Wiedziałem, że przyjedzie. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko. Z każdym kolejnym słowem na końcu języka miałem pytanie o to, ile razy przejechał na czerwonym czy też, jak bardzo przekroczył tego dnia dopuszczalną prędkość. Chciałem zapytać, ale nie zapytałem. Byłem zmęczony, śpiący, chory i zimny, a Ari tak idealnie ciepły. Nawet nie gniewał się chyba tak bardzo, jak mi się wydawało.
Zmrużyłem nieco oczy, uśmiechając się coraz szerzej. Wkurzał mnie, jak nie wiem co, ale nie mogłem mu nic zarzucić w chwili, gdy naprawdę go potrzebowałem.
- Ari, możesz mi przynieść coś do picia? - poprosiłem, podnosząc się choć nieco do czegoś na wzór pół siadu.
Głowa wciąż mnie bolała, jakby te wszystkie proszki, które dostawałem dożylnie w ogóle na mnie nie działały. Chociaż może jakiś tam zadziałał i nie miałem aż takiej gorączki, co zauważyłem po stanie, w jakim było obecnie łóżko. Nie zamroziłem go na kość, więc było względnie w porządku.
- Co tylko byś chciał - odparł, odrazu wstając z łóżka w pełni gotowości. Zachciało mi się śmiać, ale wiedziałem, że poskutkuje to kaszlem, więc jedynie uśmiechnąłem się szerzej.
- Herbatę, chyba już wolno mi pić. Ale możesz dopytać Shuna... Znaczy lekarza.
Choć poprawiłem się błyskawicznie, on już spojrzał na mnie tak, jakbym miał coś za uszami.
- To mój lekarz rodzinny, Ari. Mam go od dziecka - wyjaśniłem prędko.
- Rodzinny, tak? Zaraz... To nie lekarz tylko cudotwórca, skoro trzyma przy życiu to stare pudło. Znaczy twoją matkę.
- Ari idź po herbatę - westchnąłem, zamykając oczy i starając się jednocześnie zachować zimną krew.
Albo nie, lepiej nie. Nie w obecnej sytuacji. Jak jeszcze to mi zamarznie to będę martwy dosłownie i w przenośni.
Nie potrafiłem jednak ukryć lekkiego uśmiechu, który zawitał w kąciku ust. Nie ważne, ile razy słyszałbym jakieś nieprzyjemne dogryzki o mojej mamie to, choć być może było to złe, bawiło mnie to jak nic innego na świecie. Nikt nie mógł zaprzeczyć temu, że była wredną kobietą. Nawet mój tata. Jeszcze inaczej... Zwłaszcza mój tata. Będąc w obecnym położeniu, mogłem śmiało stwierdzić, że był pod jej pantoflem i choć złego słowa nie mogłem o nim powiedzieć, to miałem nadzieję, że nie stanę się taki, jak on. Arian też nie.
Swoją drogą ten właśnie opuścił salę, a ja zakryłem się po uszy kołdrą. Wreszcie znów zapadła cisza, a mi było względnie ciepło, gdyż chyba ta końska dawka polopiryny zaczęła w końcu działać. Świat pomału przestawał wirować, aby znów zacząć i tak co chwila, dopóki nie poczułem ulgi w postaci odmarzających palców u dłoni. Wreszcie. Zamknąłem oczy, tłumacząc to sobie jako chwilowy odpoczynek, jednak wtedy dopadł mnie sen. Może i lepiej, jak wstanę powinienem poczuć się lepiej.
Opowieść o tym, jak słodki mizofob, napotkał na swojej drodze typowego Sebixa, buraka, którego jedyną błyskotliwą myślą jest tyłek i zamiast kopnąć go gdzie zaboli... postanowił go znosić.
sobota, 23 września 2017
poniedziałek, 18 września 2017
Rozdział XVIII - No i co ja bym zrobił...?
W pośpiechu zbierałem wszystkie potrzebne rzeczy, które wymienił i chyba kilka nadprogramowych... nie wiem. Spieszyło mi cholernie, naprawdę... Gdy wsiadłem na Lalunię aż spaliłem gumę, ruszając. Maszyna wyła pode mną wściekle, kiedy wyciskałem z niej ile tylko fabryka dała. Zrobiłem więc niemały popłoch kiedy zatrzymałem się na parkingu szpitalnym tak, że aż tylne koło poderwało się na chwilę do góry. Kilka głębszych wdechów na uspokojenie i ściskając plecak z rzeczami dla Juliena wparowałem do recepcji szpitala.
- A pan do kogo? - spytała mało przyjemnie wyglądająca pielęgniarka w nieskazitelnie białym fartuchu.
- Szukam Juliena Fia - zakomunikowałem.
- A jest pan..? - zaczęła lustrować mnie zza szkieł okularów.
- Jego współlokatorem... Prosił mnie o to, żebym przywiózł mu jego rzeczy - wyjaśniłem i uśmiechnąłem się nawet, choć miałem ochotę łeb tej kobiecie urwać za to, że tak się guzdrze.
- Pan poczeka... - stwierdziła i zaczęła grzebać w jakichś papierach, a ja stałem bębniąc palcami w blat starając się nie dymić i nie wypalić w niczym dziury. No ileż można!
- Sala numer siedem... - stwierdziła w końcu flegmatycznie, a ja ruszyłem tam niemalże biegiem.
Zapukałem krótko, tak dla formalności i wparowałem do sali od razu zamykając za sobą drzwi. Plecak wylądował obok szafki, a ja od razu usiadłem obok Juliena z westchnieniem ulgi, że wreszcie go widzę.
- Matko kochana, zmarzluchu! Co się stało?! - spytałem ujmując jego chłodną, bladą dłoń.
- Nic takiego... Zwyczajnie się rozchorowałem.
- Jakie, kurwa, nic takiego?! - ryknąłem. - Leżysz w szpitalu... do tego kroplówka... To nie jest zwyczajnie rozchorowałem! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - aż zadrżałem na widok igieł. Dosłownie na sam widok żyły mnie bolały i było mi słabo.
- Nie krzycz na mnie... - fuknął i oblał się rumieńcem zerkając w bok. - Nie chciałem cię martwić no....
- Zmarzluchu... A najebał ci ktoś kiedyś gdzieś sęków?! Jakie nie chciałeś mnie martwić..? - rzuciłem, ale zaraz wziąłem głębszy wdech na opanowanie. - Przepraszam... już nie krzyczę...
- Po prostu czułem się nieco gorzej, ale myślałem, że przejdzie samo... - wyjaśnił.
- Same to się nawet szczeniaki nie robią, wiesz? - burknąłem na niego, ale uniosłem nieco jego zmarzniętą łapkę i przytuliłem do policzka.
No i co ja bym zrobił jakby temu cholernemu konusowi się coś stało? Czy on w ogóle wiedział jak był dla mnie ważny? Przecież serce by mi pękło...
