poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Urodzinki

Wziąłem szybki prysznic i owinąwszy biodra ręcznikiem wyszedłem, by skierować się do kuchni. Julien już tak urzędował oczywiście, a po pomieszczeniu roznosił się aromat kawy.
Chłopak stał oparty o szafkę z kubkiem w dłoniach. Po jego buźce błądził słodziutki uśmiech, a złote oczka zdawały się patrzeć gdzieś w daleki punkt. Podszedłem do niego, a wtedy zamrugał i odwrócił buźkę w moją stronę. Idealnie, bo lekko uniosłem jego podbródek i złączyłem swoje usta z jego. Spokojnie, ale długo, w namiętnym pocałunku. Uwielbiałem te jego miękkie, chłodne usta. Szczególnie kiedy tak, jak teraz po chwili słodkiego wahania oddawały pocałunek. 
- Zaczyna mi smakować ta twoja lura - stwierdziłem i musnąłem koniuszkiem języka jego górną wargą. - Szczególnie kiedy jest z tobą w zestawie. 
- Powiedz po prostu, że mnie lubisz - uśmiechnął się odstawiając kubek i zarzucił mi ręce na szyję, żeby móc pomiziać mnie po karku, na co zamruczałem przeciągle. Oj tak... kochałem jego zimne paluszki muskające mój kark. Zdecydowanie każdy dotyk czułem tam o wiele niżej...
- Lubię? - prychnąłem. - E tam, lubię... w żadnym razie - droczyłem się, skubiąc lekko jego szyję  ustami. 
- Czyli mnie nie lubisz? - fuknął, ale nie przestał trzymać mnie przy sobie.
- Nie lubię, bo po prostu uwielbiam - skwitowałem i odsunąłem się, bo zaczęło mi się robić zdecydowanie za ciepło i wszystko wskazywało na to, że ubranie Juliena zacznie mi strasznie przeszkadzać... I głównym problemem wcale nie było to, że zaczęłoby się zwyczajnie tlić...
- To o czym tak zawzięcie myślałeś? - spytałem wpatrując się wciąż w jego słodką buźkę.
- A tak jakoś... o nas... - oznajmił tajemniczo i uśmiechnął się promiennie. Zdecydowanie mi się taki podobał. Uśmiech na jego twarzy zbladł jednak nieco, kiedy wyprostował się, przysuwając odrobinę w moim kierunku i położył delikatnie dłoń na sporym sińcu na moim prawym boku. - Boli bardzo...?
- Daj spokój, bywało gorzej - zaśmiałem się. - Na przykład niedawno, kiedy po głowie chodził mi jeden wkurwiający, tleniony konus, który twardo stał przy tym, że mnie nie chce.
- Aż tak źle było? - spytał jakby z lekką skruchą.
- Jak facetowi krew odpływa z mózgu, bo twoje twarde postanowienie sprawiało, że ja miałem... twarde co innego, to bywa, że ciężko się skupić i dostaje się gonga aż w uszach dzwoni. Do tego miałem złamane serduszko - siąpnąłem nosem ze smutną minką, żeby mu pokazać jak bardzo przykro mi było.
- Oj biedactwo ty moje - pożałował mnie, głaszcząc po głowie. Szeroko się przy tym uśmiechał.
- Śmiej się, śmiej, gadzie! - burknąłem i odsunąłem się, żeby otworzyć lodówkę. - Zjadłbym coś... - marudziłem, niuchając za czymś dobrym. Dorwałem się do paczki kabanosów, ostrych jak diabli i suchych na wiór, ale smakowały mi przez to okropnie. Moja ewidentna mięsożerność nie raz była polem do żartów dla Juliena, ale co ja poradzę, że potrzebowałem białka... Mięśnie nie robiły się z sałaty...
- Telefon dzwoni - zakomunikował mi białowłosy lekko zaniepokojony, kiedy jednak sięgnął po moją komórkę rozluźnił się widocznie. Dzwoniła Marika.
- Tiaaaa? - rzuciłam odebrawszy.
- Pamiętasz mam nadzieję, że dziś jest imprezka u Edi - rzuciła od tak... Pewnie z góry znała moją odpowiedź.
- No... tak jakby.
- Ari! - ryknęła. - Przypominałam ci przecież! Nawet esa ci wysłałam. O czym ty myślisz?!
- Tak ogólnie czy w tej chwili? - spytałem, przekręcając głowę, bo Julien po coś się właśnie schylał.
- Arianie Manoor, opanowałbyś się wreszcie. Ja wiem, że jest Pieszczoszek, świata poza nim nie widzisz i tak dalej, ale ludzie zaczęli już zbierać się dla ciebie na wieniec...
- Julcia nie lubi spędów towarzyskich - przypomniałem.
- Oj tam, raz na czas możecie się wyrwać. A jak się nie zgodzi, to do niego zadzwonię - stwierdziła. Już widziałem oczyma wyobraźni jej minę niewinnej cholery, która każdego umie nakłonić na wszystko.
- Dobra, dobra... - fuknąłem, rozłączyłem się i odłożyłem telefon. - Co powiesz na małą imprezkę? - spytałem Juliena.
- Małą? - spytał z uśmiechem. No tak... dzwoniła Mari...
- To nie Marika jest organizatorką, więc... będzie tak z połowa tego co zwykle - wyjaśniłem. - Dalej tłum, ale...
