie pomyliłem i faktycznie byłem tam sam, jednak postanowiłem pospieszyć się nieco przy pakowaniu swoich gratów. W ten oto sposób nudne ściany mojego nowego kącika zostały pokryte kilkoma zdjęciami, jakimiś plakatami, czy też filmowymi gadżetami mojej ukochanej serii o czarodziejach. Na półce stanęła kolekcja książek i filmów, na łóżko rzuciłem ulubiony koc i jeszcze jedną poduszkę, wcześniej oczywiście piorąc obie te rzeczy w obawie przed spowodowaniem ataku alergii u Ariana... Tak, teraz było tu już lepiej. Znacznie cieplej, po prostu swojsko.
Aktualnie była niedziela, godzina wczesna, choć popołudniowa, kiedy to Ameba wyszła gdzieś do marketu szukać pieczywa, bo nie chciało mu się go kupić w sobotę rano. Ja w tym czasie siedziałem w salonie, czytałem notatki i raz na jakiś czas szedłem do kuchni, sprawdzając stan mojej zapiekanki w nagrzanym piekarniku oraz robiąc sobie chyba trzecią już dziś herbatę. Tak, to kolejna zmiana, którą tu wprowadziłem – do kuchni zawitała herbata. Trochę się nawet zastanawiałem, czy nie wszedłem za bardzo z buciorami w jego życie, mniej lub bardziej poukładane życie, ale skoro nic nie mówił i marudził tylko czasem, to chyba nie było tak źle. Przecież nie zarządziłem gruntownego remontu czy Bóg wie co jeszcze, zwyczajnie zadbałem o wnętrze, edukacje i dietę. No... to tylko z troski, nic więcej.
Przerwało mi pukanie do drzwi, więc odłożyłem stertę notatek na stolik i podszedłem do nich, snując różne teorie. Listonosz w niedzielę nie chodzi, różni ludzie z urzędu też nie, może Ari po prostu nie ma ręki, bo nakupował różnych bzdet i teraz kopie bym mu otworzył? Albo to Marika? Jakże bym się ucieszył widząc te czerwone włosy i soczyste usta! Chciałbym z nią znów porozmawiać, przeprosić za szybkie wyjście z jej imprezy, umówić się jeszcze na kawę... może miałbym jakieś szanse? Pełny determinacji otworzyłem drzwi, wyobrażając już sobie jej oblicze... i wtedy wszystko runęło. Przede mną stała kobieta w średnim wieku o długich, czekoladowych włosach. Zamrugałem szybko oczami.
- Dzień dobry...

czwartek, 6 kwietnia 2017

Rozdział X - Umrę...

