środa, 31 maja 2017

Rozdział XIV - Tyrada o Brajanku

Otworzyłem szeroko oczy, słysząc to wyznanie.
- Łah, całe dwa miesiące? - zacząłem mu od razu bić brawo. - Nie wiem czy się śmiać czy płakać, dlatego powiem, że jestem dumny – przyznałem z uznaniem.
- Ha, ha, ha... Śmiej się, śmiej... Masz z czego – wyburczał, wciąż na mnie patrząc. - A wszystko przez ciebie.
Chyba nie muszę mówić, jak wielki uśmiech pojawił się na mojej twarzy, gdy usłyszałem te słowa. Kurcze no, było w tym coś uroczego.
- Skąd miałem wiedzieć, że płoniesz do mnie tak gorącym uczuciem? - roześmiałem się. - Byłeś dla mnie tylko płonącym dupkiem.
- Przecież Ci powiedziałem, że mi się podobasz... - podszedł do mnie i zadziornie przyciągnął do siebie. - Dalej płonę... i może jestem teraz nieco mniej dupkiem, co? - spytał z przekąsem.
- Podobanie się komuś niekoniecznie musi mieć związek z jakimkolwiek głębszym uczuciem. Pech chciał, że poznałem cię raczej od strony napalonego frajera - mruknąłem, podnosząc nieco głowę do góry. - Wciąż jesteś dupkiem, trochę mniejszym, ale wciąż. Tylko teraz prywatnym.
- Oj, oj... Nie mów głośno, bo się wyda, że masz słabość do dupków - wyszczerzył się zadowolony, a kiedy zanadto skupiłem się na tym uśmiechu, jego dłonie zabłądziły gdzieś na moje biodra.
- Jaką znowu słabość, raz mi się zdarzyło... Wypominać mi będzie – nadmuchałem policzki, udając obrażonego. Jednak nie byłem w stanie wytrzymać tak za długo, rozproszony tym podejrzanym macaniem w pasie. Bosz, napaleniec, zboczeniec...
- No oczywiście, że będę. A do tego mam nadzieję, że jestem i będę jedynym dupkiem, do którego masz słabość – zamruczał i tym razem już skubnął mnie w ucho, przez co zmrużyłem nieco oczy i odchyliłem niepewnie głowę.
Wciąż pewne rzeczy były dość dziwne, nowe i zaskakujące, ale przy tym stawały się także coraz bardziej przyjemne. Przykładem jest choćby to co robił teraz. Nigdy wcześniej nie powiedziałbym, że będą mi się podobać takie rzeczy.
- Zastanowię się... Jednak większą słabość mam do ciasta twojej mamy. Może zjemy?
- Nie ma żadnego zastanawiania się – znów zaczepił moje ucho, a sekundę później poczułem krótkie muśnięcie zębami. - A co do ciasta to przynajmniej wiem czym cię w razie czego przekupić.
- O nie, nie. Taki łatwy to ja nie jestem, samo ciasto nie wystarczy. Nie zauważyłeś po takim czasie? - odsunąłem się od niego mimo wszystko. - Ile nam to zajęło..? W sumie trzy miesiące. Brajanka raczej wyrwałeś w jedną noc. Kolejne brawa za wstrzemięźliwość!
- Ale co on ma do rzeczy? Wiesz przecież, że ten koleś nic dla mnie nie znaczy... Ot było sobie jedną noc i minęło. Poza tym nie mówiłem nigdy, że jesteś łatwy...
- Ugh, po prostu dalej mnie wkurwia... - przewróciłem oczami, zaskoczony tym, jakie słowa wypływają dziś z moich ust. Przecież ja nie przeklinałem... A przynajmniej nie tak, by wszyscy to słyszeli. -Zastanawia mnie też ile mogłeś wypić, żeby nie dostrzec takiej brzydoty.
- Wcale nie... - urwał i natychmiast się poprawił. - Zwyczajnie się kiedyś do mnie dosiadł, a że wypiłem i potrzebowałem towarzystwa to tak wyszło i tyle. Naprawdę nie masz się czym przejmować.
„Wcale nie...”?Urwał! Próbował się wykręcić! Czyli coś ukrywa, wiedziałem! Uniosłem więc brew wysoko.
- Wcale nie..? No proszę, kontynuuj.
- Wcale nie byłem aż taki znów pijany...
- Czyli ci się podoba? - spytałem, choć znałem odpowiedź na to pytanie.
Gdyby wciąż go interesował, nie siedziałby teraz ze mną, a mimo to irytowała mnie świadomość, że gdzieś całkiem niedaleko stąd ten śmieć sobie beztrosko żyje... Miałem taka straszną ochotę to zmienić i to życie mu skrócić w trzy sekundy.
- Nie o to mi chodziło – zrobił pauzę nim dokończył. - Podobasz to mi się ty, a on... Po prostu nie łap mnie za słówka, co? Serio, było, minęło, nie wróci... tyle w temacie...
- Coś nie masz się jak bronić – pokręciłem głową i machnąłem ręką. - Nie ważne, nie istotne, wszystko wiem, ale... wciąż go nienawidzę.
- No skoro ci podpadł. Ja się nie wcinam. W razie czego wiem jak zutylizować zwłoki... To co, robimy coś dobrego do jedzenia?
„Robimy”, tak..? Już ja znam to „robimy”. „Ja popatrzę, ty porobisz”, zgadza się?
- Bez problemów je rozszarpię, nie ma kłopotu – mruknąłem i udałem się w stronę kuchni.
Niewiarygodne, ale czułem, jak rozsadza mnie od środka. Wystarczyło tylko wspomnieć jego imię, a mnie już zaczynało nosić. Tak bardzo go nie znosiłem.
- Zasrany dupek, po chuj to się w ogóle urodziło? Daje dupy za gar zupy, potem się przypierdala porządnego człowieka, ugh - wstawiłem wodę na kawę, po czym sięgnąłem po jej puszkę do szafki. Zerknąłem katem oka, by zlokalizować chłopaka, a ten oczywiscie stał już w drzwiach. Po uśmiechu na jego twarzy od razu wywnioskowałem, że chyba dobrze się bawi słuchając tego, co mam do powiedzenia na jego temat.
- Masz... ciekaw rymy – usłyszałem i aż prychnąłem.
- Tia. Boże, po tym szczylu widać, że się puszcza z odległości wielu mil - wywarczałem jeszcze raz. - Myślałem, że te licealne siksy, które rozpaczały, że mejkap im spłynie były straszne, ale jak widać chodzą po tym świecie gorsze kreatury.
- Wyglądasz naprawdę zjawiskowo, kiedy jesteś taki zazdrosny - wyszczerzył się szeroko, a ja miałem już ochotę nie tylko Brajanka, ale też i jego zastukać. Tak mnie podjudzać..!
- Ja nie jestem zazdrosny! - łupnąłem cukierniczką o blat. - Tylko zwyczajnie poirytowany. A także zawiedziony, że mimo wszystko kiedyś zobaczyłeś w nim coś atrakcyjnego. Krzywe zęby, tłuste włosy, krzywe, chude nogi... Jeszcze torebeczki mu na ramieniu zabrakło, mały gnój. Ile on ma w ogóle lat, 15? Jeszcze raz go spotkam to się cofnie do podstawówki.
Z uszu mi aż kipiało i chyba... on też to zauważył, bo zaraz mocno mnie objął, a ja poczułem się dziwnie. Jednocześnie jednak bardzo, bardzo miło. Chciał mnie uspokoić, prawda? Nie miałem nic przeciwko.
- Posłuchaj mnie uważnie. Naprawdę nic nie mam do tamtego chłopaka, ok? Nic, a nic... To był tylko i wyłącznie seks. Nie mam pojęcia ile ma lat, nawet imię musiał mi przypomnieć ostatnio, bo za cholerę nie pamiętałem. Nie masz czym się tak złościć. Teraz mam ciebie i na tobie naprawdę mi zależy, więc przestań ciskać gromami z oczu i skup się na tym co robisz, bo stanie an tym, że zrobisz sobie jakąś krzywdę.
- Nic sobie nie zrobię, bo nie jestem zły na Ciebie tylko na niego. Rozumiesz? Denerwuje mnie, że jest. Ale bym mu łepek ukręcił... - ostatnie wyszeptałem, choć nie ukrywałem płynącego z tych słów jadu.
- Rozumiem, rozumiem, ale już naprawdę spokojnie – i chyba się uśmiechnął, ale nie zdążyłem tego zarejestrować, bo zaraz mnie pocałował. W dodatku nie byle jak... Tak słodko, czule i nie przesadnie namiętnie. Słowem: idealnie. I niech mnie tak całuje... tylko nie teraz, gdy brzuch przygrywał mi pieśni żałobne.
- Dobra to... odgrzeję rybę, a ty zalejesz kawę – posłałem mu krótki uśmiech i udałem się do lodówki. Kwestia przyrządzania, bądź też podgrzewania jedzenia jak zwykle była moją działką.
Dzięki temu, że sprawnie nam to wszystko poszło już niecałe piętnaście minut później zasiedliśmy w salonie na tej wysiedzianej już kanapie. Na stole talerze z gorącym jedzeniem, obok oczywiście kawa i jakaś woda na popitkę, tylko słodyczy brakowało. Ale to tam zaraz... Od czego ma się takiego CUDOWNEGO CHŁOPAKA, który na pewno, gdy go ładnie poproszę, to pozmywa i wróci z ciasteczkami z czekoladą.

niedziela, 28 maja 2017

Rozdział XIV - Sprawa celibatu

- Powiedziałam ci raz, nie mam zamiaru powtarzać. Przez najbliższy tydzień pierdol się sam, bo ja nie mam zamiaru brać żadnej roboty - rzuciłem do Tarixa i zaciągnąłem się dymem z papierosa.
Wyszedłem z domu to przynajmniej mogłem zapalić. Miałem jednak wrażenie, że przyjdzie mi całkiem rzucić fajki, choć nie raz tęsknie za nimi spoglądałem, bo zwyczajnie miałem ochotę zapalić. Miałem z tym jednak jeden problem... poważny problem z cholernie zgrabnym tyłkiem, który gonił mnie strasznie o palenie.
- Nie możesz mi tego zrobić... - jęknął tak błagalnie, że prawie było mi go żal. Prawie...
- Trzeba było do mnie zadzwonić zanim skrzyknąłeś ludzi - wzruszyłem ramionami.
- Nie odbierałeś...
- No i właśnie! Nie odbierałem, bo nie miałem, kurwa, najmniejszej na to ochoty! Kiedy ty się nauczysz, że ze mną się nie da na siłę? Któregoś dnia cię obiję i każę ci wytatuować na mordzie, że jak ktoś nie odbiera to najwyraźniej nie ma na to za chuj ochoty.
Ruszyłem do wyjścia mając gdzieś co on teraz zrobi. Miałem ochotę wypalić jeszcze z jednego papierosa, ale... wolałem nieco wywietrzeć zanim wejdę do domu, bo Julien znów szybko wyniucha dym. Co jak co, ale czuja to miał dobrego.
Wracając jednak do mojej pracy to... zdecydowanie się od świąt obijałem. Miałem zamiar jeszcze to pociągnąć. Wiedziałem jednak, że teraz trudno mi będzie nie mówić nic na temat mojego zajęcia Julienowi. Póki co nie pytał, ale wiedziałem, że prędzej czy później to zrobi i już nie bardzo będę mógł rzucić, że to nie jego sprawa. Byliśmy razem i miał prawo wiedzieć. Z tym, ze wiedziałem jak zareaguje. Przerabiałem to z mamą i Mariką... Wiedziały, martwiły się o mnie i próbowały mi to wybić z głowy. Miałem niemiłe przeczucie, że z białowłosym będzie podobnie, z ta różnicą, że choć tamte dwie ostatecznie akceptowały to, jak cholernie byłem uparty w tym temacie, tak nie miałem pojęcia jak będzie z Julienem.
Wsiadłem na motocykl i ruszyłem pędem w stronę domu. Było zimno jak cholera i ludzie wokoło patrzyli na mnie jak na wariata, ale mnie mrozy nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, od pewnego czasu zdecydowanie polubiłem chłód...
Wszedłem do domu i zdążyłem zdjąć kurtkę i buty, kiedy do mieszkania wpadł Julien.
- No hej, Zmarzluchu - rzuciłem. - Jak bardzo rozbiłeś klekota? - spytałem z uśmiecham, bo jakoś tak mi się skojarzyło to, jak wpadł do mieszkania. W końcu udzielałem mu kilku lekcji i widziałem, że początkowo był zdenerwowany i to naprawdę solidnie. Teraz wyglądał podobnie.
- Aria ja... nie spałem z Mariką - rzuciła, jakby cholernie mu się spieszyło, żeby mi to powiedzieć.
Ja zaś... nie wiedziałem co powiedzieć. Zdecydowanie nie spodziewałem się takiego wyznania.
- Jak to...? - spytałem mimowolnie. - Mówiłeś przecież, że...
- To nieważne... Naprawdę. Po prostu... - westchnął ciężko. - To był jej plan, chodziło o to, żebyś był zazdrosny,a  do tego... Ja byłem zazdrosny! Myślałem, że spałeś z tym... dupkiem - widać było, że cisnęły mu się na usta inne słowa, ale powstrzymał się z trudem przed wypowiedzeniem ich na głos.
- Nie spałem z nim... Nie tamtego wieczora, ani później... Mówiłem ci już, że to była głupota - stwierdziłem, bo wracanie do tego tematu było zdecydowanie mało przyjemne.
- Wiem... wiem wszystko. Ten kretyn złapał mnie pod cukiernią i ochrzanił o to, że "zepsułem wam zabawę", do tego kazał mi się od ciebie odpieprzyć! Rozumiesz ty to w ogóle?! Wpieprzyć to ja mogę, ale jemu! Tak solidnie - warknął aż chłodem powiało.
Spojrzałem na jego zaciętą minkę i złote oczka, które zrobiły się teraz zdecydowanie zimne mimo swojej pozornie ciepłej barwy i uśmiechnąłem się szeroko.
- Słodko wyglądasz kiedy się tak wściekasz. Do tego ta zazdrość... - podsumowałem.
- Ja wcale nie jestem zazdrosny - fuknął i przycichł, choć widać było, że aż nim nosi.
- Tak, tak... Oczywiście - przyciągnąłem go do siebie i objąłem gładząc po włosach. - Mój słodki, zmarznięty, zazdrośnik... - wymruczałem i skubnąłem jego ucho. - A teraz chodź... pomogę ci wnieść zakupy.
- Tak... dobrze - wymamrotał i razem zeszliśmy do auta, które stało, nieco krzywo zaparkowane, pod domem.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej, że... no, że do niczego między wami nie doszło? - spytał, kiedy staliśmy już w kuchni, rozpakowując torby. - Wiedziałeś, że się o to złoszczę...
- Nie wiedziałem, ze to miało dla ciebie aż takie znaczenie, a poza tym... Nawet gdybym ci tak po prostu powiedział, to uwierzyłbyś od tak? - zapytałem w zamian.
- Ja... - zawahał się. - To nie tak, że ci nie ufam, ale...
- No właśnie. Raczej takie odmawianie do mnie nie pasuje, nie? - wstawiłem wodę na gaz. - Poza tym... Sam jakoś nie bardzo jestem w stanie uwierzyć ile już ciągnę na celibacie - zaśmiałem się, bo to było wręcz dziwaczne.
-To znaczy...? - spytał Julien z lekkim wahaniem.
- To było jeszcze jakoś przed tą pamiętną imprezą, po której dałeś mi malowniczego kosza... - oznajmiłem. Tak, tamten kosz dalej bolał, choć teraz zdecydowanie mniej.

sobota, 27 maja 2017

Rozdział XIV - Niemożliwy!