- Chciałbyś iść - dokończył za mnie.
- Wypadałoby... Edith ma urodziny, wiec pasuje mi ruszyć tyłek, a do tego fajnie by było, żebyś poznał moich znajomych, których jest jednak więcej niż ta ruda cholera.
- Ale... nie mam prezentu dla niej - skrzywił się.
- Moim znajomym nie wozi się prezentów... Po pewnym urodzinach zrobił się z tego niemały kłopot co komu kupić tak, żeby mu chawiry nie zagracać, dlatego do solenizanta jeździ się z połową monopolowego - wyszczerzyłem się. - To w takim razie się zbieraj, słodziaku - pogoniłem go i klepnąłem w tyłek.
Sam też ruszyłem wymienić ręcznik na spodnie. Zanim doszedłem do sypialni byłem już suchy, bo woda ładnie ze mnie odparowała. Jednak bycie chodzącym grzejnikiem miało swoje plusy.
Na miejsce dojechaliśmy nawet na czas, bo Julien mnie oczywiście gonił, żebym się pospieszył. Nie ma to jak jego punktualność. Ja tam nigdy za specjalnie nie zajmowałem sobie nią głowy. Szczególnie, że mało kto z mojego otoczenia to robił i byliśmy jednymi z pierwszych.
- Ari! - Edi wybiegła najwidoczniej, słysząc ryk Laluni. - Jak ja cię dawno nie widziałam - stwierdziła, rzucając mi się na szyję.
- Czym ci podpadł tym razem? - zaśmiałem się do niej, a ona tylko prychnęła i przeniosła wzrok na Juliena.
- Twój królewicz? - spytała mnie z promiennym uśmiechem.
- Julien Fia - przedstawił się białowłosy i zaczął już wyciągać dłoń w jej stronę, ale ona i jego przytuliła do piersi... Sporych, ledwo zakrywanych przez pokaźny dekolt, w który wlepił wzrok Julien na o wiele dłużej niż miał prawo...
- Edi... właśnie wieszasz się na moim facecie - burknąłem do niej.
- Marudzisz zupełnie jak Andrew - syknęła, mrużąc oczy.
Wreszcie weszliśmy do środka gdzie mogłem zostawić pakunek pełen alkoholi różnej maści. Szybko też złożyłem dziewczynie życzenia.
- Nie wierzyłem, że dotrzesz... - uśmiechnął się blondyn, choć widziałem jak szczęka mu drga. Był nieźle wkurwiony, no czyli znów ścięli się z Edi.
- Andrew, Julien - przedstawiłem sobie mężczyzn szybko. - A co, przegrałeś zakład? - odciąłem się zaraz.
- Żebyś wiedział! - krzyknął, ale zaraz spojrzał na Juliena, którego dłoń ściskałem, bo szedł dość nieśmiało. - Kiedy to zdążyłeś wymienić tego swojego na nowszy model? - wypalił.
- Że słucham? - wyrwało się Julienowi. Białowłosy od razu spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To znaczy? Jakiego innego? Przez cały czas jestem z Julienem - stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- A to... nie chodzisz z tym brunetem..? Jak mu tam... Brian... wiesz który, bo wychodziłeś z nim przecież na ostatniej imprezie, na której cię ludzie widzieli - wyjaśnił. - Mówił, że ze sobą jesteście...
Warknąłem przeciągle.
- To pierdolił bzdury... - stwierdziłem i przyciągnąłem do siebie Juliena, który zaczął robić się chłodniejszy. Objąłem białowłosego.
- Ty to jednak nie umiesz trzymać japy na kłódkę! - ryknęła na Andyego Edith. - Co cię to obchodzi, kto z kim jest i co kto pieprzy po kątach?
- Spokojnie ludzie... - rzuciłem. - Sprawa się wyjaśniła, nie? Edzia ma urodziny, świętujmy.
Nie chciałem burdy przy Julienie, który i tak wyglądał już na zdenerwowanego. A wkurwiona Edi nadzwyczaj często oznaczała niemałą aferę.

Rozdział XVII - Gniew opada, wspomnienia wracają

Nie byłem zły, to znaczy CHYBA nie byłem. Arian miał rację, po prostu martwiłem się na zapas. Choć podejrzewałem cały szereg różnych, dziwnych zawodów, z jakimi mógł się bratać, to jakoś ten jeden (choć przychodził mi wielokrotnie na myśl) zawsze odrzucałem. Sam nie wiem, dlaczego wydawał mi się bardziej abstrakcyjny niż przykładowy diler narkotyków czy innych używek.
Mimo wszystko byłem jednak zaskoczony tym, co przyszło mi zobaczyć. Począwszy od tego miejsca, przez ludzi, na Arim na ringu kończąc. Dała mi się także we znaki panująca tu, ohydna, jak dla mnie atmosfera, a także zwyczajny smród papierosów, potu i kurzu. Może meliną tego nazwać nie mogłem, ale czułem się tam... źle. Pragnąłem więc bardzo serdecznie podziękować mu za wyciągnięcie mnie na zewnątrz. Prawdopodobnie wyczuł, jak źle się tam czułem, a może tylko tak mi się zdawało? Nie ważne, chociaż stamtąd wyszedłem. I naprawdę już nawet nie byłem zły, tylko zwyczajnie zmartwiony. Nie chciałem na niego naciskać. Nie chciałem, by przeze mnie zmieniał swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, ale... Martwiłem się o niego. Naprawdę wolałbym, aby robił to, co robił w nieco bardziej legalnym miejscu, gdzie jest normalna ochrona i dobre ubezpieczenie, na wypadek poważnych urazów, a nie oszukujmy się, bo te mogą się przydarzyć każdemu. Nawet chodzącej pochodni.