Film był... zwyczajnie był, dobrze? Nie miałem do cholery zielonego pojęcia o czym... Coś tam migało na ekranie, ktoś się darł, niby coś tam mówił... Skupienie się na tym nie było mi jednak dane przez mojego kompana. 
Julien reagował nader żywo na to, co działo się na ekranie. Na początku było to zwyczajnie zabawne nawet jeżeli nie chciałem otwarcie ryknąć śmiechem i odstraszyć chłopaka, a tak to mogło wyglądać... W końcu urażona duma rzecz straszna, już to kiedyś wiedziałem, chciał mnie kopnąć gdy wytknąłem mu makijaż. Później jednak, kiedy owinięty kocem zjechał w dół i ostatecznie oparł policzek o moje udo, sytuacja przestałą być zabawna. Stała się za to... niewygodna, co z kolei można było rozpatrywać pod wieloma kątami. W końcu czyjaś twarz, bądź co bądź, blisko pewnych rejonów nasuwała oczywiste skojarzenia, co biorąc pod uwagę nastawienie białowłosego do mojej osoby w tym konkretnym sensie, samo w sobie było mało stosowne. Do tego wspomniane wcześniej rejony mojej osoby zareagowały, jak przysłowiowa "natura chciała". To także sprawiało, że było mi co najmniej niewygodnie. 
Najprostsze byłoby zgonienie Juliena z kolan, ale... jakoś nie chciałem tego robić. Przyjemny chłód jego policzka przebijający się bez problemu przez materiał moich spodni bardzo mi odpowiadał... Do tego trzeba by zrobić to jakoś tak, żeby chłopak nie zauważył mojego... problemu. Nie miałem w końcu zamiaru się z niego tłumaczyć. Nie miało to sensu. Julien dał mi już jasno do zrozumienia, że do niczego między nami nie dojdzie...
Westchnąłem i po raz setny starałem się skupić na filmie... Kurwa! Żebym choć tytuł pamiętał! Ale nie... Cała krew odpłynęła mi w inne rejony i z mózgu został czysty, niczym niewzruszony budyń... Do tego Julien znów się poruszył, wiercąc i nakrywając się szczelniej kocem. Moja dłoń, działając sama, wylądowała na jego ramieniu, które lekko potarłem. 
To tylko po to, żeby dodać mu otuchy... tylko i wyłącznie po to... Po nic więcej - musiałem powtarzać jak mantrę w myślach. 
Moje tortury zostały obwieszczone napisami końcowymi. Zamrugałem, bo szczerze mówiąc ciężko mi było stwierdzić nawet czy ktoś w końcu przeżył... Ja przeżyłem, to najważniejsze, nie? Przeżyłem i zdarzyłem przyciągnąć do siebie poduchę i nieco się zakryć, kiedy Julien unosił się do siadu. 
- Ciekawy ten film - zaczął Julien widocznie oddychając z ulgą.
- Horror jak horror... - burknąłem w odpowiedzi, bo raczej niczego bardziej kreatywnego nie byłem w obecnym stanie wymyślić. 
Nie mogłem sobie przypomnieć równie... męczącego wieczoru. 
- Zmykam się myć... - rzuciłem. Wstałem i migiem zniknąłem w łazience.
Wystarczyło się pozamykać na cztery spusty, wleźć pod zimny prysznic i nieco ochłonąć. Nic prostszego, nie? A gówno prawda! Zimna woda za bardzo mi przypominała chłodne ciało białowłosego, a jej kontakt z moim rozgrzanym ciałem sprawił, że lada chwila przestałem cokolwiek widzieć przez nadmiar pary. 
- Brawa... uduszę się we własnej łazience... - zaśmiałem się gorzko z nuta histerii w głosie. 
Musiałem wyleźć z kabiny, otworzyć okno i wrócić, żeby sobie najzwyczajniej w świecie ulżyć.
Wychodząc z łazienki czułem się zdecydowanie wypompowany z sił życiowych. Nie miałem pojęcia jak ja to wszystko przetrwam... Przynajmniej na razie, bo przecież w końcu mi przejdzie, prawda? Musiało... 
Wlazłem do sypialni i rzuciłem się an łóżko. Nie koniecznie chciało mi się już spać, ale... nie widziałem niczego ciekawszego do roboty.

środa, 5 kwietnia 2017

Rozdział X - Film

- Podobno, jak byłem mały to dostałem kataru i zacząłem strzelać sopelkami lodu na prawo i lewo – odparłem z uśmiechem. - Wystraszyłem tym trochę nianie.
- Nianie? To rodzice się tobą nie zajmowali?
- Nie do końca, zaczęli później, jak skończyłem podstawówkę. Może przez to stracone dzieciństwo mama sobie tak na mnie wszystko odbija, nie wiem. Tak mi się wydaje – wzruszyłem ramionami, rzucając pogardliwe spojrzenie talerzom na stole. 
Trzeba się było za to wziąć, pozmywać, ogarnąć co nieco... jak to teraz tak zostawimy to wszystko pozasycha, a jutro już sobota i nie miałem zamiaru rozpoczynać dnia stojąc w kuchni przy garach, rąc wczorajsze resztki z talerzy. Swoja drogą bardzo ulżyło mi i jednocześnie ucieszył mnie fakt, że tak smakowało mu moje jedzenie. Czyli jednak mogę śmiało gotować dla innych bez obaw, że to tylko ja mam skrzywione kubki smakowe i wyłącznie mi smakuje. Na następny raz będę musiał zapamiętać, żeby dodać więcej pieprzu i... może kupie papryczki chili? Skoro tak bardzo lubi ostre potrawy to meksykańska kuchnia powinna być w porządku. No cóż, wypróbuję to innym razem.
- Masz jakieś plany na wieczór? - spytałem jeszcze, zabierając talerze ze stołu i wstawiając je do zlewu, by następnie zalać wodą. Ostatecznie to rozwiązanie będzie najlepsze.
- Mówiłem, zwykle oglądam jakiś film. A co?
- Dołączę się, możesz sam coś wybrać. Tylko najpierw muszę zajrzeć do notatek i się trochę...
- Zgłupiałeś do reszty, konusie? Piątek wieczór, a ten z książką zasiada. Weź to pierdol chociaż raz.
- Mam zaległości, muszę je szybko nadgonić i nie mogę sobie pozwalać na takie coś, jak odpuszczanie wieczoru – rzuciłem mu pewne siebie spojrzenie. On i tak nie zrozumie, nawet nie robi notatek, a grzeje wyłącznie swoje cztery litery przez wszystkie godziny na uczelni.
- Ech, rób jak chcesz. Ja się stąd nie ruszam.
- Super – wskazałem na zlew pełen naczyń. - To ty pozmywaj, będę u siebie.

