Wszedłem do sali z właściwą sobie gracją i taktem, a konkretniej drzwi potraktowałem "z piłkarza", wszedłem nie zamykając ich za sobą i usiadłem ciężko na wolnym miejscu. Oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się na mnie do chwili, w której nie warknąłem na tych, którzy siedzieli bliżej, a pani psor nie westchnęła ciężko z irytacją. Już wiem co jej się we łbie kotłowało i nie było to nic miłego względem mojej osoby. Tak się jednak składało, że miałem to naprawdę bardzo głęboko w poważaniu.
Odkąd pamiętałem obchodziło mnie zdanie ledwie garstki ludzi, a i to nigdy na długo i jakoś szczególnie. W końcu dlaczego miałbym się przejmować? To był ich problem co o mnie myśleli, gadali i co im przeszkadzało.
Ziewnąłem przeciągle i potarłem kark. Aspiryna pomogła i łeb już tylko ćmił nieprzyjemnie, a nie łupał jakby skakało mi w nim stado małp. Pech chciał, że... zerknąłem na mordę siedzącego obok mnie indywiduum i co ujrzałem? Oczywiście znajomy już tleniony łeb i mordkę, którą teraz zakrywała nie tylko maska, ale i ciemne okulary. Oho? Czyżby się panicz wstydził pamiątki po mnie? Oj nie ładnie, a tak się starałem, żeby mu dodać nieco kolorków.
- Ty... - warknąłem na niego. - Serio... ze wszystkich ludzi na tym zadupiu muszę oglądać dziś twój ryj? Mam nadzieję, że to jakiś omam czy coś podobnego...
- Wzajemnie - wysyczał cichaczem, jakby bał się, że dostanie ochrzan za rozmawianie ze mną. Aż przypomniała mi się podstawówka i to jak się człowiek kitrał, żeby nas nauczycielka nie opieprzyła za bardzo za gadanie. Pisało się wtedy karteczki i przerzucało po klasie. Największa beka była jak psorka brała to to i czytała na głos nasze pierdoły niby to, żeby dać nam nauczkę, a w rezultacie byłą tylko kupa śmiechu.
- Masz długopis? - spytałem starając się nie szczerzyć, bo miałem we łbie pewną wizję.
- Co..? - zdziwił się jakbym go zapytał co najmniej o plany na zrobienie bomby.
- Długopis, taki fajny wynalazek do zapisywania różnych rzeczy na kartkach... - tłumaczyłem ku niezadowoleniu wykładowczyni.
- Wiem co do długopis... Bierz już i siedź cicho - syknął i w cisnął mi w dłoń, to, co chciałem.
Wyjąłem z kieszeni notes, w którym zapisywałem różne ciekawe rzeczy... A raczej najczęściej to ktoś śliczny mi w nim coś zapisywał. Zdobiło go sporo imion, numerów telefonów, a niekiedy i serduszek zdobiących sprośne wyznania.
Wyrwałem jedną z kartek i napisałem na niej: "Podaj mi swój numer telefonu", po czym podałem karteczkę chłopakowi obok.
Nawet zza okularów byłem w stanie stwierdzić, ze patrzy na mnie jak na wariata... mimo to wziął kartkę, przeczytał i co najlepsze odpisał: "NIE! A w ogóle po co ci niby mój numer, amebo?".
"Dałbym go miłym paniom stojącym na jednym ruchliwym skrzyżowaniu, miałby ci kto pomruczeć nocami, może zmiękłby ci ten kij, którego połknąłeś" - odpisałem i zaśmiałem się w głos z jego reakcji. Miałem wrażenie, ze tym razem to on zacznie dymić ze złości. Czyli cel osiągnięty...
W sumie nie wiem jak to skomentować. Bajka, ta ich relacja i temperamenty są boskie. <3
OdpowiedzUsuńNo, to faktycznie jakiś omen, że ta dwójka wpada ciągle na siebie. Najpierw kawiarnia, potem afera z Lalunią, teraz ta sama uczelnia xD Jakoś będą musieli nauczyć się razem żyć^^ A to z karteczkami mnie rozwaliło... Aż mi samej się ta podstawówka przypomniała, też wymieniałam się tak wiadomościami z przyjaciółką :D Na szczęście nikt nas nie łapał ;)
OdpowiedzUsuń