sobota, 24 czerwca 2017

Rozdział XVI - Wietrzę kłopoty

- Julien... błagam, nie rozmawiajmy o tym - rzuciłem i odsunąłem jego dłoń od swojej twarzy, nawet jeżeli przynosiła mi sporą ulgę.
- Jak nie rozmawiajmy?! Wracasz w nocy, pobity... Jak mamy niby o tym nie rozmawiać? - krzyknął i znów się zbliżył.
Wiedziałem, że tak będzie... W końcu musiało do tego dojść, co? Juliena już wcześniej moje zajęcie interesowało, a co dopiero teraz... Z tym, że naprawdę nie miałem teraz na to siły. wiedziałem, że wyjdzie z tego nic więcej, jak bardziej zajadła kłótnia.
- Zwyczajnie... - rzuciłem i wstałem, chcąc za wszelką cenę uciąć ten temat. 
- Arian! - Julien złapał mnie za ramię, kiedy miałem zamiar wyjść.
- Trzymaj się od tego z daleka! - warknąłem na niego, odruchowo odwracając się i łapiąc za jego nadgarstek... Mocno... Za mocno, bo usłyszałem syk bólu. 
To mnie otrzeźwiło. Nie chciałem tego... Nie skrzywdziłbym go... 
- Przepraszam... - wymamrotałem uwalniając go z uścisku. - Ja... naprawdę nie chcę dziś o tym rozmawiać. Jestem zmęczony... Do tego naprawdę nie chcę psuć tego, co zaczęło się układać. 
- Nie rozumiem dlaczego tak bardzo nie chcesz mi nic powiedzieć - rzucił na co westchnąłem ciężko.
- Po prostu wiem jak zareagujesz. Wiem, że ci się to nie spodoba... Niedawno wszystko zaczęło być dobrze między nami i może na tym się skupmy, co? Kiedyś wszystko ci powiem, ale zwyczajnie nie teraz...
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale" w tej kwestii - przerwałem mu i tym razem bez przeszkód ruszyłem do łazienki gdzie wziąłem zimny prysznic. 
Na chwilę poczułem się odrobinę lepiej... Na chwilę, bo kiedy wszedłem do kuchni, gdzie Julien przygotowywał kawę i śniadanie poczułem emanujący od niego chłód. Nie ten, z rodzaju przyjemnych, który tak lubiłem. Tym razem wiedziałem, że był zły... 
- Daj już spokój - poprosiłem i złapałem go w ramiona. - Nie możemy ostatnich chwil wolności spędzić milusio?
Moje dłonie powędrowały na jego biodra, a jego chłodek zrobił się odrobinę inny.
- Zostaw... - fuknął i pacną mnie po dłoni. 
- A nie.... - wymruczałem i przyciągnąłem go tylko bliżej, żeby zacząć skubać po szyi. - Nie mogę zawsze być grzeczny - dodałem jeszcze zanim wpiłem się w jego usta.
Miałem nadzieję, że spokój z wczorajszego ranka jakimś cudem do nas wróci, z tym, że coś mi mówiło, że nie będzie tak sielsko...

piątek, 23 czerwca 2017

Rozdział XVI - Pierdolona "praca"

 //Przepraszam za brak postów, które miały się ukazać w środę i czwartek. Dopadł mnie kryzys, teraz już jest dobrze. A teraz już zapraszam do czytania\\ Niko.

Świetny początek, naprawdę. Ten beznadziejny telefon nie mógł zadzwonić w gorszym momencie. Praca? W Nocy Rok? Co to niby za cholerna robota?! Tajemniczy telefon, po którym Arian wraca nabuzowany, jak na początku naszej znajomości zdecydowanie przelał czarę goryczy.
Zaskakująco szybko opuścił mieszkanie. Wcześniej nie chciał ze mną rozmawiać, co wnioskuję po tych pełnych pasji odpowiedziach i unikaniu odpowiedzi na każde moje pytanie. Ja sobie coś uroiłem czy coś jest na rzeczy? Bardzo możliwe, bo przecież... Prawie niczego o nim nie wiem. Z tą myślą wstałem z impetem z łóżka i z nieukrywanym zdenerwowaniem zacząłem się ubierać.
Co ja o nim właściwie wiem? Nazywa się Arian Manoor i w dupie ma naukę. Prychnąłem na samą myśl, a spodnie z zawziętością naciągnąłem na biodra.
Co jeszcze? Jest wybuchowy, potrafi zapłonąć, kocha swój motor. Lubi się napić, imprezować i jeść drób. Ogląda horrory i filmy akcji. Nie lubi, kiedy ktoś wchodzi mu na głowę. Jest zboczeńcem i często miewa zbereźne myśli. I... I co jeszcze? Uniosłem głowę, by spojrzeć w lustro wiszące nad umywalką w łazience. Nic.
Ciekawe, dlaczego tak się stało? Czemu wiem tak niewiele o osobie, z którą mieszkam? Z którą jestem? Którą kocham? Może to właśnie to jest powodem tych porannych złości? Może to moja wina? Może.
Nie rozgrzeszam go jednak, też ma w tym swoje trzy grosze. Nie odpowiada mi, ciągle się wykręca. Już jakiś czas temu domyśliłem się, że jego praca do najpiękniejszych nie należy. Inaczej nie kryłby tego w takiej tajemnicy, tak? A co jeśli to coś nieprzyzwoitego? Nie, w to wątpię. W takim wypadku nie miałby tak silnej frustracji seksualnej. Ale skoro to nic z tego, to co? Ten telefon mnie zaniepokoił, lecz przez jego zachowanie byłem zbyt zdenerwowany, by choćby zechcieć go przytrzymać do chwili, aż odpowie. Jak bardzo by się wtedy zdenerwował? Zrobiłby mi coś? Teoretycznie już kiedyś miałem przez niego problem... Wtedy, już dawno temu, gdy byłem zmuszony maskować siniaka podkładem. Wtedy, gdy wyśmiał mnie w trakcie wykładu.
Za dużo myślę.

Do końca dnia nie dałem mu o sobie znaku. On odwdzięczył mi się tym samym, więc uznałem to za dobry powód, by na niego nie czekać. Nie zostawiłem mu też jebanej kolacji, co miałem w zwyczaju robić za każdym razem, kiedy wiadome mi było o późnej porze jego powrotu do domu. Szczerze mówiąc targały mną mieszane uczucia. Nie miałem ochoty się z nim już dzisiaj widzieć, nie chciałem z nim rozmawiać, jednak gdy przebudziłem się parę minut przed pierwszą w nocy, a jego nadal nie było zacząłem się niepokoić. Moja cholerna, głupia, wkurzająca Ameba...
Nad rankiem sytuacja zdawała się powtórzyć. Nie słyszałem, jak drzwi się otwierają, ani jak leci woda prysznica. Nie poczułem też, jakby ktoś chciał się wkraść pod kołdrę obok mnie. Dlatego też, kiedy przebudziłem się koło dziewiątej, a po oczach dało mi blade, zimowe słońce spodziewałem się pustki. W łóżku, pokoju, mieszkaniu, sobie. Zwyczajnie pustki i wyrzutów sumienia, które by jej zapewne towarzyszyły. Na szczęście jednak miałem powód, by się obudzić, a mianowicie to właśnie ciemnowłosy w ciszy grzebał właśnie w szafce z ubraniami.
Przez chwilę w ogóle się nie poruszyłem, analizując kilka przykładowych scenariuszy, jak rozmowa mogłyby się potoczyć. Leżałem przy tym, jak kłoda i wpatrywałem w niego, wodząc wzrokiem za każdym ruchem. W końcu zorientował się i odwrócił w moim kierunku, czując zbyt nachalny, może przeszywający go na wskroś wzrok.
W ciszy usiadłem prosto.
- O której wróciłeś?
- Późno – odparł od niechcenia, znowu odwracając się tyłem. - spałeś.
- Świetnie. To gdzie byłeś?
- W pracy – mruknął, po czym podszedł do łóżka i usiadł na jego krańcu. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, co się wydarzyło na twarzy mojego rozmówcy.
- Skąd to masz? Kto ci to zrobił? - gwałtownie przysunąłem się blisko niego, delikatnie układając chłodne palce na jego szczęce. Na chwilę powinno to choć odrobinę złagodzić to okropieństwo. - Więc tak wygląda ta twoja „praca”, tak?!

