Wziąłem szybki prysznic i owinąwszy biodra ręcznikiem wyszedłem, by skierować się do kuchni. Julien już tak urzędował oczywiście, a po pomieszczeniu roznosił się aromat kawy.
Chłopak stał oparty o szafkę z kubkiem w dłoniach. Po jego buźce błądził słodziutki uśmiech, a złote oczka zdawały się patrzeć gdzieś w daleki punkt. Podszedłem do niego, a wtedy zamrugał i odwrócił buźkę w moją stronę. Idealnie, bo lekko uniosłem jego podbródek i złączyłem swoje usta z jego. Spokojnie, ale długo, w namiętnym pocałunku. Uwielbiałem te jego miękkie, chłodne usta. Szczególnie kiedy tak, jak teraz po chwili słodkiego wahania oddawały pocałunek.
- Zaczyna mi smakować ta twoja lura - stwierdziłem i musnąłem koniuszkiem języka jego górną wargą. - Szczególnie kiedy jest z tobą w zestawie.
- Powiedz po prostu, że mnie lubisz - uśmiechnął się odstawiając kubek i zarzucił mi ręce na szyję, żeby móc pomiziać mnie po karku, na co zamruczałem przeciągle. Oj tak... kochałem jego zimne paluszki muskające mój kark. Zdecydowanie każdy dotyk czułem tam o wiele niżej...
- Lubię? - prychnąłem. - E tam, lubię... w żadnym razie - droczyłem się, skubiąc lekko jego szyję ustami.
- Czyli mnie nie lubisz? - fuknął, ale nie przestał trzymać mnie przy sobie.
- Nie lubię, bo po prostu uwielbiam - skwitowałem i odsunąłem się, bo zaczęło mi się robić zdecydowanie za ciepło i wszystko wskazywało na to, że ubranie Juliena zacznie mi strasznie przeszkadzać... I głównym problemem wcale nie było to, że zaczęłoby się zwyczajnie tlić...
- To o czym tak zawzięcie myślałeś? - spytałem wpatrując się wciąż w jego słodką buźkę.
- A tak jakoś... o nas... - oznajmił tajemniczo i uśmiechnął się promiennie. Zdecydowanie mi się taki podobał. Uśmiech na jego twarzy zbladł jednak nieco, kiedy wyprostował się, przysuwając odrobinę w moim kierunku i położył delikatnie dłoń na sporym sińcu na moim prawym boku. - Boli bardzo...?
- Daj spokój, bywało gorzej - zaśmiałem się. - Na przykład niedawno, kiedy po głowie chodził mi jeden wkurwiający, tleniony konus, który twardo stał przy tym, że mnie nie chce.
- Aż tak źle było? - spytał jakby z lekką skruchą.
- Jak facetowi krew odpływa z mózgu, bo twoje twarde postanowienie sprawiało, że ja miałem... twarde co innego, to bywa, że ciężko się skupić i dostaje się gonga aż w uszach dzwoni. Do tego miałem złamane serduszko - siąpnąłem nosem ze smutną minką, żeby mu pokazać jak bardzo przykro mi było.
- Oj biedactwo ty moje - pożałował mnie, głaszcząc po głowie. Szeroko się przy tym uśmiechał.
- Śmiej się, śmiej, gadzie! - burknąłem i odsunąłem się, żeby otworzyć lodówkę. - Zjadłbym coś... - marudziłem, niuchając za czymś dobrym. Dorwałem się do paczki kabanosów, ostrych jak diabli i suchych na wiór, ale smakowały mi przez to okropnie. Moja ewidentna mięsożerność nie raz była polem do żartów dla Juliena, ale co ja poradzę, że potrzebowałem białka... Mięśnie nie robiły się z sałaty...
- Telefon dzwoni - zakomunikował mi białowłosy lekko zaniepokojony, kiedy jednak sięgnął po moją komórkę rozluźnił się widocznie. Dzwoniła Marika.
- Tiaaaa? - rzuciłam odebrawszy.
- Pamiętasz mam nadzieję, że dziś jest imprezka u Edi - rzuciła od tak... Pewnie z góry znała moją odpowiedź.
- No... tak jakby.