Miło było tak popatrzeć na małą Amebę uwiecznioną na zdjęciach. I choć wiedziałem, jak bardzo musiało to być dla niego momentami żenujące, zabawa była przednia! Ten wielki, momentami groźny facet w piżamce w dinozaury, soczkiem w ręce i w dodatku zakochany po uszy w Małej syrence, wszystko to wydawało się niemożliwe. Następnym razem będę musiał poprosić jego mamę o odbitki! Nie ma bata, przynajmniej jedno z tych zdjęć musi trafić do ramki i stanąć gdzieś w salonie. A może za bardzo się rządzę i jemu wcale by się to nie spodobało? Cóż, nim do tego dojdzie trzeba będzie zacząć przekonywać go małymi kroczkami, najlepiej pod postacią naszych zdjęć w ramkach gdzieniegdzie rozłożonych po domu.
Z racji tego, że byłem w domu jako pierwszy zająłem się pochowaniem wszelkiego jedzenia, które podostawaliśmy od pani Rebecci. No cóż, może i było tego dużo, ale plus w tym taki, że przez tydzień nie trzeba było robić zakupów. Kolejnym punktem były prezenty: zarówno ten dla mnie od Mariki, jak i ten dla Ariana. No i jeszcze dojdzie ten od niego dla mnie... obawiałem się, co to mogło być. Ze swoim zmieściłem się w niewielką torebkę prezentową, oby tamten nie przerósł go dziesięciokrotnie. Ale chyba nie miałem się o co martwić, w końcu zapewne obaj załatwialiśmy te rzeczy w trakcie tej zażartej kłótni, czy jakkolwiek idzie nazwać to, co działo się w tym przedświątecznym czasie. Z zamyśleń wyrwał mnie nie kto inny, jak Arian, który po dłuższej chwili nieobecności wreszcie przekroczył próg mieszkania.
- Dobrze, że już jesteś – zacząłem, posyłając mu lekki uśmiech. - Mam coś dla Ciebie i...
- Ja też, ale to musimy wyjść – odparł i rzucił mi do rąk kurtkę, a ja spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
- Ale po co?
- Nie wniosę ci tego do domu, proste – uśmiechnął się, a mnie aż zmroziło. Co to, do cholery, mogło być? Zastanawiając się wciąż, ubrałem się w końcu i wyszliśmy z mieszkania.
Przez cały czas chodziło mi po głowie, co też mógł wymyślić, przez co mierzyłem go co trochę wzrokiem z ukosa. Arian, deklu, co niby miało być...? I w tamtej chwili wręczył mi do rąk... kluczyki. A ja zamarłem. Chwila, moment, klucze... Nie od mieszkania, a to znaczyło, że...
- KUPIŁEŚ MI SAMOCHÓD?! - Nie wytrzymałe i niechcący aż krzyknąłem, nie dowierzając.
- Nie nazywaj tego samochodem... To tylko puszka na kołach. Myślałam o jakimś skuterze czy coś, ale biorąc pod uwagę, jaki z ciebie zmarzluch to padło na to coś... Wsadzisz tyłek i przejedziesz, gdzie będziesz chciał, a nie będziesz się tłukł autobusami – spojrzał na mnie, jakby to wszystko było takie oczywiste. A ja nie mogłem w to uwierzyć.
Co z nim było nie tak? Szybko dostrzegłem niewielkie autko na parkingu, a naciskając guzik przy kluczach potwierdziły się moje teorie spiskowe. On naprawdę kupił mi coś takiego... A ja się zmieściłem w małej torebce z tak badziewną rzeczą... Uderzyłem się w czoło, jednak takiej reakcji z jego strony to się nie spodziewałem.
- Nie podoba ci się, nie? Tak myślałem, cholera – mruknął.
- Co? Nie, nie! Jest świetny, dziękuję – szybko i kontrolnie go przytuliłem. - Kompletnie się nie spodziewałem, zaskoczyłeś mnie – uśmiechnąłem się szeroko i chyba udało mi się zażegnać sytuacje, bo nawet na jego twarzy dostrzegłem uśmiech. - Teraz moja kolej... oh, on będzie badziewny w porównaniu z twoim – dodałem pod nosem i skierowałem się z powrotem do bramy. Kluczyki schowałem w międzyczasie głęboko do kieszeni, by ich zaraz nie zgubić i zamknąłem ją szczelnie na zamek.
W mieszkaniu ledwo ściągnąłem z siebie kurtkę, a już chwyciłem za torebkę z prezentem. No i tu zaczął się mój wykład, to chyba z nerwów.
- Miałem pustkę w głowie, kiedy wybierałem dla Ciebie prezent, a pomysł przyszedł tak nagle, że nawet nie rozpatrywałem innych ewentualności. Pewnie nie będzie ci się podobał, jednak zaryzykuję... - podałem mu to „maleństwo” i tylko nerwowo obserwowałem zmiany w jego mimikę w trakcie rozpakowywania. W środku nie było niczego nadzwyczajnego: perfumy, ale nie tylko. Dołożyłem do nich także ciężką bransoletę ze srebrna, której boki obłożone były czarną skórą. Istną męczarnią było oglądania jego zdziwienia w czasie, gdy zakładał ją na rękę.
- Fajna, ciężka. Jak nią komuś przywalę to będzie to malowniczo wyglądać – wyszczerzył się do mnie, a mi spadł kamień z serca.
- Czyli ci się podoba? Matko święta, jaka ulga!
- Pewnie, że się podoba – odparł biorąc perfumy i nieco je powąchał. - Ciekawe... Tylko jak zwykle będę zapominał się nimi pryskać...
- Będę ci przypominać, nie martw się. Zauważyłem właśnie, że żadnych nie masz, a ja... lubię kiedy pachniesz.
- Mam... Schowane w szafce w pokoju. Marika swego czasu mi ich naniosła, ale jakoś mi nie za bardzo odpowiadały. O swojej sklerozie do psikania się nimi nie wspomnę – psiknął się lekko perfumami i przyciągnął mnie do siebie. - To jak... pachnę teraz odpowiednio? - zadziornie się uśmiechnął.
- Mhm, wiec to tak... - oparłem dłonie na jego ramionach. - Teraz perfekcyjnie.
- To może nawet postaram się o tym nie zapominać.... - skubnął mnie w szyję, a ja nie powstrzymałem śmiechu, choć odchyliłem głowę.
Później przyszedł jeszcze czas na rozpakowanie prezentu od Mariki, którego to dostałem zakaz otwierania przy ludziach. Zabrałem się więc do niego pełen obaw, a widząc w środku kocie uszy na opasce oraz ogon wszystko stało się jasne... No co za kobieta, dlaczego takie coś dostałem właśnie ja?! Szybko jednak znalazłem idealne zastosowanie dla uszek, Arian wyglądał w nich świetnie. Musiałem zrobić mu w nich całą sesję zdjęciową! I jedno mogę śmiało powiedzieć: ten dzień do końca był już nad wyraz miły.


Święta, święta i po świętach. Zapasy w lodówce się skończyły, dosłownie, bo wyjedliśmy wszystko co do okruszka z wojskowej partii żywieniowej Pani Mamy. W szafkach zaświeciło pustkami, w brzuchach kiszki marsza grają... Niby można jakoś pociągnąć na gotowym jedzeniu kupowanym w knajpach niedaleko domu, czy przez internet, ale to nie był zdecydowanie mój styl bycia. Dlatego też teraz, ledwie dwa dni po świętach, kiedy wszyscy zaczynali robić zapasy alkoholu na Sylwestra, a Ari miał inne, lepsze rzeczy do roboty, ja wylądowałem w sklepie w długaśną listą zakupów. Żeby nawet cukru w domu nie było, no ludzie... W każdym razie padło na mnie, nie narzekałem. Przynajmniej mogłem się przekonać na własnej skórze, jak to cacuszko jeździ i wcale nie było tak źle. Nawet wyliczyłem w tym wszystkim trzy najważniejsze punkty:
  1. Nikogo nie zabiłem.
  2. Siebie nie zabiłem.
  3. Nie stałem w zatłoczonym autobusie z siatami pełnymi po uszy.
Arian chyba faktycznie miał rację, potrzebowałem samochodu. Wcześniej tego nie dostrzegałem, jednak teraz widziałem, jak wielki level up zaliczyłem zmieniając środek transportu po mieście.
Teoretycznie miałem już wszystko i mogłem już wracać do domu, ale po prostu m u s i a ł e m wstąpić do cukierni po jakieś ciasto, musiałem! Za bardzo pachniało, za bardzo mnie kusiło bym mógł być tak okrutny i je zignorować. Zostawiłem więc siaty na siedzeniu w aucie i ruszyłem w stronę cukierni, kiedy nagle usłyszałem czyjś wołający mnie głos. Nie byłem pewien, do kogo należał, jednak już na sam jego dźwięk wiedziałem, że nie będzie to przyjemne spotkanie.

czwartek, 25 maja 2017

Rozdział XIV - Syrenki i inne sensacje

- To sobie przygrzeję - rzuciłem i złapałem go mocno, szybko, przyciągając do siebie i wpijając się w jego usta, na których osiadł smak tych kilku upitych łyków słodkiej kawy ze sporą ilością mleka. 
W ostatnim czasie szczerze ten smak polubiłem, szczególnie jeśli był w zestawieniu z zimnymi, miękkimi ustami Juliena. Zdecydowanie smakowanie ich każdego ranka było czymś, co zdecydowanie by mnie ucieszyło. Aż nazbyt łatwo przyszłoby mi się do tego przyzwyczaić. Dziwne, bo jeszcze do niedawna nie myślałem o nikim w ten sposób. Nie rozpatrywałem relacji z kimś pod kątem wspólnego życia, dzielenia poranków równie przyjemnie jak nocy. Co prawda do nocnych konkretów z Julienam musiałem jeszcze dojść, ale wszystko w swoim czasie i teraz naprawdę miałem nadzieję, że ten czas naprawdę miałem, że nie musiałem się martwić, spieszyć.... Było dobrze.
- Dobra, dobra... Koniec już... - stwierdził chłopak i zaczął wiercić się, żeby wyswobodzić się z moich objęć. Nawet jeżeli chciał się odsunąć, to na jego ślicznej buzi gościł cudny uśmiech. Cholera! Jak on mi się podobał kiedy patrzył na mnie z takim ciepłem w oczach. Jak nie byłem jakimś wielkim amatorem tulenia się i innych czułostek, tak w takich chwilach miałem ochotę zamknąć go w objęciach i zwyczajnie zgnieść.
- No ok... Ale to tak tymczasowo - stwierdziłem. Dobra, tutaj może i musiałem się hamować, ale w naszym mieszkaniu nie miałem zamiaru. Oj, nie... - To ja znikam się nieco ogarnąć. Masz grzecznie na mnie czekać - pocałowałem go jeszcze przelotni i ruszyłem do łazienki.
Okazało się, że musiałem nieco kwitnąc pod drzwiami, bo Mari akurat mnie uprzedziła.
- I jak się spało, Płomyczku? - zaśmiała się ledwie wyszła. Oczka jej błyszczały co zwiastowało jedno... Jędza znów coś knuła jak nic. Az za dobrze ją znałem i wiedziałem, że kiedy aż do tego stopnia ciszy mordkę, to coś jej się rodzi w tym rudym łbie albo właśnie coś zwyczajnie zmalowała. Była jak kot, który zeżarł kanarka, mogłaby zacząć się teraz oblizywać.
- Nawet nie będę pytać co tym razem... - stwierdziłem. - A co do spania, to dobrze - uśmiechnąłem się do niej jadowicie.
- Wiem! - zapiszczała i w podskokach czmychnęła do pokoju. 
Dobra, to już było dziwne, ale prędzej czy później i tak wylezie co ona znów kombinuje. Z resztą już teraz to nie mogło być coś groźnego.
Umyłem się szybko i również w pośpiechu ubrałem, ale jak się okazało i tak za wolno, bo Julien wymknął się z pokoju i siedział teraz z moją mamą i Mariką w kuchni.
- ...jak był mały to uwielbiał Małą Syrenkę - doszło do mnie i aż jęknąłem. Jeszcze tego mi brakowało.
- Chwilę mnie nie ma i już mnie obgadujecie? - spytałem rozgrzewając kubek z kawą w dłoniach tak, żeby zawrzała.
- Nie obgadujemy cię, kochanie - rzuciła mama z uśmiecham. - Zwyczajnie opowiadam Julienowi nieco o tobie, bo ty sam zdecydowanie za rzadko to robisz. Wątpię, żeby coś się w tej kwestii zmieniło.
- O niektórych pierdołach zwyczajnie nie ma co mówić - stwierdziłem.
- Jakich pierdołach? To, że chciałeś kiedyś żenić się z rudą rybą to wcale nie taka pierdoła - odezwała się Mari.
- Dobrze, że nie z rudą wiedźmą - odgryzłem się.
- Był taki uroczy... - zachwyciła się moja mama, puszczając mimo uszu moją wymianę zdań z Mari i wskazując na coś palcem.
- No błagam... serio?! - jęknąłem, bo Julien trzymał w dłoniach nic innego jak rodzinny album, z którego straszyło moje zdjęcie, na którym miałam może z sześć lat i byłem po samo czoło umazany czekoladą.
- Super piżama... - stwierdził i widać było, że z trudem powstrzymuje śmiech. 
No tak... widok małego, pyzatego mnie w piżamie w dinozaury był naprawdę powalający. Szczególnie w zestawieniu z tym, co ze mnie wyrosło. 
Po dość długim poranku, podczas, którego zjedliśmy solidne śniadanie, a do tego ja najadłem się solidnej dawki upokorzeń pokroju mojego pierwszego dnia w przedszkolu, który spędziłem płacząc do tego stopnia, że musieli wezwać moją mamę, żeby mnie zabrała do domu (w ogóle cudem było to, że nie puściłem tam nic z dymem), mogliśmy wreszcie jechać do domu. Najpierw oczywiście mama obładowała nas jedzeniem, które mogłoby pomóc nam dobry miesiąc przetrwać apokalipsą zombie.
Pierw odwiozłem Juliena, żeby nie wozić tego zmarzlucha motorem, później odstawiłem Marikę pod dom.
- Dzięki - rzuciła. - A i... ślicznie razem wyglądacie - zaszczebiotała, a komórka w mojej kieszeni zawibrowała. Wyjąłem urządzenie i otworzyłem wiadomość, w której... było zdjęcie mnie i Juliena... śpiących.
- Kiedyś ty to zrobiła?! - wrzasnąłem za nią, ale ona z radosnym śmiechem czmychnęła już wnętrza budynku.
Jak matkę kocham, kiedyś ją zatłukę... Teraz jednak miałem ważniejsze rzeczy do zrobienia. Chciałem jak najszybciej jechać do domu, do mojego białowłosego pieszczocha. Na dodatek chciałem mu wreszcie pokazać co takiego mu kupiłem i miałem nadzieję, że jednak mu się spodoba...

