Przez całe życie trzymałem się z
dala od alkoholu. Wszelkie imprezy, święta, obiady, spotkania
rodzinne zawsze kończyły się na maksymalnie jednym kieliszku wina
czy szampana. Miałem więc świadomość, że moja odporność na
działanie alkoholu nie jest zbyt duża, a głowa nadzwyczaj słaba,
dlatego nigdy nawet nie próbowałem wypić więcej w obawie, jak
sromotne skutki mogę odczuć na dzień następny. Całe dwadzieścia
jeden lat bez picia i nagle przyssałem się do butelki wina, jak
małe dziecko do smoczka.
Jeden kieliszek, drugi, potem trzeci...
a skoro nic mi nie było, to czemu by nie spróbować z czwartym,
piątym i szóstym? Spróbowałem, o zgrozo. I urwał mi się film.
Kiedy obudziłem się kolejnego dnia,
uderzył mnie nagle ból głowy i przeogromne uczucie pragnienia,
które aby zaspokoić musiałem wyjść spod kołdry. Jednak kiedy to
zrobiłem, rzuciłem wzrokiem na sąsiednią stronę łóżka, na
której zabrakło mi tego ciemnowłosego pajaca. Szybko zdałem sobie
sprawę z tego, że wczorajszego wieczoru musiałem, lekko mówiąc,
zdrowo przeholować i chyba wygnać go z łóżka, no bo jak inaczej
wyjaśnić jego brak?
Po cichu wyszedłem z pokoju i
skierowałem swe kroki w stronę kuchni, po drodze zaglądając do
salonu. Boże, jaki syf... Tu puste kieliszki, tam pusta szklanka,
odkręcone whisky na stole, opróżniona butelka po winie, pudełka
po słodyczach... I na dodatek śpiący Ari na kanapie. No, to już
wiemy, kto będzie sprzątał. W pierwszym odruchu bardzo chciałem
go obudzić, napić się z nim kawy, wspólnie zażyć po garści
leków przeciwbólowych, ale chyba lepiej będzie, kiedy obudzi się
sam. Być może położyć się dużo później ode mnie, nie wiem,
ale tym razem postanowiłem być bardzo wyrozumiały.
Zrobiłem sobie szybko kawy i równi
szybko opróżniłem kubek. Następną rzeczą były wspomniane już
leki, bo głowa chcąc nie chcąc wciąż mnie ćmiła, oraz
śniadanie. Kolejnym punktem było doprowadzenie się do porządku, a
kiedy wszystko to miałem już do odhaczenia napisałem karteczkę z
krótką wiadomością, którą zostawiłem na stole. Brzmiała ona
następująco:
„Wychodzę do Mariki. Liczę na
to, że posprzątasz ten bajzel nim wrócę.
PS. Nie chciałem Cię budzić, więc
śniadanie zostawiłem ci w lodówce, a tabletki (gdybyś
potrzebował) są na blacie w kuchni.
Julien♥”
Krótko po tym wyszedłem z domu i
skierowałem się w stronę mieszkania rudej.
Jakoś bałem się dzisiaj wsiadać za
kółko mojej nowej maszyny, za bardzo czułem się „wczorajszy”.
Jednak plusem tego spaceru było to, że mogę się trochę ocudzić
i przede wszystkim do końca rozbudzić. Nic nie działa na człowieka
tak dobrze, jak chłodne, zimowe powietrze. Co z tego, że wokół
mojej osoby zawsze roztaczał się chłód, to jednak nie było to
samo.
Warto nadmienić, że dziś założyłem
na twarz maseczkę ochronną. Niby jeszcze nie byłem chory, ale
byłem pełen obaw co do mojego stanu zdrowia. Może to tylko
dmuchanie na zimne, może spowodowane wczorajszym zatraceniem się w
alkoholu, jednak tak an wszelki wypadek dziś wieczorem zaserwuję
sobie potężną dawkę witaminową, tak na wzmocnienie.
Nie minęło więcej niż dwadzieścia
minut, a ja zapukałem do drzwi dziewczyna. Szybko je otworzyła,
uśmiechając się do mnie od razu szeroko.
- Mari, słoneczko! - zawołałem od
wejścia, niemal od razu wyciągając zawiniątko, które wcześniej
trzymałem pod ręką w jej stronę. - Priorytet: zaległy prezent
świąteczny.