- Nie złoszczę się... - odparłem cicho, czując, jak moje usta wyginają się w coś na wzór pobłażliwego uśmiechu. - Nawet cieszę, w końcu nic ci nie jest. Sam chciałem przypieprzyć temu pierdolcowi, z którym się lałeś. Gdyby nie ten zjeb obok mnie, przysięgam i nie żartuję, dostałby po ryju, jak nigdy nikt ode mnie.
- Uła, jak dziwnie jest słyszeć, kiedy klniesz jak szewc.
- A weź daj spokój, jestem jeszcze nabuzowany - wreszcie mogłem się normalnie uśmiechnąć, co spotkało się z nie lada aprobatą ze strony Ariego, gdyż pocałował mnie przelotnie w usta.
- Wracamy do domu, więc pakuj się - odparł, dosiadając swej pierwszej miłości, to znaczy Laluni.
Ach, naprawdę chyba zacznę być poważnie zazdrosny o te maszynkę. Momentami miałem ochotę wyrzucić ją gdzieś na wysypisko, aby patrzył się już tylko i wyłącznie na mnie. Wiedziałem jednak, że zamiast zdwojonej miłości, spotkałbym się z falą nienawiści, a i sam czułbym się źle z faktem, że odbieram mu tak cenną rzecz. Jak tak dobrze by się zastanowić to istniało jakieś wyjście... Jeśli częściej oddawałby ją na przeglądy czy inne tego typu pierdoły, czy wtedy częściej miałbym go całego dla siebie? A zresztą, wolę nie kombinować. Jeszcze obróciłoby się to w drugą stronę i podczas tej jej nieobecności, słuchałbym jedynie o tym, jak lśniący ma lakier na przodzie... Wtedy chyba bym nie wyrobił. Niech już zostanie tak, jak jest.
Dosiadłem więc maszyny i objąłem go, mocno przylegając do jego pleców. Przywykłem już poniekąd do przebywania miasta w ten sposób, a za tym szło przyzwyczajenie do przylepiania się do jego pleców, jak najszczelniej się tylko dało. Już się nie bałem, była to tylko i wyłącznie kwestia przyzwyczajenia, ale Arianowi raczej to nie przeszkadzało, więc wszyscy byli szczęśliwi.
Po dotarciu do mieszkania, pierwsze kroki skierowałem do kuchni, gdzie po umyciu rąk, wstawiłem wodę na kawę. Już dawno nie słyszałem komentarza odnośnie tego, jak bardzo nie jest kawą napój, który przyrządzałem dla siebie. Uśmiechnąłem się do siebie, rozbawiony. Kiedy przyszykowałem już kawę w dwóch, skrajnie różniących się wyglądem, jak i rozmiarem, kubków, uniosłem głowę, aby spojrzeć na kilka kartek poprzyklejanych na lodówkę.
Pozwoliłem sobie wprowadzać pomału pewien system zapiskowy, który, ku mojemu szczeremu zdziwieniu, jak i zadowoleniu, działał!  Mianowicie chodziło w nim o zapisywanie ważnych rzeczy na dany tydzień na kartach, a następnie przyczepianie ich po kolei na lodówce magnesami. Tak więc na jednej było, o tym, że trzeba dokupić sól. Na drugiej zapisane były godziny wykładów na ten tydzień. Na jeszcze jednej był o mojej wizycie u lekarza, gdyż skończył mi się zapas tabletek na receptę, a i tak był czas na wizytę kontrolną, więc wszystko się pięknie składało. Znalazło się na niej także zdjęcie, które zrobiliśmy sobie kilka dni temu z Mariką. Swoją drogą, wyszedłem zabójczo! Ale do czego zmierzam, w końcu nie chodzi mi o kolorowe karteczki na lodówce, nie.  Raczej o dom, prawdziwy dom. Ari stał się nieodłącznym członkiem mojej rodziny. Mieszkaliśmy razem, żyliśmy i było nam tak dobrze. I tak szczerze mówiąc, uwielbiam wspominać nasze początki oraz to, jakim dupkiem był na przykład wtedy, w kawiarence. To, jak pierwszy raz pocałował mnie wtedy u Mariki. No i to, co stało się na dzień przed gwiazdką. Uśmiechałem się do siebie, kiedy o tym myślałem i czułem, że teraz chyba również trochę odpłynąłem. Cóż, taki właśnie byłem. Kawa zalana, gaz zgaszony, więc nie istniało ryzyko, że coś się stanie. Najwyżej Ari, jak już wróci spod prysznica doprowadzi mnie do porządku. Od tego był w takich chwilach. Tak samo, jak ja byłem od tego o poranku, aby on nie zaspał na kolejny wykład.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Taka oto część mnie.

Westchnąłem ciężko. No i się zaczynało...