środa, 24 maja 2017

Rozdział XIV - Nasz poranek

Był niemożliwy, ale chyba właśnie ta cecha ciągnęła mnie do niego najbardziej. Nadopiekuńczy, nieprzewidywalny, zaborczy, gorący i w dodatku całkowicie... mój. Wciąż ciężko było mi to pojąć, przeanalizować, jakoś jasno wytłumaczyć, dlaczego nasze życia potoczyły się w ten sposób, a za każdym razem, kiedy próbowałem druga część mnie podsuwała mi tak zwyczajne, irracjonalne wytłumaczenie: los. Zbieg okoliczności, zrządzenie losu, dzieła za sprawą kogoś odgórnego, jakbyśmy byli zwykłymi lalkami. Przecież gdyby było inaczej, jakim cudem mógłbym przed sobą przyznać, że oddałem swoje serce mężczyźnie? Ja, realista, twardo stąpający po ziemi , kierujący się rozsądkiem i wpojonymi przez rodziców zasadami nigdy nawet nie myślałem, by rozpatrywać osobnika podzielającego moją płeć w taki sposób, w jaki miało to teraz miejsce. Wyobrażałem sobie swoją przyszłość u boku pięknej dziewczyny, która z czasem urodziłaby mi dzieci, a życie bez mojego pozwolenia wybrało kompletnie inną ścieżkę. Teraz już chyba mogłem się pożegnać z posiadaniem dzieci, które swoją drogą niezbyt lubiłem, ale były one tym „warunkiem powstania rodziny”, który uważałem za niepodważalny i po prostu tak miało być. Teraz wszystko zaczynało się układać inaczej, wychodzić na prostą, a ja miałem spędzić życie u boku Ariana. Już chyba wiedziałem i choć tak ciężko przychodziło mi pojęcie tych słów, to zakochałem się w nim. Tego wieczoru wszystkie moje wątpliwości zostały skutecznie, raz na zawsze rozwiane.
- Dobranoc – odparłem i sam z siebie pocałowałem go w policzek. A niech ma, niech się cieszy i niech mnie nie puszcza, bo znowu zrobiło mi się zimno.

Nazajutrz wstałem, jak zawsze pierwszy, więc nie byłem tym specjalnie zaskoczony. Zdziwił mnie za to fakt, jak ciężko było się wyplątać z tych jego łap, by w ogóle wyjść z łóżka i to w taki sposób, aby jeszcze go nie budzić. A niech sobie śpi, w końcu są święta, nie będę go budzić przed dziewiątą rano, nie mam serca z kamienia. Kiedy opuściłem już łóżko, pierwsze kroki skierowałem do kuchni, jednak musiałem tam iść na palcach, gdyż jak się okazało jestem jedyną osobą, która postanowiła nie tracić dnia. A skoro miałem się tu czuć, jak u siebie to szybko rozejrzałem się, wyłapując miejsce położenia szklanek, cukru, kawy i herbaty, a następnie wstawiłem wodę. Sobie zrobiłem słodką, mleczną kawę, Amebie gorącą, czarną i gorzką. Marika została przeze mnie wyróżniona dodatkową warstwą śmietanki, a Pani Mama dostała taką samą, jak moja. Mnij więcej znałem preferencje tej trójki, jednak obawiałem się, że gospodarz mieszkania raczej wolałby mocną herbatę... No ale to już trudno, liczyły się chęci, tak sądzę. Obu dziewczynom pozostawiłem parujące kubki w kuchni na blacie mając nadzieję, że zwiodą je ich słodkie zapachy i w ten sposób szybciej wstaną. Nasze za to porwałem do rąk i wróciłem się do pokoju, w którym spaliśmy.
- Ari, wstawaj... - zacząłem, odstawiając kubki na szafce i siadając obok na łóżku.
Żal mi było go teraz budzić, jednak przywykłem już na tyle do wspólnego poranka czy kawie, że nie potrafiłem inaczej. No i plany związane z pozwoleniem mu, by się wyspał też poszły w krzaki.
- Zrobiłem ci kawę, halo... - pochyliłem się nad nim niepewnie i złożyłem bardzo krótki, ale czuły pocałunek na jego ustach. Zaraz się jednak odsunąłem i akurat dostrzegłem, jak ten próbuje mnie nabrać iż wciąż jest pogrążony we śnie. Prychnąłem śmiechem i pokręciłem głową, siadając prosto. - Nie ma, wstawaj, wystygnie ci.

niedziela, 21 maja 2017

Rozdział XIV - Moje...

Wstałem i dogoniłem chłopaka. Zanim zdążył zareagować położyłem mu dłonie na biodrach i przyciągnąłem go do siebie. Miałem na to ochotę cały wieczór, ale nie chciałem robić tego przy mamie i Mari. Nie wiedziałem czy Julien chce, żeby ta pierwsza wiedziała, a z kolei ja nie miałem ochoty dawać jasne dowody na to, że się zeszliśmy, tej drugiej. 
- Zagrzejesz, Zmarzluszku? - spytałem i lekko skubnąłem go w ucho.
Julien od razu zrobił się chłodniejszy, a do tego zarumienił się. Widać, że nieco go zaskoczyłem, szybko się jednak pozbierał i jednak ode mnie odsunął.
- To ja poczekam w łóżku - stwierdził i ruszył szybko, chyba lekko speszony tym, że ktoś jednak mógł nas widzieć. 
Tak, wiedziałem, że lepiej było uważać i nie chciałem narobić białowłosemu stresów, ale... nie oznaczało to, że mu odpuszczę... Oj, nie...
Pomknąłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic i ubrany w znoszone już spodnie od dresu ruszyłem do sypialni.
Julien faktycznie leżał już w łóżku, opatulony kołdrą, choć rozglądał się z zainteresowaniem.
- I jak ci idzie to grzanie? - zaśmiałem się i wsunąłem pod okrycie.
- Nie idzie... - zaśmiał się i pozwolił bym przyciągnął go do siebie. 
W następnej chwili złączyłem swoje usta z jego w długim i namiętnym pocałunku,  w którym był cały nagromadzony przez ten dzień głód jaki odczuwałem. 
- Ależ ja miałem na to ochotę... - stwierdziłem z zadowoleniem, kiedy odsunąłem się już od niego odrobinę, na tyle tylko, by dać mu złapać oddech. 
- Ari... - syknął chłopak ostrzegawczo, kiedy zacząłem skubać go po szyi, a ostatecznie zwyczajnie się do niej przyssałem. - Co ty...?
- Zostałeś oznaczony - oznajmiłem oceniając swoje dzieło.
- Chyba sobie żarty stroisz... - stwierdził i położył dłoń na zaczerwienionym miejscy, zupełnie jakby mógł je fizycznie poczuć.
- Nie... - uśmiechnąłem się szeroko. - To druga rzecz, na którą miałem ochotę od jakiegoś czasu... Jest jeszcze trzecia... - mówiąc to zjechałem dłonią na jego biodro.
- Arian! - syknął znów Julien, ale nie odepchnął mnie, nie uciekł mi. Wyglądał jednak na speszonego, lekko wystraszonego, ale przy okazji też tak jakby się wahał? Zastawiał? 
Nie mógł sobie zdawać sprawy z tego jak cholernie mnie to ucieszyło. Oznaczało to, że jednak nie miał aż takich obiekcji, żeby się ze mną kochać. Fakt jednak, że mieszkanie mojej mamy i jej obecność za ścianą były sporą przeszkodą. 
- No dobrze, dobrze. Będę grzeczny - stwierdziłem i przeniosłem dłonie ciut wyżej, żeby móc zwyczajnie go objąć i nieco rozgrzać. 
- Dziękuję... - wyszeptał, wtulając buźkę w mój obojczyk. Czułem jego chłodny oddech na skórze, a to powodowało przyjemny dreszcz.
- Nie myśl sobie, że zawsze będę ci tak odpuszczał - rzuciłem gładząc lekko jego plecy.
- Nie tylko o to chodzi... Gdybyś po mnie nie przyjechał... - chłopak westchnął ciężko.
- Ej, co ja mówiłem o smutkach? Nie wolno... Koniec. A co do tego, że przyjechałem to oczywiście, że bym to zrobił. Mówiłem ci już: Jesteś mój. Nikomu nie pozwolę cię krzywdzić - powiedziałem co było zwyczajnie faktem. 
Od zawsze dbałem o wszystko co należało do mnie. Nie tylko o przedmioty, ale szczególnie o ludzi. Byłem zaborczy, zazdrosny i być może nadopiekuńczy, ale nie potrafiłem inaczej. 
- A teraz już dobrej nocy i naprawdę nie waż mi się o nic martwić. Nie dzisiaj.

sobota, 20 maja 2017

Rozdział XIV - Wspólna noc

Z wdzięcznością przyjąłem ubrania od mamy Ariana i udałem się do łazienki, by choć względnie doprowadzić się do ładu. To był... naprawdę ciężki dzień. Nie dlatego, że był zły, bo początek i koniec miał naprawdę dobry, zwyczajnie stres związany z kolacją w domu rodzinnym doprowadził mnie do lekkiego szaleństwa. Szczerze mówiąc, to kiedy spojrzałem w lustro na swoje odbicie miałem ochotę zapaść się pod ziemię. To ja tak wyglądałem przez cały ten czas? Jakieś podkrążone oczy, włosy w nieładzie i inne mankamenty urody dobitnie ukazały się dziś na mojej osobie. Akurat dziś, kiedy spędzałem ten czas z tak ważnymi dla mnie osobami... świetnie. Jednak On nic nie powiedział... z grzeczności czy..?
Chyba nie było takiej tragedii, skoro nikt mi tego osobiście nie wytknął prosto w twarz. Z tego co wiem, co zarówno Arian, jak i Marika nie grzeszyli umiejętnością gryzienia się w język i raczej łatwo im przychodziło mówienie na każdy temat. Dobrze to się takim żyje, nie przejmują się innymi, ani ich sposobem myślenia czy punktem widzenia. Fajne życie, takie... bezproblemowe. Szkoda, że ja mam zupełnie inny temperament i raczej wolę się schować pod miotłę w wielu przypadkach. Lecz często nie znaczy zawsze, na co dowodem jest choćby nasze pierwsze spotkanie w kawiarence przy uczelni. Czy wtedy potrafiłem ugryźć się w język?
Ostatecznie wszedłem w końcu pod prysznic, lecz z bólem serca musiałem przyznać, że brakuje mi tutaj moich rzeczy. Jakby nie patrzeć mój żel pachniał inaczej niż ten; przy lustrze nie stały kremy ani akcesoria do makijażu, a zwyczajnie nasze „mazidła pierwszej potrzeby”. Tutaj było jednak czuć, że mieszkanie należy do kobiety. No i najważniejsze: nie pachniało tak, jak tam. Przyzwyczaiłem się już do charakterystycznego zapachu, który odurzał mnie co rano i usypiał co wieczór, i dalej nie chciało mi się wierzyć, że działo się tak jedynie za sprawą mydła. Ta chodząca Ameba wydzielała jakieś feromony czy jak? Przecież żaden normalny człowiek nie pachnie tak charakterystycznie... Och, „normalny”, słowo klucz... No tak, zapomniałem, że obaj nie jesteśmy „normalni”.
Po wyjściu z kabiny z radością odkryłem, że dane mi rzeczy faktycznie pasują. Mimo to czułem się, jakbym miał na sobie ubrania po starszym bracie, a nie po swoim... Nie ważne, nie było tematu. Szybko zebrałem się i opuściłem łazienkę, kierując się prędko do pokoju, gdzie od razu odłożyłem swoje rzeczy na fotel. Wigilijna noc spędzana w innym domu, w innym łóżku, ale z bliską osobą... dlaczego miałem przeczucie, że będzie ona znacznie odbiegała od reszty? Niby już poprzedniej nocy spaliśmy razem w łóżku, jednak dziś czułem, że może coś się wydarzyć. Jednocześnie na samą myśl, co to może być ścisnęło mnie w żołądku. Nie, nie, nie... Wyganiamy te myśli, a posły sobie, sio.
Z racji tego, że nie było tam jeszcze Ariana wróciłem się na chwilę do tego pomieszczenia, które w każdym domu było skupiskiem ludzi wszelkiego rodzaju – kuchni. I tak jak się spodziewałem, właśnie tu urzędował skubaniec razem ze swoją mamą. A tak na marginesie, kobieta widząc mnie, zrobiła mi herbatę w dużym kubku. Co za wspaniała istota!
- Dziękuję bardzo – uśmiechnąłem się, otulając dłońmi kubek i przytykając sobie do ust. Zapamiętała, że lubię słodycze, bo herbata była solidnie słodzona miodem. Pyszności.
- Ależ nie ma za co – odwzajemniła mój uśmiech, wycierając mokre dłonie w ręczniczek. - No to ja was zostawiam, śpijcie dobrze.
- Wzajemnie – odpowiedziałem, odprowadzając ją wzrokiem, kiedy odchodziła do drugiego pokoju. Wtedy też przeniosłem spojrzenie na chłopaka przy parapecie, a gdy spojrzał na mnie z dziwnym niezrozumieniem, sam z siebie się uśmiechnąłem. - Co, nie wolno mi patrzeć?
- Jeszcze nic nie mówię – odparł z zagadkowym dla mnie uśmiechem na ustach.
- Jeszcze... - zakpiłem, przewracając oczami. - Idę do pokoju zagrzać łóżko, a ty idź się myć – skwitowałem, kierując się w stronę wyjścia na przedpokój. I pomyśleć, że gdybym nie zadzwonił, prawdopodobnie właśnie teraz gniótłbym się dalej w niewygodnym towarzystwie mojej matki lub sunął po naszym mieszkaniu jak duch, cały opatulony kocem. Obecna perspektywa wieczoru pasowała mi o wiele bardziej.

