środa, 15 lutego 2017

Rozdział I - Mała zasada.



Stałem, wpatrując się w chłopaka przede mną i nie mogłem uwierzyć w to co słyszałem... Ten koleś naprawdę do mnie startował. Stał przede mną i mnie obrażał, wytykał mi braki w wychowaniu... Gorzej! Przyrównywał mnie do jakiegoś pieprzonego mikroba!
- Jaja sobie robisz szczylu?! - warknąłem na niego, po dłuższej chwili szoku. Od dawna nikt nie był na tyle głupi żeby tak przede mną stanąć. Szczególnie takie chuchro!
- No tak... Wypadałoby ci wyjaśnić co to ameba – zakpił, dalej twardo mierząc mnie wzrokiem.
Jak matkę kocham... Jakiś samobójca! Chłopak miał nie po kolei we łbie. Zero instynktu samozachowawczego! A ja miałem wrażenie, że trzymany przeze mnie plastikowy pojemnik zaczął zwijać się i skwierczeć z lekka.
Z głośnym warknięciem chwyciłem koszulkę białowłosego imbecyla i szarpnąłem słysząc przy tym trzask targanego materiału i czując coraz silniejszy swąd dymu.
Najchętniej przyłożyłbym mu tak, żeby mu łeb z plecami odpadł i przez chwilę miałam zamiar to zrobić. Powstrzymałem się jednak. Za dużo tu było gapiów, a do tego najpewniej i monitoring. Puściłem więc dzieciaka i wysyczałem przez zaciśnięte zęby:
- Lepiej żebyś nie wchodził mi więcej w drogę.
Ten młokos jednak ani myślał ustąpić. Co z nim było kurwa nie tak? 
Z pełnym niezadowolenia, zwierzęcym niemal warknięciem, wyszedłem z knajpki i stanąłem na chodniku żeby wyciągnąć z kieszeni spodni paczkę papierosów. Wystarczyło, że przejechałem opuszkiem palca po jego końcu, a mogłem zaciągnąć się dymem, który przynajmniej odrobinę mnie uspokajał. 
Dajcie mi tego wypranego z koloru, małego skurwiela w ciemnej, spokojnej uliczce, a nikt nigdy nie zidentyfikuje jego zwłok, chyba, że kurwa po molekułach z kupki popiołu - z tą myślą ruszyłem w stronę uczelni, żeby usiąść i w spokoju zjeść śniadanie. Musiałem jeszcze jakimś cudem odbębnić zajęcia i mogłem wreszcie wsiąść na swoją maszynę i pruć do domu... 

Moje męczarnie na uczelni trwały już okrąglutki, jebany i pełen nudnej egzystencji tydzień... Naprawdę, tak znudzony i poirytowany nie byłem od dawna... Nie miałem jednak jak zrezygnować, bo matka wisiała mi cały czas za uchem i szczebiotała jak to się cieszy i jak to wszystko będzie dobrze... Było dobrze kiedy nie świrowała i nie wtrącała się...
- Suzuki... - usłyszałem zanim jeszcze wyszedłem zza zakrętu, żeby ruszyć na parking. - Ciekawe ile wyciąga...
Ledwie dojrzałem właściciela głosu, a dosłownie poczułem jak jeżą mi się włosy na karku. Jakiś smarkacz, w towarzystwie wpatrzonych w niego przygłupów siedział sobie w najlepsze na moim motorze... MOIM! A nikt, kurwa, NIKT, nie dotyka moich rzeczy!
- Nie swędzą cię czasami zęby, szczeniaku?! - ryknąłem i zanim zdążył się zorientować co się dzieje chwyciłem go za fraki i przypieprzyłem nim o chodnik tak, że aż mu żebra zagrały. 
Jeden z kumpli chojraka postanowił bronić ofiary losu i zarobił w pysk tak, że klęczał teraz próbując zatamować krew przyciskając dłonie do twarzy. Reszta nie byłą taka skłonna do rzucenie się na mnie, ale całą zebrana we mnie irytacja wreszcie znalazła ujścia i stałem wpatrując się w nich i dymiąc solidnie. Lada chwila, a spalę szczeniaki żywcem, wreszcie będzie spokój.

2 komentarze:

  1. Coś czuję że ten agresywny goryl przypadkowo wpadnie w kłopot zwany lekcją wychowania. Podoba mi się. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No i doszłam do ostatniej części pierwszego rozdziału, jak miło! :D Ja chyba jestem jakaś nienormalna, bo kiedy Ari wspomniał o dorwaniu Julka w ciemnej uliczce to do łba przyszło mi tylko jedno, ehh ;_; Hm, a to co? Jakieś dzieciaki bawią sę na motorku? Oj, będzie wpierdziel... No racje! Miał dostać Julek, a dostał jakiś dostał jakiś randomowy gnojek. No i pięknie, Ari się wyładuje xD

    OdpowiedzUsuń