- Wiedziałem, że lepiej będzie, gdy nie będziesz wiedział - stwierdziłem otwarcie wstając. Zwinąłem bandaże, rozgrzałem dłonie i już po chwili materiał zajął się żywym ogniem. Wrzuciłem je wtedy do metalowego kubła gdzie płonęły dalej. - I tak... martwisz się na zapas i przesadzasz - dodałem.
- Arian... - zaczął, ale podszedłem do niego i ułożyłem mu dłoń na policzku.
- Proszę... nie dyskutujmy na ten temat bo to do niczego nie prowadzi. Ja uwielbiam tu być. Uwielbiam włazić na ten prowizoryczny ring i wyżyć się na tych idiotach, do tego zajebiście mi za to płacą.
- A jeśli coś ci się stanie? - spytał spoglądając na mnie twardo.
- Aż tak bardzo nie wierzysz w moje umiejętności? - odciąłem się pytaniem.
- Nie o to mi chodzi i nie łap mnie za słówka - burknął kiedy odsunąłem się od niego, żeby się ubrać. - Zwyczajnie się martwię, zrozum to...
- Rozumiem - rzuciłem wciągając szybko koszulkę. - Rozumiałem jak mama się o mnie bała, rozumiałem jak Marika wkurwiała się na mnie i beształa mnie kiedy mocniej oberwałem i rozumiem ciebie. Ale to nic nie zmienia.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale" - stwierdziłem. - Chodźmy już stąd... Na dziś mi starczy, możemy wracać do domu, a jeśli moje konto będzie wyglądać tak pięknie, jak obiecywał Tarix, to mogę obiecać, że nie będę brał żadnej roboty jakiś czas...
- A jeśli nie będzie tak pięknie wyglądało? - spytał krzyżując ręce na piersi.
- Tarix już dawno nauczył się, że jeśli orżnie mnie na kasę, to go znajdę i zrobię mu z dupy poligon - uśmiechnąłem się do Juliena ślicznie, nawet jeśli on dalej mierzył mnie takim wzrokiem jakby wciąż myślał czy bardziej się martwi, czy chce mi urwać łeb... W końcu więc chwyciłem jego dłoń i wyprowadziłem z pomieszczenia.
Musieliśmy przejść przez halę pełną ludzi. Kilka osób podleciało do mnie chwaląc się tym jak to na mnie stawiali i zarobili kupę kasy, oczywiście rzucali standardowe "Tak, dalej". Pierdolenie. A propos pierdolenia, to znajomo wyglądająca blondi rzuciła mi przeciągłe "cześć", ale jej równie znajoma, aczkolwiek bliżej niezidentyfikowana z imienia, koleżanka chyba uświadomiła jej, że nie przyszedłem sam, bo popatrzyła dziwnie i umilkła... No tak, jeszcze jakiś czas temu pewnie byłbym całkiem zadowolony, gdyby pomogły mi nieco się zrelaksować po obijaniu mord... Teraz jednak zwracałem uwagę tylko na jeden tyłek i szedł za mną dzielnie, wzdrygając się co czas jakiś kiedy miał co większych "przyjemniaczków".
- Nie musisz się martwić - powiedziałem do niego gdy wyszliśmy i stanęliśmy przy Laluni. - Jak się rozejdzie, że ze mną jesteś, to włos ci z głowy nie spadnie.
- Pocieszające... - mruknął.
- Mówiłem ci kiedyś, że jestem sławny - rzuciłem.
Naprawdę chciałem nieco rozładować atmosferę. Chciałem uniknąć kolejnej kłótni, szczególnie, że ta była bezcelowa. Nie chciałem kończyć ze swoim zajęciem. Może kiedyś, ale zdecydowanie nie teraz. To była po prostu część mnie i to spora. Na tyle, że nie szłoby tego od tak ze mnie wyplenić. Nie i już... Bez względu na to, jak bardzo by to Julienowi nie odpowiadało.
- No już... nie złość się na mnie - powiedziałem i opadłem się o motocykl, żeby zaraz przyciągnąć do siebie chłopaka. - Mordkę mam całą więc nie będziesz się musiał wstydzić ze mną pokazać - uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po policzku.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Mordobicie

Mogę ująć to wszystko jednym zdaniem? Chyba mogę. A więc tak: byłem przerażony i niesamowicie wkurwiony.
Jednak od początku...
Niesamowicie się ucieszyłem i odetchnąłem z ulgą, kiedy wreszcie się ugiął i postanowił pokazać mi, skąd tak naprawdę miał tyle pieniędzy. Domyślałem się, że to nie może być nic do końca legalnego, skoro aż tak bał się mojej reakcji i tak skrzętnie wszystko to w sobie tłumił, jednakże chyba byłbym bardziej spokojny, kiedy okazałby się być dilerem narkotyków niż tym, czego doświadczyłem na miejscu.
Samo to miejsce wydawało się być wręcz obleśne, nie wspominając już nawet o osobnikach obu płci w tym całym towarzystwie. Napakowani faceci, którzy myślą, że mogą wszystko lub dla kontrastu ci wątli i słabi, którzy byli ich jakby "partnerami w interesach" z grubym portfelem. Dziewczyny, jak na mój gust, przesadnie roznegliżowane. No i ta atmosfera, która utworzyła się w tym miejscu... Straszne. Nigdy nie byłem w takim, czy choćby podobnym miejscu, nawet nie było mi do tego spieszno, a teraz jakby nie patrzeć, sam się na to pisałem.