czwartek, 18 maja 2017

Rozdział XIV - Wspólny wieczór

- Siadaj - poprosiła moja mam i wskazała miejsce, które zawsze, jak nakazywała tradycja, stało puste dla niespodziewanego gościa. 
W naszym domu to miejsce czasami się przydawało. Czasami do drzwi pukała sąsiadka, którą dorosłe już dzieci zostawiały na święta samą. Kobieta przychodziła jedynie połamać się z nami opłatkiem, ale mama zawsze nakłaniała ją do zostania na całej kolacji. Innym razem był to znajomy mamy z pracy. Taka już była moja rodzicielka. Przygarnęłaby każdego i to nie tylko w Wigilię. Czasami mnie to irytowało. Ludzie mieli w zwyczaju wykorzystywać dobroć innych, ale i... cieszyłem się, że taka jest. 
Marika i moja mama nie pytały co się stało. Cieszyłem się z tego bardzo. Za to uszy zaczęły mi pękać, kiedy stary magnetofon znów ruszył i zaczęła z niego lecieć melodyjka skocznej kolędy. Mari z mamą zaczęły znów śpiewać, choć wychodziło im to bynajmniej źle. Miałem wrażenie, że robią to specjalnie, wiedząc, że mój słuch po tym krwawi. 
- Ej! - krzyknęła na mnie Marika, kiedy zabrałem jej sprzed nosa butelkę z nalewką.
- Tobie to już starczy - rzuciłem i nalałem nieco Julienowi. - Spokojnie, to tylko słaba nalewka z aronii. Wyrób mamy - wyjaśniłem, kiedy spojrzał na mnie pytająco.
- Daj mi jeszcze! - ruda wstała i wybrała się po butelkę, którą wziąłem szybko z jej zasięgu.
- A w życiu! Znów będziesz wyć - przekomarzałem się z nią.
- Oddaj! Wylejesz! - stwierdziła polując na trunek dalej. 
- Oni tak często? - spytał Julien moją mamę, spoglądając na nas z rozbawieniem.
- Od dziecka - zaśmiała się kobieta i wstała, żeby podać... druga butelkę.
- Naprawdę jesteście jak rodzeństwo - usłyszałem, kiedy Mari pokazała mi język w drodze odwetu.
- Mówiłem ci... kradła mi łopatki w piaskownicy.
- Ja, tobie? Chyba odwrotnie - i znów się zaczęło.
Przekomarzaliśmy się, rozmawialiśmy, nieco piliśmy, a Julien dał się nawet namówić na coś do jedzenia. Okazało się, że smakowała mu sałatka Mariki, z czego ruda była niebywale dumna. Musiała oczywiście podkreślić jak bardzo ja się nie znam. Wszystko jednak robiła z uśmiechem na ustach. W takich chwilach wracały wszystkie te chwile z naszego dzieciństwa, kiedy każde z nas miało swoje racje, a oczywiście oboje mieliśmy niewątpliwy charakterek i mama stała między nami godząc nas. Zawsze pojawiała się ta druga czekolada, która pozwoliła zażegnać choć jeden spór. 
- Dobra! Skoro każdy już pełen, to czas zajrzeć pod choinkę! - stwierdziła Mari.
- Nic dla was nie mam... nie tutaj - stwierdził Julien z żalem.
- Nie ma sprawy, Pieszczoszku! Ja też miałam ci dać twój prezent jutro, ale skoro już jesteś to proszę - wręczyła mu pudełko.
- Dziękuję - białowłosy szarpnął lekko za kokardę, ale ruda go powstrzymała.
- Nie chcesz tego tutaj otwierać... wierz mi - rzuciła szeptem.
- Wiedziałem! To coś zboczonego! - warknąłem.
- Nie przesadzaj! Tobie też się spodoba - puściła mi oko. - Poza tym... jest i tak lepsze niż to co ty mu sprezentujesz. 
- Masz coś dla mnie? - spytał chłopak, lekko chyba zdziwiony.
- Pewnie, ale... do tego musimy wrócić do domu - oznajmiłem. 
- Ale nie wracacie dzisiaj, prawda? - tym razem do rozmowy wtrąciła się mama, która przyniosła paterę pełną ciasta, tak, żebyśmy jeszcze mogli posiedzieć przy czymś słodkim, choć wątpiłem, żeby ktokolwiek, cokolwiek w siebie jeszcze wcisnął. 
- Ja... nie chciałbym robić kłopotu... - zaczął Julien, ale kobieta od razu mu przerwała.
- Ale co to za kłopot? - uśmiechnęła się ciepło. - Mieszkanie może i jest nieduże, ale pomieścimy się jedną noc.
- No chyba, że przeszkadza ci chrapanie Ariana - zaśmiała się Marika.
- Wcale nie chrapię! - zaprzeczyłem, ale zgasił mnie Julien.
- Owszem... chrapiesz - białowłosy zaśmiał się, a Mari zawtórowała mu z zadowoleniem.
- Dobra, dobra... - spojrzałem na niego uśmiechając się i lekko złapałem go za dłoń. - Wystarczy tych śmiechów ze mnie, co?
Marika zachichotała, na co puściłem dłoń Juliena i chwyciłem poduszeczkę, która cisnąłem w stronę dziewczyny.
Jeszcze dłuższą chwilę zajęło nam pozbieranie się od stołu. Mama przyniosła białowłosemu jakieś moje stare ubrania, z których na dodatek już wyrosłem. Jak wszystko tutaj, co zawsze miało swoje miejsce, były poskładane w równą kostkę. Nie wiedziałem po co mama trzyma tak wiele rzeczy, które nie były już przecież potrzebne, ale jak widać tym razem miały się przydać.
- Powinny pasować - stwierdziła kobieta i zaraz wskazała chłopakowi łazienkę.

środa, 17 maja 2017

Rozdział XIV - Wesołych świąt

Nie tego spodziewałem się po tak wyjątkowym wieczorze. Wigilia była dniem, który od dziecka kojarzyłem z czymś więcej niż tylko prezentami. Mianowicie rodzinna atmosfera, przebaczanie sobie i wzajemna miłość, którą było aż czuć w powietrzu były nieodłącznymi symbolami wieczerzy, jaką odbywałem niezmiennie co roku w rodzinnym domu. Miałem nadzieję, że choć obecny przyniósł tak wiele zmian, między innymi tę moją nagłą wyprowadzkę, wszystko pozostanie zachowane jak zawsze, ale szybko przekonałem się, jak bardzo byłem naiwny. Za sprawą kilku wypowiedzi na skutek niekontrolowanych emocji wszystko legło w gruzach, jak domek z kart, a ja czułem się wręcz zmuszony do opuszczenia domu. Kiedy dzwoniłem do ciemnowłosego, nie miałem nadziei, że choćby podniesie słuchawkę, jednak gdy tylko to się stało, a ledwie parę minut później miałem go tuż pod domem, poczułem, że będzie lepiej.
Nie zależało mi na czymś jakoś specjalnie, jedynie pragnąłem spędzić ten czas w radosnej atmosferze, ale nigdy bym się nie spodziewał, że pełen takich nadziei wybiorę właśnie jego numer. I choć podczas jazdy było cicho, a wewnątrz mnie kłębiła się nieopisana złość to wystarczyło, że wziął mnie w ramiona i wszystko ze mnie zwyczajnie... uleciało. Kiedy zamieniliśmy się rolami, że to on pełnił teraz funkcję ostoi ciepła i spokoju? Jeszcze parę chwil temu ściskało mnie w żołądku od słów matki, a teraz..? Czując jego ciepło miałem wrażenie, jakbym miał przy sobie największy termofor świata. W dodatku mówił do mnie zupełnie inaczej niż dotychczas... Był zwyczajnie ciepły, w każdym tego słowa znaczeniu i to ciepło niosło ze sobą ukojenie, którego sam nie wiedziałem, jak bardzo potrzebowałem.
- To jak? Uśmiechniesz się ładnie? - spytał, a ja po chwili faktycznie spojrzałem na niego z tym upragnionym uśmiechem.
Lecz czułem się przy tym dużo dziwniej, niż na ogół. Tą swoją prośbą w zaskakujący, jak dla mnie sposób wytworzył tam dość intymną atmosferę. Nie powiem, że czułem się w związku z tym jak ryba w wodzie, jednak nie przeszkadzało mi to. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że było... miło, nawet bardzo. Wciąż czułem się odrobinę nieswojo w związku z tym, że spędzam takie chwile z osobą podzielającą moją płeć, jednak... było dobrze. Wydawało mi się, że tylko dla mnie stało się to tak odczuwalne, że przesadzam, być może tylko coś sobie uroiłem, ale na szczęście nie. Przekonałem się o tym w chwili, kiedy złączył nasze usta w pocałunku, który z odrobina wątpliwości oddałem. Broń Boże, nie miałem tu nic złego na myśli, chodziło mi raczej o miejsce. Fakt faktem był to samochód z przeźroczystymi szybami, przez które każdy dowolny przechodzień mógł nas podejrzeć... co nie musiało już być tak miłe Można powiedzieć, że mieliśmy szczęście, gdyż chyba wszyscy w tej okolicy zajęci byli sobą przy wigilijnym stole. Natomiast sam Arian, choć mile mnie zaskoczył, będzie musiał przyjąć do wiadomości, że niezbyt odpowiada mi okazywanie uczuć w miejscach publicznych. Swoją drogą... czy to już miłość? Czy zauroczenie? Czy, do chuja psa, coś kompletnie innego?
- Chodźmy już, czekają na nas – rozporządziłem, jako pierwszy opuszczając wóz. Zaraz po tym dołączył do mnie Ari i zaprowadził do właściwego mieszkania.
Kiedy otwierał drzwi, ja już zdjąłem z szyi szalik, który tak niedbale zarzuciłem na siebie po wyjściu z domu. Wciąż jednak odrobinę się denerwowałem. Niby wiedziałem, że będzie tam tylko Marika i Pani Rebecca, jednak mogłem się założyć, że nie powiedział im o mnie słowa. Nie muszą się znowu wcale ucieszyć na mój widok, może wolałyby spędzić czas jedynie we trójkę, jak zawsze? Och, chyba popadam w paranoję...
- Dobry wieczór... - zacząłem tuż po ostrożnym wślizgnięciu się do salonu. Oczywiście uśmiechnąłem się uprzejmie, acz wciąż niepewnie.
- Wiedziałam! - odezwała się Mari, od razu wstając z kanapy i szybko podeszła, by mnie przytulić. - Cześć Pieszczoszku, wesołych świąt – uśmiechnęła się do mnie pięknie, jak zawsze.
- Wesołych świąt, Mari – odwzajemniłem jej uśmiech, po czym przeniosłem wzrok na Panią Mamę. - Miło Panią znów widzieć. Mam nadzieję, że nie będę przeszkadzać.
- W żadnym razie – kobieta uśmiechnęła się do mnie życzliwie. - Wesołych świąt.