- Trzeba mi było powiedzieć. Poszedłbyś wcześniej do lekarza, wziął lekarstwa, wygrzał się w domu... Może wtedy byłoby lepiej - skarciłem go.- Nie rób mi tak więcej! Nie pozwalam. To ja tu jestem ten nieodpowiedzialny i trzymajmy się tego. Jak się czujesz w ogóle?
- Teraz już lepiej... Dostałem leki, no i kroplówka też pomaga... - stwierdził i lekko pogłaskał mnie po głowie.
- A wiedzą już co ci jest?
- Póki co... zwyczajne odwodnienie... Pewnie to zwykła grypa czy inna błahostka, ale wiesz... to ja, więc wszystko przechodzę razy dziesięć - skrzywił się, ale zaraz spróbował uśmiechnąć. - Zrobią mi badania, dadzą jakieś proszki i wygonią do domu, zobaczysz.
- Mam nadzieję, bo inaczej sam cię stąd wykradnę... - oznajmiłem. Nienawidziłem szpitali. Tych jasnych ścian, smrodu odkażalników, a już najbardziej igieł.... brrrr... - Póki co przywiozłem ci wszystko.. Ubrania, kosmetyki, książki...
- Dziękuję - stwierdził i znów wplótł lekko palce w moje włosy.
Białowłosy wyglądał na takiego zmęczonego... Zawsze był blady, ale teraz miałem wrażenie, że lada chwila będę mógł spojrzeć przez niego... Jakim cudem, ta cholera to przede mną tak ukryła? Nie wiem, ale miałem ochotę go przytulić, tak naprawdę mocno, a zaraz później złoić mu skórę.
- No już, nie martw się tak, bo wyglądasz jakbym cię solidnie zaraził - zaśmiał się, co skończyło się kaszlem.
- A będę... moje święte prawo martwić się o ciebie i twój zmarznięty tyłek - wzruszyłem ramionami i zmrużyłem oczy.
- A pan do kogo? - spytała mało przyjemnie wyglądająca pielęgniarka w nieskazitelnie białym fartuchu.
- Szukam Juliena Fia - zakomunikowałem.
- A jest pan..? - zaczęła lustrować mnie zza szkieł okularów.
- Jego współlokatorem... Prosił mnie o to, żebym przywiózł mu jego rzeczy - wyjaśniłem i uśmiechnąłem się nawet, choć miałem ochotę łeb tej kobiecie urwać za to, że tak się guzdrze.
- Pan poczeka... - stwierdziła i zaczęła grzebać w jakichś papierach, a ja stałem bębniąc palcami w blat starając się nie dymić i nie wypalić w niczym dziury. No ileż można!
- Sala numer siedem... - stwierdziła w końcu flegmatycznie, a ja ruszyłem tam niemalże biegiem.
Zapukałem krótko, tak dla formalności i wparowałem do sali od razu zamykając za sobą drzwi. Plecak wylądował obok szafki, a ja od razu usiadłem obok Juliena z westchnieniem ulgi, że wreszcie go widzę.
- Matko kochana, zmarzluchu! Co się stało?! - spytałem ujmując jego chłodną, bladą dłoń.
- Nic takiego... Zwyczajnie się rozchorowałem.
- Jakie, kurwa, nic takiego?! - ryknąłem. - Leżysz w szpitalu... do tego kroplówka... To nie jest zwyczajnie rozchorowałem! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - aż zadrżałem na widok igieł. Dosłownie na sam widok żyły mnie bolały i było mi słabo.
- Nie krzycz na mnie... - fuknął i oblał się rumieńcem zerkając w bok. - Nie chciałem cię martwić no....
- Zmarzluchu... A najebał ci ktoś kiedyś gdzieś sęków?! Jakie nie chciałeś mnie martwić..? - rzuciłem, ale zaraz wziąłem głębszy wdech na opanowanie. - Przepraszam... już nie krzyczę...
- Po prostu czułem się nieco gorzej, ale myślałem, że przejdzie samo... - wyjaśnił.
- Same to się nawet szczeniaki nie robią, wiesz? - burknąłem na niego, ale uniosłem nieco jego zmarzniętą łapkę i przytuliłem do policzka.
No i co ja bym zrobił jakby temu cholernemu konusowi się coś stało? Czy on w ogóle wiedział jak był dla mnie ważny? Przecież serce by mi pękło...
- Trzeba mi było powiedzieć. Poszedłbyś wcześniej do lekarza, wziął lekarstwa, wygrzał się w domu... Może wtedy byłoby lepiej - skarciłem go.- Nie rób mi tak więcej! Nie pozwalam. To ja tu jestem ten nieodpowiedzialny i trzymajmy się tego. Jak się czujesz w ogóle?
- Teraz już lepiej... Dostałem leki, no i kroplówka też pomaga... - stwierdził i lekko pogłaskał mnie po głowie.
- A wiedzą już co ci jest?
- Póki co... zwyczajne odwodnienie... Pewnie to zwykła grypa czy inna błahostka, ale wiesz... to ja, więc wszystko przechodzę razy dziesięć - skrzywił się, ale zaraz spróbował uśmiechnąć. - Zrobią mi badania, dadzą jakieś proszki i wygonią do domu, zobaczysz.
- Mam nadzieję, bo inaczej sam cię stąd wykradnę... - oznajmiłem. Nienawidziłem szpitali. Tych jasnych ścian, smrodu odkażalników, a już najbardziej igieł.... brrrr... - Póki co przywiozłem ci wszystko.. Ubrania, kosmetyki, książki...
- Dziękuję - stwierdził i znów wplótł lekko palce w moje włosy.
Białowłosy wyglądał na takiego zmęczonego... Zawsze był blady, ale teraz miałem wrażenie, że lada chwila będę mógł spojrzeć przez niego... Jakim cudem, ta cholera to przede mną tak ukryła? Nie wiem, ale miałem ochotę go przytulić, tak naprawdę mocno, a zaraz później złoić mu skórę.
- No już, nie martw się tak, bo wyglądasz jakbym cię solidnie zaraził - zaśmiał się, co skończyło się kaszlem.
- A będę... moje święte prawo martwić się o ciebie i twój zmarznięty tyłek - wzruszyłem ramionami i zmrużyłem oczy.
niedziela, 17 września 2017
Rozdział XVIII - Lekarz
Wspominałem już, że coś mnie brało
w ostatnim czasie? I nie, nie mam tutaj na myśli Ariana. Prawie cały
grudzień przechodziłem bez ochronnej maseczki na twarzy. Teraz była
już połowa stycznia, a ja wciąż nie skrywałem się za jej gładką
fakturą. Pewnie dlatego tak często pobolewała mnie głowa, o czym
jednak postanowiłem nie mówić mojemu partnerowi. W końcu nie był
to na tyle silny ani długotrwały ból, aby nie wystarczyły mi
zwykłe tabletki przeciwbólowe, których miałem prawie całą
szafkę.