Kiedy Arian zostawił mnie gdzieś na boku, a sam poszedł na... Arenę? Powiedzmy, że tak; lepsze określenie nie może mi przyjść do głowy. No ale wracając... Kiedy mnie zostawił, poczułem się, jak jakaś małpa w ZOO. Obco. Jak cudak, dziwak i... zwierzyna. To ostatnie miało prostą przyczynę, mianowicie kilku obrzydliwych gości rzucało mi jednoznaczne spojrzenia, na które aż jedzenie podeszło mi do gardła. Ohyda.
Szybko odwróciłem wzrok w kierunku, skąd dobiegały te okropne odgłosy, kurwa, zwierzęcej walki, a widząc, jaki mocny cios dostaje nie kto inny jak Ari, z moich ust wydarł się mimowolny krzyk. Zasłoniłem je sobie dłonią, robiąc jednocześnie krok w stronę "ringu", jednak ktoś zdążył mnie powstrzymać. Od razu wyrwałem rękę z uścisku tego zagrzybiałego typa, ale ten zdążył już coś do mnie wywarczeć. Miałem ochotę mu odwinąć, chyba urok tego miejsca zadziałał także na mnie i nie wiem co bym zrobił, gdyby Arian nie znalazł się tak szybko tuż przy mnie. Bardzo sprawnie poradził sobie z tym dupkiem skaczącym z łapami, a kiedy się odwróciłem,  ujrzałem tamtego, z którym widziałem go jeszcze chwile temu, również na ziemi.
Uczucia, jakie się we mnie kotłowały były mieszane, jednak postanowiłem nic po sobie nie okazywać do momentu, aż znaleźliśmy się w odosobnionym pomieszczeniu. Arian zajął się swoimi zakrwawionymi bandażami, jak i innymi, znacznie mniejszymi niż jego przeciwnicy urazami, a ja nawet nie usiadłem na ławce. Skrzyżowałem ze sobą ręce na piersi i stałem przy oknie, opierając się plecami o ścianę, mając zamknięte oczy. Nie odzywałem się, jednak nie dlatego, że byłem wściekły, choć to stwierdzenie nie mijało się z prawdą. Musiałem po prostu wszystko sobie dobrze poukładać. Ari chyba wyczuł, że nie powinien mi teraz przeszkadzać, więc zajął się sobą w milczeniu, choć czułem padające na mnie co chwila niepewne spojrzenia.
- Jestem pełny podziwu, że się jeszcze nie połamałeś - wycedziłem, otwierając powoli oczy.
Natychmiast odnalazłem jego osobę i już nie spuściłem z niego wzroku.
- Czy ty zwariowałeś? To nie jest praca! Mogłem się tego wcześniej domyślić, no tak. Teraz to wszystko ma sens... Dziwne godziny i dni pracy, nieprawdopodobna lekkość przy wydawaniu każdej sumy pieniędzy, jak wtedy na święta. I dlatego mi nie mówiłeś, no tak, bo "będę krzyczeć"! - zasłoniłem sobie twarz dłonią, na moment się uciszając. - Teraz to wszystko ma sens... - powoli zabrałem dłoń, by znów na niego spojrzeć.
Nie ważne co powiedziałem, wciąż byłem wściekły, ale przynajmniej nie miałem już ochoty  krzyczeć i zamrozić pomieszczenia, które, biorąc pod uwagę fakt, że znajdował się w nim także Ari, niechybnie zamieniłoby się w saunę.
- Tym bardziej się martwię. Proszę, skończ z tym. Nie wiem... Wiesz, że możesz bić się zawodowo, a nie na jakieś zakłady czy inne takie? Błagam cię, kiedyś możesz nie wrócić... Ari, nie mów tylko, że martwię się na zapas. Ledwie co miałeś wypadek, dzisiaj dzwoni ten twój dupek i już lecisz na jakieś mordobicie. Ja cię proszę, bo już nie mam do Ciebie siły.

piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Cała prawda o mojej sławie.



Kiedy Julien wpadł mi w ramiona syknąłem mimowolnie. Widziałem jak odskoczył, czułem jak ułożył mi na twarzy swoją chłodną dłoń. To jednak nie pomagało… Wręcz przeciwnie jego chłód tym razem sprawił tylko tyle, że zrobiłem się jeszcze bardziej gorący. Mamrocząc pod nosem kolejną wiązankę przekleństw ruszyłem do łazienki.
- Ari… - jęknął Julien i ruszył za mną.
- Nic mi nie jest – burknąłem i wziąłem kilka głębszych wdechów żeby się uspokoić. – Mógłbyś okno otworzyć? Nie chcę nic zjarać… - rzuciłem jeszcze do chłopaka, a on zrobił szybko o co prosiłem.
Widziałem kątem oka Marikę, która przyglądała nam się wystraszona, ale nie podchodziła nie chcąc przeszkadzać. Z resztą wiedziała, że gdyby teraz próbowała mi pomóc zwyczajnie bym ją poparzył. Już nie raz widziała mnie w podobnych sytuacjach.
- Pomogę ci… - zaoferował Julien kiedy zacząłem z sykiem ściągać ubrania. Jak dorwę tego skurwiela, który mi wyjechał to tak go urządzę, że moja wkurwiona morda będzie ostatnim, co w życiu zobaczy zanim się usmaży żywcem….