niedziela, 14 maja 2017

Rozdział XIII - Uśmiechnij się do mnie

Pożegnałem się z Julienem i w naprawdę świetnym humorze podjechałem pod dom Mariki.
Wszedłem do środka bez pukania, bo dziewczyna i tak się mnie spodziewała. Nie pomyliłem się, bo ledwie przestąpiłem próg, a ruda rzuciła się w moją stronę.
- O! Jak ty się pięknie uśmiechasz! - zaszczebiotała.
- Zdaje ci się - stwierdziłem.
- Nie, kochany, nie zdaje mi się. To opowiadaj! No!
- Przecież wczoraj o wszystko wypytałaś Juliena - stwierdziłem.
- A weź! Zbył mnie! nic mi nie chciał powiedzieć! Żadnego pikantnego szczególiku! - stwierdziła z czystym żalem w głosie.  
- Już byś chciała! Poza tym nie było nic pikantnego... Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, obejrzeliśmy film... Ogólnie jest dobrze - stwierdziłam, na co aż z uszu jej się kopciło, a do tego zaciskała usteczka i wierciła mi wzrokiem dziurę w czaszce. 
- Tylko? No i... jesteście wreszcie ze sobą? - podpytywała dalej.
- Wiesz, że nie powinienem w ogóle z tobą gadać o nim? Szczególnie po tym co mi odwinęłaś... - rzuciłem. Tak, dalej miałem do niej mimo wszystko żal i nie wiedziałem czy kiedykolwiek przestanę go mieć.
- Ale... przecież wszystko się ułożyło... - broniła się. 
- To akurat się jeszcze okaże. Póki co naprawdę się nie wtrącaj - poprosiłem stanowczo.
Mari niechętnie przestałą drążyć temat coś tam tylko czasami mamrocząc pod nosem.
Okazało się oczywiście, że ze swojej ślicznotki musiałem przesiąść się do załadowanego już mercedesa, którym od wielkiego dzwonu jeździła Marika. Raczej bała się wsiadać do tego monstrum, wolała kiedy ktoś woził jej szanowne cztery litery. 
- A to? - spytałem, kiedy przyszło mi się brać za kolejne pudełko opakowane w krwistoczerwony papier ze złotymi wzorkami, obwiązane złotą wstążką i z wielką kokardą na górze.
- To dla Pieszczoszka - oznajmiła.
- Co to...? - spytałem i lekko potrząsnąłem pudłem.
- Coś, co powinieneś kupić mu ty, ale za grosz w tobie wyczucia! - skwitowała.
- Jeśli kupiłaś coś zboczonego to cię zatłukę - fuknąłem na nią.
- Jak mu się nie spodoba to ukryje w czeluściach szafy i tyle. Tobie nic do tego! - odburknęła, ale zaraz nastroje zdecydowanie się poprawiły, bo weszliśmy do niedużego mieszkania mojej mamy. Miejsca z niedużą kuchnią, wąskim korytarzem, po którym lubiłem biegać i dwoma pokojami, z których jeden był sypialnią i garderobą, a drugi wszystkim, od jadalni po salon. Kiedyś chciałem mamie kupić nowe mieszkanie, większe i w centrum, gdzie miałaby wszędzie bliżej. Ona jednak uparła się, że lubi mieszkać akurat tutaj. Tu miała przyjaciół, a samo mieszkanie budziło i we mnie mnóstwo miłych wspomnień więc w sporym stopniu ją rozumiałem.
Wszyscy, całą trójką zabraliśmy się do przygotowywania kolacji. A raczej ja nosiłem wszystko, czasami wkładając łeb do jednego czy drugiego garnka i podjadając za co zarobiłem od Mariki chochlą po tyłku, a one gotowały i piekły to, co mam już w sporej części przygotowała już zapewne wczorajszego wieczora. 
Sama kolacja przebiegała naprawdę miło. Mama z Mariką śpiewały i próbowały mnie do tego nakłonić.
- Nie mam już pięciu lat i nie będę się z wali darł - śmiałem się. 
Przerwał nam mój telefon. 
Ktoś z życzeniami? Ale kto? - zastanawiałem się, bo chwilę mi zajęło, zanim zlokalizowałem urządzenie porzucone  w kuchni na niedużym parapecie przy oknie. Było to jedyne miejsce, w którym był jaki taki zasięg.
- Julien? - zdziwiłem się, odbierając. Przecież miałem się z nim zobaczyć po kolacji.
- Ari, ja przepraszam, ale mógłbyś po mnie przyjechać..? - spytał. Głos miał słaby.
- Tak, pewnie! - rzuciłem od razu. - Pod dom twoich rodziców?
- Tak, tak... Dziękuję - usłyszałem jeszcze.
- Za kilka, góra kilkanaście minut będę - oznajmiłem. - Mari! Pożyczam wóz, niedługo będę - rzuciłem i zacząłem zbierać się do wyjścia.
- Stało się coś? - zainteresowała się mama od razu.
- Mam nadzieję, że nie... - stwierdziłem tylko i wyprułem z mieszkania, żeby pospiesznie zlecieć po schodach.
Jechałem dość szybko. Drogi były puste. Wszyscy siedzieli w domach i grzali tyłki przy wigilijnych stołach. To dobrze. Nie musiałem wlec się za nikim, szczególnie, że mi się spieszyło. Niewiele czasu więc minęło, a ja zaparkowałem pod domem rodziców Juliena. Widziałem, ze chłopak stoi przed domem, w towarzystwie starszego mężczyzny, chyba swojego ojca...
- Daj już spokój. Tak będzie lepiej - rzucił chłopak zbliżając się w moją stronę, kiedy wysiadłem. 
- Dobry wieczór... - odpowiedziałem na powitanie mężczyzny, który zaraz odwrócił się w stronę budynku, z ciężkim westchnieniem. 
Idąc w ślady białowłosego wsiadłem do auta i ruszyłem. Całą drogę milczeliśmy, ale aż za dobrze widziałem, że Julien jest przybity.
- Powiesz mi co się stało? - spytałem, kiedy zaparkowaliśmy już pod blokiem mamy.
- Ja... Źle zrobiłem zgadzając się an tę kolację. Myślałem, że mama zrozumiała, że jest dobrze! Ale nie! Ona zawsze musi się przyczepić, zawsze wszystko zepsuć! Znów było jak to się zmieniłem, jak to się nie uczę, a wszystko przez to, że zadaję się z kurwiarzem! - wyrzucił z siebie drżąc coraz bardziej.
Sięgnąłem w jego stronę i przyciągnąłem go jak mogłem najbliżej gładząc czule po włosach. 
- Hej, hej... Nie płacz, zmarzluchu... - poprosiłem. - Jak dziś będziesz smutny to już cały rok tak będzie. Nie przejmuj się... 
- A to nie działa tak w sylwestra? - spytał, kiedy odrobinę się uspokoił. Oczka dalej miał zaczerwienione od powstrzymywanych usilnie łez, a do tego lekko drżał. No tak... nikt nie wyprowadza człowieka z równowagi tak, jak ktoś nam bliski.
- Możliwe... Mama w każdym razie straszyła mnie tak też w wigilię, może tylko w ramach dyscypliny... - uśmiechnąłem się do chłopaka i odgarnąłem kosmyk włosów z jego chłodnego, jasnego policzka. - Lepiej jednak nie ryzykować, co? To jak? Uśmiechniesz się ładnie?

sobota, 13 maja 2017

Rozdział XIII - Wcale nie tak miło, jakby się zdawało

Ten poranek należał do zupełnie nowego rodzaju. Nie opierał się na zwykłym "cześć" poprzedzonym próbą zwleczenia Ariana z łóżka, ani na jedzeniu jajecznicy czy kanapek z wiadomościami ze świata w tle. Ten poranek rozpoczął się w jednym łóżku właśnie z moim współlokatorem, przeniósł do salonu i tam jego kulminacją było dopiero śniadanie oraz... całus, czyli rzecz, do której zdecydowanie będę musiał przywyknąć. Wczorajszy wieczór zaprowadził w moim życiu osobistym wiele zmian, o których sam jeszcze nie zdawałem sobie sprawy. Zerwaliśmy z relacją dwójki przyjaciół, która łączyła nas do tej pory, a rozpoczęliśmy nową drogę, na której nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. Od tego dnia byliśmy parą... Wciąż było to dla mnie dziwne i zaskakujące zarazem. Ja w związku z innym mężczyzną... nikt nie może o tym wiedzieć. I nie, to nie tak, wcale się go nie wstydzę po prostu znam ludzi z mojego otoczenia, a ci raczej nieprzychylnie spoglądali na tych o odmiennej orientacji seksualnej. Nie chciałem wytykania palcami, ani plotek za plecami, chciałem tylko spokojnie dotrwać do końca studiów i jednocześnie sprawdzić, jak długo ze sobą wytrzymamy. Bo przecież to, że jesteśmy ze sobą wcale nie oznaczało długiego, radosnego życia już tylko we dwoje aż po grób. A poza tym... czy to co do niego czułem to miłość? Czy to tak objawia się to dziwne uczucie, którego nikt nie potrafił zdefiniować? Byłem zniesmaczony, może nawet zazdrosny, gdy przyszło mi oglądać go z innym... A kiedy mnie całował czułem się kompletnie inaczej, niż gdy robił to ktokolwiek inny... ale czy to miłość? Na razie wiedziałem tylko tyle, że mi na nim zależało... Tylko albo AŻ. Wszystko wyjdzie w praniu, musimy dać sobie trochę czasu, a poza tym... późnym wieczorem czeka nas jeszcze wspólna wigilia, podczas której również może się wiele wydarzyć.
Po śniadaniu, jak i w jego trakcie rozmawialiśmy jeszcze o rzeczach mniej oraz bardziej przyziemnych. Praktycznie zaczęło się od tego, jak beznadziejną zimą zaszczyciła nas pogoda w tym roku, a skończyło na wzajemnym dogryzaniu w kwestii prezentów. Swoją drogą... nawet w czasie trwania tych najgorszych dni między nami, pomyślałem o prezencie dla Ameby choć wcale nie musiałem. Może nie oczekiwałem czegokolwiek w zamian, jednak byłem zwyczajnie ciekawy czy tak samo, jak ja o nim, on pomyślał o mnie. Jakby nie patrzeć to były święta, chyba nikt nie potrafił ich przeoczyć zwłaszcza, kiedy sklepy i galerie bombardowały kiczowatym "Last Christmas" już od listopada. To właśnie ten "czar świąt", o którym wszędzie była mowa był w ten sposób zabijany i w rezultacie, gdy pierwszego dnia świąt człowiek chciałby posłuchać czegoś w tych klimatach, tak wszelka ochota przechodziła w upływie minuty. Co za dużo to niezdrowo, ale jak widać markety nigdy się tego nie nauczą...
Arian wyszedł z domu pierwszy, musiał w końcu jechać po Marike i dopiero wtedy do domu swojej matki. Ja za to miałem ten czas, by zebrać się w sobie i przemyśleć kilka kwestii odnośnie nadchodzącej kolacji. Znów zobaczę się z tatą... Cieszyłem się na to spotkanie, bo przynajmniej ten jeden rodzic naprawdę chciał mnie zobaczyć. Natomiast co do mojej matki byłem bardzo sceptycznie nastawiony... Arian nadał jej łatkę "Harpii" i szczerze mówiąc to zastanawiałem się właśnie, czy jego teza nie jest trafna w stu procentach. Dobrze wiedziałem... oboje wiedzieliśmy, jak bardzo potrafi ona dać w palnik i brzęczeć, a nawet ryczeć nad uchem swoje poglądy. Do tego to nawet przywykłem, nie było to aż takie złe, jak się ma doświadczenie i opatentowane metody na skuteczne nie słuchanie, jednak bałem się czegoś zupełnie innego.
Wiedziała ona bowiem, że mieszkam właśnie z nim, przecież widziała nas razem przed uniwersytetem. I choć nie miała bladego pojęcia, jaki jest to bez uprzedzenia, kompletnie nietaktownie zaczęła na niego wymyślać. A co by się stało, gdyby dowiedziała się o tym, co miało miejsce wczoraj? To chyba wystarczający powód, dla którego chcę trzymać to w sekrecie. Może niekoniecznie, aby absolutnie nikt nic nie wiedział, ale... Rodzina nie może się dowiedzieć.