A Arian zdawał się przyzwyczaić już
do wszędobylskich listków z pigułkami na wszystkie istniejące
choroby świata, więc... Wszystko było dobrze. Tylko po tym
ostatnim wieczorze mi się pogorszyło.
Dostałem silnego kaszlu, który
również postanowiłem tłumić specyfikami z magicznej szafeczki.
Sądziłem, że po prostu mnie przewiało, kiedy wracaliśmy do domu
na Laluni i być może faktycznie tak było... W końcu ja nawet
zwykłe przeziębienie odczuwałem ze zdwojoną siłą, czego był
świadkiem nawet Ari, gdy odwiedził mnie w domu rodziców.
Poza kaszlem czułem się tak, jakby w
gardle ktoś mi otworzył poduszkę powietrzną, ale i na to
znalazłem wytłumaczenie. Zwykła chrypa, może coś mnie
podrażniło, tyle. Na to też brałem leki, tym razem jednak raczej
syropy, do których na ostatniej wizycie przekonał mnie lekarz.
Udało mi się to wszystko stłamsić
na tyle, żeby Arian niczego nie zauważył. Nie chciałem fali
pytań, ani by zaczął wokół mnie skakać, jak jakiś giermek
wokół swego rycerza. Wiedziałem, że moje postępowanie było złe,
ale nie chciałem by się o mnie martwił. I tak to robił, w
chorobie czy nie. No więc co by to zmieniło, jakby wiedział?
W dodatku zamiast mu powiedzieć, jak
słabo czułem się tego dnia, po prostu założyłem maseczkę, na
której widok szczerze się zdziwił i wyszedłem z domu. Musiałem
załatwić kilka spraw, m.in. zrobić zakupy na obiad i pójść na
moją kontrolną wizytę u lekarza. Niby nie cierpiałem na żadną
chorobę przewlekłą, ale wolałem się regularnie badać i
uodparniać na poszczególne choróbska, niż potem siedzieć i się
leczyć.
Tym razem miałem jakieś złe
przeczucia. Wiedziałem przecież, że to lekarz i z oszukaniem go
nie pójdzie tak łatwo, jak z Arim, więc nawet nie próbowałem.
Poza tym chciałbym się w końcu dowiedzieć co mi jest i jak w
najkrótszy możliwy sposób się tego czegoś pozbyć. W końcu od
zawsze bałem się o swoje zdrowie i wiedziałem, jak słaby jest mój
układ odpornościowy. Wszystko to dodatkowo się komplikowało,
jeśli wzięto pod uwagę moje specyficzne umiejętności
nadprzyrodzone. Normalny lekarz bez podstawowej wiedzy na temat
specyficznego reagowania mojego ciała na poszczególne rzeczy
średnio miał mi jak pomóc. Nawet temperaturę ciała miałem
zaniżoną, a to już był problem, bo gdybym poszedł do zwykłego
szaraczka w kitlu, a w trakcie mierzenia temperatury wyszłoby mi
37,5 to powiedziałby mi, że to nic, do jutra mi przejdzie, wezmę
tableteczkę i będę zdrów jak ryba. A TAK NIE BYŁO. Przy stałej
temperaturze 35 stopni, gorączka zaczynała się już od 37. Dlatego
do lekarza chodziłem prywatnie, ten wiedział o wszystkim, a jego
tajemnica lekarska zabraniała mu wyjawienia komukolwiek mojego
sekretu. Inna sprawa, że był po prostu przyjacielem rodziny i
traktowałem go raczej jak wujka.
Po wejściu do gabinetu, zdjąłem z
szyi gruby, granatowy szalik i kichnąłem, nim w ogóle zdążyłem
odwiesić ciemny płaszcz na wieszak przy drzwiach. Dzisiaj jeszcze
wiało ze zdwojoną siłą, na co reagowałem dygotem, nawet będąc
w samochodzie. Było mi tak strasznie zimno i czułem się jak trup,
w czym upewnił mnie tylko Shun siedzący za biurkiem.
- Julien, wyglądasz strasznie –
odparł z przejęciem, wstając od swojego biurka.
- Dziękuję, że mi to podsumowałeś...
- chrypnąłem, łapiąc się za głowę. Naprawdę byłem taki
zimny, czy tylko mi się wydawało?
- Czekaj, stój – zatrzymał mnie,
sięgając po termometr bezdotykowy. Ja w tym czasie objąłem się
rękami, wyrażając chociaż chęci ogrzania się.
Czerwonowłosy zmierzył mi prędko
temperaturę, a widząc wynik nawet nie chciał mi go pokazać. Po
jego minie łatwo domyśliłem się, że musiało być gorzej niż źle.
- Zawiozę cię do szpitala...
- Co...? - siorbnąłem nosem, nagle
czując uderzający ból w potylicę. Chyba sam siebie odmrażałem,
tak mi się zdawało. W dodatku na ubraniu zauważyłem szron, nie
było dobrze, miał rację.
Nie dyskutowałem po prostu ubrałem
się z powrotem i pozwoliłem mu na zabranie mnie do tak znajomego mi
miejsca. Kiedy to ja ostatni raz byłem w szpitalu? Na wiosnę
zeszłego roku? Chyba tak.
Siedząc na fotelu w jego samochodzie,
nawet nie uważałem na drogę. Wzrok miałem tempo wbity w okienną
szybę, a lekarz tylko co chwilę coś marudził o zamrożeniu
skrzyni biegów i tak dalej. Nie wiem, nie słuchałem, nie
potrafiłem.
A potem poszło już szybko. Na miejscu
od razu zapisali mnie na listę pacjentów i zabrali na salę, gdzie
podłączyli mnie pod kroplówkę (rzekomo się odwodniłem) i podali
jakieś środki przeciwbólowe. Ale to oczywiście też po wszystkich
wstępnych badaniach. I tak mi zeszły jakieś dwie, może trzy
godziny. Wreszcie byłem w sali sam, a Shun nie pałętał się w tę
czy z powrotem, sprawdzając moje wyniki. Czułem się też trochę
lepiej, a więc i myśli zaczęły być nieco bardziej trzeźwe.
Pomyślałem więc, aby zawiadomić o całym zajściu Ariana. Na
szczęście odnalazłem telefon na szafce obok łóżka i od razu
wybrałem numer.
- Hej, zmarzluchu – miałem ochotę
go utłuc. - Co tam? Coś na długo zniknąłeś.
- Wiem, wiem, przepraszam. Ari, mogę
mieć prośbę?
- Jaką?
- Podrzucisz mi kilka rzeczy do
szpitala? Ale proszę, nie wypytuj teraz. Wyjaśnię ci wszystko na
miejscu... I nie panikuj, wszystko jest dobrze.
