piątek, 14 lipca 2017

Rozdział XVI - Wszystko się kończy...

Spoglądałem na to jak Julien rozmawia ze swoja koleżanką. Nie koniecznie podobało mi się to, jak dziewczyna wlepiała w niego oczy, szczególnie teraz, nie, żebym już wcześniej nie czuł z tego tytułu zazdrości. Teraz jednak miałem do tego zwyczajnie podstawy i zamierzałem upominać się o swoje kiedy było to konieczne...
Tym razem okazało się, że nie było... raczej. Julien z Minami podeszli do mnie. Dziewczyna o dziwo się do mnie uśmiechnęła. Do tej pory traktowała mnie raczej jak zło wcielone i omijała jeśli tylko było to możliwe.
- Pamiętasz mnie, prawda? - zagadnęła.
- Tia... Koleżanka Juliena z niezłym biustem, od której pożycza notatki - skwitowałem na co Minami przeniosła wzrok ze mnie na Juliena. Uśmiech nieco jej zbladł.
- To u niego normalne - stwierdził białowłosy i posłał mi karcące spojrzenie.
- Chwasty...? - spytała, a on przytaknął.
- Czy ja o czymś nie wiem? - burknąłem.
Nie doczekałem się jednak innej odpowiedzi niż ich śmiech.
Wizyta w kawiarence obok uniwerka była dość przyjemna. Towarzystwo Minami też nie przeszkadzało mi jakoś szczególnie. Bardziej irytowało mnie to, że Julien trzymał wciąż spory dystans. No tak... nie chciał, żeby ludzie wokół wiedzieli, że gustuje w mężczyznach... a raczej we mnie. Nie pojmowałem, co to komu miałoby przeszkadzać, przecież to jego życie i innym powinno być dokładnie gówno do tego, ale cóż. Musiałem uszanować jego wolę.
Szacunek nie oznaczał jednak, że nie lubiłem się z Julienem podroczyć. Wręcz przeciwnie. Nie raz zdarzyło mi się puścić mu oczko, czy szybko go klepnąć tak, żeby zbulwersować jego drętwych znajomych, którzy wlepiali wtedy we mnie szeroko otwarte oczy. Miałem wrażenie, że przyleci zaraz jeden z drugim i wypomną mi molestowanie. Swoją drogą widziałem, jak przez te kilka dni kilkoro zdążyło zaczepić Juliena i łypać na mnie złym wzrokiem, o coś wypytując. Julcia coś im ostro tłumaczył, machał przy tym łapkami i rumienił się jak to nic się nie dzieje i takie tam, a później burczał na mnie ku mojej uciesze. Znów było dobrze... Nawet bardzo dobrze. Przywykłem do tej durnej uczelni, spokój wrócił i wszystko się układało.
Niestety do czasu...
Prułem na Laluni przez miasto. Julien znów zażyczył sobie coś słodkiego. Szczególnie, że miała przyjść Marika. Znowu mieli siedzieć i mnie obgadywać, oczywiście tak, żebym słyszał, bo inaczej nie miałoby to sensu. Miałem czasami ochotę ich za to podusić, ale powstrzymywałem się dzielnie...
Czerwona mazda wyskoczyła zza zakrętu dosłownie znikąd. Szarpnąłem za hamulce i przeniosłem ciężar ciała licząc na to, że uda mi się jakoś samochód wyminąć lub przynajmniej położyć motocykl.
Udało się, ale upadłem na asfalt razem z Lalunią, która zawyła nieprzyjemnie.
Pozbierałem się z ziemi, prawe ramię, noga i biodro napierdalały koncertowo, ale to nie przeszkadzało mi w ruszeniu na debila, który nie rozpoznawał znaków i wyjechał mi przed maszyną z drogi podporządkowanej. Skurwiel dodał gazu i zwiał co wywołało u mnie lawinę przekleństw.
- Znajdę cię skurwielu i podpalę cię razem z tym złomem! – ryknąłem i tylko ostatkami siły woli nie mieniłem się w chodzącą pochodnię topiącą asfalt pod stopami.
Kiedy zbierałem Lalunię z drogi jęknąłem przeciągle i z czystym smutkiem. Moje maleństwo było poodzierane, a cały prawy bok do gruntownej wymiany. Silnik na całe szczęście chodził, więc mogłem powoli dojechać do domu zamiast wlec swoje maleństwo całą drogę.
Do mieszkania wpadłem obolały jak cholera, po palcach ściekała mi krew, a wszędzie dookoła rozsiewałem smród tlącej się na mnie powoli odzieży.
- Znajdę gnoja i przerobię go na popiół – warczałem.

