Pragnę zauważyć, że nie rozumiem w
tym wszystkim jednej rzeczy: jakim cudem my obaj jeszcze żyjemy?
Możliwe, że już wcześniej rozważałem na ten temat, jednak teraz
szczególnie zaczęło mnie to intrygować na nowo. Ja, który
średnią temperaturę ciała mam niższą niż przeciętny człowiek
i Arian, który z kolei nagrzewa się dwukrotnie bądź nawet
trzykrotnie mocniej niż ktokolwiek inni. Tak, byliśmy wyjątkowi.
Prawdopodobnie jedni jedyni w naszym mieście, ale czy ktoś to
kiedyś sprawdzał? Żyjąc sobie cichutko, skromnie tak, jak mamusia
przykazała, nawet nie myślałem o tym, by wyruszyć w miasto i
próbować odszukać osobę choć trochę podobną do mnie. A tu
proszę, wystarczyło, że zacząłem studia... I przytrafił się
on.
Ten wredny, gburowaty, opryskliwy,
wkurzający, nadęty, złośliwy, dziwny, agresywny oraz
nieprzeciętnie gorący pajac... Którego tył miałem okazję
widzieć wcześniej, niż bym tego choć zapragnął. Zresztą, nie
tylko ja. Pamięta ktoś może ten dzień, gdy w wiadomościach
wspominali coś o „nagim jeźdźcu”? Tak, mój Ari.
Nieprzeciętny, dziwny, kompletnie odmienny od reszty... W którym
zakochałem się po uszy.
I ten nienormalny człowiek, wkurzający
mnie od pierwszego dnia swym brakiem kultury, teraz dzielił ze mną
życie. Wspólne mieszanie, do którego przywykłem. Wspólne zakupy,
uczelnia, łóżko, miłość. Trochę się już znamy, a ja wciąż
nie spodziewam się jego kolejnych poczynań, bo on szczególnie
lubił mnie zaskakiwać. Czasem pozytywnie, aż miałem ochotę go
wyściskać, a czasem tak, że wprost marzyłem, by wyrwać mu nogi z
dupy. A tym razem... Byłem zmieszany.
Ukryłem przed nim moją dziwną
odmianę grypy, a on po wcześniejszym opieprzeniu mnie (choć
nadzwyczaj lekkim, spodziewałem się czegoś gorszego), ostatecznie
nawet się nie gniewał. Poszedł na uczelnie, zrobił dla mnie
notatki, na których marginesach wynajdywałem rozmaite rysunki
przedstawiające panią profesor, ginącą w straszliwych mękach. A
gdy wróciliśmy do domu i chciałem uciec do innego łóżka, by nie
kusić losu, ten mnie przytulił, nie chcąc wypuścić z objęć.
Wtedy też zdałem sobie sprawę z
tego, jakim dupkiem sam potrafiłem być. Naprawdę się o mnie bał,
a ja... Nie ufałem mu? Nie, to nie prawda. Ufałem, ufam i będę
ufać! Tylko... Nie wiem, bałem się o niego. Każdy z nas ma własne
sprawy i... Choroba nie była nikomu na rękę... Nie chciałem
zwyczajnie, by musiał poświęcać na mnie więcej swojego cennego
czasu. Kurde, jak ja się skruszyłem... To przez niego?
Słysząc to wyznanie, poniekąd,
miłości, wyszeptane wprost do mojego ucha, przeszedł mną lekki
dreszcz. Naprawdę się martwił, tymczasem ja nie chcąc, by tak się
stało, przyprawiłem mu jeszcze więcej problemów. Nie chciałem.
Sięgnąłem do jego rąk, odplątując nieco ten żelazny uścisk,
jednak nie uciekłem tak, jakby się tego spodziewał. Po prostu
obróciłem się na drugi bok, przytulając do nieco i również
obejmując rękoma.
- Przepraszam.... - mruknąłem,
następnie zakaszlałem. Co prawda czułem się już lepiej po tym
kilkudniowym pobycie w szpitalu, ale wciąż nie byłem w pełni sił,
a przede wszystkim było mi bardzo zimno.
- Nie ważne już, lepiej ci? -
zwyczajowo mruknął, ale już inaczej. A ja doskonale to
zinterpretowałem, a przynajmniej tak sądziłem, bo gdy uniosłem
głowę i pocałowałem go w policzek, odpowiedział nieco cichszym
pomrukiem. Tym razem zadowolenia, więc i ja się cieszyłem.
- Lepiej, cieplej. Jak to możliwe, że
nie mogę cię zarazić... To niesprawiedliwe – wychrypiałem przez
zawalone gardło.- Nasze moce zachowują się podobnie, tylko w
odwrotny sposób... W rezultacie ty sobie hasasz w gaciach na
biegunie, a ja marznę na plaży.
- Taki już mój urok i przestań
marudzić. Ledwo wylazłeś ze szpitala, masz odpoczywać, albo...
- Albo co? - spytałem, unosząc brew w
górę.
- Albo oduczę cię siedzenia.
Dobre sobie, akurat tył odmarzał mi
już od tygodnia, więc i tak go już nie czułem. Prychnąłem
śmiechem, kręcąc głową i ostatecznie wtuliłem się ponownie, a
nawet zarzuciłem na niego nogę.
- Dziękuję, że jesteś.