Po drugiej stronie zastała mnie cisza,
więc miałem świadomość tego, jak bardzo go zaskoczyłem, a przede
wszystkim wystraszyłem. W końcu się odezwał.
- Zaraz będę.
poniedziałek, 4 września 2017
Rozdział XVII - Ogonki i inne słodkości (+18)
Julcia wreszcie przystopował nieco ze zmianami klimatycznymi i dało się go zaciągnąć między ludzi. Na szczęście żadna mało wyparzona japa nie rzuciła już imienia brunecika z moich obecnych koszmarów. Tia... wlókł się ten kurwiszon za mną jak smród za gaciami. Jak to dobrze, że ludzie nauczyli się, że przy mnie drażniących mnie tematów się nie porusza, bo wtedy ktoś szybko dostaje w ryło i jest wielki płacz.
Julien w końcu dał się namówić na kilka drinków, słabych oczywiście tak, że ledwie się to nieco różniło od zwykłego soku, ale i tak humorek mu się jeszcze poprawił. Do tego Marika z Edith go zagadały nieomal na śmierć, ale chyba mu się to nawet podobało. Nie, żeby mnie się podobał fakt, że zostało mu coś z zamiłowania do zerkania w pokaźne biusty. Ja za to podnosiłem na duchu Andy'ego, który zwyczajnie się w końcu spił, jak idąca na ubój świnia. Owszem miał do tego pewien powód, no ale bez przesady, a tak tylko wszystko pogarszał, ale co ja się będę wtrącał. Życie zacząłem jako tako układać dopiero przy Julienie, a i to od niedawna przecież...
Impreza jednak jakoś szła i szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał trzeba było pozbierać co bardziej schlane towarzystwo, a i samemu ruszyć do domu. Wsiadłem więc na Lalunię, a Julien po pożegnaniu się z Mari do mnie dołączył i tak ruszyliśmy w stronę domu. Niezbyt szybko, bo dostałem ochrzan na wstępie odnośnie tego, że przecież miałem wypadek. Ostatecznie jednak białowłosy wtulił się we mnie mocno, rozpraszając mnie nieco podczas jazdy. Z maszyny zeszliśmy pod domem w wyraźnie dobrych nastrojach. Nawet Julien szeroko się uśmiechał, choć dzionek łatwy dla niego nie był.
- I co? Było aż tak źle czy jednak dalej myślisz o sprowadzeniu na ludzkość kolejnej epoki lodowcowej i mam szukać mamutów? - spytałem i złapałem go w pasie, żeby pociągnąć w stronę domu. Było zimno, a jazda motocyklem sprawiała przeważnie, że Julien zwyczajnie marzł.
- No dobra, może nie było aż tak całkiem źle - odparł, obejmując mnie ręką w pasie w taki sposób, aby zaraz wsunąć palce do mojej tylnej kieszeni spodni. - Zawsze może być lepiej - dodał z uśmiechem, który bardzo mi się spodobał.
- Uuu...~! Lepiej? A jak bardzo lepiej? - złapałem go i przyciągnąłem do siebie jeszcze zanim przekręciłem klucz w zamku.
Julien roześmiał się i jego druga dłoń wsunęła się do drugiej kieszeni na moim pośladku, po czym pocałował mnie krótko w usta.
- O wiele, wiele lepiej - stwierdził.
- Ariemu się podoba... Ari lubi - wymruczałem i wciągnąłem go do mieszkania. Zamknąłem drzwi z piłkarza i zacząłem skubać Julcię po szyi. Oj tak... lubiłem smak jego chłodnej skóry. Mój kochaś zaś w pierwszej kolejności wtulił nos w zagłębienie mojej szyi, a gdy złożył już na niej krótki pocałunek, położył ręce na moich ramionach i nieco się odsunął, ku mojemu niezadowoleniu.
- Ale nie tak od razu - zamruczał, raz jeszcze muskając moje usta.
- A niby dlaczego nie od razu? - miętosiłem z zapałem jego pośladki, przyciskając tym samym jego biodra do swoich.
- Bo cię ładnie proszę, żebyś zaczekał. Mam dla ciebie coś, co powinno ci się bardzo spodobać - wręcz wymruczał, naciągając palcem moją koszulkę.
- A gdzie mam poczekać? I dlaczego tak długo? - znów przyciągnąłem go bardziej do siebie i skubnąłem jego jasne uszko.
- Jeszcze nie powiedziałem, jak długo - złapał mnie za podbródek, by nakierować moje spojrzenie na siebie i namiętnie mnie pocałował, przesuwając ukradkiem językiem po moim podniebieniu. - Możesz w salonie, tylko grzecznie i nie podglądaj.
- Ale to i tak będzie za długo! Stęsknię się i uschnę! - lamentowałem straszliwie, ale pozwoliłem się Julci odsunąć.
- Nic ci nie będzie, jak poczekasz kilka minut. To wymaga czasu - poklepał mnie po głowie, jak grzecznego pieska i udał się do naszej sypialni.
- Pospiesz się, bo mi pochodnia stygnie! - wydarłem się i usiadłem prawie grzecznie na kanapie w salonie. Prawie bo zrzuciłem z siebie nadmiar ubrań, które mi teraz cholernie przeszkadzały. Po głowie chodziły mi różne rzeczy, ale nic nie wydawało mi się na tyle prawdopodobne, bym nie zastanawiał się dalej, cóż on takiego tam robi. Moja cierpliwość była taka, że niemal jej nie było, więc czekanie zdawało mi się wiecznością... Kiedy jednak Julien wreszcie wparadował do salonu dech mi zaparło. Chłopak patrzył na mnie lekko, przygryzając wargi, a jego oczka skrzyły się ślicznie w zarumienionej buzi. Ubrany był w moją starą koszulę.. tylko w nią, bo kiedy odwrócił się do mnie bokiem i lekko wypiął widziałem jego nagie pośladki, a między nimi.. ogonek! Koci, puszysty ogon. Aż na ten widok zamruczałem.
- No takie kociaki, to ja rozumiem! - rzuciłem i przyciągnąłem go do siebie, żeby posadzić na swoich kolanach okrakiem i wpić się mocno w jego usta.
- Prezent od Mariki nie mógł się przecież zmarnować - uśmiechnął się szeroko, po czym odwzajemnił pocałunek. - W dodatku to takie dziwne, bo to nie ty.
- Oj... niedługo będę ja... ale najpierw nieco cię podręczę... Takimi rzeczami się bawić... Beze mnie... - złapałem ogonek u nasady i zacząłem lekko nim poruszać. Lekko w bok, później drugi, szarpnąłem lekko i znów wsunąłem głębiej do wnętrza Juliena. Niemal od razu z jego ust wydobył się jęk. Zagryzł jednak szybko dolną wargę co niezbyt mi się podobało. Lubiłem jak pokrzykiwał, lubiłem jego głosik...