środa, 12 lipca 2017

Rozdział XVI - "Lodówka"

Powiedzieliśmy sobie, to co ciążyło nam na sercach. Czułem jakąś nieokreśloną satysfakcję z tego, że wreszcie pozbyłem się ciężaru. Wszystko zostało odkryte, ujawnione, bez żadnych niedopowiedzeń czy kłamstw. Wreszcie nie kryliśmy się z tym, co czujemy. Gdybyśmy dalej trzymali w sobie to wszystko, prędzej czy później któryś z nas by wybuchł. Ponieśliśmy konsekwencje rozmowy, ale były niewspółmierne do tego, jak bardzo cieszyłem się, że mogliśmy to wszystko wyrzucić z siebie.
Seks na zgodę nigdy nie jest dobrym wyjściem. Trzeba to zapamiętać i nigdy nie powtarzać mojego błędu. Myślałem, że tym razem wszystko będzie inaczej, lepiej, tak jakbyśmy kochali się pierwszy raz. A jednak wciąż czułem, że coś jest nie tak, że nie powinno tego być. Silne emocje nigdy nie są dobrym towarzyszem. Wiedziałem o tym doskonale, a jednak sam chciałem go poczuć przy sobie. Wszystko to sprawiło, że czułem ból. Psychiczny przerodził się w fizyczny, po to aby urzeczywistnić się w postaci maleńkich kropelek lecących po moich policzkach, które ginęły w materiale poduszki. Zdałem sobie sprawę, że jest inaczej, choć to nadal był Arian. No właśnie, nie przerwałem tego, bo to nadal był mój Arian, który na pewno by nie chciał, żebym czuł się źle. A jeśli mogłem mu oddać swoje ciało, w imię zgody, to zrobiłem to i gdyby istniała taka potrzeba, zrobiłbym to jeszcze raz.

Nazajutrz oczywiście obudziłem się pierwszy, w pierwszej kolejności sięgając po telefon. Godzina, którą zobaczyłem na ekranie blokady dosłownie mną wstrząsnęła. Ósma trzydzieści cztery... Dokładnie za dwadzieścia sześć minut rozpoczynały się pierwsze w tym roku zajęcia, a ja byłem w jakimś dziwnym hostelu?! Pospiesznie wziąłem się za wykonywanie codziennej, rutynowej misji pt: „Budzenie Ariana”. Na szczęście chociaż dzisiaj poszło mi to sprawnie, a w rezultacie już dziesięć minut później opuściliśmy pokój.
Ósma czterdzieści cztery... Ciągle jeszcze mamy czas, ale przecież obowiązkowo musieliśmy jeszcze zahaczyć o nasze mieszkanie, by przynajmniej zmienić ubrania. Już nie wspomnę o wielkiej chęci wzięcia prysznica, jednakże na to było już zdecydowanie za późno. Gdy wpadłem do domu, zadziałałem jak burza, w mgnieniu oka sięgając do szafy po jakieś czyste ubrania. Dziś bez szału, ciemnoszara koszula i czarne dżinsy, nie miałem czasu by stroić się przed głupim wykładem. Zaraz... Czy ja właśnie zbluźniłem przeciwko słuszności tych zajęć?! Za dużo przebywam z Arim! Jego podejście zaczęło mi się częściowo udzielać.
O ósmej pięćdziesiąt sześć dopiero opuściliśmy mieszkanie, dosłownie biegnąc (a przynajmniej ja) do tej całej Laluni tej chodzącej Zapałki.
- No szybciej, nie wlecz się tak...
Jęknąłem, przebierając nogami tuż przy tym czarnym „cudeńku”. Dlaczego nigdy mu się tam nie spieszyło?! Ja tu marznę, a on tak powolutku schodzi po schodach, no na złość mi to robił! Na szczęście pod koniec już ruszył swoje szanowne cztery litery i już chwilę po tym ruszyliśmy w stronę uczeni.
Dziewiąta szesnaście, a my dopiero na parkingu... Jak mogło do tego dojść?!
- Ja się nigdy nie spóźniam... Co profesor sobie o mnie pomyśli... - wyrwało mi się, gdy wchodziliśmy do ciepłego wnętrza budynku.
- Że masz życie i nie jesteś tylko kujonem? - odpowiedział kąśliwie, na co tylko fuknąłem. Nie miałem czasu wdawać się z nim w głębsze dyskusje. Tu chodziło o mój honor...! I oczywiście o oszczędność czasu, bo im szybciej tam wejdę, tym mniej notatek będę musiał spisywać od Minami.
A skoro już jesteśmy przy Minami... Chyba najwyższy czas z nią porozmawiać, opowiedzieć jej co nieco o wydarzeniach, które miały miejsce w ostatnim czasie. Na szczęście wykład minął w tempie ekspresowym, a rudowłosa dziewczyna złapała mnie od razu po wyjściu z sami.
- Julien, jak ja Cię dawno nie widziałam! - pisnęła uradowana, zaraz mocno mnie przytulając.
- Ja Ciebie też, Minami – uśmiechnąłem się szeroko. - Co tam u Ciebie? Jak się bawiłaś na imprezie u Mariki?
- Dobrze, tylko szkoda, że Ciebie tam nie było – napuszyła zabawnie policzek. - Ta cała Marika jest naprawdę świetna. Skąd ty bierzesz takie dziewczyny, co? Zazwyczaj wszystkie ignorujesz – pociągnęła teatralnie nosem. - Nawet mnie.
- A tam, ty i Marika to wyjątkowe przypadki – uśmiechnąłem się czarująco, odczuwając wielką satysfakcję z faktu, że Ari stojący tam kawałek dalej zapewne płonie teraz, ale z zazdrości.
- Skoro tak to dlaczego Ciebie tam nie było? Bo kiedy pytałam, to tylko powiedziała, że jesteś zajęty „pewną osobą” - mówiąc to, zaznaczyła w powietrzu palcami cudzysłów.
- Tak właściwie to byłem „kimś” zajęty – wskazałem otwartą dłonią na ciemnowłosego pod ścianą. - O tam stoi.
- Nim? Chyba nie rozumiem... Albo rozumiem, ale jeszcze do mnie nie dotarło... - mruknęła, chwytając się za głowę. - Julien, proszę, tylko nie ty. Ty nie możesz, miałeś być tym jedynym – jęknęła, bliska rozpaczy.
- Tym jedynym...? - uniosłem brew w górę, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Tak, tym jedynym – spojrzała na mnie poważnie. - Tym, który oprze się wszechobecnej fali zgejowacenia. Tak bardzo Cię lubiłam, lodówko – dźgnęła mnie palcem w pierś, na co jedynie uśmiechnąłem się szerzej.
- „Lubiłaś”? Czyli już wypadłem z twojego kręgu wybrańców?
- Dalej lubię, ale nie wpuszczę Cię już w mój osobisty kwadrat – mruknęła, po czym dodała ciszej. - A bardzo chciałam...
- Minami... Nie wiedziałem, przepraszam... - naprawdę zrobiło mi się jej żal, a przede wszystkim poczułem się, jak skończony kretyn.
- Nie przepraszaj. Wiem, że nie patrzyłeś na nikogo w taki sposób – znowu się do mnie uśmiechnęła, może nawet weselej niż wcześniej. - Czyli jesteście razem, to takie słodkie. Jednak nie jest takim bucem, za jakiego go wciąż mam?
- Nie jest, nie jest. Czasami trochę, wiadomo, wszystkich chwastów się nie pozbędę – zacząłem się śmiać, na co rudowłosa odpowiedziała tym samym. - Idziemy teraz na kawę, pójdziesz z nami?
- Jasne, do naszej kawiarni?
- Tak, do naszej kawiarni – mrugnąłem porozumiewawczo, a zaraz po tym skierowaliśmy się razem do ciemnowłosego. - A i jeszcze jedno – przyłożyłem palec do swoich ust. - Nikomu ani słowa.
- Jestem jedynym wybrańcem?
- Jedynym, bądź zaszczycona.
- Jestem – spojrzała z uśmiechem na Ariego. - Pamiętasz mnie, prawda?