- Pieszczoszku! Nie trzeba było –
odparła, ale raz-dwa złapała pudełeczko wraz z moją dłonią,
ciągnąc na kanapę w salonie. - Napijesz się czegoś?
- A wiesz co, może być herbata –
odparłem, wychylając się zza kanapy. - Pomóc ci coś?
- Tylko jeśli chcesz dostać przywilej
niesienia patery z ciastem - zaszczebitała zadowolona, a ja bez
chwili wahania poszedłem do niej, zostawiając maseczkę na kanapie.
- Sama piekłaś? Pachnie genialnie! -
stwierdziłem, wdychając przyjemny zapach świeżutkiego ciasta. Oj
gdyby Ari potrafił piec!
- Tak. Nudziło mi się koszmarnie i
miałam ochotę zrobić coś dobrego. Widać trafiłam idealnie albo
to ty wyczułeś kominem – posłała mi przepiękny uśmiech,
jednocześnie krojąc sernik z grubą warstwą jeszcze ciepłej,
czekoladowej polewy.
- Kiedy ja ostatni raz piekłem ciasto,
o matko... Rób to częściej, będziesz mnie dokarmiać, kiedy
Ariemu nie chce się ruszyć tyłka do sklepu.
- Dla ciebie, Pieszczoszku z chęcią –
zalała prędko herbatę i wręczyła mi do rąk paterę z ciastem. -
To zobaczymy, co tam mi przeniosłeś...
Nadszedł ten moment... Byłem
beznadziejny w robieniu prezentów, więc jeśli ktoś pomyśli
sobie, że wszyscy sezonowo dostają prezenty na przysłowiowe „jedno
kopyto” nie będą się mylić. Ari dostał bransoletę, Mari w
pudełku miała srebrne kolczyki... Oklepane to trochę, nie tak
oryginalne i pomysłowe, jak prezenty, które ja otrzymałem od tej
dwójki. W końcu kocie uszy wraz z ogonem do kompletu czy też ten
„samochód”... Byłem w szoku, zapewne oni niezbyt i mogłem się
założyć, że rudowłosa ma już takich na pęczki.
- To nic powalającego, z krzesła nie
spadniesz... Nie to co ja, kiedy otworzyłem ten od ciebie.
- Podobał ci się? A co do prezentu to
ja ocenię – odparła, szybko rozpakowując pakunek. - Winko! To
następnym razem sobie wypijemy. Kolczyki też cudne. Trzeba przyznać
że masz dobry gust – zaskoczyła mnie tym, jak szybko wymieniła
noszone obecnie na te ode mnie, biegnąc zaraz do lustra by się
obejrzeć.
Oczywiście, że jej pasowały, ale...
To Mari, jej wszystko pasuje. Wciąż uważałem ją za przepiękną,
mądrą, uroczą i niezwykle seksowna dziewczynę, jednak teraz
zdecydowanie nie czułem do niej tak silnego pociągu co wcześniej.
Teraz wolałem inne towarzystwo, męskie towarzystwo.
- Dziękuję! A co do uszu, to Ari
wygląda w nich dużo lepiej! - zawołałem nim jeszcze do mnie
wróciła.
- Trzeba mu było zrobić zdjęcie!
Oprawiłabym w ramkę. A właśnie... Co do Ariego, to co tam u was?
- spytała, siadając tuż obok i upijając herbaty.
- A w życiu, nie będzie zdjęcia! Że
tak powiem, zarezerwowałem takie widoki tylko dla siebie. A u nas
nic specjalnego. Chociaż może jednak trochę... - sięgnąłem po
herbatę. - Mari, ale teraz jest spokój!
- Coś mi tu kręcisz. Co za „może
jednak”? Hmmm? - dopytywała, a jej oczy lśniły teraz zabawnie
pełne zawziętości. Wyglądało to tak, jakby chciała wyczytać ze
mnie wszystkie informacje z pikantnymi szczegółami, których w
gruncie rzeczy przecież nie było!
- Nic nie kręcę! Ale wczoraj grubo
przesadziłem z winem i dziś rano zobaczyłem, że Ari śpi na
kanapie.. jestem ciekaw jak go zmusiłem to tej emigracji –
zaśmiałem się, bo wciąż zachodziłem przez to w głowę.