niedziela, 18 czerwca 2017

Rozdział XVI - Wypad do... pracy



Oparłem policzek na ramieniu Juliena i przymknąłem oczy. Dobrze było tak trzymać tego zmarzlucha w ramionach. Już przestałem się zastanawiać co mnie tak do niego ciągnie i dlaczego przy nim czuję się po prostu spokojny. Gdyby Marika tu była wygłosiłaby monolog o prawdziwej miłości i innych takich bzdurach. A mnie na Julienie po prostu zależało… bardzo.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu.
- Znowu komuś się uroiło zawracanie mi dupy – warknąłem i sięgnąłem po gąbkę. Nie miałem zamiaru nigdzie się wybierać. Jednak telefon nie przestawał dzwonić.
- Może to coś ważnego…? – zaczął Julien. – Może to twoja mama lub Mari?
- Jakoś wątpię… - burknąłem, ale wyszedłem z wanny, okręciłem biodra ręcznikiem i ruszyłem po znienawidzone w tej konkretnej chwili urządzenie.
- Czego?! – warknąłem odbierając, bo numer nie należał ani do Mariki, ani mojej mamy, a do tego patałacha Tarixa.
- Tak, wiem, że miałem ci nie przeszkadzać i serio bym tego nie robił, ale sytuacja robi się krytyczna. Az przyprowadził jakiegoś nabuzowanego kloca, który chce zwyczajnie cię szukać… - w tym momencie przerwały mu pełne złości krzyki. Nie trudno było zrozumieć, że były kierowane w moją stronę.
- Będę za pół godziny… - rzuciłem niechętnie.
- Dzięki. Skórę mi ratujesz – zawołał mężczyzna z entuzjazmem.
- W dupie mam twoją skórę – warknąłem i rozłączyłem się.
Zwyczajnie nie chciałem, żeby jakieś bydło zwaliło mi się do domu. Nie miałem pojęcia co Az i jego bydle ćpali, że przypomniało im się o mnie dzisiaj, ale trzeba im obu było wybić ze łbów takie akcje.
Odłożyłem telefon i wróciłem do łazienki. Julien wyszedł już z wanny i właśnie owijał się ręcznikiem.
- Stało się coś… - to nie było nawet pytanie. Z resztą. Widać było, że do szczególnie szczęśliwych nie należę.
- Muszę wyjść – oznajmiłem, po czym oboje ruszyliśmy do sypialni. Ja się ubierałem, Julien, opatulony ręcznikiem usiadł na łóżku i wodził za mną wzrokiem.
- Ale dokąd niby? – dopytywał.
- Mam robotę… - rzuciłem i już nie za bardzo odpowiadał mi tor, na który schodziła rozmowa.
- Robotę? Dzisiaj? Przecież jest Nowy Rok, mało kto dziś pracuje… a do tego… myślałem, że posiedzimy razem – stwierdził.
- Też miałem inne plany, ale to zwyczajnie nagła sytuacja. Po prostu muszę…
- I nie powiesz mi oczywiście co to za praca i dlaczego tak ci się dziś spieszy? – burknął z mieszaniną żalu i rozdrażnienie w głosie.
- Mówiłem ci już. Lepiej, jak trzymasz się od tego z daleka… Siedziałem z tobą w domu przez długi czas. Teraz musze wyjść i do tego naprawdę mi się spieszy – dokończyłem ubieranie się i ruszyłem do przedpokoju, żeby z wieszaka zdjąć kurtkę.
- A o której wrócisz? – spytał jeszcze, idąc za mną.
- Nie wiem… późno – zwyczajnie wyszedłem. Nie miałem nastroju na pogawędki, a rozmowa o moim zajęciu była ostatnim, co chciałem dziś robić.

Siedziałem klnąc pod nosem na czym świat stoi i przyciskałem do rozciętego łuku brwiowego ręcznik, w który zwinięty był lód. Dawało to dokładnie gówno, bo moja rozgrzana nadmiernie skóra skutecznie sobie z tym lodem radziła. Do tego na prawym boku czułem spory, pulsujący, rosnący zapewne w oczach krwiak. Zwyczajnie bosko… Nie było to jednak nic dziwnego biorąc pod uwagę to, że walka, którą chwilę wcześniej stoczyłem była długa, męcząca i zwyczajnie ciężka. Koleś był dobry… albo to raczej ja się ostatnio zapuściłem. Siedziałem w chacie, treningi zeszły sobie gdzieś na trzeci plan, łeb miałem zajęty innymi rzeczami.
- Wszystko gra? – spytał Tarix i podał mi kolejny worek z lodem.
- A jak, kurwa, sądzisz? – spytałem w odpowiedzi.
- Sorry… Wyglądasz zwyczajnie, jakbyś potrzebował sporego… znieczulenia – zaakcentował ostatnie słowo w wiadomym celu.
Tak, powinienem wracać do domu. Julien i tak nie był zbyt zadowolony z tego wyszedłem, ale faktycznie miałem ochotę zwyczajnie się napić. Sporo… Tak więc wylądowałem w wiecznie otwartym „Edenie” z butelką w dłoni.
Do domu dotarłem dopiero w nocy. Ostrożnie otworzyłem drzwi mając nadzieje, że uda mi się nie obudzić Juliena, który powinien dawno już spać…

sobota, 17 czerwca 2017

Rozdział XV - Ciepła kąpiel

Nawet nie zauważyłem, kiedy pogrążyłem się we śnie i gdybym miał teraz zadawać komuś relacje z tego, co mi się przyśniło nie byłbym w stanie. Zwyczajnie urwał mi się film, znowu... Ale cieszyłem się, że tym razem było to spowodowane zupełnie czymś innym i nadmiar alkoholu nie miał z tym nic wspólnego. Spałem jak zabity, nie słyszałem nic, nie wiedziałem nawet, kiedy Ari czmychnął z łóżka. Udało mi się wybudzić dopiero, gdy poczułem zapach kawy.
- Hej... jak się czujesz? - usłyszałem, jednocześnie czując na policzku ciepłą dłoń mojego towarzysza.
- Wszystko mnie boli – uśmiechnąłem się lekko, nawet nie próbując przyjąć pozycji siedzącej. Trochę się obawiałem, jak mogło się to zakończyć.
- Mówisz..? - uniosłem brew w górę, natomiast on odwrócił się na tyle, by pokazać mi swoje poranione plecy. Muszę przyznać, że byłem przerażony. Nie posądziłbym siebie o taką siłę i zacięcie w zadawaniu bólu drugiej osobie... Nigdy...
- Zrobiłem ci krzywdę!
- Malowniczo wyglądają, nie? - wyszczerzył kły pełny dumy i zadowolenia.
- Nie leci ci krew..? Musi cię boleć, nie ciesz się z tego! - gwałtownie usiadłem prosto, przez co również syknąłem. To było jeszcze dziwniejsze uczucie niż to wczorajsze!
- Tylko trochę, skrzepło już co nieco. Jak mam się nie cieszyć skoro to jawny dowód, że wygrałem z twoimi snami.
- A więc to o to ci chodziło..! Ale ty jesteś głupi... - zmęczony wcisnąłem twarz w poduszkę na kolanach.
- Nie ma chowania się! - wyrzucił tę poduszkę za łóżko, by pocałować mnie w policzek. Zbędna była ma obrona, to zwierze i tak nie miało żadnych skrupułów. - To co powiesz na ciepłą kąpiel? A później czeka na Ciebie ciepła lura.
- Ty już nie jesteś moją wkurwioną Amebą... - zauważyłem, mrużąc mocno oczy. On jednak zdawał się puścić to mimo uszu, więc kontynuowałem. - Potrzebuję motywacji by wstać.
- Możesz nie wstawać.
Spojrzałem na niego jak na idiotę, zaś on w jednej chwili wziął mnie na ręce i zaniósł do łazienki. To było... żenujące, biorąc pod uwagę to, jak to nie miałem siły sam wstać. Cholerny osiłek, przecież nie byłem wcale taki lekki.
Nie zważał także na moje słowa protestu w drodze do łazienki, a jedynie skomentował pozytywnie piekące, czerwone rumieńce na mojej twarzy. Był okropny, nie słuchał mnie! Chciał dobrze, tak, wiem i może trochę się czepiam, ale to było... lekko mówiąc... zawstydzające. W końcu nie jestem dziewczyną.
W dodatku postanowił siąść w wannie tuż za mną. I znowu, niby mi to nie przeszkadzało, a jednak wszedł właśnie w mój kwadrat, kiedy ja miałem ochotę zwyczajnie odpocząć. No po takiej nocy jak najbardziej mi się należało! A okazja była ku temu jedyna w swoim rodzaju. Nowy Rok, rano, wszyscy śpią, odtajają po zeszłej nocy, trzeźwieją, na ulicach jest cisza i spokój. Idealnie. A nawet... śnieg zaczął pruszyć. Piękne rozpoczęcie kolejnego roku życia.
- Nikt cię tu nie prosił... - mruknąłem, odchylając głowę w tył.
- Nie złość się na mnie – usłyszałem nagle, a ton jego głosu był niby taki sam, a jednak miałem wrażenie, że niesie za sobą ukryte znaczenie. Objął mnie w pasie, następnie oparł podbródek o moje ramię i tak już został.
- Przecież tylko żartowałem. Nie mam powodu, by się na Ciebie złościć. Chyba. Zależy, czy o czymś nie wiem – dodałem, uśmiechając się półgębkiem.
- Cieszę się. Nie lubię, kiedy jesteś na mnie zły.
- Nie jestem – na ślepo wymacałem jego włosy, po których nieco go poklepałem. W odpowiedzi on ucałował moje ramie. W sumie... to całkiem słodkie.

czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział XV - Te cholerne zasłonki wreszcie spłonęły (+18)