- Zostaw… - burknąłem. – Dam sobie radę. Wezmę prysznic i będzie dobrze.
Widziałem jak białowłosy stał jeszcze chwilę blisko mnie, wahając się, ale w końcu wyszedł, a ja mogłem zamknąć za sobą drzwi, szybko, tak by nie przysmażyć klamki, rozebrać się i wleźć pod strugę lodowatej wody, która przyniosła mi wreszcie ulgę.  
Kiedy wyszedłem i stanąłem przed zaparowanym lustrem, a moje ciało miało już znośną temperaturę, obejrzałem się dokładniej. Na szczęście nic sobie nie połamałem, ale już poodzierałem się zajebiście. Zaczynały mi już wyłazić spore sińce, a i kilka blizn pewnie będę musiał doliczyć do wizerunku, szczególnie na ręce powyżej łokcia i na piszczeli. Pięknie…  
Kilka głębszych oddechów i mogłem wyjść do zmartwionego Juliena. Znaczy pierw do sypialni po spodnie, bo niekoniecznie uśmiechało mi się paradować przed Mariką w ręczniku. Nie, żeby mi osobiście to przeszkadzało, ale już Julienowi mogło…
- Trzeba to opatrzyć… -  stwierdził, kiedy zobaczył, że mało co sobie robę z otarć, na których przed chwilką dosłownie zdążyły się zrobić strupy, z których niektóre przesiąkały jeszcze krwią.
- Nic mi nie będzie… - stwierdziłem i przyciągnąłem go do siebie. Teraz jego chłodek był dobry… i zdecydowanie mi potrzebny, bo mogłem się do końca uspokoić… No przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie w obecnej chwili. – Po prostu jakiś skurwiel mi wyjechał i… będę musiał odstawić Lalunię do naprawy.
Z chęcią dodałbym też, że czeka mnie jedno morderstwo, ale może lepiej by było Juliena o takich rzeczach nie informować wprost…
- No już, już… nie martw się – pogłaskałem go po włosach i pocałowałem.
W końcu wyszliśmy do salonu. Mari czekała cierpliwie. Oczywiście też musiała mnie wypytać co się stało i tak musiałem oboje zapewniać, że nic mi nie jest, a kilka zadrapań więcej nie robi mi różnicy. Co jak co, ale bywałem bardziej poobijany… 
W końcu zadzwoniłem po mechanika. Rikki przyjechał szybko i zabrał moje maleństwo. Obiecał przy tym, że będzie jak najszybciej. Odetchnąłem z ulgą. Julien jednak nie koniecznie, bo lepił się do mnie zmartwiony cały wieczór. Nie omieszkałem tego wykorzystać i z przyjemnością zacząłem go całować, to znów pchać łapy w milutkie miejsca, oczywiście dostałem ochrzan za używanie poobijanej ręki, ale co tam.
Sobotni dzień spędziliśmy spokojnie. Lekko popołudniu  Rikki przywiózł mi Lalunię. Nie zdziwiłbym się, gdyby grzebał przy niej całą noc. On jeden wiedział ile ten motocykl dla mnie znaczył. Miałem ochotę go za to autentycznie wyściskać. Zamiast tego żarliwie mu podziękowałem i dołożyłem kupę kasy do rachunku choć się przed tym bronił. Na co, jak na co, ale na moją ślicznotkę wydałbym każde pieniądze…
- Chyba jestem zazdrosny – stwierdził Julien kiedy uważnie oglądałem motocykl czule go przy tym głaszcząc.
- Nie martw się, całujesz lepiej niż ona – puściłem mu oko na co westchnął i pokręcił głową.
Przerwał nam mój telefon. Kiedy zobaczyłem numer mendy Tarixa warknąłem pod nosem tak z czystej irytacji. Ten to zawsze potrafił wybrać idealny moment.
- Z góry mówię, że masz się odpierdolić – rzuciłem ledwie odebrałem.
- Ari, błagam nie rozłączaj się! – krzyknął. – Naprawdę cię tu dziś potrzebuję… Mamy gościa z zagranicy, facet choruje na twoim punkcie, chce się z tobą zmierzyć. Wyłożył na blat taką kasę, że jak to wypali, to będziesz mógł sobie pół roku siedzieć na wolnym – mówił szybko.
Myślałam chwilę nie słuchając już za bardzo szczebiotu tego idioty… Na ścisłe… przydałoby się komuś ryj obić, szczególnie jeśli w grę wchodziły spore pieniądze.
- Dobra… niech ci będzie, że za godzinę przyjadę – rzuciłem.
- Znowu praca? – spytał Julien. – Musisz dziś? Przecież wczoraj miałeś wypadek…
- Nic mi nie jest – zapewniłem znowu. – Wszystko ze mną dobrze. Wrócę niedługo.
- Ale… - zaczął i spojrzał w bok widocznie znowu walcząc z chęcią wygarnięcia mi tego i owego lub przynajmniej wypytywaniem o szczegóły.
- Nie dasz mi spokoju i będziesz tu siedział i się zamartwiał, co? – prychnąłem krzyżując ręce na piersi i opierając się o motocykl.
- Czy to źle, że się martwię o ciebie? – spytał mierząc mnie wzrokiem.
- Niby nie… - burknąłem i przyciągnąłem go do siebie. – Ja zwyczajnie wiem jak zareagujesz na moją robotę…
- Skąd niby? Nie będziesz miał pewności jak zagreguję, póki mi nie powiesz co robisz… - stwierdził hardo i oparł dłonie na mojej klatce piersiowej.