Wieczorem wreszcie porzuciłem książki i zeszyty, odkładając je w miarę poręcznym miejscu, jakim była szafka przy łóżku. Zapewne gdyby ta chodząca zapalniczka tu weszła prychnęłaby śmieszek na widok moich priorytetów. W końcu telefon rzucony gdzieś na drugim końcu pokoju, a książki tuż obok głowy to rzadki widok, a szczególnie już dla niego. Zdecydowałem się wreszcie włączyć telefon, jednak nawet nie sprawdzając nieodebranych połączeń od razu go wyciszyłem. Matka pewnie tego wieczoru już nie zadzwoni, ale znając życie zrobi to jutro o poranku, a ja nie miałem ochoty denerwować siebie, jak i Ameby od samego rana.
Zostawiłem wszystko w pokoju i poszedłem wziąć prysznic. Dopiero tutaj, kiedy w łazience stały wyłącznie moje kosmetyki spostrzegłem się, jak wielka różnica była pomiędzy nami nawet w kwestii higieny. Mój krem, żel, perfumy, szampon i gąbka konta mydło i ręcznik Ariana. Zaśmiałem się pod nosem, był niemożliwy. A mimo to tak strasznie ładnie pachniał... Ale nie, nie tym razem, nawet wiszący w powietrzu zapach nie skusił mnie do ponownego powąchania jego ręcznika. Tamten raz mi w pełni wystarczy do końca życia. Do salonu wróciłem ubrany tak samo, jak o poranku, a moje włosy leżały w lekkim nie ładzie. Z twarzy zniknęła maseczka, a z mimiki mojego współlokatora mogłem wyczytać, że chyba jest zadowolony. Jakoś... nie wiem, cały czas zapominam o słowach, które do mnie wypowiedział. Dobrze się przy nim czułem, lubiłem z nim rozmawiać, ceniłem sobie jego szczerość i w tym wszystkim gdzieś mi to umykało. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Raczej to drugie, tylko nie bardzo wiem jak na to zaradzić.
- To co oglądamy? - rzuciłem, siadając obok na kanapie. Cwany uśmiech, jakim mnie obdarzył odrobinę zbił mnie z tropu.
- Horror, nie popłaczesz się ze strachu?
- Chyba żartujesz – prychnąłem, naciągając na siebie koc. Bądź co bądź mieliśmy coraz późniejszą jesień, już prawie zima i wieczorami było naprawdę chłodno.
- Sam mi kazałeś wybrać to masz.
- Dobra, dobra, nic nie mówię... davai – zaakcentowałem po rusku, uśmiechając się przelotnie.

No i włączył... i się zaczęło. Jak ja nie znosiłem horrorów... nie mogłem mu przecież tego powiedzieć, znowu by sobie ze mnie zadrwił. Ogólnie fabuła była naprawdę wciągająca, podobał mi się zamysł, te wszystkie straszki też nie były złe do momentu, aż naprawdę na ekranie nie pojawiło się nic przerażającego. Szczerze mówiąc to nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiłem sobie z mojego towarzysza poduszkę. Zawinięty w koc, oparty głową częściowo o jego udo, a częściowo o poduszkę czułem się na tyle komfortowo, że niezbyt przejmowałem się tym, co może teraz myśleć. Pewnie się śmiał, kiedy to co straszniejszy moment naciągałem koc na oczy, a potem bardzo wolno go zsuwałem, by się upewnić, czy na pewno już mogę patrzeć. Nie chciałem, żeby miał mnie za tchórza... Tak bardzo tego nie chciałem... A jednak nie potrafiłem tak po prostu, niewzruszenie oglądać filmu. Pewnie gdyby go tutaj nie było już w połowie bym to dziadostwo wyłączył i poszedł w cholerę, a potem pół nocy tworzył niestworzone historie na temat tego, co tam widziałem. Jednak on tutaj był i... po części niwelował mój strach. Byłem mu naprawdę wdzięczny za obecność, że mnie nie zrzucił, że nie powiedział tych prześmiesznych myśli, jakie pewnie miał na mój temat na głos. Tak po prostu, cieszyłem się, że tutaj jest. Ze mną.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział X - Rozbrajająca ciekawość