Z ust Juliena wydobył się dźwięczny, przeciągły krzyk, tak cudowny, że mógłbym go nagrać i puszczać w kółko aż straciłbym słuch. W tym samym czasie jego ciało wyprężyło się mocno, a ja poczułem jak jego pazurki wbijają się w moją skórę.
Tego było już dla mnie zdecydowanie za wiele... Moim ciałem także targnął spazm rozkoszy, na który tak długo czekałem.
Wszystko ucichło, uspokoiło się. Powietrze wokół nas już nie drżało od kolejnych kłębów pary. Nasze ciała zdawały się powrócić do normalnej temperatury. Jedynym co przerywało ciszę były nasze przyspieszone oddechy i łomotanie naszych serc.
Opierałem się lekko na rękach mając Juliena wciąż pod sobą. Wciąż mogłem przyglądać się jego zaczerwienionej buźce, rozchylonym ustom i oczom, które zdawały się błądzić wciąż w miejscu, które było dostępne tylko dla nich. Nachyliłem się i zacząłem składać delikatne pocałunki na jego policzkach, ustach, szyi. Zwyczajnie chciałem czuć go blisko siebie dłużej i na wszystkie możliwe sposoby.
Julien uśmiechnął się delikatnie wciąż lekko nieobecny. Wtedy coś mi się przypomniało.
- I jak tam zasłonki, zmarzluchu? - spytałem, na co spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Co...? - wyszeptał i zamrugał.
- Taka odpowiedź mi zdecydowanie wystarczy - zaśmiałem się zadowolony.
Ułożyłem się wygodnie obok chłopaka sięgając po nakrycie, a zaraz później przyciągając Juliena do siebie. W samą porę, bo chłopak ziewną przeciągle, a w następnej chwili przytulił policzek do mojego torsu i zamknął oczy.
Leżałem jeszcze chwilę wsłuchując się w jego oddech, który powoli przybierał na rytmie i pogłębiał się. Plecy nieco mnie piekły i czułem, że mój odnowiony gad nieźle oberwał, ale jednocześnie było to najpiękniejsze uczucie na świecie. Ból i zmęczenie niczym innym, jak uprawianą przed chwilą miłością i to z kimś, kto tak wiele dla mnie znaczył.
W końcu i mnie zmógł sen. Spokojny i na tyle głęboki, abym mógł obudzić się całkiem wyspany po ledwie kilku godzinach.
Dziwnie było tak obudzić się wcześniej. Patrzeć jak Julien pochrapuje sobie smacznie wtulony w moje ramię. Mimowolnie się na ten widoczek uśmiechnąłem zwyczajnie rozczulony i szczęśliwy. Zdecydowanie mógłbym pokonać wewnętrznego śpiocha i budzić się tak częściej.
Po dłuższej chwili postanowiłem wstać. Ostrożnie wyplątałem się więc z objęć białowłosego, który zaraz mocno objął poduchę wciskając w nią nosek.
W pierwszej kolejności ruszyłem pod prysznic, zaraz później jednak obrałem kurs na kuchnię, żeby zrobić kawy. Nie wiedziałem kiedy Julien się obudzi, ale on i tak swoja lurę pił zimną. Taka mu nawet bardziej smakowała. Spokojnie mogłem więc nieco ogarnąć po wczorajszej imprezie i wrócić do sypialni.
- Hej... - przywitałem chłopaka, który otworzył leniwie oczka kiedy wchodziłem. Chyba jednak go obudziłem, choć całkowicie niechcący. - Jak się czujesz? - dopytałem, siadając na boku łózka i gładząc jego chłodny policzek.

środa, 14 czerwca 2017

Rozdział XV - Sauna (+18)

Wszystko to co właśnie miało miejsce zdawało się być wręcz nierealne. Ja, zatwardziały jeszcze do niedawna, stuprocentowy heteroseksualista w tak bardzo intymnej sytuacji z chłopakiem. W dodatku z chłopakiem, którego bezwzględnie pokochałem i wobec którego nie miałem żadnych wątpliwości. Przekonałem się już, że może zawieść mnie każdy, w tym również moja własna rodzina, a konkretniej matka. Również ci wszyscy „przyjaciele” z grupy... pominę to milczeniem, czasem jest ono bardziej wymowne od jakichkolwiek wypowiedzianych słów. Tylko on przez cały ten czas ani razu mnie nie zawiódł. Zawsze przy mnie, zawsze po mojej stronie, zawsze, kiedy walił mi się mój mały świat z niestabilnych klocków. I ja więc chciałem być już zawsze przy nim. Zawsze, wszędzie i teraz, tak bardzo pragnąc jego całego.
Każdy najmniejszy dotyk, każdy pocałunek, który składał na wszelkich fragmentach mojego ciała wywoływał przenikliwe dreszcze, których nie potrafiłem kontrolować. Wtórowały im jęki, tak usilnie przeze mnie tłumione za pomocą dłoni i ściśniętych ust. I nigdy nie posądziłbym samego siebie o tak gwałtowne reakcje na dotyk kogoś innego.
Oddawałem każdy pocałunek, starając się wychodzić po naprzeciw i rozchylając usta, aby mógł to wykorzystać. Choć na początku, kiedy wsunął dłoń pod moją koszulę czułem się jeszcze nieswojo, tak już po upływie chwili wszystkie nerwy i wahania mnie opuściły. Nie chciałem by przestawał, lecz nie byłem w stanie powiedzieć mu tego wprost. Miałem więc nadzieję, że odczyta wszystkie sygnały właściwie, nie przerwie, będziemy kontynuować i wreszcie to zrobimy.
Było mi zimno, tak strasznie zimno, natomiast każde muśnięcie jego dłoni nieprawdopodobnie paliło. Pokój zaś szybko wypełniła para, a ja byłem w pełni przekonany, że gdyby nie on, ja zamieniłbym się już dawno w sopel lodu. W dodatku im niżej schodziły jego usta, tym ja robiłem się zimniejszy i tym więcej pary powstawało wokół nas.
W momencie, gdy zszedł ustami do podbrzusza i niewiele później jeszcze niżej z moich ust wyrwał się głośny jęk, natomiast palce mocno zacisnęły się na jego ciemnych włosach. Policzki pokryły się w momencie żywą czerwienią, a nogi mimowolnie rozchyliłem mocniej, pozwalając mu dosłownie na wszystko i czerpiąc z tego jak najwięcej. Bądź co bądź po raz pierwszy w życiu byłem w sytuacji, gdy ktoś robił mi coś takiego... W ogóle po raz pierwszy obcowałem z kimś w łóżku.
Kolejne dreszcze zalały moje ciało, kiedy wsunął w końcu swoje palce. To było... Nieprawdopodobnie... Dziwnie uczucie. Jednakże zarazem tak dziwnie... przyjemne. I znów nie potrafiłem ukryć tego zdradzieckiego rumieńca, ani zatrzymać fali jęków, które po chwili zaczęły wydobywać się z moich ust. I nie przeżywałbym tego aż tak, gdyby nie ta zadziwiająca różnica temperatur, która wstrząsnęła moim ciałem w momencie, kiedy ostatecznie poczułem w sobie coś znacznie większego niż tylko jego palce.
Znów nie byłem w stanie się kontrolować i bez chwili namysłu przyciągnąłem go do siebie najbliżej, jak tylko mogłem. Jednak czułem ból, tak jak się spodziewałem i chcąc przed nim uciec, sam zainicjowałem pocałunek. Wpierw był on delikatny, subtelny, jednak z biegiem czasu, kiedy wykonał pierwsze, powolne ruchy przerodził się w o wiele głębszy, bardziej namiętny i pełen tego żaru, który niósł ze sobą mój cudowny kochanek. Ból powoli mijał, a na jego miejsce wkroczyła nieporównywalna przyjemność, przez którą znów zadygotałem, a na twarzy Ariana ujrzałem uśmiech satysfakcji. No tak, on czekał na tę chwilę zdecydowanie dłużej niż ja, zapewne cieszył się także o wiele bardziej z zaistniałej sytuacji, a także kosztowało go to zdecydowanie więcej nerwów. Tym bardziej więc cieszyłem się, że możemy wreszcie ze sobą być, kochać się bez przeszkód i bezmiernie ufać.
W pewnym momencie jego ruchy znacznie przyspieszyły, czego nie mogłem pominąć i odpowiedziałem kolejnym jękiem w towarzystwie westchnień i ciągłych dreszczy. Zacisnąłem nieco nogi na jego biodrach, przygryzając mocno wargę, zaś dłonie zsunąłem z jego karku na plecy i lekko je podrapałem. Lekko... Dobrze, przyznaję, wcale nie tak lekko i nie tylko raz, gdyż nie wiedziałem, gdzie powinienem podziać ręce w tej chwili.
Jego gorący oddech na skórze, palące dłonie na biodrach i ciepłe, wyjątkowo słodkie usta utworzyły idealną mieszankę, przez którą czułem, że tracę głowę. To wszystko połączone z przybierającą na sile intensywnością ruchów oraz najważniejszym elementem, jakim był jego zapach dosyć szybko sprawiło, że dreszcze narosły, a ja sam osiągnąłem spełnienie. Odchyliłem mocno głowę w tył, wbijając paznokcie dosyć mocno w jego plecy i jęknąłem, czując ogrom ogarniającego mnie chłodu. Chłodu, który zaraz zderzył się z palącym gorącem Ariana i spowodował syk, jaki wydaje topiony lód.

niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział XV - Ogień i Lód (+18)