Sapnąłem niezadowolony z faktu, ze ten temat znów jest poruszany, ale cóż… to było do przewidzenia.
- Dobra –sapnąłem zrezygnowany. Nie chciałem kolejnej kłótni. – Wygrałeś… Pokażę ci co robię. Ale ostrzegam. Nie wolno ci rozmawiać ani o mojej robocie, ani o miejscu, do którego cię zabiorę czy kimkolwiek, kogo tam zobaczysz. Rozumiemy się?
- Dobrze – powiedział poważnie.
Kiedy jechaliśmy pod podesłany mi przez Tarixa adres wciąż nie byłem przekonany do tego pomysłu. W pewnej chwili wręcz uważałem się za idiotę, że ciągnę Juliena ze sobą… Kłopot był jednak taki, że w końcu do tego dojść musiało… szczególnie jeśli mieliśmy być razem, a ja chciałem z nim być i nie uśmiechały mi się kolejne burze… Co prawda było spore prawdopodobieństwo, że jedną właśnie sam sobie szykowałem, ale trudno…
Na miejscu ludzi było sporo. Jak zwykle widownia nieźle się już nakręciła zanim przyjechałem. Większość ludzi witała się ze mną radośnie. Julien szedł za mną widocznie niepewnie. Uważnie się przy tym rozglądał.
- Poczekaj tu – poprosiłem go wciąż nie do końca przekonany do tego pomysłu. – Pamiętaj, że gdyby nie wiem co się działo, ja dam sobie radę, więc się nie denerwuj.
Julien przytaknął tylko, a ja ruszyłem się przebrać, a raczej zwyczajnie prawie rozebrać, bo na matę wszedłem w samych spodniach. No dobra… miałem jeszcze dłonie ściągnięte bandażami, ale to się nie liczyło.
Moja przyszła ofiara już na mnie czekała. Facet był mojego wzrostu i tylko nieco lepiej zbudowany, miła odmiana po wszystkich tych drabach, którymi mnie straszono, do tego szczerzył się do mnie jak mysz do sera. Interesujące… Chociaż nie, jednak nie szczególnie.
Długonoga blondynka w kusych ciuszkach szybko nas przedstawiła, tak dla formalności, bo wszyscy zebrani byli dobrze doinformowani, i mogliśmy zaczynać. Żaden z nas się nie kłaniał, nie było podawania sobie rączek czy umownych grzeczności. Byliśmy tu po to, żeby stoczyć walkę i to na własnych zasadach. Fałszywe koleżeństwo nie interesowało nikogo.
On zaczął pierwszy, niecierpliwie wyprowadził kilka ciosów, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, wręcz odgryzłem się lewym hakiem czego się nie spodziewał, bo zarobił ślicznie w szczękę. Szybko się jednak otrząsnął i wziął poprawkę na moją szybkość. Zdecydowanie dobrze ocenił też mój stan, bo większość ciosów wyprowadzał na prawą stronę, tak więc zarobiłem niezłego kopniaka w prawy bok, tam, gdzie bolało najmocniej. Zaraz później zarobiłem i drugi raz. Karą za moją opieszałość było to, że zostałem zepchnięty do defensywy i musiałem się skupić na unikaniu kolejnych ciosów. Nie koniecznie było kolorowo, a moich uszu dobiegło sporo najróżniejszych krzyków. W tym krzyk Juliena. Spojrzałem szybko w jego stronę co przypłaciłem przyjęciem kolejnego uderzenia. Najgorsze było jednak to, że jakiś drab wystartował do białowłosego z łapskami. Nie wiem czy chciał go powstrzymać przed podejściem do maty czy co zrobić, ale sam fakt, że go dotknął sprawił, że wściekłem się niemiłosiernie. W tej chwili wszystko przestało mnie boleć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… Wkurw zrobił swoje.
- Dobra, kurwa, trzeba to kończyć – warknąłem pod nosem i przyjąłem kolejny cios tylko po to, żeby złapać ramię przeciwnika i wyprowadzić solidny cios łokciem w jego szczękę. Zaraz szarpnąłem jego ramiona w dół i z całej siły trzasnąłem kolanem w jego mostek. Ciało mężczyzny opadło, a ja wyskoczyłem z ringu popędziłem do draba, który akurat odwrócił się do mnie tyłem i chciał popchnąć Juliena. Niedoczekanie jego.
Moja stopa wylądowała w zgięciu jego kolana. Usłyszałem wręcz jak jego kość chrupnęła nieprzyjemnie. Facet opadł na kolana przed Julienem, a ja szarpnąłem jego kark i zrównałem jego mordę z posadzką.
- Nikt nie dotyka tego, co należy do mnie! – ryknąłem zanim fagas odpłynął do krainy snów. Sądząc po tym jak wyglądała teraz jego facjata, możliwe, że wiecznych.
Wstałem i otoczyłem Juliena ramieniem dając zgromadzonym jasny znak, że jak ktoś go ruszy, to nogi z dupy powyrywam w znaczeniu dosłownym…
- Upewnij się, że on wstanie albo przynajmniej będzie miał kto za niego zapłacić – rzuciłem do Tarixa, wskazując na mężczyznę którego zbierali z maty. Szczur cofnął się mimowolnie w chwili, w której przeniosłem na niego spojrzenie.