- Brakuje obroży, szkoda - stwierdził i sapnął głośno kiedy znów mocniej poruszyłem jego ogonkiem.
- Kiedyś ci kupię taką z dzwoneczkiem - rzuciłem i znów wpiłem się w jego usta, tym razem zmuszając go by lekko się uniósł i bym mógł tym samym zsunąć z siebie bokserki... Jak dobrze, że ze spodniami uporałem się wcześniej.
Jeszcze chwilę bawiłem się ogonkiem sprawiając, że Julienowi coraz trudniej było się kontrolować. W końcu jednak wyciągnąłem zabawkę i wylądowała obok łóżka, a ja ułożyłem mojego niegrzecznego słodziaka na kanapie i nakryłem go swoim ciałem by w pośpiechu znaleźć wejście do jego gotowego już na mnie wnętrza. Białowłosy wygiął się pięknie w moich ramionach, a ja zacząłem skubać jego obojczyk i szyję, poruszając się w nim jednocześnie tak, że z jego gardziołka wymykały się kolejne słodkie jęki. Nie pozwoliłem mu tłumić tych przecudnych odgłosów dłońmi, które ostatecznie skrępowałem mu ponad głową, mocno je trzymając.
- Jesteś przesłodki - wymruczałem biorąc go szybciej, ale wciąż rytmicznie, napawając się jego słodką, czerwoną buźką i włosami rozsypanymi po poduszce. Widok ten był jeszcze rozkoszniejszy, bo całą resztę zaczęły skrzętnie ukrywać kłęby unoszącej się z naszych ciał pary. Był więc tylko Julien... mój słodki zmarzluch, bez względu na to jak nienawidził tego przezwiska.
Nadeszła długa chwila wypełniona wzajemnymi pieszczotami, bo w końcu uwolniłem jego dłonie. Szybko przeniósł je na moje pośladki, na których mógłbym przysiąc, że zostaną mi krwawe ślady po jego pazurkach. Poczułem jak ciało Juliena spina się mocno ostatni raz, a i ja szybko dołączyłem do niego, sięgając spełnienia i oboje opadliśmy na zmiętą kapę, która zazwyczaj leżała ładnie i równo na całej długości siedziska.
- No... to ja tu zostaję... - stwierdziłem, pewnie tuląc policzek do jego klatki piersiowej jak do poduszki. Chłodnej i wilgotnej od skraplającej się pary i potu, ale idealnej...
Julien zaśmiał się krótko, wciąż łapiąc słodko oddech.
Siedziałem w salonie i czytałem nowo zakupione pisemko motoryzacyjne. Ot kilka nowinek ze świata mojego i Laluni, z którego Julien niezbyt wiele rozumiał, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Był czwartek... nudny czwartek kiedy to nie miałem nic do roboty. Nawet Tarix siedział cicho i nie wołał mnie do kolejnej roboty. Kasa się jak najbardziej po ostatnim zgadzała, wiec uznał pewnie, że nie warto mnie znów wkurwiać. Do tego Julien wybył się na zakupy swoją puszką... A to oznaczało, że zanim wróci, zdążę tu korzenie zapuścić, ale cóż... zdarza się.
Julien w końcu dał się namówić na kilka drinków, słabych oczywiście tak, że ledwie się to nieco różniło od zwykłego soku, ale i tak humorek mu się jeszcze poprawił. Do tego Marika z Edith go zagadały nieomal na śmierć, ale chyba mu się to nawet podobało. Nie, żeby mnie się podobał fakt, że zostało mu coś z zamiłowania do zerkania w pokaźne biusty. Ja za to podnosiłem na duchu Andy'ego, który zwyczajnie się w końcu spił, jak idąca na ubój świnia. Owszem miał do tego pewien powód, no ale bez przesady, a tak tylko wszystko pogarszał, ale co ja się będę wtrącał. Życie zacząłem jako tako układać dopiero przy Julienie, a i to od niedawna przecież...
Impreza jednak jakoś szła i szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał trzeba było pozbierać co bardziej schlane towarzystwo, a i samemu ruszyć do domu. Wsiadłem więc na Lalunię, a Julien po pożegnaniu się z Mari do mnie dołączył i tak ruszyliśmy w stronę domu. Niezbyt szybko, bo dostałem ochrzan na wstępie odnośnie tego, że przecież miałem wypadek. Ostatecznie jednak białowłosy wtulił się we mnie mocno, rozpraszając mnie nieco podczas jazdy. Z maszyny zeszliśmy pod domem w wyraźnie dobrych nastrojach. Nawet Julien szeroko się uśmiechał, choć dzionek łatwy dla niego nie był.
- I co? Było aż tak źle czy jednak dalej myślisz o sprowadzeniu na ludzkość kolejnej epoki lodowcowej i mam szukać mamutów? - spytałem i złapałem go w pasie, żeby pociągnąć w stronę domu. Było zimno, a jazda motocyklem sprawiała przeważnie, że Julien zwyczajnie marzł.
- No dobra, może nie było aż tak całkiem źle - odparł, obejmując mnie ręką w pasie w taki sposób, aby zaraz wsunąć palce do mojej tylnej kieszeni spodni. - Zawsze może być lepiej - dodał z uśmiechem, który bardzo mi się spodobał.
- Uuu...~! Lepiej? A jak bardzo lepiej? - złapałem go i przyciągnąłem do siebie jeszcze zanim przekręciłem klucz w zamku.
Julien roześmiał się i jego druga dłoń wsunęła się do drugiej kieszeni na moim pośladku, po czym pocałował mnie krótko w usta.
- O wiele, wiele lepiej - stwierdził.
- Ariemu się podoba... Ari lubi - wymruczałem i wciągnąłem go do mieszkania. Zamknąłem drzwi z piłkarza i zacząłem skubać Julcię po szyi. Oj tak... lubiłem smak jego chłodnej skóry. Mój kochaś zaś w pierwszej kolejności wtulił nos w zagłębienie mojej szyi, a gdy złożył już na niej krótki pocałunek, położył ręce na moich ramionach i nieco się odsunął, ku mojemu niezadowoleniu.
- Ale nie tak od razu - zamruczał, raz jeszcze muskając moje usta.
- A niby dlaczego nie od razu? - miętosiłem z zapałem jego pośladki, przyciskając tym samym jego biodra do swoich.
- Bo cię ładnie proszę, żebyś zaczekał. Mam dla ciebie coś, co powinno ci się bardzo spodobać - wręcz wymruczał, naciągając palcem moją koszulkę.
- A gdzie mam poczekać? I dlaczego tak długo? - znów przyciągnąłem go bardziej do siebie i skubnąłem jego jasne uszko.