Wpiłem się mocno w usta Juliena spijając z nich kolejne pocałunki. Smakowałem chłodnej słodyczy, która była nieodzowną częścią niego. Tak charakterystyczna, dobrze mi już znana, a mimo to pragnąłem jej coraz bardziej i bardziej.
Mimo jednak swoich pragnień byłem ostrożny. Nawet jeżeli jego ciało z ochota przyciskało się do mojego, nawet jeżeli nie protestował, kiedy pozwoliłem mu się zsunąć i ułożyć na kanapie, a sam nakryłem go swoim ciałem. Co więcej, jego chłodne palce błądziły po moim ciele to wplatając się w kosmyki włosów na karku, to zjeżdżając w dół, jakby chciały przyciągnąć mnie jeszcze bliżej. A jednak wciąż szukałem choć odrobiny sprzeciwu. Gdyby kazał mi przestać, zrobiłbym to. Nie byłoby to przyjemne, ale nigdy nie zrobiłbym nic na siłę. Szczególnie teraz, kiedy zwyczajnie się między nami układało.
- A-Ari... - usłyszałem i od razu uniosłem się, odrywając od jasnej skóry na jego szyi, którą znaczyłem kolejnymi pocałunkami. - Trochę mi tu... niewygodnie - wyjaśnił i uśmiechnął się lekko.
- No dobrze... - wstałem i uniosłem go, a on wtulił we mnie swoją zarumienioną buźkę.
Do sypialni wszedłem szczerze mówiąc lekko zestresowany. Julien wyglądał na... raczej pewnego tego co robił i świadomego tego co się działo. A ja byłem rozdarty pomiędzy euforią, która z całą pewnością mogła pchnąć mnie do biegania w koło domu i krzyczenia z radości, a poddenerwowaniem z samego faktu, że działo się właśnie coś, na co czekałem tak długo i strach, że zaraz coś się posypie, odzywał się niemiłym impulsem z tyłu czaszki.
Ułożyłem mojego zmarzlucha na łóżku i znów złączyłem swoje usta z jego w długim, namiętnym pocałunku, podczas którego nasze języki błądziły razem w jego ustach. To, że nie opierał się, a wręcz przeciwnie pchało mnie wciąż dalej. Moje dłonie zjechały na jego biodra, pośladki, wreszcie uda, by zaraz wrócić w górę i wsunąć się pod jego koszulkę.
Julien syknął i zadrżał, kiedy moje gorące palce zetknęły się z jego zimną, elektryzującą skórą. Tak bardzo chciałem zerwać z niego to przeszkadzające mi ubranie, móc wreszcie zobaczyć go nagiego i pieścić go do woli…
- Zmarzluchu… wiesz, że muszę zapytać… - powiedziałem, unosząc się znów lekko i spoglądając w jego błyszczące, jasne oczka. Mój głos był chrapliwy i nawet nie starałem się próbować ukryć tego, co się teraz ze mną działo.
- Chcę tego… chcę ciebie – powiedział i uniósł się, tym razem przejmując inicjatywę.
Wszelkie opory, które do tej pory miałem ustąpiły, w chwili, w której to usłyszałem. Oderwałem się od jego ust i dźwignąłem do siadu, żeby w pospiechu zdjąć koszulkę i z równym zapałem pozbawić góry odzieży i białowłosego.  Zaraz potem wróciłem do jego ust, ledwie na chwilę, po której przeniosłem się na jego szyję, którą z westchnieniem wygiął tak, bym mógł odpowiednio się nią zająć. Zjechałem niżej skubiąc obojczyk, później klatkę piersiową chłopaka. Czułem jak jego dłonie Przenosza się z moich ramion na kark, później wplatają we włosy. Słyszałem przyspieszony oddech, przerwany westchnieniami pełnymi nieskrywanej przyjemności . Podobnie słyszalne było bicie jego serca, które trzepotało mu teraz w piersi.
Kiedy ścisnąłem ustami jego brodawkę dosłownie poczułem jak jego ciałem targnął impuls, który sprawił, że jego skóra zrobiła się jeszcze chłodniejsza. Moja zaś dostosowała się błyskawicznie, podnosząc temperaturę.
Gdy zjeżdżałem w dół jego brzucha niemal można było usłyszeć syczenie za każdym razem kiedy moje rozgrzane usta musnęły choć jego zziębnięte ciało. Szybko zająłem się zapięciem jego spodni i już po chwili zsunąłem ubrania w dół aby pozostawić go całkowicie nagiego.
Julien w pierwszym odruchu chciał się zasłonić, ale nie pozwoliłem mu na to. Oj nie… Miałem zamiar cieszyć oczy jego widokiem nawet jeżeli sam mój wzrok wystarczył, żeby jego ciało nader żywo reagowało. Mimo chłodu jego ciała, jego policzki płonęły żywym rumieńcem, oddech rwał się, a serduszko dudniło.
- Jesteś cudowny – wymruczałem nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. – I calutki tylko i wyłącznie mój… - dodałem po czym schyliłem się znów, tym razem żeby moje usta musnęły skórę na jego biodrze, którą zaraz później zassałem, robiąc w tym miejscy sporą, różową malinkę. Drugą zrobiłem na wewnętrznej stronie jego uda. Był mój i z czystą rozkoszą to zaznaczyłem na jego ciele.
Białowłosy szarpnął się i jęknął, kiedy ująłem w dłoń jego wyprężoną męskość i zacisnąłem na niej usta. Nie mogłem się powstrzymać przed dłuższym pieszczeniem najczulszego punktu chłopaka, szczególnie, że moich uszu dochodził pełne rozkoszy pojękiwania, które czasami próbował tłumić dłońmi. Jego ciało wiło się i prężyło, co tylko nakręcało mnie bardziej.
- Ari… - niemal zaszlochał, co sprawiło, że od razu przestałem unosząc się i w pospiechu wpijając w jego usta.
- Jeszcze trochę zmarzluchu… Jeszcze trochę – obiecałem i skubnąłem go w ucho, żeby zaraz wstać, zdjąć resztę ubrań, które strasznie mi przeszkadzały, uwierając tam, gdzie zdecydowanie nie powinny, sięgnąłem do szuflady przy łóżku po żel, który miał nieco ułatwić nam dalszą zabawę i wróciłem do Juliena, tym razem jednak moja dłoń wsunęła się między jego uda, bym mógł odnaleźć wejście do jego wnętrza. Lodowatego wręcz, jak cały on teraz, ale słodko wrażliwego, co było widać po tym jak chłopak zadrżał ledwo wsunąłem w niego palce.
- To… dziwne… - wyszeptał, widocznie próbując chować zaczerwienioną twarzyczkę.
- Nieprzyjemne? – spytałem, ale nie zatrzymałem się ani na chwilę, a wręcz przeciwnie.
Julien nie odpowiedział, w zamian za to pokręcił przecząco głowa i jęknął głośniej, ostatecznie całkowicie mi się poddając.
Każdy szybszy oddech, jęk czy szybki impuls przeszywając jasne, wijące się pode mną ciało, sprawiał mi cholerną rozkosz. Nic jednak nie mogło się równać z uczuciem, które owładnęło mną, kiedy uniosłem biodra Juliena i powoli w niego wszedłem. Kawałek po kawałku, coraz głębiej, nie potrafiąc powstrzymać gardłowego, pełnego satysfakcji pomruku. Czułem przy tym jak dłonie chłopaka łapią kurczowo moje ramiona, pragnąc przyciągnąć mnie bliżej, mocniej…
Krew w żyłach dosłownie mi wrzała stanowiąc idealne przeciwieństwo do ciała Juliena, które pokryłby chyba szron, gdyby nie to, że moje gorąco nie pozwoliło mu na to. Wokół nas zaczęły unosić się kłęby pary. A ja czułem, że nic więcej niż chłód mojego kochanka nie jest mi potrzebne do dalszego życia, nawet oddech, który odebrałem i sobie i jemu, łącząc znów nasze usta razem.