wtorek, 4 lipca 2017

Rozdział XVI - W kwestii czułości... (+18)

Miałem zamiar zamówić coś mocnego do picia, zjeść byle co, wziąć prysznic i tak oto spędzić wieczór. W samotności i spokoju. nie było mi to jednak dane, bo usłyszałem pukanie do drzwi. Naprawdę miałem nadzieję, że to ta recepcjonistka, która szczerzyła się do mnie jak klecha na pełną kopertę. Mógłbym zwyczajnie ją spławić i byłoby po sprawie. Jak się jednak okazało za drzwiami stał nikt inny, tylko Julien.
- Czyli dała ci adres... pięknie - warknąłem "na powitanie".
Jeszcze tego mi brakowało. Kolejnej kłótni, bo ta ruda cholera nie umiała trzymać jęzora za zębami. Następnym razem zaszyję się w jakiejś dziurze na drugim końcu miasta. 
- Mi też miło cię widzieć. Co ty tu robisz? - spytał.
- A co zazwyczaj robi się w pokojach hotelowych? - prychnąłem.
- Ari... Ale powiedz, że jesteś tu sam... - zaczął i spojrzał na mnie z mieszaniną podejrzliwości i niepewności.
- Serio...? - wypaliłem. Miło było się dowiedzieć jak niskie ma o mnie mniemanie... Tak, oczywiście, zwiałem, żeby się z kimś pieprzyć, tak na złość jemu... - Nie no... oczywiście, że nie jestem sam. Jak chcesz to wejdź i zobacz. Chowa się pod łóżkiem. Drugiego mam w szafie..
- Proszę cię - prychnął i wprosił się do środka. - Zawsze musisz uciekać? - spytał, mierząc mnie wzrokiem.
- Nie uciekam. Zwyczajnie zrobiłem ci miejsce, jeśli masz mnie tak dość - wyjaśniłem i zamknąłem za nim drzwi.