Około godziny siedemnastej byłem już w swoim starym domu, w którego drzwiach z uśmiechem przywitał mnie ojciec. Od razu zrobiło mi się lepiej, gdy go ujrzałem. Może jaki był taki był, ale z jego ust nigdy nie padło żadne złe słowo na mój temat, poza tym był jedyną osobą, która potrafiła udobruchać mamę. Tak, dokładnie tak. Gdyby nie wpływ mojego taty, nigdy nie mógłbym wyskoczyć do kina czy gdziekolwiek indziej z grupą znajomych, która zresztą i tak nie była zbyt liczna. Taka to była ze mnie dziwna osoba, którą ludzie często rozpoznawali w tłumie i wiecznie otaczali ze wszystkich stron, jednak gdy przychodziło co do czego nie było nikogo... Zupełnie jak wtedy, gdy szukałem osoby z wolnym pokojem do wynajęcia i nagle wszyscy, absolutnie wszyscy się odwrócili. Dość brutalne zetknięcie ze światem dorosłych, musiałem to przyjąć i jakoś przetrawić. Jedno było i wciąż jest dla mnie jednak chore: po co rodzice uczą swoje dzieci, by były grzeczne i pomocne, skoro w przyszłym życiu i tak to dobro do nas nie wraca? Ale mnie wzięło na głębokie refleksje, a to tylko za sprawą zobaczenia się z tatą.
- Cześć tato, jak tam mama? - spytałem z uśmiechem i dałem mu się przytulić.
- Jeszcze w dobrym nastroju, oby się utrzymało! - roześmiał się, psując mi jako takie ułożenie włosów poprzez ich czochranie. Zaraz po tym zamknął za mną drzwi i faktycznie, ujrzałem uśmiechniętą kobietę.
Ciężko było w to uwierzyć, ale to faktycznie była ona. W dodatku przez resztę formalności typu połamanie się opłatkiem i wszelkie rozmowy przy stole jej humor nie uległ większej zmianie. Dalej się śmiała i chyba... naprawdę cieszyła z mojej obecności. Nareszcie, chyba coś zrozumiała, co i mnie zresztą od razu wprawiło w lepszy nastrój. Magia świąt, co?
Tak mi się wydawało. Myślałem, że ten radosny nastrój utrzyma się przez resztę wieczoru i wszystko to zakończy się miło dla obu stron. Miałem wielkie nadzieje, w duszy odmawiałem zdrowaśki, ale nie... To nie byłaby moja matka, gdyby nagle nie pojawił się jakiś zgrzyt.
- A jak tam studia? - spytał tata, jak zwykle nakładając sobie na talerz potworne ilości jedzenia, a mimo to wciąż był szczupły.
- Dobrze. Ostatnio tylko trochę się działo i...
- Nie mów, że znów opuszczasz zajęcia - przerwała mi matka, a mnie automatycznie coś ścisnęło w żołądku.
- Tylko kilka, naprawdę, to nic poważnego. Pojawiła się nowa rozpiska i te naprawdę nie były szczególnie ważne, zresztą miałem na głowie ważniejsze rzeczy - odpowiedziałem twardo, starając się wybronić.
- Nie wierzę, co się z Tobą stało? - jęknęła bezradnie, jednak był to raptem chwilowy stan. Zaraz po tym zmrużyła gniewnie oczy, zapewne właśnie uroiła sobie swoją wersję wydarzeń. - To na pewno ten chłopak, z którym zamieszkałeś. To on Cię demoralizuje! Może jeszcze mi powiesz, że imprezujesz po nocach?!
- Margaret, uspokój się. Nawet nie dasz Julienowi dość do słowa i już się awanturujesz - wtrącił tata, chcąc najwyraźniej zgasić ten płonący w niej ogień.
- Nie widziałeś z kim mieszka twój syn. Ten chłopak już dawno powinien siedzieć za kratami!
- Ale on nie zrobił nic złego! Przypomnę ci, mamo, że to ty nie dałaś mu dojść do słowa i to ty go sprowokowałaś.
- I pewnie też moją winą jest to, że wygląda, jakby uciekł z poprawczaka? - niemal na mnie warknęła, cudowna mamusia.
- Nie przesadzaj, poza tym nie odbiegaj od konktekstu. Nie przez niego opuściłem wykłady, po prostu na nich ne byłem... nie może mi się nie chcieć?
- Julien, odkąd się z nim zadajesz twoje zachowanie jest skandaliczne. A ten gówniarz, którego tak bronisz wygląda na zwykłego dziwkarza.
- Mamo! - wstałem od stołu, omal nie rozlewając tego, co akurat miałem w szklance. - Przesadziłaś. Wychodzę - warknąlłem i bez skrupułów odszedłem od stołu, sięgając po telefon do kieszeni.
- Julien, zaczekaj - spróbował zatrzymać mnie ojciec, jednak ja bez wahania ściągnąłem kurtkę z wieszaka i po prostu wyszedłem z mieszkania.
Jak ona mogła... Nawet w wigilię? W ten najwyraźniej dzień? Dzień, w którym zawsze było tak spokojnie? Tego roku musiała wszystko popsuć, no musiała...
Wybrałem bez chwili myślenia numer do Ariana i przytknąłem telefon do ucha.
Jeden sygnał... pewnie mu przeszkadzam.
Drugi sygnał... jest na wigilii, a ja zawracam mu dupe.
Trzeci sygnał... dobra, powinienem się rozłączyć, po co będę zawracać mu...
ODEBRAŁ!
- Ari, ja przepraszam, ale mógłbyś po mnie podjechać..?

czwartek, 11 maja 2017

Rozdział XIII - Magia świąt?

Wziąłem z blatu kawę i zagrzałem ją w dłoniach odpowiednio, bo zdążyła już przestygnąć. Ruszyłem do salonu całkiem już spokojny, bo muszę przyznać, ze kiedy obudziłem się i nie było przy mnie Juliena to nieco się wystraszyłem. Sam nie wiem dlaczego,  tak zwyczajnie, z czystego przewrażliwienia już chyba. Miałem niejasne, siedzące gdzieś z tyłu czaszki przeczucie, że jest dobrze tylko przez chwilę i zaraz coś się znów spapra. To było okropne i męczyło mnie zwyczajnie.
- Tata cię pozdrawia i życzy wesołych świąt - oznajmił białowłosy, kiedy siadałem obok niego.
- To fajnie... - zacząłem, odstawiłem kubek i przyciągnąłem go do siebie, żeby posadzić go sobie na kolanach i wtulić się w niego. - Nie znikaj mi tak z łóżka... Nie pozwalam - wymamrotałem ziewając. 
Julien zaśmiał się i był to naprawdę cudowny dźwięk. Chłopak zaraz przekręcił się w moich ramionach i musną ustami moje czoło. Ja jednak szybko odnalazłem jego usta. Nie na długo, ale na tyle, żeby porządnie się z nim przywitać.
- I tak lepiej - stwierdziłem sięgając po kubek z kawą.
Julien dalej siedział mi na kolanach, lekko oszołomiony, ale nie protestował. Wyglądał jakby się and czymś zastanawiał, ale i na raczej zadowolonego.
- Więc czego dokładnie chciał mój przyszły teść? - spytałem i z radością zarejestrowałem to jak oczy chłopaka rozszerzają się w zdziwieniu, ledwie usłyszał moje słowa. 
Oj tak, znalazłam nowy powód do kilku żartów, które miały sprawić, że policzki mojego tlenionego konusa, zapłoną rumieńcem. Już widziałem miny tego bydłopodobnego zbiegowiska, które nazywał znajomymi. To będzie iście piękne... Trzeba tylko było Julcię zapytać czy ma zamiar od tak powiedzieć innym, ze jednak go kręcę, czy raczej będzie wolał to trzymać w sekrecie... Cieszyłem się, że ja nigdy nie miałem takich dylematów. Lałem na to, kto i co o mnie mówił, nawet jeżeli moja orientacja i ekscesy łóżkowe były powodem takiej ilości plotek, że można by z tego trzy tomy spisać. 
- Zaprosił mnie na kolację - oznajmił Julien i nieco zsunął się, choć dalej siedział blisko, pozwalając, żebym objął go ramieniem.
- Pójdziesz?
- Tak... raczej... To jednak święta. Czas na wybaczanie, godzenie się... Na pewno wszystko się poukłada - powiedział, choć w jego głosie nie było aż takiej pewności. Nie dziwiłem się. Harpia była na niego nieźle cięta i nieco wątpiłem, że od tak odpuści i będzie grać kochającą mamusię. 
- A ty? Jedziesz do mamy? - zapytał.
Szczerze to było naprawdę dziwne... Tyle czasu, a my nie mieliśmy okazji nawet spokojnie pogadać o naszych planach na te kilka świątecznych dni. Najpierw dziewczyna Juliena, później kłótnia i dni z kategorii dna... Boże Narodzenie, a wcale nie było go czuć. Nawet śniegu na dworze nie było, a jedynie wredny mróz, zupłenie jakby i pogoda postanowiła, że chuj bombki strzelił i świąt nie będzie.
- Tak. Jadę po Marikę i razem jedziemy do mojej matki - oznajmiłem na co chłopak zerknął na mnie pytająco. - Mówiłem ci, że znam ją od dziecka. Mieszkaliśmy w sąsiednich blokach. Wychowywała ją ciotka, w każdym bądź razie suka była tak milutka jak twoja matka, z tym, że ona jeszcze Mari zwyczajnie olewała, więc mała przesiadywała większość czasu ze mną i moją mamą. W rezultacie spędzała z nami też święta i tak już zostało, że jest dla mnie nieco jak przyszywana siostra, a przynajmniej moja mam tak to traktuje.
- Ciekawa z was rodzinka - znów uśmiechnął się pięknie.
- Tak, moja mama ma pecha do dzieci - skwitowałem ze śmiechem. - W każdym razie zjemy coś razem i muszę się zbierać. Znając Mari spode jej domu będę jechał tirem... - skrzywiłem się na myśl o wszystkich tych pudłach z prezentami, których Mari znów nawiezie i tej jej śmiesznej sałatce z ryżem i ogórkiem, która nie stałą nawet obok czegoś takiego jak pieprz. 
- Wrócisz po kolacji do domu? - spytał jeszcze białowłosy i wstał, żebyśmy razem mogli skierować się do kuchni.
- Pewnie - stwierdziłem z uśmiechem.

środa, 10 maja 2017

Rozdział XIII - Życzenia

Dzień wydawał mi się ogólnie paskudny i nieciekawy, głównie ze względu na dziwną niechęć, jaka utworzyła się między nami w przeciągu tych kilku dni. A jak widać wystarczyło, że przybyła Marika i wszystko, jak za dotknięciem magicznej różdżki zniknęło. Może jednak była wiedźmą, jak to nazywał ją Ari? Ale mniejsza z tym, jak do tego doszło. Teraz liczyła się tylko chwila, a to dlatego, że... znów mnie całował.
Tym razem rzeczywiście trzymał ręce na wodzy, za to ja nie powstrzymałem się już, by przesunąć dłoń wyżej, konkretnie na jego szyję. Ten pocałunek był kompletnie inny od poprzednich, był pełen... tego czegoś. Owe „coś” natomiast zadziałało na mnie, jak magnes i szczerze mówiąc nie miałem najmniejszej ochoty, by się odsunąć. Czułem, że policzki zaczynają mnie piec, a reszta ciała powoli staje się coraz chłodniejsza. O moim towarzyszu mogłem powiedzieć dosłownie to samo, tylko... na opak. Pod opuszkami palców czułem narastające ciepło, mi było coraz zimniej, więc naturalną koleją rzeczy przysunąłem się jeszcze bliżej. I chyba, gdyby nie doszła do mnie nagle uśpiona myśl o nijakim „problemie” chłopaka, moglibyśmy to robić bez końca. Nieźle się dobraliśmy, no naprawdę... Kończąc pocałunek, zasłoniłem usta dłonią, starając się uspokoić oddech. Bądź co bądź... serce zaczęło mi jakoś dziwnie szybko bić. Jak na pierwszy tego typu, tak intymny pocałunek chyba w zupełności powinno wystarczyć... chyba. Skoro jednak chciałem tak myśleć, dlaczego miałem ochotę na więcej?
Zaskoczył mnie jednak ciemnowłosy, który pod koniec zwyczajnie mnie objął i przytulił. Znowu mnie zaskoczył, znów się nie spodziewałem, a jednak nie pierwszy już raz tego wieczoru wykazał się delikatnością. Czyli jeśli chce, to jednak potrafi... Dobrze wiedzieć, na pewno się przyda.

Obudziłem się pierwszy, co chyba nie było niczym dziwnym. Pierwsze spojrzenie skierowałem jednak na zegarek, a nie na śpiącą twarz chłopaka obok mnie. No przepraszam, miałem swoje priorytety. Była zaledwie siódma trzydzieści... Co jest, czyżbym zaczął cierpieć na bezsenność? Wydawało mi się, że w takich warunkach, czy śpię z żywym termoforem będę gnić pod kołdra co najmniej do jedenastej, a tu... proszę. Podciągnąłem się do siadu i dopiero wtedy na niego spojrzałem. Ameba w dalszym ciągu spała, przykryta do ramienia kołdrą, z włosami rozlanymi po poduszce. Wyglądał całkiem niewinnie, ale jak to mówią: „Najgorsza potworzyca wygląda słodko podczas snu”. Dlatego też nie chciałem zaburzać tej chwilowej niewinności i cichaczem wyślizgnąłem się z łóżka, a następnie z pokoju. Pierwsze kroki powiodły mnie oczywiście do łazienki, zaś następne do kuchni, bo gorąca kawa była przecież priorytetem. Przygotowując ja dla siebie, naszykowałem także drugą. Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz wstał, a jeśli nie to zwyczajnie ją sobie dosłodzę i doleję mleka, w rezultacie wypijając obie. Nie było żadnego problemu, prawda? Ale żadna kawka nie smakuje tak dobrze jak ta, którą zagryzasz ciasteczkiem, więc skradłem paczkę piegusków z szafki w kuchni.
Kiedy zalałem już oba kubki, rozsiadłem się na kanapie w salonie. Wiadomości puszczone dosyć cicho w telewizorze, ciastka na poduszce obok mnie, kawa w ręku – oto definicja udanego poranka. Jedynie coś tak chłodno było, to zwinąłem koc, który tak niedbale porzuciliśmy po wczorajszym na oparciu kanapy.
Po upływie jakiejś pół godziny do salonu wczłapał rozespany i chyba niezbyt wyspany Ari, którego od razu przywitałem pogodnym spojrzeniem.
- Pogięło cię, żeby tak wcześnie wstawać..? - zaczął, na co przewróciłem oczami.
- Wesołych świąt, masz kawę w kuchni – odparłem, jednak zaraz po tym moją uwagę przykuł świecący się wyświetlacz mojej komórki.
Podniosłem urządzenie z zaciekawieniem, a widząc kto do mnie dzwoni byłem w lekkim szoku, jednak jednocześnie bardzo się ucieszyłem.
- Cześć tato – uśmiechnąłem się do słuchawki, upijając łyk kawy.
- Witaj, Julien. Nie obudziłem cię?
- Nie, niedawno wstałem. Stało się coś?
- Nie, spokojnie – roześmiał się do słuchawki. Skoro tak swobodnie ze mną rozmawiał to albo nie było mamy w domu albo zwyczajnie sama jeszcze nie wstała. Któraś z tych rzeczy musiała być przyczyną. - Chciałem z tobą porozmawiać o wigilijnej kolacji. Masz ochotę przyjść? Ja wiem, że czasem bywamy zaborczy, ale tęsknimy za tobą.
- A co na to mama? Nie, nie chcę, by znowu zrobiła awanturę.
- Rozmawiałem z nią już na ten temat, ona również chce byś się zjawił. I co ty na to?
- Ja... Sam już nie wiem. Nie mam prezentów.
- Nie żartuj sobie. Synu, mi i twojej mamie naprawdę zależy byś tu był. No, tylko ja ci o tym powiem, bo wiesz jaka jest mama...
- No wiem... - mruknąłem, jak pozbawiony sił witalnych.
- Dzisiaj będzie dobrze, będziemy na Ciebie czekać. Uszy do góry, udobrucham jeszcze do końca dnia mamuśke i wszystko będzie cacy stuk stuk.
- Powodzenia – zaśmiałem się, odstawiając kubek na stolik.
- No to co, ja już będę kończył, jeszcze nawet nie wypiłem kawy. A, bo bym zapomniał. Życz temu swojemu koledze wesołych świąt i pozdrów go ode mnie.
- Dzięki, tato. Na pewno, no pa – rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę. - Tata cie pozdrawia i życzy wesołych świąt – odparłem od razu, wstając z kanapy i zwracając ku niemu wzrok.