- Jeszcze nie powiedziałem, jak długo - złapał mnie za podbródek, by nakierować moje spojrzenie na siebie i namiętnie mnie pocałował, przesuwając ukradkiem językiem po moim podniebieniu. - Możesz w salonie, tylko grzecznie i nie podglądaj.
- Ale to i tak będzie za długo! Stęsknię się i uschnę! - lamentowałem straszliwie, ale pozwoliłem się Julci odsunąć.
- Nic ci nie będzie, jak poczekasz kilka minut. To wymaga czasu - poklepał mnie po głowie, jak grzecznego pieska i udał się do naszej sypialni.
- Pospiesz się, bo mi pochodnia stygnie! - wydarłem się i usiadłem prawie grzecznie na kanapie w salonie. Prawie bo zrzuciłem z siebie nadmiar ubrań, które mi teraz cholernie przeszkadzały. Po głowie chodziły mi różne rzeczy, ale nic nie wydawało mi się na tyle prawdopodobne, bym nie zastanawiał się dalej, cóż on takiego tam robi. Moja cierpliwość była taka, że niemal jej nie było, więc czekanie zdawało mi się wiecznością... Kiedy jednak Julien wreszcie wparadował do salonu dech mi zaparło. Chłopak patrzył na mnie lekko, przygryzając wargi, a jego oczka skrzyły się ślicznie w zarumienionej buzi. Ubrany był w moją starą koszulę.. tylko w nią, bo kiedy odwrócił się do mnie bokiem i lekko wypiął widziałem jego nagie pośladki, a między nimi.. ogonek! Koci, puszysty ogon. Aż na ten widok zamruczałem.
- No takie kociaki, to ja rozumiem! - rzuciłem i przyciągnąłem go do siebie, żeby posadzić na swoich kolanach okrakiem i wpić się mocno w jego usta.
- Prezent od Mariki nie mógł się przecież zmarnować - uśmiechnął się szeroko, po czym odwzajemnił pocałunek. - W dodatku to takie dziwne, bo to nie ty.
- Oj... niedługo będę ja... ale najpierw nieco cię podręczę... Takimi rzeczami się bawić... Beze mnie... - złapałem ogonek u nasady i zacząłem lekko nim poruszać. Lekko w bok, później drugi, szarpnąłem lekko i znów wsunąłem głębiej do wnętrza Juliena. Niemal od razu z jego ust wydobył się jęk. Zagryzł jednak szybko dolną wargę co niezbyt mi się podobało. Lubiłem jak pokrzykiwał, lubiłem jego głosik...
- Brakuje obroży, szkoda - stwierdził i sapnął głośno kiedy znów mocniej poruszyłem jego ogonkiem.
- Kiedyś ci kupię taką z dzwoneczkiem - rzuciłem i znów wpiłem się w jego usta, tym razem zmuszając go by lekko się uniósł i bym mógł tym samym zsunąć z siebie bokserki... Jak dobrze, że ze spodniami uporałem się wcześniej.
Jeszcze chwilę bawiłem się ogonkiem sprawiając, że Julienowi coraz trudniej było się kontrolować. W końcu jednak wyciągnąłem zabawkę i wylądowała obok łóżka, a ja ułożyłem mojego niegrzecznego słodziaka na kanapie i nakryłem go swoim ciałem by w pośpiechu znaleźć wejście do jego gotowego już na mnie wnętrza. Białowłosy wygiął się pięknie w moich ramionach, a ja zacząłem skubać jego obojczyk i szyję, poruszając się w nim jednocześnie tak, że z jego gardziołka wymykały się kolejne słodkie jęki. Nie pozwoliłem mu tłumić tych przecudnych odgłosów dłońmi, które ostatecznie skrępowałem mu ponad głową, mocno je trzymając.
- Jesteś przesłodki - wymruczałem biorąc go szybciej, ale wciąż rytmicznie, napawając się jego słodką, czerwoną buźką i włosami rozsypanymi po poduszce. Widok ten był jeszcze rozkoszniejszy, bo całą resztę zaczęły skrzętnie ukrywać kłęby unoszącej się z naszych ciał pary. Był więc tylko Julien... mój słodki zmarzluch, bez względu na to jak nienawidził tego przezwiska.
Nadeszła długa chwila wypełniona wzajemnymi pieszczotami, bo w końcu uwolniłem jego dłonie. Szybko przeniósł je na moje pośladki, na których mógłbym przysiąc, że zostaną mi krwawe ślady po jego pazurkach. Poczułem jak ciało Juliena spina się mocno ostatni raz, a i ja szybko dołączyłem do niego, sięgając spełnienia i oboje opadliśmy na zmiętą kapę, która zazwyczaj leżała ładnie i równo na całej długości siedziska.
- No... to ja tu zostaję... - stwierdziłem, pewnie tuląc policzek do jego klatki piersiowej jak do poduszki. Chłodnej i wilgotnej od skraplającej się pary i potu, ale idealnej...
Julien zaśmiał się krótko, wciąż łapiąc słodko oddech.
Siedziałem w salonie i czytałem nowo zakupione pisemko motoryzacyjne. Ot kilka nowinek ze świata mojego i Laluni, z którego Julien niezbyt wiele rozumiał, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Był czwartek... nudny czwartek kiedy to nie miałem nic do roboty. Nawet Tarix siedział cicho i nie wołał mnie do kolejnej roboty. Kasa się jak najbardziej po ostatnim zgadzała, wiec uznał pewnie, że nie warto mnie znów wkurwiać. Do tego Julien wybył się na zakupy swoją puszką... A to oznaczało, że zanim wróci, zdążę tu korzenie zapuścić, ale cóż... zdarza się.
sobota, 2 września 2017
Rozdział XVII - Comeback Brajanka
Ledwo zdążyłem z trudem przełknąć gorycz porażki przy próbie namawiania Ariego do zmiany swojego zawodu na raczej... Odrobinę bardziej legalny. Chwilę wcześniej wryło mnie w podłogę to, co zastałem po wejściu do tamtej meliny. Ledwo porozmawialiśmy, a zadzwoniła Marika i w mgnieniu oka znaleźliśmy się na imprezie urodzinowej jakiejś tam znajomej Ariana. Zaś tam zdążyłem się tylko przywitać i już podniosło mi się ciśnienie, gdy padło to cudowne imię: Brian.