- Wcale nie mam ciebie dość. A ty nigdy nie dasz mi dokończyć, zawsze się odwracasz i - odwrócił się do mnie przodem, wyrzucając ręce w powietrze. - Znikasz! Pamiętasz jakie bagno wyszło wtedy, gdy źle odczytałeś moje intencje przy pocałunku? Brajanek i cała reszta, nie? Więc do cholery przestań zabierać dupę w troki.
- Sam mi to zasugerowałeś i to dość dobitnie! - warknąłem, wciąż rozjuszony ostatnią rozmową. - Czego ty ode mnie chcesz, co? I tak się składa, że tym razem nagadałeś się aż za dużo.
- Wcale nie! Nie chciałem tego. Chciałem tylko, żebyś mi powiedział i przestał słodzić od tego cholernego zmarzlucha. Nienawidzę tego... - fuknął i skrzyżował ręce na piersi.
Myślałem, że zacznę się zwyczajnie śmiać. Znowu było to samo...
- I tak nagle, zwyczajnie z dupy, ci się to ubzdurało? Poza tym jak to było? A tak... źle, że cię przeprosiłem. Powinienem się odwrócić i wyjść, bo przecież znasz mnie najlepiej i dokładnie wiesz, jak powinienem zareagować. Odwróciłem się i wyszedłem, to znów źle, bo nie o to ci chodziło! Może ty się zastanów czego do chuja ciężkiego chcesz, co?
- Ari, nie - wziął głęboki wdech, chyba, żeby się opanować. - Możemy kontynuować na spokojnie?
- Na spokojnie? - prychnąłem. - Jakoś wątpię, że to będzie takie proste, ale spoko... Próbuj.
- Po prostu się zmieniłeś, zasiedziałeś - tłumaczył. - Takie odnosiłem cholerne wrażenie. Jednocześnie jednak tak strasznie irytujesz mnie tą swoją "pracą". I nazywasz mnie tym okropnym zmarzluchem, którego tak nienawidzę, jakby ci się płyta zacięła, ale nie mówiłem ci o tym wcześniej, bo nie chciałem wyjść na jakiegoś złamasa. I zachowujesz się jak dzieciak, kiedy uciekasz z domu. Nie odbierając komórki. Dziesięć razy pod rząd! - pokazał mi odblokowany ekran z listą wybranych numerów. Widniały tam na przemian moje i Mariki.
Westchnąłem ciężko, żeby choć nieco się opanować.
- Czy ty siebie słuchasz? - zacząłem. - Zasiedziałem się? Spędzenie z tobą tego tygodnia w domu nazywasz zasiedzeniem się? Sądziłem, że ci to odpowiada, że tego chcesz. Jak wolałeś biegać po imprezach to trzeba było mówić! Albo jeszcze lepiej, może to ja sam miałem sobie wychodzić, mając cię w dupie? Co do zmarzlucha to też wystarczyło mi do cholery jasnej powiedzieć, że ci się to nie podoba. Może i w twoich oczach dalej jestem amebą, ale potrafiłbym to zrozumieć i nie miałbym z tym żadnego problemu! To tobie nagle wszystko przestało odpowiadać! Ponoć to ja się zmieniłem, a tym czasem ty zwyczajnie warczysz i rzucasz się, zamiast cokolwiek normalnie mi powiedzieć. Co do mojej pracy, to nie mówiłem, bo wiem jak zareagujesz... A raczej podejrzewałem, bo na chwilę obecną nie mam za chuj pojęcia czego ty chcesz i jak ci się poprzestawiały priorytety...
Miałem tego dość... Zarzucał mi zmianę, a sam stał tu i warczał na mnie. Znowu! Zamiast dać mi cokolwiek do zrozumienia, zwyczajnie szukał zaczepki. Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś mi powiedział, że dojdzie do czegoś takiego, wysłałbym go do psychiatry, dając bilet w jedną stronę.
- Nie jesteś... - spuścił głowę, łapiąc się za czoło. - Przepraszam.
- Po prostu mniejsza... - westchnąłem znowu, bo czułem, że nie mam już na to sił i usiadłem ciężko na łóżku.