niedziela, 7 maja 2017

Rozdział XIII - Słodki początek nocy

Film znów nie koniecznie mnie interesował i tym razem także byłem pogrążony w myślach jednak zdecydowanie innych, a przy tym bardzo przyjemnych. Miałem wrażenie, że wreszcie zaczyna się nieco układać. Być może już tak zostanie? Może wreszcie będzie lepiej? Chciałem tego bardzo.
Film skończył się, a ja nie przestałem lekko obejmować Juliena, który tulił policzek do mojego ramienia. Chłód jego ciała znów był niesamowicie przyjemny, choć tym razem nie powodowało to "dyskomfortu". Mógłbym szczerze mówiąc nie wstawać... Tak było dobrze. Wreszcie dobrze, od wielu dni.
- Mógłbym dzisiaj z tobą spać...? - spytał białowłosy.
Spojrzałem na niego nieco zaskoczony. Zauważył to widocznie, bo lekko się wyprostował.
- Tylko spać... znaczy... Nie chcę, żebyś to zrozumiał.... - tłumaczył się chyba nie za bardzo wiedząc jak mi to powiedzieć, żeby nie wypalić wprost, że nie chodzi mu o seks.
- Spokojnie, rozumiem. Nic na siłę i... tym razem postaram się z niczym nie spieszyć - obiecałem i pogłaskałem go lekko po policzku.
Julien rozluźnił się widocznie. Cóż, do wszystkiego musiał przywyknąć. Nie tylko zresztą on. Dla mnie też była to swego rodzaju nowość. Czekać, testować swoją cierpliwość, a do tego być z kimś, na kim mi zależało i to na poważnie. Większość moich relacji z innymi, trudno było nazwać związkiem, o ile którykolwiek w ogóle, szczególnie tak na poważnie.
- Dobra, to tym razem ja idę się wymoczyć i możemy zmykać do wyrka - powiedziałem z uśmiechem i... nachyliłem się, żeby szybko skraść mu całusa, a już po chwili wstać. - Nie mówiłem, że będę całkiem grzeczny - rzuciłem widząc jego zdziwioną minkę i puściłem mu oko.
Szybko pozbierałem swoje rzeczy, żeby zaszyć się w łazience i wziąć szybki prysznic.
Szczerze mówiąc dzionek był dość męczący, nawet jeżeli działo się potencjalnie niewiele. Emocje jednak robiły swoje, a ich natłok potrafił wykańczać jak mało co. Ruszyłem więc do swojego pokoju.
- Julien? - spytałem, chcąc rozeznać się w tym, gdzie przebywa chłopak.
- Zaraz przyjdę! - usłyszałem z jego sypialni.
Ziewając solidnie, nastawiłem na wszelki wypadek budzik, tak by nie zwlec się w południe, za co mama znów suszyłaby mi głowę. Miałem w końcu jutro zgarnąć Mari i do niej jechać. Wgramoliłem się do łóżka i przewróciłem na bok. Oczy zaczęły mi się już przymykać, kiedy poczułem jak Julien wsuwa się pod kołdrę i ostrożnie przywiera do moich pleców.
- A już myślałem, że się rozmyśliłeś - zaśmiałem się lekko czując jego palce na moim karku. Mimowolnie zamruczałem, bo tej czynności tak cholernie mi brakowało. Co najgorsze odkryłem, że odpowiadało mi to obecnie tylko, kiedy robił to ten zmarzluch.
- Wybacz... Mari chciała wiedzieć czy obaj żyjemy - zachichotał.
- Hmmm...? - mruknąłem, bo szczerze mówiąc mało co do mnie dotarło.
- Słuchasz mnie w ogóle? - Chłopak pozwolił mi się obrócić w jego stronę, co nieco ułatwiło mi zebranie myśli. No, przynajmniej częściowo, bo choć jego chłodne palce przestały błądzić po mojej skórze, to miałem teraz twarz niepokojąco blisko jego i naprawdę niewiele było potrzeba, abym to wykorzystał. Z tym, że nie mogłem. Tym razem nie chciałem go spłoszyć. Jeżeli znów coś zepsuję może nie być kolejnej szansy.
- No uznajmy... Zwyczajnie kiedy miziasz mnie po kraku... - zacząłem, bo tego akurat nie potrafiłem sobie odmówić. Wreszcie mogłem być przynajmniej szczerym i mówić to, co mi leżało ciężko na wątrobie przez ostatnie tygodnie. - Powiedzmy, że to cholernie rozprasza. Tak to już jest, że facet ma tyle krwi, żeby obsłużyć tylko jeden "organ myślący".
- Och... - wymsknęło się chłopakowi. - Nie myślałem, że to... aż tak...
- Mówiłem, że mi się podobasz. Naprawdę jesteś całkiem w moim typie - uniosłem dłoń i położyłem ją na jego chłodnym, gładkim policzku, żeby lekko go pogładzić. - Szkoda, że na początku ukrywałeś tą śliczną buźkę za maseczką.
Opuszek mojego palca delikatnie zahaczył o jego dolną wargę, a ja szczerze biłem się z myślami. Miałem ochotę go pocałować, ale... istniała szansa, że dostanę wtedy po łbie i skończy się wspólne spanie.
Moje wątpliwości rozwiał Julien, który przysunął się lekko i oparł dłoń na mojej klatce piersiowej.
Złączyłem swoje usta z jego i aż zamruczałem z zadowolenia. Chłodna słodycz jego skóry była tym, czego ponad wszystko pragnąłem. Zatopiłem się w tym pocałunku, który z każdą chwilą nabierał na namiętności, ale tym razem dbałem o to, żeby moje dłonie nie hasały samopas. Nie póki Julien nie zdecyduje, że ma być inaczej...

sobota, 6 maja 2017

Rozdział XIII - Bezpiecznie...

- Nie jestem twój... - powtórzyłem, mimowolnie ściszając głos. Czułem się przy tym naprawdę... źle. Dlaczego to tak fatalnie brzmiało w moich ustach?
Nieistotnym stał się fakt, że prawie nagi właśnie siedzę pod kocem, którym to właśnie on mnie nakrył. W dodatku zrobił to z czystej... zazdrości? Mogę to tak nazwać..? Chyba mogę, bo sposób w jaki teraz na mnie patrzył był jakiś inny, taki... nowy.
Ta cała gra w rozbieranego pokera potoczyła się kompletnie inaczej niż sobie to zapanowałem. To nie ja powinienem był rozbierać się niemal do naga, ani też nie Arian. I to wcale nie tak, że zwyczajnie chciałem ujrzeć w ten sposób Marikę. W końcu już zrobiłem sobie w tej kwestii rachunek sumienia i wiedziałem doskonale, że nie pociąga mnie ona na tyle, bym był w stanie obłapiać ją wzrokiem. Bo nie potrafiłem ani jej, ani Aishy... nikogo z pewnym, małym wyjątkiem.
Gdy teraz trzymał mnie w ramionach, nie wiedziałem co powinienem ze sobą zrobić. Na powrót zrobiło mi się zimno oraz przeszedł mnie dreszcz, gdy nasze ciała się zetknęły. Już nie uważałem tego za złe czy obrzydliwe, tylko po prostu było mi z tym źle... A to tylko dlatego, że zobaczyłem go wtedy z tamtym brunetem. Gdyby to nie miało miejsca, być może te wszystkie trudne do przeżycia dni milczenia spędzilibyśmy zupełnie inaczej... Chciałem przecież z nim porozmawiać i powiedzieć o zerwaniu z dziewczyną oraz o jego przyczynie, ale... Właśnie, „ale”.
- Gdybym był, nie przyprowadziłbyś tego dupka ze sobą... - odparłem, zagryzając dolną wargę. Natłok myśli i rozmaitych uczuć nie pozwalał mi na jakieś trzeźwe spojrzenie na zaistniałą sytuację, a w dodatku musiałem się pilnować, by podbródek mi nie drżał tak, jakbym chciał się rozryczeć.
- To była głupota... Naprawdę wielka głupota. Byłem wkurzony, musiałem odreagować, on się napatoczył... Nie złość się... - również szeptał mi nad uchem.
- Przecież Cię nie odepchnąłem, wkurzyłeś się tak nagle...
- Ale przecież... odepchnąłeś mnie, powiedziałeś "nie", myślałem, że... znów mnie nie chcesz... - nie kryjąc zdziwienia, przyglądał mi się zaskoczony.
- To nie tak, gdybyś tylko umiał trzymać ręce przy sobie... - odwróciłem od niego wzrok, spoglądając w stronę, gdzie powinienem zobaczyć Marikę, jednak dziewczyny już tam nie było.
Nawet nie zauważyłem, że wyszła... kiedy wyszła? Jak wiele słyszała? Chociaż, tak szczerze mówiąc... nie obchodziło mnie to. Pierwszy raz od paru długich dni mogłem z nim porozmawiać i byłem jej naprawdę wdzięczny za to, że opuściła nasze mieszkanie. Naprawdę... chciałem zostać z nim sam na sam.
- Przepraszam.... Zwyczajnie myślałem... Sam z resztą wiesz. To, że mnie odtrąciłeś, za cholerę nie potrafiłem o tym zapomnieć...
- Naprawdę..? Myślałem, że to wszystko już dawno minęło... - zmrużyłem oczy. Byłem święcie przekonany, że to, co stało się między nami już tak długi czas temu było nieistotne i można było to wrzucić w otchłań zapomnienia. A teraz dowiaduję się, że... Arian, on... przez cały ten czas...
- Chciałem, żeby minęło.... Miałem nadzieję, że minie. Ale widać to nie takie proste...
- Zauważyłem – mruknąłem i dość niepewnie oparłem głowę na jego ramieniu. - Ostatnie dni były okropne.
- Okropne to mało powiedziane, choć nie wiedziałem, że dla Ciebie też – poczułem, że mnie obejmuje i choć jakaś część mnie miała przeciwko temu obawy, to nie ruszyłem się. Po prostu mu pozwoliłem, bo chyba chciałem tego bardziej, niż mi się wydawało. Lepiej. W jego ramionach poczułem się... bezpieczny. I było mi zdecydowanie cieplej, więc ciało odpowiedziało lekkim dreszczem.
- Jakby cię tu nie było, słowa nie zamieniliśmy... Ciężko to opisać, czułem się źle – zmrużyłem oczy, zaś on objął mnie mocniej. Było tak... zupełnie inaczej niż z jakąkolwiek dziewczyną.
- Myślałem, ze nie bardzo będziesz chciał ze mną rozmawiać, a do tego... sam nie wiedziałem czego ja chcę. Od teraz będzie lepiej, dobrze? - chyba zamruczał czy coś na ten wzór i zaczął mnie głaskać. Głupi... Przez niego kompletnie zapomniałem o tym, jak niewiele mamy oboje na sobie.
- Bo nie chciałem... - zrobiło mi się dziwnie głupio. - I jeśli chcesz to możesz mnie tak tulić... Nie przeszkadza mi to... - wyjaśniłem, całkiem zamykając oczy. A kiedy tylko to zrobiłem, on przyciągnął mnie bliżej siebie, a mi wyostrzyły się pozostałe zmysły, jak węch i słuch. Słyszałem jego oddech, zaskakująco spokojny i miarowy oraz czułem jego zapach.... Wciąż twierdziłem, że pięknie pachnie. Nawet lekko się uśmiechnąłem, napawając się chwilą.
- Brakowało mi Ciebie strasznie... Nawet już nie chodzi o to, jak cholernie mi się podobasz. Zwyczajnie, cię polubiłem i... naprawdę chciałbym, żebyś dał mi szansę...
- Również Cię polubiłem... zastanawiałem się, dokąd wychodzisz przez ostatnie dni... Chyba się martwiłem – mruknąłem, równocześnie uśmiechając się odrobinę szerzej. - Ja jeszcze nigdy... nie byłem z chłopakiem...
- Tak, zdążyłem już zauważyć i... rozumiem, że to może nie być łatwe – przesunął dłonią po moich włosach. - Spróbuj chociaż... Skoro jednak mnie choć trochę lubisz... I nie musiałeś się martwić. Mówiłem ci już, że mnie nic złego się nie przytrafia...
- Jednak mimo to martwiłem się, nie wiedziałem gdzie jesteś... - w końcu, dość niechętnie odsunąłem się od niego. To nie była rozmowa na tę chwilę. - Obejrzymy coś razem? I porozmawiamy jeszcze później... Proszę..? - instynktownie spojrzałem mu w oczy.
- No dobrze... Ale najpierw się może nieco ubierzmy, co? - on także się uśmiechnął. No w końcu... Nareszcie atmosfera przestała być gęsta, jak ten likier i toksyczna, jak chemikalia.
- To ja zajmuję łazienkę – odparłem, wygrzebując się z koca i zbierając ubrania z kanapy.
Parę chwil później stałem już pod prysznicem i była to chyba najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. To niebiańskie uczucie, jakim było zmycie z siebie wszelkich stresów i zmartwień po raz pierwszy od długiego czasu zagościło we mnie na nowo. Nareszcie było... normalnie. Być może nawet lepiej, a w każdym razie inaczej. Coś się przed chwilą stało, coś się zmieniło, coś... zaiskrzyło, natomiast ja sam chciałem jak najszybciej do niego wrócić. Co za zabawne uczucie!
Standardowo, po paręnastu minutach wróciłem do salonu. Z racji tego, że już był właściwie wieczór włożyłem na siebie lżejsze, luźniejsze ubrania, jak na przykład te ulubione białe dresy. Bez zbędnych słów usiadłem obok niego na kanapie i tak, jak ostatnio porwałem koc, tylko, że tym razem zarzuciłem go również na niego. Niby wiedziałem, że to chodząca gofrownica i czasem bywa tak gorący, że można się poparzyć, jednak no... kurde, po prostu to zrobiłem, kej? Z troski.
Ostatnio oglądaliśmy wspólnie horror, więc tym razem znaleźliśmy jakiegoś thrillera. Byłem też w pewien sposób mu za to wdzięczny, bo w końcu jest to gatunek trochę bardziej wymagający myślenia od klasycznego horroru. A zatem nie telepałem się ze strachu, jak wtedy i nie leżałem na jego nogach... Tym razem jedynie oparłem głowę na jego ramieniu, traktując je jak poduszkę.
Po seansie znowu nastała chwila ciszy, jednak tym razem dało się czuć ja kompletnie inaczej. Ta cisza była inna, spokojna, pozbawiona mdlącego odoru złości i obaw. I ta cisza wpłynęła na mnie na tyle motywująco, że zebrałem się w sobie i zadałem to dość... krępujące pytanie.
- Mógłbym dzisiaj z tobą spać..?

czwartek, 4 maja 2017

Rozdział XIII - Koniec!