sobota, 10 czerwca 2017

Rozdział XV - Sylwestrowa noc

Z pozoru nadchodzący wieczór zapowiadał się, jak każdy inny. Ja szykowałem jedzenie, Ari coś tam pozmywał, a w międzyczasie robiliśmy sobie przerwy na choćby małą szklankę kawy i rozmowę choćby miała dotyczyć jakiś przyziemnych plotek usłyszanych w telewizji czy przeczytanych na jednym z blogów. Dobra, takie tematy raczej poruszałem ja, przyznam się bez bicia. Nawet nie wyobrażam sobie Ariana zaczytanego w najświeższy post na nowo odkrytym blogu. On raczej nie z tych... Ale my się różniliśmy. Jednak dzięki tej różnorodności, jaka przebiegała przez nasze mieszkanie co dzień nie było nudno, nie wkradła się dziwna cisza, a nam tematy się nigdy nie kończyły.
Ale ten wieczór miał być inny. To znaczy nie tylko ze względu na to, że był Sylwester i mieliśmy w swoim towarzystwie pożegnać stary oraz powitać nowy rok. Przez „inny” mam raczej na myśli... „intymny”? To brzmi źle... Ale tak właśnie niestety było. Tego wieczoru chciałem, żeby nie musiał się już kontrolować. Chciałem, by mnie dotknął i chciałem też, by o nic się już nie martwił.
Zdawałem sobie sprawę z tego, ile razy musiał się przeze mnie powstrzymywać, ale to ostatnia wpadka po radosnym obaleniu butelki wina uświadomiła mnie, jak daleko, choć kompletnie nieświadomie się posunąłem. Niby mówił mi tyle razy, że przecież nic się nie stało ja i tak wiedziałem, że zachowałem się skandalicznie w stosunku zarówno do niego, jak i do siebie. Teraz chciałem móc to naprawić, a przede wszystkim... Naprawdę JEGO chciałem.
Być może wyglądałem przez cały dzień na zdenerwowanego, nie wiem. Impulsywnie działałem w kuchni, przysiadałem do wspomnianej kawy, a potem odskakiwałem z powrotem do kuchennego blatu. Nic dziwnego, że w końcu mnie złapał i postanowił zatrzymać przy sobie. W końcu zdążył przyjść wieczór, impreza u Mariki oraz ta w centrum miasta już się pewnie zaczęła, a ja ciągle miałem wymówki i broniłem się jak mogłem, by tylko dłużej nie przebywać w jego obecności. Bałem się? Nie. Stresowałem, to słowo jest odpowiedniejsze i niemalże w pełni odzwierciedla moje uczucia w tej chwili. Jednocześnie bardzo nie chciałem, by cokolwiek zauważył, dlatego gdy rozluźnił uścisk, usiadłem na kanapie obok.
- W twojej wypowiedzi kryje się jednoznaczna odpowiedź – uśmiechnąłem się lekko i opierając o poduszki, zerknąłem kontrolnie w stronę kuchni. Cóż... Powiedział, że pozmywa. Dobre i tyle, nie będę się kłócić.
- Ale dzisiaj ja wybieram – stwierdził, szperając w biblioteczce.
- O nie, znowu to mordobicie...
- O nie, znowu Harry Potter?
- Dobra no! - mruknąłem, przewracając oczami. - Spotkajmy się pośrodku: Avengers. Masz tam te swoje walenie po mordach.
- Niech będzie – zgodził się i zgodnie z moim życzeniem, zaczął szukać filmu na liście.
I właśnie o tym mówię. Choć nie leży mu mój gust, nigdy nie powiedział mi na ten temat złego słowa i w większości przypadków godził się na film mojego wyboru. Był kochany.
Oparłem się o niego lekko i z zaskoczenia pocałowałem w szyję.
- Puść co tam chcesz, bez różnicy.
W odpowiedzi objął mnie ramieniem i ostatecznie na ekranie jednak ukazała się produkcja, o której mówiłem.
- Na tym mi nie zaśniesz, więc niech już będzie.
No przecież nie zasypiałem na tych całych... ugh! No nie ważne, było moje, był Loki, też dobrze. Od razu odpowiadam na pytanie: nie, nigdy nie wyleczę się z postaci po ciemnej stronie ciasteczka. Moja wina, że byli ciekawsi i znacznie bardziej dopracowani? Więcej wnosili do fabuły, byli tajemniczy, lepiej odegrani, a niekiedy i ważniejsi od samego dobrego, głównego bohatera. Jak się okazuje moja miłość platoniczna z filmów i książek znajdowała swe odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. A kim innym niby był Ari, jeśli nie „tym złym”? I był ciekawy. Znaczy bardziej ciekawszy od tłumu baranów bez życia na ulicy.
W okolicach północy zwlokłem się niechętni z kanapy do kuchni po kieliszki i szampana z lodówki, a kiedy wróciłem zaległem z powrotem, tylko w nieco innej pozycji. Kieliszki wylądowały niezmiennie na stole, butelka z dala ode mnie w obawie tego, co może się przytrafić, kiedy znowu się do niej dobiorę, zaś ja sam przytulony do jego ramienia. Chwilę później rozpoczęło się odliczanie, a ciemnowłosy otworzył butelkę szampana i rozlał go nam obu do kieliszków. Za oknem rozbłysły fajerwerki, a my złożyliśmy sobie życzenia i upiliśmy szampana.
Z racji tego, że film dobiegł już końca nie miałem czego żałować, że akurat przepadnie mi ulubiona scena z ulubionym bohaterem w roli głównej, za to mogłem zacząć się w pełni cieszyć obecnością mojej rozgrzanej Zapałki. Wiecznie ciepłej, płonącej Zapałki. Zapałki, która zrobiła się jakby cieplejsza, gdy teraz pocałowałem go w szyję po raz drugi. W dodatku dziś napiłem się raptem pół kieliszka, więc obaj byliśmy pewni, że wszystko to dzieje się absolutnie świadomie. W pełni rozumu chciałem być blisko niego, a on nie wyraził słowa sprzeciwu.

czwartek, 8 czerwca 2017

Rozdział XIV - Zwykły dzień?

Trzydziesty pierwszy grudnia. Dla nas miał być dniem, jak każdy inny. Jak zwykle Julien obudził się pierwszy, a ja zwlokłem się z łóżka dopiero, kiedy zrobił już kawę i śniadanie i przyszedł mnie obudzić. Wyobrazić sobie, że kiedyś wściekałem się za te pobudki. Teraz jednak z radością przyciągnąłem go do siebie, pocałowałem i przez chwilę, dłuższą niż chciał mi na to pozwolić, nakryłem własnym ciałem, pogłębiając przy tym pocałunek. Nawet jeżeli ostatecznie zarobiłem kuksańca, to cieszyło mnie, że Julien czuł się przy mnie coraz bardziej swobodnie. Nie uciekał, nie peszył się i nie sztywniał. Rumieńce, na bladej buzi jednak mu zostały i cholernie mnie to cieszyło. Wyglądał naprawdę cudownie z wypiekami na twarzy i lekko szklącymi oczkami. 
Kilka łyków kawy, szybki trening, przy którym Julien chwile mi się przyglądał, po czym zniknął w kuchni. Później prysznic i śniadanie w towarzystwie białowłosego, który zastanawiał się co zrobić dziś w ramach nie tyle obiadu, co zwyczajnie naszej wspólnej, małej imprezy Sylwestrowej. Nie miałbym nic przeciwko położeniu na stoliku góry kanapek tuz obok szampana i zwyczajnemu wylegiwaniu się ze zmarzluchem na kanapie, szczególnie, że niedużo nam już tego wolnego zostało, ale on uparł się, że tym razem zrobi coś dobrego. Wkrótce więc po kuchni rozszedł się zapach pieczonych naleśników, w których znaleźć się miało różnego rodzaju nadzienie. Dla mnie pikantne, słone, dla Juliena głównie słodkie, pachnące stopioną czekoladą i wanilią.
Dni od świąt miały taki właśnie rytm. Powolny, na pozór wręcz nudny. A mimo to cieszyły mnie cholernie. Nigdy nie pragnąłem spokoju, ale ten, który odnalazłem teraz był naprawdę cudny. Najpiękniejszy w tym wszystkim był jednak mój zmarznięty wiecznie, tleniony konus, za którym zwyczajnie szalałem. Tak wiele nas dzieliło. Mieliśmy całkowicie inne podejście do życia, świata, otaczających nas ludzi. On, spokojny, rozważny, uprzejmy i zwyczajnie dobry. Ja, wcielona kurwica jeżeli ktokolwiek na odcisk mi nadepnął, mający głęboko w dupie, co inni o mnie myślą. To samo było z zainteresowaniami. On kochał fantasy, komedie i godzinami mógł opowiadać o książkach. Mnie w żyłach musiała huczeć adrenalina, lubiłem wszystko co szybkie, łącznie z filmami, w których akcja toczyła się gęsto. A mimo to jakimś cudem mogliśmy siąść przed telewizorem, oglądać obojętnie co i wzajemnie komentować. Szczerze podobało mi się, jak z pasją opowiadał o tym czym i jak różniła się jego ulubiona książka od ekranizacji, co jeszcze się działo, a na co nie starczyło czasu ekranowego. Jeszcze lepsze bywały jego reakcje, kiedy udowadniałem mu, że niektóre z ciosów czy figur w moich "mordobiciach" faktycznie są wykonalne. Tym sposobem jakoś tak się uzupełnialiśmy. 
Usiadłem wreszcie wygodnie i przyciągnąłem do siebie Juliena, którego przechwyciłem, kiedy biegł znów do kuchni.
- Muszę jeszcze kieliszki przynieść - stwierdził.
- Oj tam. Do północy jeszcze mnóstwo czasu. Zaraz po nie pójdę jeśli będziesz chciał, ale ty to sobie może już usiądź, co? - spytałem, choć i tak trzymałem go już uparcie na swoich kolanach. 
- Musiałbym nieco posprzątać jeszcze w kuchni... 
- Nie przesadzaj, naprawdę. Gary nie uciekną. Nawet ja to wszystko ogarnę, ale jutro. Teraz już chwila oddechu - pogładziłem go po policzku.
Nie wiem czemu, ale Julien wydawał się dziś jakiś... poddenerwowany. Biegał w te i z powrotem pospiesznie, zupełnie jakby o czymś myślał intensywnie i chciał to ukryć. Może rano nieco przesadziłem? Albo dalej przejmował się tą sprawą podczas zakrapianego wieczoru? Bez sensu, mówiłem mu już nie raz, że nic takiego się nie stało i nie ma się czym przejmować.
- To puszczamy jakieś filmidło czy zdajemy się na "przeboje" serwowane, na jednym z programów? - spytałem.
Pozwoliłem, żeby Julien zsunął się z  moich kolan i usiadł bok mnie i sięgnąłem po pilot.