- Zwyczajnie stęskniłem się za tą bardziej wybuchową częścią twojej natury. Mimo wszystko lubię ją i nie chciałbym, żebyś już na zawsze obchodził się ze mną, jak ze szklanką - westchnął, po czym zbliżył się do mnie i bez ostrzeżenia po prostu przytulił.
Przymknąłem oczy. Naprawdę nie wiedziałem co robić.
- Julien... - odezwałem się, starając się pozbierać myśli i nie warczeć bez potrzeby. Najwyżej znów mi nawrzuca, że ciepłe kluchy ze mnie... - Ja wybucham jak mam do tego powód. Kiedy jest spokój, nikt mnie nie wkurwia i nie wyprowadza z równowagi, to nie biegam po domu, rzucając wszystkim co mi się nawinie. A to, jak się z tobą obchodzę, to zwyczajnie dlatego, że mi na tobie zależy. Co w tym trudno zrozumieć?
- Zwyczajnie nie jestem z porcelany i chcę, byś to zrozumiał. Dzięki za troskę, naprawdę, doceniam ją, ale powinieneś rozumieć o co mi chodzi.
- Właśnie nie rozumiem - załamałem ręce - bo do tej pory nie mówiłeś nic na temat tego, że coś ci nie odpowiada.
- Traktujesz mnie trochę, jak jajko - stwierdził. - Trochę jakbyś zapominał, że też jestem facetem.
- A co miałem niby robić, co? - spytałem, dalej się gubiąc. Nie wiem, uraziłem jego męskie ego czy co? O to chodziło? Tylko co to miało do tego, co się działo? - Jak pożarłeś się z matką w Wigilię, to miałem cię dobić? Przelecieć cię jak się spiłeś? Kurwa... jak do Laluni mówię z czułością, to nikogo to nie dziwi, a ty masz problem, kiedy okazuję ją tobie. Jesteś do cholery ważniejszy dla mnie niż to, jaki film oglądam czy jak mam meble poustawiane w mieszkaniu. Taki już jestem. Dbam o swoje.
- To dbaj, ale nie jestem jajkiem. Nie stłukę się - powiedział i oparł policzek o moje ramię, co nieco mnie rozproszyło.          
- Dobra, dotarło to do mnie - burknąłem, mając nadzieję, że wreszcie wszystko wróci do jakiej takiej normy...
- I co, dalej się gniewasz? - spytał, a jego dłoń lekko zabłądziła na mój brzuch. Nie wiem czy było to celowe, ale spodobało mi się... Bardzo. Mimo wszystko jego obecność i przyjemny chłód ciała sprawiały mi sporo przyjemności. Cholernie zdążyłem się za tym stęsknić.
- Nie wiem... To zależy jak ładnie poprosisz, żebym się już nie gniewał - stwierdziłem i zaczepnie położyłem mu dłoń na udzie.
Julien dopiero teraz się odsunął, by następnie usiąść mi na kolanach. Oczywiście nie bokiem, a okrakiem i w dodatku bardzo blisko bioder. Następnie położył dłonie na moich policzkach i namiętnie pocałował mnie w usta.
Złapałem go za pośladki i gwałtownie do siebie przyciągnąłem. 
- Idziesz w zdecydowanie dobrą stronę.... - wymruczałem.
- Wiem - uśmiechnął się i zwyczajnie przewrócił mnie na plecy, żeby zaraz pochylić się i znów wpić w moje usta. 
Podobało mi się to coraz bardziej... Pospiesznie wsunąłem dłonie pod jego bluzkę, żeby ją z niego zaraz zdjąć. Po chwili jednak, z głośnym warknięciem, rzuciłem go na łóżko i zwisłem nad nim, majstrując przy jego spodniach, które zaczęły mi cholernie przeszkadzać.
Kolejne ubrania lądowały gdzieś koło łóżka, a nasze ciała coraz bardziej różniły się temperaturą. Spieszyło mi się cholernie z każdym kolejnym pocałunkiem. Wszystkie nagromadzone w ostatnim czasie emocje, całą złość, zmieniły się teraz w rządzę... Nawet przez myśl mi nie przeszło, by tym razem silić się na delikatność. Zwyczajnie go chciałem, tu i teraz, a on nie protestował. Nawet kiedy odwróciłem go do siebie tyłem, zmusiłem, by wypiął się w moją stronę i wszedłem w niego mocno.