Siedząc na tej przeklętej kanapie nie mogłem przestać myśleć. O czym? O tym, o co zapytała mnie Mari, o tym co męczyło mnie całą pieprzoną noc i co nasiliło się jeszcze teraz, kiedy Julien siedział przy mnie. Chciałbym... powiedzieć mu, że mi zależy... Tak, byłem teraz tego świadomy i pewny. To nie było tylko czysto fizyczne pragnienie, ani tym bardziej zwykła sympatia... Ja czułem do niego coś więcej. Nie potrafiłem jeszcze tego nazwać i nie wiem czy określiłbym to jako miłość, ale wiedziałem, że chciałbym spróbować być z nim... Tylko co z tego? Już dwa razy dostałem od niego po łbie tabliczką z napisem "NIE" i nie sądziłem, żeby trzeci raz był inny, ale... Chciałem spróbować...
Odwróciłem się do chłopaka, próbując przy tym zebrać myśli, ale zanim otworzyłem usta usłyszałem dzwonek do drzwi. No oczywiście, że była to Marika.
- To ja nie będę wam przeszkadzał... - rzuciłem i wstałem, żeby skierować się do wyjścia.
- Oj, nie... Nigdzie nie idziesz. Jutro Wigilia i pasuje wreszcie się pogodzić, co? Nikt nie chce w święta napiętej atmosfery - stwierdziła ruda i uśmiechnęła się do mnie pięknie. Miałem ochotę jej kark przetrącić, ale... wiedziałem, że ma sporo racji. W końcu święta jak zawsze mieliśmy spędzić razem... Nie było więc innego wyjścia jak zakopać an czas jakiś topór wojenny. 
- Przyniosłam likierek - zachęciła i nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć podreptała bujając rytmicznie biodrami, w kierunku kuchni. Po chwili wróciła i nalała do wysokich literatek gęstawy likier. - To co robimy? Ma ktoś jakiś pomysł?
- Nie specjalnie... - rzuciłem siadając wygodnie i biorąc swój alkohol. Był za słodki, zbyt gęsty i zbyt słaby jak dla mnie, ale nie chciałem już marudzić... Żałowałem, że nie kupiłem sobie piwa czy czegokolwiek, co dałoby się pić. 
- Oj no... trzeba by się rozerwać. Może pogramy w karty, co? Odrobina hazardu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
- Julien raczej nie będzie grał na kasę... - zacząłem, bo wiedziałem, że u chłopaka z tym dość krucho. Stypendium dostał, ale nie starczało to na zbyt wiele...
- No to pograjmy w rozbieranego - zaszczebiotała dziewczyna, na co zakrztusiłem się likierem.
- Jaja sobie robisz? 
- A ja myślę, że to dobry pomysł... Może wyjdzie z tego coś zabawnego? - rzucił Julien, w co nie mogłem wręcz uwierzyć. To było do niego tak niepodobne... Ale... interesujące. Miałem wrażenie, że to będzie dla mnie istna męczarnia... ale trudno. Raczej nie miałem wyjścia.
- Dobra... widać jestem przegłosowany...
No i stało się... Karty wylądowały na stoliku, obok kieliszków. Alkohol znikał szybko... podobnie ubrania... moje i Juliena, bo Mari ledwie zdjęła pończochy i bolerko, za to białowłosy siedział na kanapie w samych bokserkach co zdecydowanie mnie rozpraszało. Co ja bym dał, żeby go teraz trzymać w ramionach... 
A mimo tego, ze widok był dla mnie co najmniej zjawiskowy, zastanawiała mnie najbardziej jego zacięta mina. Jedna przegrana dzieliła go od tego, żeby stanąć przed nami całkiem nagim, a mimo to nie poddał się, nie przerwał gry... Mógł to przecież zrobić. Nikt nie miałby pretensji i... byłoby tak nawet lepiej, bo choć ja osobiście naprawdę chciałem go zobaczyć nagiego, tak patrzeć na to, jak ogląda go takim Marika.... Nie, na to nie chciałem pozwolić, nawet jeżeli już ze sobą byli...
- Znów to ja was rozbiorę - zachichotała dziewczyna i faktycznie, znowu zołza wygrała.
- Kantujesz! - warknąłem.
- A w życiu! Zwyczajnie macie dziś pecha i tyle - zaśmiała się patrząc mi w oczy z wyraźnym wyzwaniem. - No... Pieszczoszku - spojrzała na jasnowłosego i posłała mu całusa.
- Dość! - ryknąłem kiedy chłopak zaczął wstawać z lekkim wahaniem i przyciągnąłem go do siebie nakrywając jednocześnie kocem i ukrywając go w ten sposób, przed tą rudą cholerą. 
- A-ale... - zaczął chłopak zdezorientowany.
- Nie będziesz się przed nią rozbierał i gówno mnie obchodzi czy ze sobą spaliście. Nie i koniec! - warknąłem. - Jesteś mój... 
- Nie jestem twój... - powiedział, a w jego głosie był... smutek? Żal? Dlaczego?
- To będziesz - stwierdziłem pewnie. - Choćby nie wiem ile to miało trwać, będziesz i tyle! Zależy mi, do cholery, na tobie. Za nic nie potrafię przestać zadręczać się myślami o tobie... Dlatego nikt nie będzie oglądał cię nagiego! Koniec!

środa, 3 maja 2017

Rozdział XIII - Na dzień przed gwiazdką

Arian... uwierzył. Naprawdę uwierzył! Nie spodziewałem się, że tak łatwo przyjdzie mi wprowadzić go w maliny. Tak dobrze kłamałem? Przecież sam musiałem się mocno powstrzymywać, trzymać emocje na wodzy, by to wszystko w ogóle wypaliło. A teraz... kiedy mi uwierzył... było mi jeszcze gorzej niż wcześniej. Dlaczego nie mogłem przestać o nim myśleć? Dlaczego, do cholery, tak bardzo byłem na niego wściekły?! Już dopuściłem do siebie myśli o ewentualnym zachwianiu orientacji, chwilowego nieposłuszeństwa zdrowego rozsądku, głupiemu zauroczeniu, o ile można tak nazwać to pojebane uczucie, jednak wciąż liczyłem na to, że jednak to tylko chwilowe, a zła atmosfera w domu, która była wynikiem tej „burzy hormonów” z czasem opadnie. Niestety, nie opadła. Stan ten utrzymywał się tak coraz dłużej i dłużej, a mnie coraz mocniej i mocniej ściskało w żołądku na jego widok.
Właśnie, widok. Niby wciąż razem mieszkaliśmy, a nie widywaliśmy się prawie wcale. Ja wstawałem wcześniej, nawet nie sprawdzając czy śpi, ale pewnie spał i wychodziłem na uczelnię. Nawet nie potrafię rozsądnie wytłumaczyć, po co to robiłem, skoro jednym uchem mi to wlatywało, a drugim wylatywało. Jestem w stanie usprawiedliwić się jedynie słowami: „musiałem czymś zabić czas”. Dosłownie i w przenośni, bo gnijąc w mieszkaniu, we własnym pokoju, mając świadomość, że gdzieś po przedpokoju może pałętać się On być może... zwyczajnie bym nie dał rady i się wyprowadził. Gdzie? Może nawet... z powrotem do domu... Swoją drogą, dawno nie rozmawiałem z mamą. Jedynie ojciec odezwał się parę razy, by zapytać, jak tam mi się żyje na własnym, ale... na tym się urywało. Nikomu nie polecam, ale też niczego nie żałuję. Czy aby na pewno..? Cieszyłem się, że już tam nie mieszkam, że mam swoje własne miejsce, nie jestem od nikogo zależny i nie mam drącej japy matki nad uchem. Cieszyłem się też z tego, że udało mi się lepiej poznać Ariana, ale już mniej z tego wszystkiego, co miało miejsce teraz. Naprawdę... Natłok myśli, jakie przechodziły przez moją głowę w przeciągu jednego dnia z pewnością przekraczał normę zwykłego, prostego człowieka, wiodącego ciche i szczęśliwe życie. Chyba nie jest mi dany ten uwielbiony spokój, którego pragnąłem od okresu dojrzewania... Wpierw matka, potem... też matka, ale już w innym kontekście, bo tym razem chodziło o studia i towarzystwo, a teraz Arian, którego ciężko mi było nazwać teraz Amebą. Nie wiem dlaczego, był frajerem nie zasługującym na tak przyjazne dla środowiska, tak po prostu. No i nie potrafiłem normalnie z nim porozmawiać, bo wszystko aż we mnie buzowało. Daj Boże zdrowie...
Ostatecznym punktem zapalnym całej tej afery było to, że zaraz miały być święta i to nie byle jakie. Najważniejsze w całym roku święta Bożego Narodzenia. Oto czas, gdy wszyscy mieli się godzić, jeść wspólnie kolację i łamać się opłatkiem oraz wybaczać sobie nawzajem wszystkie błędy. Co roku spędzałem ten czas w domu w towarzystwie rodziny, jednak w tym roku wydawało mi się, że spędzę je po prostu sam. Matka nie odezwała się choćby słowem, ojciec nie zaprosił mnie na kolacje... Ba, nawet o niej nie wspomniał. Zastanawiało mnie, dlaczego? Mama mu nie pozwoliła czy zwyczajnie zapomnieli? Oh, pięknie...
Czas leciał wyjątkowo wolno przez te ostatnie dni przed wigilią. Wszechobecna radość, kolędy i kolorowe reklamy centrów handlowych zazwyczaj działały na mnie bardzo pozytywnie, ale nie tym razem. Miałem wrażenie, że tonę, dosłownie. Czułem się tak, jakby pożerały mnie ruchome piaski. Im bardziej próbowałem coś ruszyć, cokolwiek zmienić, tym bardziej wszystko wokół mnie się waliło. Kiedy tutaj zamieszkałem byłem pełen nadziei: chciałem poznać mojego współlokatora i zmienić swoje życie, zacząć je od nowa. Tymczasem dostałem jakiś szajs, niewiarygodne gówno oraz popapranie z poplątaniem. Owszem, „coś” udało mi się osiągnąć, wydawało mi się, że zdobyłem przyjaciela... ale chyba tylko mi się wydawało. Jednak skoro nie, to dlaczego nie chciałem... nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, kiedy już byliśmy zmuszeni minąć się w drzwiach wejściowych? Zupełnie tak, jakbym miał wyrzuty sumienia i, co śmieszne, miałem je... Były niewyobrażalnie wielkie i trudno było mi to wyjaśnić, ale... Miałem takie wrażenie... Takie małe, może tylko mi się wydawało, ale... Zdawało mi się, że on też odwraca wzrok... To tylko moja wyobraźnia, czy jego też coś dręczyło..?

Dzień przed wigilią nie miałem już dokąd uciec. Uczelnia była zamknięta, więc wykładowcy oraz studenci mogli już na spokojnie zająć się organizacja świąt w swoim własnym, domowym zaciszu. Wszystko to mi wybitnie... nie pasowało. Wszędzie wkoło śmiechy, chichy, a ja siedziałem w mieszkaniu przez brak innej rzeczy do roboty i tylko dawałem się wessać bez reszty fotelowi pode mną. Tak, nie było mi to na rękę. Tym bardziej, że chyba nie tylko ja nie miałem co ze sobą zrobić i gdzie się podziać, bo na kanapie praktycznie obok mnie siedział Arian... Nie mogłem już tego znieść. Wystarczyło, że siedział tuż obok mnie, a ja nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić: przyłożyć mu już czy za chwilę? A może porozmawiać? Ale o czym? Ugh, tak strasznie działał i na nerwy..! I jednocześnie przyprawiał o mdłości... Było mi z tym naprawdę źle i w życiu nie powiedziałbym o sobie, że będzie mnie łączyła taka pokręcona relacja z innym mężczyzną, a w dodatku, że będzie to na tyle poważne, aby możliwe było zawieszenie w powietrzu siekiery z powodu gęstości atmosfery, gdy razem przebywamy.
Patrzyłem się już chyba wszędzie, gdzie tylko było mi dane: stół, dywan, pamiętne firanki. Wszędzie, byle nie na niego. Kręciłem się też co jakiś czas do pokoju i kuchni, wracając jednak z powrotem do salonu. Niby mogłem zostać w pokoju, zamknąć się na świat i spędzić tam tak kolejny dzień, ale ile można..? Jeszcze klaustrofobii dostanę i już nie będę miał w ogóle dokąd uciec... Potworną ciszę przerwał dzwonek do drzwi, na który entuzjastycznie poderwałem się na równe nogi i poszedłem otworzyć drzwi. Ktokolwiek to był i cokolwiek chciał, dobrze, że przyszedł! A nawet jeszcze lepiej, bo po otwarciu drzwi zobaczyłem znajome, czerwonawe włosy oraz radosne oczy.
- Mari, jak miło cię widzieć – uśmiechnąłem się lekko, mimo wszystko nie było mnie stać na nic lepszego. - Wesołych świąt.