Mój ulubieniec najwyraźniej postanowił ubarwić cudowną historię znajomości z Arianem i wznieść ją o poziom wyżej. Jakie to było żałosne... Zupełnie, jakby po jednym numerku się w nim zakochał. Ale zaraz, on i miłość? Chyba tylko do swojego największego z największych wibratora, którego niestety ostatnio miałem (nie)przyjemność zobaczyć w pewnym filmie w sieci. Pech chciał, że zbłądziłem na tyle głęboko tamtego dnia, że choć treść jego kanału mnie przytłaczała i wręcz czułem, jak mózg mi się od tego przegrzewa i flaczeje, to jakoś nie potrafiłem wcisnąć tej głupiej strzałeczki, która przeniosłaby mnie na stronę wcześniej, gdzie wciąż jeszcze byłem bezpieczny. Nie. Jestem tylko człowiekiem. Głupim człowiekiem, który postanowił, że jeśli nadeszła pora, w której mózg ma zacząć przypominać kawałek filcu, to lepiej niech zrobi to raz i dobrze. Tylko czemu, och, czemu wcisnąłem subskrypcję?
Wracając,wszyscy wiedzieli, jak bardzo nienawidzę tego małego chuderlaka, który swoimi "nogami aż do nieba" (tak, to było w komentarzach) myślał, że złapie każdego. A gówno, nie złapie, już ja tego dopilnuję. Miałem tylko wrażenie, że przez to, że on go odpychał, ten śmierdzący insekt pragnął go tylko coraz bardziej. Naprawdę miałbym głęboko w dupie to, czy istnieje, czy dycha oraz to, czy dupczy się po kątach w pobliskim klubie. Właściwie miałem to w dupie, ale odkąd uczepił się MOJEJ pochodni, jak rzep psiego ogona, sprawa przybrała nieco innego wymiaru. Czy byłem zazdrosny? Nie wiem, niech każdy to zinterpretuje, jak chce.
Jedyne czego byłem pewny to to, że byłem wściekły, ale nie chciałem psuć tej nowo poznanej dziewczynie zabawy urodzinowej. Była bardzo ładna, do tego taka miła i naprawdę słodka, lecz odkąd dowiedziałem się, jak ten bury skurwiel namotał, przestał mnie nawet interesować jej dekolt.
Mimo wszystko wciąż z uśmiechem i udając, że nic się nie stało, a jakieś głupie pogłoski nie robią na mnie wrażenia, odsunąłem się nieznacznie. A kiedy nikt z towarzystwa nie patrzył, zniknąłem w kuchni, która właściwie graniczyła z salonem, więc mogłem sobie na nich zerkać. Chciałem się oprzeć i nieco ochłonąć, lecz w momencie, gdy moja zimna dłoń zetknęła się z blatem, usłyszałem skwierczenie i trzaski łamanego lodu. Nie musiałem patrzeć, już wiedziałem, że zwyczajnie zamroziłem wszelką popitkę, alkohol zgęstniał, a pod palcami miałem szron. Lada moment, a z okapu zaczęłyby zwisać sople lodu, jednak wtedy, jak książę na białym koniu pojawił się Ari. Najwidoczniej musiał wszystko zobaczyć z salonu, gdyż ledwo podszedł, a objął mnie ręką i przyciągnął bliżej siebie, by zaraz przesunąć drugą, mocno rozgrzaną nad zamarzniętą częścią kuchni.
Mój ulubieniec najwyraźniej postanowił ubarwić cudowną historię znajomości z Arianem i wznieść ją o poziom wyżej. Jakie to było żałosne... Zupełnie, jakby po jednym numerku się w nim zakochał. Ale zaraz, on i miłość? Chyba tylko do swojego największego z największych wibratora, którego niestety ostatnio miałem (nie)przyjemność zobaczyć w pewnym filmie w sieci. Pech chciał, że zbłądziłem na tyle głęboko tamtego dnia, że choć treść jego kanału mnie przytłaczała i wręcz czułem, jak mózg mi się od tego przegrzewa i flaczeje, to jakoś nie potrafiłem wcisnąć tej głupiej strzałeczki, która przeniosłaby mnie na stronę wcześniej, gdzie wciąż jeszcze byłem bezpieczny. Nie. Jestem tylko człowiekiem. Głupim człowiekiem, który postanowił, że jeśli nadeszła pora, w której mózg ma zacząć przypominać kawałek filcu, to lepiej niech zrobi to raz i dobrze. Tylko czemu, och, czemu wcisnąłem subskrypcję?
Wracając,wszyscy wiedzieli, jak bardzo nienawidzę tego małego chuderlaka, który swoimi "nogami aż do nieba" (tak, to było w komentarzach) myślał, że złapie każdego. A gówno, nie złapie, już ja tego dopilnuję. Miałem tylko wrażenie, że przez to, że on go odpychał, ten śmierdzący insekt pragnął go tylko coraz bardziej. Naprawdę miałbym głęboko w dupie to, czy istnieje, czy dycha oraz to, czy dupczy się po kątach w pobliskim klubie. Właściwie miałem to w dupie, ale odkąd uczepił się MOJEJ pochodni, jak rzep psiego ogona, sprawa przybrała nieco innego wymiaru. Czy byłem zazdrosny? Nie wiem, niech każdy to zinterpretuje, jak chce.
Jedyne czego byłem pewny to to, że byłem wściekły, ale nie chciałem psuć tej nowo poznanej dziewczynie zabawy urodzinowej. Była bardzo ładna, do tego taka miła i naprawdę słodka, lecz odkąd dowiedziałem się, jak ten bury skurwiel namotał, przestał mnie nawet interesować jej dekolt.
Mimo wszystko wciąż z uśmiechem i udając, że nic się nie stało, a jakieś głupie pogłoski nie robią na mnie wrażenia, odsunąłem się nieznacznie. A kiedy nikt z towarzystwa nie patrzył, zniknąłem w kuchni, która właściwie graniczyła z salonem, więc mogłem sobie na nich zerkać. Chciałem się oprzeć i nieco ochłonąć, lecz w momencie, gdy moja zimna dłoń zetknęła się z blatem, usłyszałem skwierczenie i trzaski łamanego lodu. Nie musiałem patrzeć, już wiedziałem, że zwyczajnie zamroziłem wszelką popitkę, alkohol zgęstniał, a pod palcami miałem szron. Lada moment, a z okapu zaczęłyby zwisać sople lodu, jednak wtedy, jak książę na białym koniu pojawił się Ari. Najwidoczniej musiał wszystko zobaczyć z salonu, gdyż ledwo podszedł, a objął mnie ręką i przyciągnął bliżej siebie, by zaraz przesunąć drugą, mocno rozgrzaną nad zamarzniętą częścią kuchni.
- Ty wiesz, że klima to tu niezbyt
potrzebna? Aż tak cię wkurwiło co ten dupek nagadał?
- Może jednak jest potrzebna? -mruknąłem,
prychając na samą myśl o tym chłopaku. - Przecież ja go zabiję.
Nie dość, że dziwka, to jeszcze ze znajomościami i teraz wszyscy
sądzą, że spotykasz się z tą kurwą, a nie ze mną.