Rozdział XVI - "Zmarzluch"

"A..."? Co? Co on chciał powiedzieć? Nie. Nie chciałem żeby wychodził, nie tak to sobie wyobrażałem! Dlaczego on zawsze musi uciekać..? Cholera jasna, głupia Ameba. Dlaczego on nie rozumie? Czemu nie widzi tej istotnej różnicy pomiędzy "uderz mnie" a "pozostań sobą"? Przecież nie mam wobec niego Bóg wie jakich oczekiwań. Chcę tylko, aby pozostał taki jaki był. Oczywiście nie przeszkadza mi w tym doza słodyczy, którą dostarcza mi w zwykłych, codziennych czynnościach, jednak w ciągu ostatnich paru dni odczuwam gwałtowny wzrost cukru w moim życiu. A ja nie chcę mieć cukrzycy, no i lubię czekoladę, więc nie uśmiecha mi się patrzenie na nią z obrzydzeniem. No bo, błagam Cię, świecie... Zwróć mi Ariana.
Tak szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, co powinienem teraz myśleć. Nie chciałem się kłócić, naprawdę. To on nie chciał mi powiedzieć, gdzie pracuje, a stawało się to dla mnie coraz istotniejszą kwestią. Zwłaszcza po tym występku teraz, kiedy wrócił z całą pokiereszowaną twarzą... Idiota. Dlaczego tak po prostu mi, kurna, nie powie? Po raz kolejny zadam sobie to pytanie, które męczy mnie już drugi dzień i, przez które momentami ciężko jest mi się skupić na czymkolwiek innym niż on: Nie ufa mi już?
Niby osiągnęliśmy właśnie połowiczny sukces: wkurzyłem go i widziałem, że jeszcze chwila, a stanąłby w płomieniach.  No, czyli jakiś tam postęp i powrót do  tych "starszych czasów" (jak to dziwnie brzmi), kiedy jeszcze mogłem nazwać go bez bólu Płonącą Pochodnią. Jednak to nie było to. Nie był już dawnym sobą, w którym się zakochałem. Był tym nowym "kimś", który przejął znikome cechy dawnego Ariana. Czemu tak się działo? I czemu mi to przeszkadzało?
Już wiem czemu, daleko wcale nie musiałem szukać. "Zmarzluch", który towarzyszył mi krok w krok był aż zbyt oczywistą wskazówką w tej kwestii. To już nie "tleniony konus"? Znaczy... Ja wiem, jesteśmy r a z e m. To normalne, że stare, złośliwe dogryzki zmieniają swoje brzmienie i niekiedy również znaczenie, przeinaczając się w rozmaite misie, pysie i inne przesłodzone stwory. Mimo to irytowało mnie to i nie wiem czy było coś w samym tym słowie, czy w sposobie, w jaki wymawiał to właśnie On. Oba stwierdzenia były prawdziwe. Faktycznie nie lubiłem tego słowa, choć nikt przed Arianem tak się do mnie nie zwracał. Nie podobał mi się także jego wydźwięk, gdy je wymawiał. Brzmiało to tak... Tak... Żałośnie? I przez to cholerne słowo (no ale oczywiście nie tylko przez nie, bo składało się na mój obecny stan psychiczny jeszcze wiele ciekawych i mniej rzeczy) stracił on tak wiele w moich oczach. Nie było odwrotu, musieliśmy ZNOWU zamienić kilka słów.
Dzwoniłem chyba z dziesięć razy, lecz odpowiadała mi jedynie ta cholerna poczta głosowa. Muszę mu w końcu powiedzieć, żeby ją wyłączył.
Potem zadzwoniłem do Mariki i ona też nie podniosła słuchawki od razu, jak to miała w zwyczaju. Zmowa, co...? Mari... Właśnie sobie grabisz...
Na szczęście w końcu odebrała. W końcu, bo musiałem zadzwonić ponownie po upływie ze trzech godzin, aby wreszcie ze mną porozmawiała. Ciekawe, dlaczego... co on jej nagadał? Nie rozmawialiśmy długo, było to raptem wymiana kilku zdań, które zawierały podstawowe pytania, jakie wydawało mi się, że powinienem zadać w takiej sytuacji:
Czy go widziała lub czy się kontaktował? Odpowiada mi twierdząco.
Co mówił  i czy opowiadał o naszej małej wymianie poglądów? Znów odpowiada na "tak", a mnie ściska w żołądku. Dawno tego nie czułem.
Gdzie teraz jest? Dziewczyna opowiada, jak to dziamgał coś o przenocowaniu w hostelu. Podała także nazwę tego najbardziej prawdopodobnego, gdzie mógł się udać, za co serdecznie jej podziękowałem i postanowiłem grzecznie wyperswadować jej, aby odbierała komórkę nieco szybciej innym razem.
Szybko po odbytej rozmowie ubrałem się i wyszedłem z mieszkania. Na szczęście miejsce, które mi wskazała, znajdowało się niedaleko, więc z łatwością dotarłem tam w ciągu kolejnych piętnastu minut. Nie trudno było się też zorientować, czy miejsce to jest właściwe, czy może przeszedłem się tu na darmo. Recepcjonistka okazała się na tyle młodziutką i głupiutką dziewczyną, że bez przeszkód udzieliła mi informacje na każde pytanie. Ciekawe, czy gdybym poprosił o pieniądze z kasy to też by mi dała? No nie ważne, już po fakcie.
Stanąłem pod drzwiami pokoju i w ciszy, bo nie odezwałem się ani słowem, zapukałem do drzwi.

niedziela, 2 lipca 2017

Rozdział XVI - Dobijająca dawka absurdu...



