Naprawdę serce mi się krajało, jak widziałem go takiego słabego i bladego. Gdyby nie to, że pewnie by mnie stąd wyjebali na zbity ryj, położyłbym się obok niego, przytulił go i ogrzał... Może to nieco by pomogło...
Znalazłem znachora.... znaczy lekarza, który leczył Juliena i po krótkiej wymianie zdań nieco się dowiedziałem. Ot pierdoły w stylu, jego stan się poprawia, trzeba poczekać aż leki zaczną działać, bla bla bla... Przynajmniej tyle się dowiedziałem, że herbata mu nie zaszkodzi. Zszedłem więc do kawiarenki i kupiłem Zmarzluchowi herbatę taką, jaką pijał zazwyczaj w domu. Kiedy jednak dotarłem z kubkiem do sali, w której leżał, okazało się, że Julien śpi. Przysunąłem sobie więc krzesełko i usiadłem blisko łóżka, by lekko ująć jego dłoń i dalej ją ogrzewać. Spał lekko niespokojnie, oddech miał chrapliwy, a do tego czasami kasłał.
- Oj... Zmarzluszku... - westchnąłem, nie mogąc w głowie pomieścić, jak on się tak doprawił.
Siedziałem z Julienem ładne kilka godzin. Chłopak na przemian budził się, rozwialiśmy chwilkę i znów zasypiał. Co jakiś czas przeszkadzał nam ten jego lekarz. Na szczęście on, a nie jakaś wredna piguła, choć o tyle dobrze.
- Wybaczcie, ale będziesz musiał opuścić już szpital - zwrócił się w końcu Shun do mnie, kiedy podawał Julienowi leki na noc. Białowłosy wyglądał odrobinę lepiej niż rano, a przynajmniej ja miałem takie wrażenie. Do tego wydawał się też nieco przytomniejszy niż wcześniej.
Lekarz wyszedł, a ja siedziałem dalej.
- Wiesz, że musisz się zbierać? - spytał Julien i uśmiechnął się do mnie ślicznie.
- A miałem nadzieję, że dasz mi się schować pod wyrkiem... Wszyscy pójdą w pizdu spać, to będę mógł się położyć z tobą - stwierdziłem, mówiąc prawie poważnie. Naprawdę najchętniej tak właśnie bym zrobił.
- Wariat - zaśmiał się białowłosy i tym razem udało mu się nie dostać kolejnego napadu kaszlu.
- Widziały gały, co brały - uśmiechnąłem się do niego zadziornie i pogłaskałem go po chłodnym policzku. - Dobra... bo serio będziesz mnie tu musiał przetrzymać. Przyjadę rano, tylko się dowiem, o której otwierają ten biały burdel.
- Nie, nie rano... - zaprotestował Julien, przez co spojrzałem na niego, jakby na łeb upadł. - Ari, jutro od rana są zajęcia... pamiętasz?
- W dupie mam zajęcia - oznajmiłem. - Wolę przyjechać do ciebie, a nie tam gnić.
- Ale ja potrzebuję notatek... Nie wiem ile tu będę, a nawet jeśli mnie stąd na dniach wypuszczą, to nieco minie nim będę mógł wyleźć z łóżka i pojawić się na uczelni - tłumaczył cierpliwie i wiedziałem do czego zmierza.
- To podjadę na koniec zajęć i pożyczę notatki od twojej cycatej koleżanki i tyle.
Julien westchnął i pacnął mnie po głowie.
- Ona też musi się czasami z tych notatek pouczyć, wiesz o tym? - rzucił. - Dlatego ładnie cię proszę, żebyś jutro jechał na te zajęcia i zrobił notatki.
- Ja..? Ty jesteś tego pewien? - zaśmiałem się, ale okazało się, że nie żartował. Naprawdę kazał mi siedzieć w tej cholernej budzie i notować, co pierdoli ta durna baba, która ponoć chciała nas czegoś nauczyć. Wygonił mnie więc w końcu z sali i położył się widocznie senny. Leki zaczęły chyba działać...
Tak, jak w końcu obiecałem, pojechałem rano na zajęcia. Zajechałem na styk, więc z notatek nic nie uciekło... Znaczy chyba, bo moje pojęcie o tym, co notowałby Julien było marne i zwyczajnie pisałem, co uważałem za słuszne i kiedy to, co mówiła baba miało jakikolwiek sens. Wyszło mi tego naprawdę sporo... Nie mogłem się oczywiście powstrzymać od tego, żeby nie mazać po kartkach, kiedy babsztyl zaczął przynudzać albo pleść po raz dziesiąty to samo widocznie sadząc, że za pierwszym razem do nikogo nie dotarło. Tak więc mogłem się w końcu zbierać. Zamieniłem tylko kilka słów z Minami, która była zaniepokojona tym, że jestem w budzie sam. Uspokoiłem ją jednak, choć sam cholernie się martwiłem i już po chwili gnałem znów do szpitala.