- Słodziaku, już nie wszyscy -
poprawił mnie i zbliżył się tak, aby stanąć między moimi nogami,
kiedy opierałem się tyłem o blat. Wciąż przy tym trzymał mnie za nadgarstki, żebym znów nic nie zamroził. - Byłeś ze mną w
robocie, jesteś tutaj, rozniesie się i tamten narobi sobie tylko
siary.
- Dobra, wszyscy oprócz tych tu i
tamtych tam. Na pewno całe miasto wie. Jak ja go dorwę to przysięgam, że zabiję!
- Jesteś przesłodki, kiedy jesteś taki
wściekły i zazdrosny - wyszczerzył się wielce zadowolony i ku swojej uciesze, przejechał nosem po moim uchu. - Aż mam ochotę cię zaciągnąć "na pięterko" i nieco
posmakować tej twojej złości.
- Nie - odparłem od razu, starając
się wyrwać ręce z jego uścisku. - Obawiam się, że musiałbyś
tak mocno podkręcić temperaturę, że wszystko poszłoby z dymem.
- Byłbyś tym razem na górze. To
byłaby piękna izolacja, żebyś niczego nie zamroził - roześmiał się, skubiąc zębami moje ucho, na co tylko odchyliłem głowę na bok, chcąc choć odrobinę od tego uciec.
- Fuj... Nie obrzydzaj mi nawet tego.
Wystarczające mam dreszcze po tym, co znalazłem w sieci kilka dni
temu...
- Jak nie obrzydzaj? Coś ty znów
znalazł w tym internecie, co?
Warknąłem pod nosem, zerkając na ścianę w kuchni. Musiałem przecież ułożyć sobie na szybko kwestię, jakby to dobrze przedstawić tego naszego championa.
- Ukochanego ulubieńca naszego miasta.
Dupodajkę. Dildobawiacza. Rozpowiadacza plotek. Sexmastera Brajanka - wyburczałem, ale takiej reakcji, jaką dostałem, to się nie spodziewałem. Myślałem, że Ari zaraz się udusi ze śmiechu, a kiedy z oczu poleciały mu łzy, spuszyłem policzek.
- Słodziaku, kurwa... gdzie ty
błądzisz w tych internetach, co? Aż bym to z ciekawości zobaczył.
I co... prezentował tam coś mało ciekawego, że aż tak się
zraziłeś do pozycji jeździeckich?
- Po tym, jak widziałem, że sobie
wsadza wibrator przykręcony do podłogi mogę śmiało powiedzieć,
że to obrzydliwe...
- Oj tam... Ja nie jestem wibratorem
tylko twoim wygłodniałym, napalonym na twój zgrabny tyłek,
facetem.
- Zapomnij, nie mam ochoty. Poza tym w
życiu nie pójdę na jakieś "pięterko" - mruknąłem raz jeszcze,
wyrywając ręce z jego uścisku. Było mi jednak niewygodnie, więc oparłem się z powrotem o blat za sobą, a wtem napoje znów zaskwierczały, zamarzając.
- Maruda... To chociaż nie rób za
mróz - odsunął się nieco i znów wziął moje dłonie w te swoje, starając się
wszystko rozmrozić. - Nie masz się czym tak denerwować. Poza tym
nie przyszliśmy tutaj, żebyś się wkurwiał. Jeden durny gnojek
raczej nie powinien psuć imprezy, co? No chyba, że chcesz wracać do
domu, to powiedz.
- I co, jeśli powiem, że chcę? -
spojrzałem na niego mętnie, jak karp na dzień przed wigilią. -
Zrobisz, jak ja chcę, a nie chcę, byś mi wiecznie chodził na rękę.
- A co... Wolałbyś dostać kopa i iść
z buta? Jeśli po tym będę mógł cię przelecieć, to ci to mogę
zagwarantować - rzucił zadziornie, ale chyba szybko zauważył po mojej minie, jak bardzo mi to nie leżało. Zaraz więc przyciągnął mnie do siebie
i pocałował czule. - A tak na poważnie, to postaraj się o tym
kretynie nie myśleć. Nie daj głupiej dupie psuć nam wieczoru, co?
Edzia ma urodziny, pasuje się bawić, a nie zaprzątać łeb głupotami.
Wystarczy, że ona sama łazi wściekła, a Andrew nie lepiej - skrzywił się.
- Jestem dzisiaj ogólnie mocno
poddenerwowany. W szczególności całą sytuacją, którą miałem
nieszczęście widzieć rano w tej... norze - podsumowałem, odwracając
wzrok na towarzystwo gdzieś z tyłu, za Arim. - Potem spontanicznie
przyszliśmy tutaj i jeszcze Brajanek... Wiesz, że mam słabe nerwy.
- Wiem i... Przepraszam za to, co stało
się w robocie. Mimo wszystko sam chciałeś wiedzieć, a raczej
ciężko byłoby ci o tym opowiedzieć. A tamtym naprawdę się nie
przejmuj. Jak mówiłem, zaraz się rozejdzie po ludziach, że jestem
z tobą. Wiesz jak ploty się rozchodzą. A szczególnie jeśli
chodzi o mnie.
- Nie musisz przepraszać, tylko
naprawdę byłbym szczęśliwszy i o wiele bardziej spokojny ze
świadomością, że robisz to co robisz, ale legalnie - wróciłem do
niego wzrokiem, obejmując delikatnie jego policzek dłonią. - Dalej
mam ochotę go jednak zabić, na to już nic nie poradzisz. I kiedyś
to zrobię.
Byłem już zwyczajnie zmęczony wszystkimi emocjami i wydarzeniami, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Nie chciałem się z nim kłócić, ale miałem naprawdę słabe nerwy i w przypadku pewnych zachować ludzi, zwyczajnie nie wytrzymałem i wybuchałem. Każdy czasem wybucha.
- Jak znów coś odwinie, to obiecuję,
że zafunduję ci z niego worek treningowy. Ja będę trzymał i
instruował, ty będziesz bić, ale póki co, mordko moja zmarznięta
- cmoknął mnie krótko w usta. - Wypij drinka, baw się grzecznie tylko ze mną,
a jak wrócimy do domu, to z chęcią dokładnie ci wyłożę w czym
jesteś lepszy od niego, najlepiej dogłębnie.
- Wchodzę w to, tylko niech będzie
jeszcze żywy - uśmiechnąłem się lekko, odwzajemniając krótki
pocałunek tym samym ruchem warg. - Nie ma sensu wykładać, we
wszystkim jestem od niego lepszy.
- I nawet jeszcze bardziej skromny -
zaśmiał się i oplatając mnie w talii, zaprowadził w stronę reszty
imprezowiczów. Najwyraźniej uznał, że niebezpieczeństwo minęło i już raczej niczego, ani nikogo nie zamrożę. Jednak kto wie... Niech tylko ktoś wspomni coś krzywo o Brajanku, a się przekonamy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)