Absurd zaistniałej sytuacji dosłownie mnie dobijał… Po prostu dobijał. Inaczej nie potrafiłem tego opisać, a na dodatek nawet nie chciałem. Bo niby jak inaczej można nazwać wymianę zdań, jaka miała miejsce przed chwilą, jeśli nie dobijającą dawką absurdu?
Stałem w tej cholernej kuchni przed człowiekiem, z którym naprawdę nie miałem ochoty się w żaden sposób kłócić i słuchałem jak to mam jakieś debilne tajemnice, a w ogóle to ciepłe kluchy ze mnie i może byłoby lepiej, gdyby wrócił mi temperament… Idealnie… To czego on w końcu chciał? Starałem się, żeby był zadowolony. Dbałem o niego. Szedłem na cholerne kompromisy. A wszystko to dlatego, że mi na nim zależało. Chciałem go mieć przy sobie. Okazało się, że było zwyczajnie źle!  A nie, chwila… niby było dobrze, bo on wszystko robił z troski o mnie, ale jednak źle, że nie pieprznąłem mu przy tym czasami, tak dla jebanej zasady. Za to miałem jak potulny piesek przyleźć i wyszczekać grzecznie wszystko odnośnie mojej pracy, bo on się martwił, a w ogóle to sobie tego zwyczajnie życzył! Genialne!
- Gdzie pracujesz? – padło w końcu. Znowu…
- Nie. Twój. Interes. – wycedziłem.
- Arian!
- Sam tego właśnie chcesz. Tego warczącego mnie, który ma w dupie innych. Niedostępny, tajemniczy i groźny, jak cholerny lew w cyrku, którym jarają się ludzie, mając nadzieję, że upierdoli treserowi łeb na ich oczach – rzuciłem. – To masz! Ciesz się!
Ruszyłem do sypialni i zacząłem się w pośpiechu ubierać uważając przy tym, żeby nic nie zjarać, a byłem tego bliski. Julien oczywiście przyszedł za mną, wciąż ziejąc chłodem.
- Co ty wyprawiasz? – spytał wielce oburzony, kiedy chwyciłem leżące na szafce nocnej kluczyki.
- Odwracam się i wychodzę. Wedle zaleceń jaśnie pana – stwierdziłem i ruszyłem w stronę drzwi.
Nie miałem najmniejszej ochoty tu zostawać. Po co niby? Dość się już nasłuchałem.
- A… - rzuciłem, odwracając się do niego, zanim jeszcze wyszedłem – i tak dla twojej wiadomości. Wiesz o mnie i o tym, jaki jestem jedno, wielkie gówno. Szczególnie jeśli chodzi o mój stosunek do osób, które – urwałem i prychnąłem, zdając sobie sprawę z tego, że to, co chciałem przez ułamek sekundy powiedzieć, jest jeszcze bardziej absurdalne. Szczególnie teraz. – Mniejsza… To i tak mało ważne.
Wyszedłem, trzaskając drzwiami, żeby choć trochę wyładować swoją złość. Słyszałem jeszcze, że mnie wołał, ale miałem tego dość. Wsiadłem na motocykl i wyprułem w miasto, mając nadzieję, że pęd i zimny wiatr smagający moją twarz, dadzą mi chwilę ukojenia.

- Julien znów dzwoni… - zakomunikowała Marika.
- To odbierz – burknąłem, nie mając pojęcia po co mi to mówi.
Siedzieliśmy w niezbyt ruchliwym lokalu. Na szczęście, bo im więcej ludzi, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś niewłaściwy się do mnie przyczepi, a byłem w takim stanie, że mogłoby być ciężko cokolwiek z delikwenta zebrać.
- Nie chcę go okłamywać, mówiąc, że nie wiem gdzie jesteś i co się z tobą dzieje…
- To wyjdę… Nie będziesz wiedziała, nie będziesz kłamać. Wszyscy szczęśliwi – warknąłem i wstałem.
- Nie to miałam na myśli! – rzuciła szybko i złapała mnie za rękaw, dbając, by nie dotknąć mojej dłoni i się nie poparzyć. – Ari proszę… Porozmawiajcie na spokojnie. Może naprawdę dobrze byłoby mu powiedzieć gdzie pracujesz…
- Po kiego chuja? – wydarłem się. – Wystarczy mi to jak ty i matka wisiałyście nade mną, marudząc jakie to niebezpieczne, jak to powinienem przestać. Niepotrzebne mi jeszcze, żeby on robił to samo. Chociaż chwila. Obecnie to będzie pewnie zajebiście zadowolony, że jednak nie jestem taką miękką fają i zarabiam na życie, posyłając ludzi na urazówkę. Z czego za cholerę nie wiem co gorsze!
- Przesadzasz… - stwierdziła, na co zwyczajnie się zaśmiałem.
- Szkoda, że nie słyszałaś jego wywodu na temat mojej osoby. Uśmiałabyś się.
Telefon znów zaczął dzwonić, wygrywać uparcie melodię, której miałem już dość.
- Odbierz wreszcie, a ja spadam… - oznajmiłem i tym razem nie pozwoliłem, żeby mnie zatrzymała.
- Będziesz chociaż jutro na uczelni? Zobaczysz się z nim? – spytała jeszcze.
- Nie wiem… Muszę się zastanowić. – Wyszedłem i skierowałem się na parking. Pasowało rozejrzeć się za jakimś noclegiem…