Wciąż trzymając Juliena przy sobie ruszyłem do niedużego pomieszczenia, które robiło tu za szatnię. Usiadłem na ławce i zacząłem odwijać zakrwawione bandaże z dłoni czekając na jego reakcję.

Rozdział XVI - Strach

Powinienem dziękować Bogu, że mam tak cudownego faceta, jak on. Naprawdę. Pomimo tych wszystkich, dziwnych zazwyczaj zgrzytów, jakie zachodziły między nami już od samego początku, a które postanowiły wrócić w ostatnim czasie, naprawdę uważałem, że jest niezwykły. Dlaczego? Już tłumaczę. Zawsze był w gotowości, aby jechać dla mnie po cokolwiek słodkiego. Podejrzewam, że gdyby zachciało mi się, jak jakiejś kobiecie w ciąży ptasiego mleczka o godzinie jedenastek w nocy, on by po nie poszedł. Kochał mnie, wiedziałem o tym doskonale, a ja kochałem jego i tak to nasze życie, choć było jedną, wielką sinusoidą się toczyło. Nikt, kto się prawdziwie nie zakochał tego nie zrozumie, ale to co nas łączyło było jednym, wielkim szczęściem, które okazywane było w najmniejszych pierdołach. Dlaczego tak uważam? Bo nigdy wcześniej bym nawet nie pomyślał, że kiedykolwiek będę wieszał się na jego szyi z szerokim uśmiechem na ustach tylko dlatego, że wrócił cały z swojej tajemniczej „pracy”. Swoją drogą... Dalej nie wiedziałem, gdzie zarabiał tyle pieniędzy i dalej mnie to martwiło, jednak ze względu właśnie na powyższe, za każdym razem cieszyłem się, że wraca cały do domu.
Tym razem nie było inaczej, znów wyszedł po coś słodkiego. Tym razem nie tylko dla mnie, odwiedziła nas ta cud dziewczyna Marika, która od progu rozgadała się, jak mało kto. Opowiadała mi o wszystkim. O tej wielkiej, sylwestrowej imprezie. O tym, ile było na niej ludzi. O tym, jaka to mimo wszystko wielka szkoda, że nas na niej nie było. A także o tym, kogo tam poznała.
- I wiesz, ta twoja koleżanka Minami przyszła! Jest taka słodka!
Wręcz pisnęła, kiedy tylko weszła na jej temat. W życiu bym nie powiedział, że aż tak się jej... spodoba? Chciało mi się śmiać, gdy zaczęła wyliczać, jakie to ona ma cudowne, rude loki i duże oczy. A kiedy nadepnęła na kwestię jej krótkiej sukienki wyglądała zupełnie tak, jak mops, który zaraz poślini dywan. Bez wahania się z niej śmiałem, kiwając głową co i rusz, by nie było, że jej nie słucham. A ochom i achom nie było końca. Tak szczerze mówiąc to nie spodziewałem się tego w momencie, gdy zapraszałem Minami na imprezę u Mariki. Spodziewałem się, że się dogadają, ale żeby ruda rudej w oko wpadła... No proszę, jak ten świat mnie co dzień zaskakuje.
Mijały minuty, a Ariana wciąż nie było w domu. Zacząłem się denerwować i dokładnie w odstępie jednej minuty, co i rusz zerkałem na zegar wiszący nad drzwiami do salonu. Rudowłosa starała się mnie uspokoić, tłumacząc chłopaka czymś w rodzaju, że może się zagadał z jakimś znajomym na ulicy, albo korki były tak gęste, że nawet jego Lalunia nie mogła przecisnąć się między samochodami, ale to mi wcale nie pomagało. Tik-tak, tik-tak tik-tak...
„Zaraz rozpierdolę ten zegar” pomyślałem i poczułem, jak filiżanka w rękach powoli zamarza. Nie ma to jak z latte zrobić kawę mrożoną, polecam.
Możliwe, że zupełnie jak czujny pies, uniosłem głowę, parząc w korytarz, gdy tylko usłyszałem dźwięk otwierających się z klamki drzwi. Od razu poderwałem się z kanapy, omal nie wyrzucając kawy na dywan i poleciałem na przedpokój. Po drodze jeszcze prawie się zabiłem o dywan, ale to nie ważne.
- Ari, w końcu jesteś! - bez wahania go do siebie przytuliłem, jednak odpowiedział mi tylko syk. Właśnie wtedy spostrzegłem, że przecież jego ubrania są poobdzierane, a ramiona obite. - Boże święty... Ari, wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Co się stało?
Delikatnie przyłożyłem dłoń do jego policzka, zagryzając dosyć mocno dolną wargę. Coś się stało, wiedziałem. Cholerna intuicja, cholerne złe przeczucia. Wiedziałem, że nie martwię się na zapas, on przecież... Ale co, pobili go? W życiu, Ariego? Raczej nie. Ubrania wyglądałyby inaczej, choć specem od tego nie byłem. Może więc miał wypadek? Chłód z mojej dłoni zaczął coraz mocniej działać na jego gorący policzek, więc cofnąłem rękę, widząc unoszącą się parę.
Przecież, on... Nie myliłem się, tak...? Wiedziałem...
- Tak się cieszę, że wróciłeś cały do domu...