Julien uparł się, że zajmie się obiadem. Stwierdził, że zrobi to sam. Nie sprzeczałem się. Skoro chciał to wiedział chyba co robi, prawda? Ruszyłem więc do swojej małej siłowni i zabijałem nudę wyciskając kolejne pompki i podciągnięcia. Musiałem przyznać, ze tym razem liczenie powtórzeń nie wychodziło mi najlepiej rozpraszało mnie to, że wciąż po głowie chodził mi Julien... To jak to wszystko między nami teraz wygląda... To jak mi się śnił. Zdecydowanie za długo mnie trzymało... Może to dlatego, że mi odmówił? Tylko, że... normalnie chyba bym to zwyczajnie olał. Tym razem nie mogłem. 
Coraz przyjemniejszy zapach w końcu wygonił mnie pod prysznic. Szczególnie, że pobudził mój żołądek, który zaczął odwalać koncert. 
Ruszyłem do kuchni, gdzie białowłosy postawił na stole dwa talerze.
- I co, trafiłem w twój gust? - spytał uśmiechając się słodko.
Musiałem przyznać, że danie wyglądało naprawdę smakowicie, a pachniało jeszcze lepiej. Zabrałem się więc za widelec i spróbowałem. Siedziałem chwilę przeżuwając i spoglądając na to, jak Julien wyczekuje mojego werdyktu. Bawiło mnie to szczerze mówiąc, szczególnie, że od bardzo dawna nie byłem w takiej sytuacji. 
- No muszę ci powiedzieć, że naprawdę pycha - stwierdziłem, na co westchnął z ulga i uśmiechnął się jeszcze ładniej zabierając przy tym wreszcie za swoją porcję. - Jedyne co, to mogłoby być ostrzejsze.
- Lubisz ostre potrawy? - dopytał.
- Tak... Ostre i pieprzne smakują mi najbardziej, choć muszę przyznać, że z kurczakiem naprawdę trafiłeś. Lubię drób. Co do warzyw to bywa różnie, ale ogólnie nie jestem jakoś szczególnie wybredny - wzruszyłem ramionami. 
- Ostre i gorące, co? - zaśmiał się, a widząc, że mu się przyglądam dodał: - Zwyczajnie to takie... no pasuje do ciebie. Ja za to lubię łagodne rzeczy... a już najbardziej słodkie.
- A do tego lurowante - dodałem z uśmiechem i zająłem się pałaszowaniem obiadu. 
Dość dawno nie jadłem nic takiego... konkretnego i domowego. Sam raczej coś odgrzewałem albo robiłem coś prostego. Szczytem moich kulinarnych osiągnięć było wkrojenie do gara ziemniaków, kiełbasy i cebuli, zasypanie tego pieprzem i uduszenie. Reszta była raczej przynajmniej w połowie ze słoika... Albo z knajpy, co zdarzało się zdecydowanie najczęściej.
- Dziś też wychodzisz? - spytał chłopak kiedy skończyliśmy.
- Nie... dziś choćby nawet, to mi się zwyczajnie nie chce - opadłem na kanapę zadowolony z pełnego żołądka. Dawno nie obżarłem się aż tak, ale zdecydowanie było warto. Musiałem przyznać, że pasowało mi zapisać ogromny plus z posiadania współlokatora.
- A jak często pracujesz? - usiadł obok mnie i przyglądał mi się. Ta jego ciekawość mnie rozbrajała... Z jednej strony irytowała i to porządnie, bo nigdy nie lubiłem być wypytywany o swoje sprawy, ale z drugiej... to było coś innego. Taka zwyczajna rozmowa z kimś, kto się mną interesował. może i coś tam sobie pisał w głowie do szeroko pojętej opinii, ale nie stał i nie wrzeszczał.
- To... zależy. Czasami tylko raz w tygodniu, czasami kilka. Zależy od tego czy jest robota i czy mi się chce - sięgnąłem po pilota i zacząłem skakać po kanałach. 
- Nie powiesz mi nic więcej, co?
- Ale cię to męczy... - sapnąłem.
- Tak... Z innymi rzeczami jesteś zawsze bezpośredni i szczery, czasami wręcz za bardzo, a z tą się kryjesz. 
- Ponieważ to nie jest coś, o czym się od tak mówi, ok? Po pierwsze postronni nawet nie powinni wiedzieć, a po drugie masz jednak dość rozwinięty kodeks moralny. Kolejne kilka minusów do listy podpisanej "Ameba" w twojej głowie mi nie potrzebne. 
- Och... - wymamrotał, ale odezwał się znowu. - A co robisz tak wiesz, poza pracą i imprezami.
- Odsypiam po pracy lub imprezie - zaśmiałem się. - A tak na poważnie to... chyba to nie mam za wiele zajęć poza grzebaniem przy Laluni i treningami. Najczęściej siadam przed telewizorem, oglądam jakiś film... Nic szczególnie pasjonującego.
- A co to za treningi?
- Od piątego roku życia trenuję karate, z biegiem lat doszło mi muay thai i krav maga - wyjaśniłem.
- Wcześnie zacząłeś.
- Mamie ktoś nawciskał kitu, że to pomoże z moją żywiołowością. Nie pomogło, ale za to miałem zajęcie, które zdecydowanie polubiłem. Uprzedzając zapewne kolejne pytanie. Tak, od dziecka byłem dość... nieznośny. Tak to nazwijmy. O tym, że coś ze mną średnio normalnie mama dowiedziała się kiedy miałem bodajże z cztery miesiące, stałą gorączkę i przykopciłem materac. Wszystko przez zwykła kolkę. A u ciebie jak to było, lodóweczko?

sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział X - Obiad

Może moja matka święta nie była, jednak to, jak odzywała się do niej Ameba uważałem za sporą przesadę. W końcu to nie była jakaś tam przypadkowa osoba z ulicy, która zaczęła n niego skakać, bo tak, tylko właśnie moja matka... cholera, a może nie powinienem już jej tak bronić? Zachowywała się źle, nawet mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że niegodnie, jak na kobietę w jej wieku, ale wciąż łączyły mnie z nią więzy krwi i czułem się zobowiązany do obrony jej imienia. Ale czy nie byłem już na to za stary..? Nie wiem, już nic nie wiem, a charczenie Laluni zagłuszyło moje myśli. Chyba powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego tak bardzo kocha szybką jazdę. Sam fakt, że nie można wychwycić wzrokiem większych szczegółów mijanych obiektów, szum silnika i wiatr, który jakby wywiewał niepotrzebne myśli z głowy. Więc robił to by się wyszumieć... teraz chyba stało się to dla mnie logiczne.
Gdy dojechaliśmy pod dom już nie zszedłem z niej, jak poparzony, choć znów przez całą drogę mocno przytulałem się do jego pleców. Takie tam, zwykły odruch, nic wielkiego... poza tym i tak musiałem się go trzymać, by nie spaść, więc moje działanie było w pełni usprawiedliwione. W mieszkaniu ledwo odłożyłem torbę na kanapę, a już poszedłem do kuchni, co było chyba nie małym zdziwieniem dla mojego współlokatora. No co... sam powiedział, że jest głodny, to chyba czas najwyższy coś ugotować, tak? Bo szczerze wątpiłem, by potrafił coś więcej jak jajecznicę, na szefa kuchni to on mi nie wyglądał.
- Masz jakiś mięso? Warzywa? - spytałem, otwierając lodówkę. - Kiedy ty robiłeś jakieś zakupy...
- No co ty chcesz, jest co jeść. Czegoś się spodziewał?
- Niczego... pójdę na zakupy, niedługo wrócę. Możesz mi zrobić kawy.
- Nie dość, że to z kawą nie ma nic wspólnego to jeszcze będziesz chlać na zimno?
- I tak niemal za każdym razem robię z niej mrożoną – skwitowałem i niedługo potem wyszedłem z mieszkania.

Biorąc pod uwagę to, że zajęcia kończyły się mniej-więcej o czternastej, a w domu byliśmy raptem pół godziny później, to teraz dochodziła pewnie szesnasta. Tak, wiem, trochę późno, jak na porę obiadową i w sumie bliżej nam było do kolacji, ale to nie moja wina, że musiałem tutaj zaczynać od kompletnego zera. Nie mogłem też zrobić jakiejś zupy, Arian nie wyglądał mi na specjalnego zupożercę i raczej usatysfakcjonowałby go jedynie pokaźny kawał mięsa. Właśnie dlatego też zajęło mi to tyle czasu... przecież kurczak musiał poleżeć trochę w przyprawach nim nabrał odpowiedniego smaku, potem zapiec w ryżu z warzywami i dopiero wtedy mogłem podać danie, z które rzeczywiście mogłem być dumny.
- Proszę, smacznego – odparłem, stawiając na stole dwa pełne jedzenia talerze. Z satysfakcją usiadłem gdzieś niedaleko niego i ściągnąłem maseczkę, więc mógł zobaczyć uśmiech na mojej twarzy. - I co, trafiłem w twój gust?