Rozdział XVI - Godzina prawdy

- Powiedziałem, żebyś mnie zostawił - warknąłem i trzepnąłem go po łapach, by wreszcie móc się wyswobodzić z tego cholernego uścisku.
Co on sobie wyobraża? Myślał, że wystarczy zająć łazienkę na te piętnaście minut, by mi opadły wszystkie nerwy? Naprawdę? Nawet nie ma pojęcia, jak bardzo się mylił. Poza tym nawet nie jestem do końca pewny, czy on rozumie o co dokładnie jestem zły, bo to wcale nie było tak, że nie miałem ochoty już nigdy więcej poczuć jego dotyku na skórze. Nie przestałem go także darzyć szczerą sympatią, jednak pewne kwestie skumulowały się we mnie i wywołały falę irytacji. Doprawdy... Co się z nim stało? I co, przestał mi ufać?
- Dowiem się w końcu gdzie pracujesz czy nie? - spytałem raz jeszcze, dosypując cukru do obu kubków z kawą. Tym razem obie były czarne, jak smoła. Nie miałem w tym momencie ochoty zasłodzić się kubkiem mleka z cukrem, chciałem i potrzebowałem ogromnego zastrzyku kofeiny. Choć jakby się głębiej zastanowić to praktyczniejsza okazałaby się melisa, bo zaraz urwę mu łeb.
- Mówiłem ci już, że to nie twoja sprawa. Błagam, Julien, skończ już ten temat i zjedzmy śniadanie, jak ludzie - westchnął i znów spróbował się do mnie zbliżyć, jednak tym razem dostał po łapach już na starcie, kiedy tylko wyciągnął ręce w moim kierunku.
- Co to ma w ogóle znaczyć, że mi nie powiesz? Nie ufasz mi? Skoro to praca powinieneś mi się nią pochwalić, nie sądzisz? I to już cholernie dawno temu - wywarczałem przez zaciśnięte zęby i ogarnął mnie chłód.
- Nie musisz wiedzieć wszystkiego. Będzie ci milej w nieświadomości, uwierz mi.
- W dupie to mam, chcę wiedzieć. Wychodzisz o jakiejś chorej godzinie w Nowy Rok, twierdząc, że to praca cię wzywa, a wracasz nad ranem z obitą twarzą. Myślisz, że się nie martwię? - odstawiłem głośno kubek na blat, po czym odwróciłem się do niego przodem. - Jakieś debilne tajemnice, które stajasz się zataić wszelkimi siłami, a jednocześnie zachowujesz się, jak jakaś ciepła kluska. Rzygam tym całym "zmarzluchem", rozumiesz? - zacisnąłem palce na blacie, nie przestając cały czas mierzyć go wzrokiem. Pod palcami poczułem szron, a po chwili w jego następstwie także lód. Nie było dobrze, zdrowo się wkurzyłem.
- Naprawdę wolisz być nazywany tlenionym konusem? - spojrzał na mnie tak, jakbym co najmniej mówił do niego po niemiecku z francuskim akcentem.
- Nie rozumiesz. Nie chodzi tu o konusa, chodzi o Ciebie jeszcze sprzed paru tygodni.
- Sam goniłeś mnie o fajki. Sam chciałeś, żebym siedział w domu, a nawet zaczął brać na poważnie uczelnię, a teraz Ci nie pasuje?
- Chciałem się o Ciebie zatroszczyć. Weszliśmy w cudowny etap, byłeś i wciąż jesteś dla mnie najważniejszy. Nie chciałem, by coś ci się stało, żebyś był chory i inne tego typu pierdoły. Chciałem cię trzymać od tego całego syfu z daleka, ale nie spodziewałem się, że zatracisz się w tym aż tak mocno. Gdzie moja wiecznie wkurwiona pochodnia?- złapałem się na tym, że złość w pewnym stopniu opadła, ale to jeszcze wcale nie znaczy, że kompletnie się zatraciła. Dalej się we mnie tliła, dalej byłem gotowy na wybuch, tylko w tym momencie w wypowiadanych przeze mnie słowach przeważył żal, smutek i melancholia.
- Dobra... Nie rozumiem. Mam ci przyłożyć czy warczeć? A może jednak zachować powagę i dbać o te wszystkie bzdety?
- Zgubiłeś swój temperament. Doceniam wszystko co dla mnie zrobiłeś, ale nie gub w tym siebie. Przecież Cię znam i prawdziwy ty ma cięty język, wybuchowy temperament. Tymczasem ty teraz walisz mi jakimiś "zmarzluchami" co pięć minut i choć na początku uważałem to za urocze, tak teraz jest nie do wytrzymania. Nie zrozum mnie źle, jesteś kochany, ale jakbym chciał nurkować w cukrze co dzień, to zamieszkałbym w cukiernicy, a nie z tobą.
- Moja wybuchowość nie jest niczym przyjemnym i kończy się tym, że ktoś dostaje po mordzie. Tego chcesz?
- Bądźmy szczerzy: i tak mi nic nie zrobisz. Chwyciłeś mnie mocniej za rękę, po czym zacząłeś przepraszać... Sądziłem, że się odwrócisz i wyjdziesz. Ciepłe kluchy wychodzą z Ciebie coraz mocniej.
- Nie mam ochoty sprawdzać czy to prawda. Musiałbyś mnie wkurwić, to ci się jeszcze nie udało i oby tak zostało.
- Zrozumiałeś już co mam na myśli? - zacisnąłem palce mocniej, a blat aż zaskwierczał pod nową warstwą lodu.
-Ta... Podejrzewam, że tak - mruknął tak, jakby wcale nie miał ochoty się do tego przyznać.
- Więc do rzeczy, wybiła godzina prawdy - zmrużyłem mocno oczy, nie mając zamiaru ustępować. - Gdzie pracujesz?