środa, 7 czerwca 2017

Rozdział XIV - Układ idealny

Po przeczytaniu wiadomości od Ariana zrobiłem się faktycznie spokojniejszy. Może i nie szargały mną nerwy na prawo i lewo na tyle, by inni mogli to jakoś specjalnie zauważyć, ale w głębi duszy czułem lekki niepokój. Bądź co bądź ten właśnie chłopak stał się niedawno najbliższą mi osoba i nie to, żebym chciał znać każdy jego ruch, ale wiedza o tym, gdzie będzie przebywać przyniosła mi ulgę. Tak, martwiłem się. W końcu nie tak dawno temu uświadomiłem sobie, że to co mnie z nim łączy to prawdziwa miłość i czułbym się, ładnie mówiąc, niekomfortowo, gdyby coś mu się stało.
Tak jak się spodziewałem, nie wyszedłem od rudowłosej dziewczyny zbyt szybko. Musieliśmy w końcu omówić wszelkie tematy dotyczące dnia codziennego i niedawnych zdarzeń w naszym otoczeniu, a to wymagało czasu. Poza tym, jak to mówią, w dobrym towarzystwie czas płynie szybciej, więc nim się obejrzałem, a zegar wybijał czwartą po południu. Chyba czas najwyższy było wrócić do mieszkania i może wreszcie ze sobą porozmawiać. Wreszcie się ze sobą zobaczyć.
...tęskniłem za nim przez te parę godzin?
Kiedy przestąpiłem próg domu, Arian już tam był. Bez wahania więc do niego podszedłem i nim się rozebrałem, ucałowałem jego policzek.
- Hej śpiochu – uśmiechnąłem się szeroko, zaś on w tym czasie wykorzystał moment i pocałował mnie w usta.
- No, hej, hej, Bestio ty moja. Co tam u naszej wiedźmy?
- Upiekła ciasto, dostaliśmy trochę, prezent jej się podobał, więc ogólnie jest wszystko dobrze – odparłem, wieszając już kurtkę na haczyku w przedpokoju.
- No to się cieszę. Zapas słodkości zawsze ci się przyda... A tak poza tym wszystko, ok? Ominął cię kac? - spytał, kontrolnie na mnie zerkając i wstawiając jednocześnie wodę na gaz.
- Kac morderca nie ma serca... Oczywiście, że nie... - burknąłem, wyciągając swój kubek z szafki, by następnie mu go podsunąć, a on naszykował mi w nim kawy.
- A widzisz... trzeba było aż tyle nie pić. Nie martw się, ja też czuje się jak odgrzane zwłoki.
- Ile ja wypiłem? - przerwałem z czystej ciekawości. - Straciłem rachubę, potem urwał mi się film...
- Sporo, choć nie liczyłem dokładnie – podał mi kawę, którą mocno chwyciłem w dłonie. - A w którym miejscu film ci się urwał..?
- Chciałeś mi chyba zabrać kieliszek, ale jakoś niekoniecznie ci to wyszło - zaśmiałem się, upijając łyk. - To mniej więcej wtedy. A co?
- I nic nie pamiętasz z tego, co było później? - również się napił, patrząc na mnie dziwnie podejrzliwym wzrokiem. - Tak coś myślałam, że tak to się skończy... - mruknął, a jego twarz przybrała dziwny, niezidentyfikowany wyraz, który spowodował, że zacząłem się obawiać tego, co za chwilę usłyszę.
- Czarna dziura... Właśnie, tak na temat. Czemu spałeś na kanapie? - dopytałem jeszcze, jednak odpowiedź kompletnie zwalila mnie z nóg.
- Po prostu... Powiedzmy, że włączył ci się apetyt na... czułości. A że raczej byliśmy mało trzeźwi to... tak było bezpieczniej.
- Apetyt na czułości..? - poczułem, jak moje policzki pokrywają się czerwienią, zaś oczy otwierają coraz szerzej. - Co ja zrobiłem?
- Jak bardzo źle to zabrzmi, jeśli powiem, że zacząłeś się łapać za mój rozporek? - westchnął, a mnie zatkało.
To właśnie dlatego miałem już więcej nie pić... Ostatnim razem po dwóch drinkach przypadkiem skończyliśmy razem na huśtawce, kiedy było to jeszcze co najmniej mało pożądanym zjawiskiem. Aż zacząłem się bać co się stanie kolejnym razem, gdy trochę popiję.
- O Boże... - pisnąłem, chowając czerwoną twarz w dłoniach. - Naprawdę... Przepraszam, Jezu...
- Nie masz za co przepraszać. Gdyby nie to, że słabo się trzymałeś, byłoby całkiem milutko – zmierzwił mi włosy.
- Nie wiem czy chce wiedzieć, ale... robiłem jeszcze jakieś... żenujące rzeczy..?
- Poza tym, że słodko chichotałeś, wypominając mi... cóż... gotowość bojową? Nie specjalnie... Udało mi się zanieść cie do sypialni, pomarudziłeś coś nieco i poszedłes spać, a ja dokończyłem butelkę i padłem na kanapie.
- Jezu.... Nigdy więcej nie pije... Boże, jaki wstyd.... - nieśmiało uniosłem na niego wzrok. - Nigdy, przysięgam, ani pół łyka.
- No nie przesadzajmy. Naprawdę nie masz się czym aż tak martwić. Nie pierwszy raz dobierał sie do mnie ktoś pijany... Za to pierwszy raz taki słodziak. Aż mi to schlebia – i choć już mi to tak nie przeszkadzało, to tym razem, kiedy postanowił mnie przytulić i zaczepić ustami okolice ucha, czułem się... cóż. Wciąż zażenowany. - Tylko następnym razem upewnij się, że nie będziesz miał zaników pamięci, jak ci sie zbierze na pościelowe zabawy, co? Wolałbym, żebyś jednak był obecny nie tylko ciałem...
- Miałeś więcej rozumu niż ja, tak się cieszę... Gdybyś nie pomyślał... To straszne, mógłbym o niczym nie pamiętać... Ari, w Sylwestra nie pijemy – rozporządziłem, raptownie rzucajac mu bojowe spojrzenie.
- Na lampke szampana o północy możemy sie spokojnie załapać, nikomu to nie zaszkodzi. A na dzisiaj mamy jakies plany czy zwyczajnie idziemy odchorowywać wczorajsze?
- Ale potem już tego nie zakrapiam winem czy czym tam jeszcze - mruknąłem, opierając się czołem o jego ramię. - Dziś jestem chory, ale jeśli masz jakiś pomysł to słucham.
- To rozkładamy się na kanapie z kawą i czymś słodkim dla ciebie, możemy włączyć jakiś film i pochorujemy sobie razem, dobrze?
Plan jak z marzeń! Doskonale wiedziałem, że co najmniej nie odpowiada mu typ filmów, jaki wybieram czy też wszechobecne słodycze, które były nieodzownym elementem mojego codziennego, miejskiego i domowego surwiwalu. Mimo to on nic nie mówił, dalej nudził się na kolejnej komedii czy filmie fantastycznym z mojej półki ulubionych i dalej znosił ciągłe nanoszenie przeze mnie słodyczy do domu. Był kochany.
- A nie jesteś głodny? Zjadłeś w ogóle śniadanie? Mogę coś zrobić na szybko, jeśli chcesz - odsunąłem się trochę, dość nieznacznie, ale w pełnej gotowości by przygotować coś dobrego na już.
- Jakoś nie mogłem go w siebie wmusić – posłał mi porozumiewawcze spojrzenie, a ja wszystko zrozumiałem. Wszystko przez zakrapiany wieczorek. - Co do gotowania to może bez przesady, co? Zamówimy sobie coś i tyle.
- No w sumie, pizza? - uśmiechnąłem się do niego lekko, sięgając do szafki po herbatniki.
- Najlepiej ze dwie, żeby nie trzeba było robić i kolacji. Jakieś specjalne życzenia co do dodatków? - spytał, unosząc głowę znad telefonu, gdzie wybraną miał już stronę pobliskiej pizzerii.
- Żeby była ostra i z podwójnym serem, najwyżej będę gruby.
- Ostra? Uuuu! Przejmujesz moje nawyki. Brawka! Dobra... To pikantna razy dwa... A co do twojej figury – wyszczerzył się, klepiąc mnie po tyłku. - Temu nic nie zaszkodzi.
- Ari! - znów zarumieniłem się mocno, automatycznie odwracając przodem. - Jesteś okropny.
- Wiem - posłał mi całusa i wybrał numer do lokalu.

Resztę dnia spędziliśmy bardzo leniwie i nadzwyczaj mało produktywnie. Ja, Ari, kawa, pizza, film, koc i tak do późnych godzin nocnych. Gdybym miał taką grzałkę zawsze, kiedy byłem chory w dzieciństwie to może teraz z moją odpornością byłoby trochę lepiej. Nie ucieka, głaszcze, porozmawia, a wystarczy to raz na jakiś czas nakarmić czy pocałować. Idealny układ.