- Uuu... No to ciekawe. To nie
rozmawiałeś z nim jeszcze? I niezbyt pamiętasz co się działo? -
kontynuowała swoje milion pytań, a jej wzrok wciąż drążył we
mnie dziurę.
- Zostawiłem mu karteczkę i
wyszedłem. Chciałem się z Tobą zobaczyć, więc z nim porozmawiam
sobie później - uśmiechnąłem się szeroko. - Kompletnie nic.
Gdzieś tak zgubiłem się między dolewkami...
- No no no! Ale nie martw się. Ja też
mam słabą głowę. A poza wspólnymi popijawami jak tam? Łóżko
Ariego wystarczająco wygodne? - sugestywnie poruszyła brwiami,
przez co miałem ochotę wybuchnąć śmiechem.
- Łóżko jak łóżko, powiem raczej
tak: nareszcie w nocy jest ciepło – wykonałem ten sam gest. A
niech ma, niech się głowi, zastanawia.
- Strasznie się cieszę! Ja od
początku wiedziałam, że jesteście dla siebie stworzeni! A
właśnie, zanim zapomnę. Będziecie na imprezie, co?
- No właśnie... Nie do końca... Mamy
nadzieje, że się nie złościsz, ale chcieliśmy spędzić trochę
czasu tylko we dwoje... - niepewnie odstawiłem kubek na stolik. Nie
chciałem w końcu robic jej zawodu, jednak prawda była taka, że
faktycznie wolałem spędzić tę ostatnią noc w roku w towarzystwie
osoby, z którą naprawdę chciałem być niż wśród setek
nieznajomych ludzi.
- Złoszczę? Pewnie że nie! Jeśli
chcecie pobyć sobie sami to byle byście się dobrze razem bawili.
Tyle mi wystarczy. A w razie czego zawsze możemy zrobić sobie małą
imprezę innym razem – puściła do mnie oko, a ja poczułem jak
zeszło ze mnie powietrze. Nie była zła, to najważniejsze.
- A to na pewno. Możesz na to zaprosić
Minami, kojarzysz? Też ruda, chodzi ze mną na uczelnię i, z tego
co wiem, nie ma żadnych planów na te noc – sugestywnie
zaakcentowałem ostatnie słowa. Dobrze widziałem, że Mari nikomu
nie popuści oraz, że tak naprawdę jest bardzo wrażliwą
dziewczyną, która angażowała się chętnie w pomoc ludziom w
swoim otoczeniu. Nawet jeśli chodziło o rzecz tak banalną, jak to,
gdzie imprezować w sylwestrową noc.
- Uuu! Z chęcią. Nikt nie powinien
być w Sylwka sam. Daj mi tylko jej numer, a migiem naskrobie jej
zaproszonko. A teraz wcinaj.
Dobrze było tak z nią sobie usiąść
i zwyczajnie obgadać wszystko to, co obojgu nam leżało na
wątrobie. O filmach, o minionym tygodniu, o tym, co nas w ludziach
denerwuje oraz o tym, kto będzie na imprezie, która (na szczęście)
mnie ominie. W sumie wszystkie imiona czy też nazwiska, które
wymieniła mi z pamięci były dla mnie czymś kompletnie obcym i
może znałem tak ze trzy osoby na wymieniony dwadzieścia pięć...
Dotarło do mnie, jak bardzo się cieszę, że to wydarzenie mnie
ominie. Może i organizowała dobre imprezy, ale kompletnie nie w
moim stylu. Za dużo ludzi, za dużo alkoholu, za głośno. Zostanę
przy tych swoich ukochanych szaleńczych, piątkowych wieczorach, w
których towarzyszył mi wcześniej koty, a teraz zastąpił je Ari.
A tak swoja drogą, to troche się zasiedziałem, jednak dziewczyna
nie wyglądała na niezadowoloną z tego powodu. Co więcej, tematów
nam nie brakowało, dlatego nawet przez myśl mi nie przyszło by
odezwać się do Ameby. Wie gdzie jestem, to najważniejsze. Gdybym
jeszcze ja wiedział, gdzie on będzie, też by było miło.