- Ari! - ryknęła. - Przypominałam ci przecież! Nawet esa ci wysłałam. O czym ty myślisz?!
- Tak ogólnie czy w tej chwili? - spytałem, przekręcając głowę, bo Julien po coś się właśnie schylał.
- Arianie Manoor, opanowałbyś się wreszcie. Ja wiem, że jest Pieszczoszek, świata poza nim nie widzisz i tak dalej, ale ludzie zaczęli już zbierać się dla ciebie na wieniec...
- Julcia nie lubi spędów towarzyskich - przypomniałem.
- Oj tam, raz na czas możecie się wyrwać. A jak się nie zgodzi, to do niego zadzwonię - stwierdziła. Już widziałem oczyma wyobraźni jej minę niewinnej cholery, która każdego umie nakłonić na wszystko.
- Dobra, dobra... - fuknąłem, rozłączyłem się i odłożyłem telefon. - Co powiesz na małą imprezkę? - spytałem Juliena.
- Małą? - spytał z uśmiechem. No tak... dzwoniła Mari...
- To nie Marika jest organizatorką, więc... będzie tak z połowa tego co zwykle - wyjaśniłem. - Dalej tłum, ale...
- Chciałbyś iść - dokończył za mnie.
- Wypadałoby... Edith ma urodziny, wiec pasuje mi ruszyć tyłek, a do tego fajnie by było, żebyś poznał moich znajomych, których jest jednak więcej niż ta ruda cholera.
- Ale... nie mam prezentu dla niej - skrzywił się.
- Moim znajomym nie wozi się prezentów... Po pewnym urodzinach zrobił się z tego niemały kłopot co komu kupić tak, żeby mu chawiry nie zagracać, dlatego do solenizanta jeździ się z połową monopolowego - wyszczerzyłem się. - To w takim razie się zbieraj, słodziaku - pogoniłem go i klepnąłem w tyłek.
Sam też ruszyłem wymienić ręcznik na spodnie. Zanim doszedłem do sypialni byłem już suchy, bo woda ładnie ze mnie odparowała. Jednak bycie chodzącym grzejnikiem miało swoje plusy.
Na miejsce dojechaliśmy nawet na czas, bo Julien mnie oczywiście gonił, żebym się pospieszył. Nie ma to jak jego punktualność. Ja tam nigdy za specjalnie nie zajmowałem sobie nią głowy. Szczególnie, że mało kto z mojego otoczenia to robił i byliśmy jednymi z pierwszych.
- Ari! - Edi wybiegła najwidoczniej, słysząc ryk Laluni. - Jak ja cię dawno nie widziałam - stwierdziła, rzucając mi się na szyję.
- Czym ci podpadł tym razem? - zaśmiałem się do niej, a ona tylko prychnęła i przeniosła wzrok na Juliena.
- Twój królewicz? - spytała mnie z promiennym uśmiechem.
- Julien Fia - przedstawił się białowłosy i zaczął już wyciągać dłoń w jej stronę, ale ona i jego przytuliła do piersi... Sporych, ledwo zakrywanych przez pokaźny dekolt, w który wlepił wzrok Julien na o wiele dłużej niż miał prawo...
- Edi... właśnie wieszasz się na moim facecie - burknąłem do niej.
- Marudzisz zupełnie jak Andrew - syknęła, mrużąc oczy.
Wreszcie weszliśmy do środka gdzie mogłem zostawić pakunek pełen alkoholi różnej maści. Szybko też złożyłem dziewczynie życzenia.
- Nie wierzyłem, że dotrzesz... - uśmiechnął się blondyn, choć widziałem jak szczęka mu drga. Był nieźle wkurwiony, no czyli znów ścięli się z Edi.
- Andrew, Julien - przedstawiłem sobie mężczyzn szybko. - A co, przegrałeś zakład? - odciąłem się zaraz.
- Żebyś wiedział! - krzyknął, ale zaraz spojrzał na Juliena, którego dłoń ściskałem, bo szedł dość nieśmiało. - Kiedy to zdążyłeś wymienić tego swojego na nowszy model? - wypalił.