niedziela, 4 czerwca 2017

Rozdział XIV - Mały powrót smoka

Nikt chyba nie lubi pobudek po ostro zakrapianej imprezie. Ja też nie lubiłem. Światło było nieznośnie jasne nawet mimo przysłoniętych zasłonek, do tego świat wokół jeszcze nieco wirował, sprawiając, że łeb bolał do tego stopnia, że pulsowanie czułem aż w gardle, a ostatecznie i żołądku. Koszmar. 
Mimo jednak wszelkich niedogodności wstałem i usiadłem z głuchym jękiem na kanapie. 
Noc nie należała do najwygodniejszych, to trzeba było przyznać i zdecydowanie czułem to w kościach. Coś mi z resztą chrupnęło, kiedy mocniej się przeciągnąłem. 
Kątem oka dostrzegłem karteczkę leżącą na stoliku, tuz obok pustych butelek. Chwyciłem ją w dłonie i przeczytałem, mrużąc lekko oczy, bo jeszcze mnie piekły. No to czyli już nie musiałem szukać Juliena. Zastanawiałem się czemu tak rano czmychnął i czy wiele pamiętał z wczoraj. Ja pamiętałem wszystko i do tej pory było mi na samą myśl gorąco. Z jednej strony wiedziałem, że dobrze zrobiłem zostawiając białowłosego w łóżku samego, ale... Jakaś część mnie wściekała się niemiłosiernie, że było tak blisko i nic z tego nie wyszło. Stare nawyki...
Po prysznicu, butelce wody mineralnej z lodem i garści tabletek mogłem wreszcie zabrać się jako tako za sprzątanie. Niech będzie, że tym razem grzecznie się tym zajmę. Nie zajęło mi to wbrew pozorom zbyt wiele czasu. Wszedłem ponownie do łazienki, otworzyłem okno na oścież i zapaliłem papierosa. Znając życie Julien wyczuje dym i będzie marudził, ale jakoś na dwór było mi za daleko, a musiałem ugasić przynajmniej jednego głoda. Przysiadłem więc na szafce, starając się dmuchać w okno i nie przyglądać się swojemu niezbyt urodziwemu odbiciu. Zdecydowanie mój stan można by dziś opisać jako "zmaltretowany". Nie wyspałem się wcale...
Gapiąc się w lustro zdałem sobie sprawę z tego, że ogólnie... jestem nieco zbyt blady. Nie chodziło tu już nawet o poszarzałą ze zmęczenia twarz zdobioną worami pod oczami. Tatuaż na moim ciele znowu przybladł co działo się zdecydowanie szybciej niż to miało miejsce u przeciętnego człowieka. W końcu tam co najwyżej farbę grzało słonko, u mnie grzałem cały ja... I to intensywniej niż promienie słońca w upalne lato. Trzeba było coś z tym zrobić, szczególnie, że lubiłem swojego smoka.
Zgasiłem niedopałek i jak umiałem zatarłem ślady po swojej "zbrodni" po czym chwyciłem za telefon.
- No hej, masz dziś nieco czasu? - spytałem, kiedy w słuchawce odezwał się znajomy głos.
- Dużo roboty, co? - zaśmiał się mężczyzna.
- Jak zwykle - potwierdziłem i po krótkiej rozmowie mogłem zbierać się do wyjścia. 
Naskrobałem jeszcze wiadomość do Juliena, że wychodzę i w razie czego jestem pod telefonem, choć i tak znając Mari, to szybko go nie wypuści ze swoich szponów. 
Droga do najlepszego, moim skromnym zdaniem, tatuażysty w mieście, minęła szybko.
- No, no, no! Kogo my tu mamy! Arian wreszcie wychylił nos ze swej gawry i zaszczycił nas swoją obecnością! - zawołał Andrew ledwie wszedłem do jego salonu.
- Bardzo ci dziś przeszkadzam? - spytałem, tak dla formalności, nie, żebym sobie poszedł, nawet gdyby tak było.
- No... nieco, owszem. Ale tak dawno cię nie widziałem, że musiałem się przekonać czy żyjesz - zaśmiał się.
- Daj mu spokój - warknęła wchodząca do pomieszczenia dziewczyna.
- No hej Edi - uśmiechnąłem się do niej na co ona posłała mi całusa, tak na złość blondynowi.
- Moja wina, że się chłop zaszył w czterech ścianach? - tłumaczył się właściciel lokalu rozkładając potrzebny sprzęt, który w sporej części był już przygotowany.
Ja w tym czasie wygodnie ułożyłem się na fotelu.
- Nigdzie się nie zaszyłem - stwierdziłem, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że prawdą, to to nie było.
Ostatnimi czasy imprezy omijałem szerokim łukiem. W ogóle moje życie kręciło się od świąt wokół Juliena i tylko niego. Po prawdzie to nawet nie ciągnęło mnie do powrotu pośród tłumy ludzi, picia i... znajomości na jedną noc. 
- Ari zwyczajnie się ustatkował, ty też byś mógł - syknęła dziewczyna i zarzuciła na plecy długie, splecione w warkocz włosy.
Edith i Andrew byli ze sobą... odkąd pamiętam. A konkretniej niby byli, bo co i rusz kłócili się, rozstawali, po czym wracali do siebie. Cały czas któremuś coś nie odpowiadało, a że byli aż nazbyt podobni, to o prawdziwe wojny było nietrudno. W ich przypadku nawet Marika straciła już rachubę, a to był wyczyn, bo ona na temat związków wiedziała wszystko i zawsze potrafiła wyczaić kto z kim i od kiedy. Taki już miała talent. 
- No widzisz! Bierz ze mnie przykład! - poradziłem mu i syknąłem, kiedy przyłożył maszynkę do mojej skóry bez ostrzeżenia. 
- No... to jaka jest ta twoja królewna? - spytał, nie przerywając pracy, której i tak dziś nie miał szans skończyć. 
- Gdybyś słuchał, co się do ciebie mówi, to byś wiedział, że to "królewicz", nie "królewna" - wcięła się Edith.
- Powinienem pytać skąd każdy taki zorientowany czy od razu iść urwać łeb Marice? - odezwałem się.
- Oj tam, to nie jej sprawka... plotki szybko się rozchodzą, wiesz przecież. Szczególnie kiedy znika ktoś, kogo wiecznie było wszędzie pełno - usłyszałem.
- Tia, podejrzewam - burknąłem, bo coś czułem, że jeszcze nie raz usłyszę milion i jedno pytanie pod tytułem "Co się z tobą dzieje?".
- Nie martw się. Nic poza zawodami w rzyganiu na odległość, w których mój ukochany, odpowiedzialny mężczyzna, brał oczywiście udział, cię nie ominęło - Edi uśmiechnęła się tak słodko, że było to aż przerażające.
Zaśmiałem się słuchając dalszych przekomarzań. W międzyczasie oczywiście padło jeszcze kilka pytań, na które tym razem musiałem odpowiedzieć. Najciekawsze było jednak to, że wcale nie było mi się tak trudno przyznać do tego, że związek z Julienem mi zwyczajnie pasuje. Sądziłem, że... sam nie wiem... będę miał jakieś przed tym opory. W końcu do niedawna coś takiego było dla mnie totalną abstrakcją. Owszem... czasami przeżywałem męczarnie, ale jakoś tak, nie gasiło to mojego zapału.
- Dobra... na dziś starczy - zarządził Andrew i odłożył maszynkę. Edith, która przysiadła się, aby pomóc, poszła w jego ślady. 
- Poboli i przestanie - stwierdziła nakładając opatrunek.
- Dzięki - rzuciłem akurat kiedy rozdzwoniła się moja komórka. - Już wracam do domu, będę za kwadrans - stwierdziłem, bo dzwonił nie kto inny jak Julien. 
Uregulowałem rachunek, wsiadłem na motocykl i ruszyłem w drogę. Trzeba było wreszcie nieco pogadać z Julcią o poprzednim wieczorze...

sobota, 3 czerwca 2017

Rozdział XIV - Ploty

Przez całe życie trzymałem się z dala od alkoholu. Wszelkie imprezy, święta, obiady, spotkania rodzinne zawsze kończyły się na maksymalnie jednym kieliszku wina czy szampana. Miałem więc świadomość, że moja odporność na działanie alkoholu nie jest zbyt duża, a głowa nadzwyczaj słaba, dlatego nigdy nawet nie próbowałem wypić więcej w obawie, jak sromotne skutki mogę odczuć na dzień następny. Całe dwadzieścia jeden lat bez picia i nagle przyssałem się do butelki wina, jak małe dziecko do smoczka.
Jeden kieliszek, drugi, potem trzeci... a skoro nic mi nie było, to czemu by nie spróbować z czwartym, piątym i szóstym? Spróbowałem, o zgrozo. I urwał mi się film.
Kiedy obudziłem się kolejnego dnia, uderzył mnie nagle ból głowy i przeogromne uczucie pragnienia, które aby zaspokoić musiałem wyjść spod kołdry. Jednak kiedy to zrobiłem, rzuciłem wzrokiem na sąsiednią stronę łóżka, na której zabrakło mi tego ciemnowłosego pajaca. Szybko zdałem sobie sprawę z tego, że wczorajszego wieczoru musiałem, lekko mówiąc, zdrowo przeholować i chyba wygnać go z łóżka, no bo jak inaczej wyjaśnić jego brak?
Po cichu wyszedłem z pokoju i skierowałem swe kroki w stronę kuchni, po drodze zaglądając do salonu. Boże, jaki syf... Tu puste kieliszki, tam pusta szklanka, odkręcone whisky na stole, opróżniona butelka po winie, pudełka po słodyczach... I na dodatek śpiący Ari na kanapie. No, to już wiemy, kto będzie sprzątał. W pierwszym odruchu bardzo chciałem go obudzić, napić się z nim kawy, wspólnie zażyć po garści leków przeciwbólowych, ale chyba lepiej będzie, kiedy obudzi się sam. Być może położyć się dużo później ode mnie, nie wiem, ale tym razem postanowiłem być bardzo wyrozumiały.
Zrobiłem sobie szybko kawy i równi szybko opróżniłem kubek. Następną rzeczą były wspomniane już leki, bo głowa chcąc nie chcąc wciąż mnie ćmiła, oraz śniadanie. Kolejnym punktem było doprowadzenie się do porządku, a kiedy wszystko to miałem już do odhaczenia napisałem karteczkę z krótką wiadomością, którą zostawiłem na stole. Brzmiała ona następująco:
Wychodzę do Mariki. Liczę na to, że posprzątasz ten bajzel nim wrócę.
PS. Nie chciałem Cię budzić, więc śniadanie zostawiłem ci w lodówce, a tabletki (gdybyś potrzebował) są na blacie w kuchni.
Julien♥”
Krótko po tym wyszedłem z domu i skierowałem się w stronę mieszkania rudej.
Jakoś bałem się dzisiaj wsiadać za kółko mojej nowej maszyny, za bardzo czułem się „wczorajszy”. Jednak plusem tego spaceru było to, że mogę się trochę ocudzić i przede wszystkim do końca rozbudzić. Nic nie działa na człowieka tak dobrze, jak chłodne, zimowe powietrze. Co z tego, że wokół mojej osoby zawsze roztaczał się chłód, to jednak nie było to samo.
Warto nadmienić, że dziś założyłem na twarz maseczkę ochronną. Niby jeszcze nie byłem chory, ale byłem pełen obaw co do mojego stanu zdrowia. Może to tylko dmuchanie na zimne, może spowodowane wczorajszym zatraceniem się w alkoholu, jednak tak an wszelki wypadek dziś wieczorem zaserwuję sobie potężną dawkę witaminową, tak na wzmocnienie.
Nie minęło więcej niż dwadzieścia minut, a ja zapukałem do drzwi dziewczyna. Szybko je otworzyła, uśmiechając się do mnie od razu szeroko.
- Mari, słoneczko! - zawołałem od wejścia, niemal od razu wyciągając zawiniątko, które wcześniej trzymałem pod ręką w jej stronę. - Priorytet: zaległy prezent świąteczny.
- Pieszczoszku! Nie trzeba było – odparła, ale raz-dwa złapała pudełeczko wraz z moją dłonią, ciągnąc na kanapę w salonie. - Napijesz się czegoś?
- A wiesz co, może być herbata – odparłem, wychylając się zza kanapy. - Pomóc ci coś?
- Tylko jeśli chcesz dostać przywilej niesienia patery z ciastem - zaszczebitała zadowolona, a ja bez chwili wahania poszedłem do niej, zostawiając maseczkę na kanapie.
- Sama piekłaś? Pachnie genialnie! - stwierdziłem, wdychając przyjemny zapach świeżutkiego ciasta. Oj gdyby Ari potrafił piec!
- Tak. Nudziło mi się koszmarnie i miałam ochotę zrobić coś dobrego. Widać trafiłam idealnie albo to ty wyczułeś kominem – posłała mi przepiękny uśmiech, jednocześnie krojąc sernik z grubą warstwą jeszcze ciepłej, czekoladowej polewy.
- Kiedy ja ostatni raz piekłem ciasto, o matko... Rób to częściej, będziesz mnie dokarmiać, kiedy Ariemu nie chce się ruszyć tyłka do sklepu.
- Dla ciebie, Pieszczoszku z chęcią – zalała prędko herbatę i wręczyła mi do rąk paterę z ciastem. - To zobaczymy, co tam mi przeniosłeś...
Nadszedł ten moment... Byłem beznadziejny w robieniu prezentów, więc jeśli ktoś pomyśli sobie, że wszyscy sezonowo dostają prezenty na przysłowiowe „jedno kopyto” nie będą się mylić. Ari dostał bransoletę, Mari w pudełku miała srebrne kolczyki... Oklepane to trochę, nie tak oryginalne i pomysłowe, jak prezenty, które ja otrzymałem od tej dwójki. W końcu kocie uszy wraz z ogonem do kompletu czy też ten „samochód”... Byłem w szoku, zapewne oni niezbyt i mogłem się założyć, że rudowłosa ma już takich na pęczki.
- To nic powalającego, z krzesła nie spadniesz... Nie to co ja, kiedy otworzyłem ten od ciebie.
- Podobał ci się? A co do prezentu to ja ocenię – odparła, szybko rozpakowując pakunek. - Winko! To następnym razem sobie wypijemy. Kolczyki też cudne. Trzeba przyznać że masz dobry gust – zaskoczyła mnie tym, jak szybko wymieniła noszone obecnie na te ode mnie, biegnąc zaraz do lustra by się obejrzeć.
Oczywiście, że jej pasowały, ale... To Mari, jej wszystko pasuje. Wciąż uważałem ją za przepiękną, mądrą, uroczą i niezwykle seksowna dziewczynę, jednak teraz zdecydowanie nie czułem do niej tak silnego pociągu co wcześniej. Teraz wolałem inne towarzystwo, męskie towarzystwo.
- Dziękuję! A co do uszu, to Ari wygląda w nich dużo lepiej! - zawołałem nim jeszcze do mnie wróciła.
- Trzeba mu było zrobić zdjęcie! Oprawiłabym w ramkę. A właśnie... Co do Ariego, to co tam u was? - spytała, siadając tuż obok i upijając herbaty.
- A w życiu, nie będzie zdjęcia! Że tak powiem, zarezerwowałem takie widoki tylko dla siebie. A u nas nic specjalnego. Chociaż może jednak trochę... - sięgnąłem po herbatę. - Mari, ale teraz jest spokój!
- Coś mi tu kręcisz. Co za „może jednak”? Hmmm? - dopytywała, a jej oczy lśniły teraz zabawnie pełne zawziętości. Wyglądało to tak, jakby chciała wyczytać ze mnie wszystkie informacje z pikantnymi szczegółami, których w gruncie rzeczy przecież nie było!
- Nic nie kręcę! Ale wczoraj grubo przesadziłem z winem i dziś rano zobaczyłem, że Ari śpi na kanapie.. jestem ciekaw jak go zmusiłem to tej emigracji – zaśmiałem się, bo wciąż zachodziłem przez to w głowę.
- Uuu... No to ciekawe. To nie rozmawiałeś z nim jeszcze? I niezbyt pamiętasz co się działo? - kontynuowała swoje milion pytań, a jej wzrok wciąż drążył we mnie dziurę.
- Zostawiłem mu karteczkę i wyszedłem. Chciałem się z Tobą zobaczyć, więc z nim porozmawiam sobie później - uśmiechnąłem się szeroko. - Kompletnie nic. Gdzieś tak zgubiłem się między dolewkami...
- No no no! Ale nie martw się. Ja też mam słabą głowę. A poza wspólnymi popijawami jak tam? Łóżko Ariego wystarczająco wygodne? - sugestywnie poruszyła brwiami, przez co miałem ochotę wybuchnąć śmiechem.
- Łóżko jak łóżko, powiem raczej tak: nareszcie w nocy jest ciepło – wykonałem ten sam gest. A niech ma, niech się głowi, zastanawia.
- Strasznie się cieszę! Ja od początku wiedziałam, że jesteście dla siebie stworzeni! A właśnie, zanim zapomnę. Będziecie na imprezie, co?
- No właśnie... Nie do końca... Mamy nadzieje, że się nie złościsz, ale chcieliśmy spędzić trochę czasu tylko we dwoje... - niepewnie odstawiłem kubek na stolik. Nie chciałem w końcu robic jej zawodu, jednak prawda była taka, że faktycznie wolałem spędzić tę ostatnią noc w roku w towarzystwie osoby, z którą naprawdę chciałem być niż wśród setek nieznajomych ludzi.
- Złoszczę? Pewnie że nie! Jeśli chcecie pobyć sobie sami to byle byście się dobrze razem bawili. Tyle mi wystarczy. A w razie czego zawsze możemy zrobić sobie małą imprezę innym razem – puściła do mnie oko, a ja poczułem jak zeszło ze mnie powietrze. Nie była zła, to najważniejsze.
- A to na pewno. Możesz na to zaprosić Minami, kojarzysz? Też ruda, chodzi ze mną na uczelnię i, z tego co wiem, nie ma żadnych planów na te noc – sugestywnie zaakcentowałem ostatnie słowa. Dobrze widziałem, że Mari nikomu nie popuści oraz, że tak naprawdę jest bardzo wrażliwą dziewczyną, która angażowała się chętnie w pomoc ludziom w swoim otoczeniu. Nawet jeśli chodziło o rzecz tak banalną, jak to, gdzie imprezować w sylwestrową noc.
- Uuu! Z chęcią. Nikt nie powinien być w Sylwka sam. Daj mi tylko jej numer, a migiem naskrobie jej zaproszonko. A teraz wcinaj.
Dobrze było tak z nią sobie usiąść i zwyczajnie obgadać wszystko to, co obojgu nam leżało na wątrobie. O filmach, o minionym tygodniu, o tym, co nas w ludziach denerwuje oraz o tym, kto będzie na imprezie, która (na szczęście) mnie ominie. W sumie wszystkie imiona czy też nazwiska, które wymieniła mi z pamięci były dla mnie czymś kompletnie obcym i może znałem tak ze trzy osoby na wymieniony dwadzieścia pięć... Dotarło do mnie, jak bardzo się cieszę, że to wydarzenie mnie ominie. Może i organizowała dobre imprezy, ale kompletnie nie w moim stylu. Za dużo ludzi, za dużo alkoholu, za głośno. Zostanę przy tych swoich ukochanych szaleńczych, piątkowych wieczorach, w których towarzyszył mi wcześniej koty, a teraz zastąpił je Ari. A tak swoja drogą, to troche się zasiedziałem, jednak dziewczyna nie wyglądała na niezadowoloną z tego powodu. Co więcej, tematów nam nie brakowało, dlatego nawet przez myśl mi nie przyszło by odezwać się do Ameby. Wie gdzie jestem, to najważniejsze. Gdybym jeszcze ja wiedział, gdzie on będzie, też by było miło.