- Że słucham? - wyrwało się Julienowi. Białowłosy od razu spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To znaczy? Jakiego innego? Przez cały czas jestem z Julienem - stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- A to... nie chodzisz z tym brunetem..? Jak mu tam... Brian... wiesz który, bo wychodziłeś z nim przecież na ostatniej imprezie, na której cię ludzie widzieli - wyjaśnił. - Mówił, że ze sobą jesteście...
Warknąłem przeciągle.
- To pierdolił bzdury... - stwierdziłem i przyciągnąłem do siebie Juliena, który zaczął robić się chłodniejszy. Objąłem białowłosego.
- Ty to jednak nie umiesz trzymać japy na kłódkę! - ryknęła na Andyego Edith. - Co cię to obchodzi, kto z kim jest i co kto pieprzy po kątach?
- Spokojnie ludzie... - rzuciłem. - Sprawa się wyjaśniła, nie? Edzia ma urodziny, świętujmy.
Nie chciałem burdy przy Julienie, który i tak wyglądał już na zdenerwowanego. A wkurwiona Edi nadzwyczaj często oznaczała niemałą aferę.
- To o czym tak zawzięcie myślałeś? - spytałem wpatrując się wciąż w jego słodką buźkę.
- A tak jakoś... o nas... - oznajmił tajemniczo i uśmiechnął się promiennie. Zdecydowanie mi się taki podobał. Uśmiech na jego twarzy zbladł jednak nieco, kiedy wyprostował się, przysuwając odrobinę w moim kierunku i położył delikatnie dłoń na sporym sińcu na moim prawym boku. - Boli bardzo...?
- Daj spokój, bywało gorzej - zaśmiałem się. - Na przykład niedawno, kiedy po głowie chodził mi jeden wkurwiający, tleniony konus, który twardo stał przy tym, że mnie nie chce.
- Aż tak źle było? - spytał jakby z lekką skruchą.
- Jak facetowi krew odpływa z mózgu, bo twoje twarde postanowienie sprawiało, że ja miałem... twarde co innego, to bywa, że ciężko się skupić i dostaje się gonga aż w uszach dzwoni. Do tego miałem złamane serduszko - siąpnąłem nosem ze smutną minką, żeby mu pokazać jak bardzo przykro mi było.
- Oj biedactwo ty moje - pożałował mnie, głaszcząc po głowie. Szeroko się przy tym uśmiechał.
- Śmiej się, śmiej, gadzie! - burknąłem i odsunąłem się, żeby otworzyć lodówkę. - Zjadłbym coś... - marudziłem, niuchając za czymś dobrym. Dorwałem się do paczki kabanosów, ostrych jak diabli i suchych na wiór, ale smakowały mi przez to okropnie. Moja ewidentna mięsożerność nie raz była polem do żartów dla Juliena, ale co ja poradzę, że potrzebowałem białka... Mięśnie nie robiły się z sałaty...
- Telefon dzwoni - zakomunikował mi białowłosy lekko zaniepokojony, kiedy jednak sięgnął po moją komórkę rozluźnił się widocznie. Dzwoniła Marika.
- Tiaaaa? - rzuciłam odebrawszy.
- Pamiętasz mam nadzieję, że dziś jest imprezka u Edi - rzuciła od tak... Pewnie z góry znała moją odpowiedź.
- No... tak jakby.
- Ari! - ryknęła. - Przypominałam ci przecież! Nawet esa ci wysłałam. O czym ty myślisz?!
- Tak ogólnie czy w tej chwili? - spytałem, przekręcając głowę, bo Julien po coś się właśnie schylał.
- Arianie Manoor, opanowałbyś się wreszcie. Ja wiem, że jest Pieszczoszek, świata poza nim nie widzisz i tak dalej, ale ludzie zaczęli już zbierać się dla ciebie na wieniec...
- Julcia nie lubi spędów towarzyskich - przypomniałem.
- Oj tam, raz na czas możecie się wyrwać. A jak się nie zgodzi, to do niego zadzwonię - stwierdziła. Już widziałem oczyma wyobraźni jej minę niewinnej cholery, która każdego umie nakłonić na wszystko.
- Dobra, dobra... - fuknąłem, rozłączyłem się i odłożyłem telefon. - Co powiesz na małą imprezkę? - spytałem Juliena.
- Małą? - spytał z uśmiechem. No tak... dzwoniła Mari...
- To nie Marika jest organizatorką, więc... będzie tak z połowa tego co zwykle - wyjaśniłem. - Dalej tłum, ale...
- Chciałbyś iść - dokończył za mnie.
- Wypadałoby... Edith ma urodziny, wiec pasuje mi ruszyć tyłek, a do tego fajnie by było, żebyś poznał moich znajomych, których jest jednak więcej niż ta ruda cholera.
- Ale... nie mam prezentu dla niej - skrzywił się.
- Moim znajomym nie wozi się prezentów... Po pewnym urodzinach zrobił się z tego niemały kłopot co komu kupić tak, żeby mu chawiry nie zagracać, dlatego do solenizanta jeździ się z połową monopolowego - wyszczerzyłem się. - To w takim razie się zbieraj, słodziaku - pogoniłem go i klepnąłem w tyłek.
Sam też ruszyłem wymienić ręcznik na spodnie. Zanim doszedłem do sypialni byłem już suchy, bo woda ładnie ze mnie odparowała. Jednak bycie chodzącym grzejnikiem miało swoje plusy.
Na miejsce dojechaliśmy nawet na czas, bo Julien mnie oczywiście gonił, żebym się pospieszył. Nie ma to jak jego punktualność. Ja tam nigdy za specjalnie nie zajmowałem sobie nią głowy. Szczególnie, że mało kto z mojego otoczenia to robił i byliśmy jednymi z pierwszych.
- Ari! - Edi wybiegła najwidoczniej, słysząc ryk Laluni. - Jak ja cię dawno nie widziałam - stwierdziła, rzucając mi się na szyję.
- Czym ci podpadł tym razem? - zaśmiałem się do niej, a ona tylko prychnęła i przeniosła wzrok na Juliena.
- Twój królewicz? - spytała mnie z promiennym uśmiechem.
- Julien Fia - przedstawił się białowłosy i zaczął już wyciągać dłoń w jej stronę, ale ona i jego przytuliła do piersi... Sporych, ledwo zakrywanych przez pokaźny dekolt, w który wlepił wzrok Julien na o wiele dłużej niż miał prawo...
- Edi... właśnie wieszasz się na moim facecie - burknąłem do niej.
- Marudzisz zupełnie jak Andrew - syknęła, mrużąc oczy.
Wreszcie weszliśmy do środka gdzie mogłem zostawić pakunek pełen alkoholi różnej maści. Szybko też złożyłem dziewczynie życzenia.
- Nie wierzyłem, że dotrzesz... - uśmiechnął się blondyn, choć widziałem jak szczęka mu drga. Był nieźle wkurwiony, no czyli znów ścięli się z Edi.
- Andrew, Julien - przedstawiłem sobie mężczyzn szybko. - A co, przegrałeś zakład? - odciąłem się zaraz.
- Żebyś wiedział! - krzyknął, ale zaraz spojrzał na Juliena, którego dłoń ściskałem, bo szedł dość nieśmiało. - Kiedy to zdążyłeś wymienić tego swojego na nowszy model? - wypalił.
- Że słucham? - wyrwało się Julienowi. Białowłosy od razu spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To znaczy? Jakiego innego? Przez cały czas jestem z Julienem - stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- A to... nie chodzisz z tym brunetem..? Jak mu tam... Brian... wiesz który, bo wychodziłeś z nim przecież na ostatniej imprezie, na której cię ludzie widzieli - wyjaśnił. - Mówił, że ze sobą jesteście...
Warknąłem przeciągle.
- To pierdolił bzdury... - stwierdziłem i przyciągnąłem do siebie Juliena, który zaczął robić się chłodniejszy. Objąłem białowłosego.
- Ty to jednak nie umiesz trzymać japy na kłódkę! - ryknęła na Andyego Edith. - Co cię to obchodzi, kto z kim jest i co kto pieprzy po kątach?
- Spokojnie ludzie... - rzuciłem. - Sprawa się wyjaśniła, nie? Edzia ma urodziny, świętujmy.
Nie chciałem burdy przy Julienie, który i tak wyglądał już na zdenerwowanego. A wkurwiona Edi nadzwyczaj często oznaczała niemałą aferę.