sobota, 18 lutego 2017

Rozdział IV - ...a maska opadła...

Prułem Lalunią przez miasto mijając z gracją kolejne samochody i gdzieś mając coś tak prozaicznego jak przepisy ruchu drogowego. Przez większość czasu na blacie nie pokazywała się wartość mniejsza niż przysłowiowa "stówka". Nie koniecznie mi się spieszyło. Do zajęć miałem jeszcze chwile czasu. Zwyczajnie lubiłem szybkość. Lubiłem adrenalinę jaka towarzyszyła mi, kiedy mijałem kolejne pojazdy ledwie o centymetry. Świadomość tego, że na reakcje miałem ledwie ułamki sekund, niesamowicie mnie rajcowała. 
Przed akademia stanąłem z pisakiem opon. Przechodnie od razu zwrócili spojrzenia w moją stronę,  a jakże by inaczej. Ludzie kochali kontrowersje, nietypowe zdarzenia i gapić się na to, co było poza ich zasięgiem. Wszystko co było głośne, kosztowne lub zwyczajnie inne przyciągało ich wzrok. Przywykłem do tego i szczerze to polubiłem. Miałem gdzieś, co o mnie mówili, ale szokować ich lubiłem bardzo, bo i czemu by nie? W końcu pasowało bydłu dostarczyć nieco rozrywki. 
- Ty... - wysyczał ktoś, podchodząc do mnie, a ja nawet unosić spojrzenia nie musiałem, żeby wiedzieć kto to był. 
No tak, przecież ten dzień nie mógł zacząć się inaczej niż od tego, że tleniony kurdupel postanowił się do mnie przyczepić. Przecież to było tak bardzo do przewidzenia... 
- Nie wiem jakim cudem, ale zdobyłeś mój numer, amebo, prawda? Do tego rozdałeś go jakimś dziewczynom, tak? Tak jak pisałeś w tej durnej wiadomości na lekcji - stwierdził twardo.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - rzuciłem od niechcenia, bo naprawdę nie miałem dziś ochoty się z tym czymś użerać. Naprawdę ten weekend spokoju od słuchania jego pretensji był czymś cudownym. Dlaczego ten konus nie mógł zrozumieć, że zwyczajnie miał się ode mnie odpierdolić? Nie odzywać się, nie pokazywać mi na oczy, nie oddychać jeżeli to było konieczne do zejścia mi z drogi. Nic do niego nie docierało... 
- Czyżby? - syknął, kiedy w mojej kieszeni rozdzwoniła się komórka. - Więc jak to wytłumaczysz, co?
- Nie mam zamiaru niczego ci tłumaczyć, knypku... - warknąłem i spojrzałem na niego. 
W tym momencie przeżyłem lekki szok... Okazało się, że Zamaskowany Mściciel przestał być taki zamaskowany... Widziałem teraz dokładnie jego zaciętą buźkę... Usta ściśnięte z irytacji i zmrużone, złote oczka. Szczerze mówiąc nie wiem jak go sobie wyobrażałem. Zdecydowanie nie spodziewałem się niczego ładnego, w końcu po coś tę mordę chował, a tu takie zaskoczenie. Widoczek okazał się co najmniej cudny. Delikatna buzia, lekkie rumieńce irytacji, błyszczące oczy, a do tego jasna czupryna w nieładzie, targana przez wiatr. Dupek okazał się całkiem w moim typie, gorzej... naprawdę mi się podobał. 
- Czego się tak gapisz? - wymamrotał, ale nie odpowiedziałem. Nie miałem nawet ochoty rejestrować jego dalszego wywodu na mój temat, za to zagapiłem się na jego tyłek, kiedy wnerwiony szybko odchodził, kierując się na zajęcia, żeby znów nie zaliczyć spóźnienia. 
Faktycznie biodrami zarzucał naprawdę ciekawie...

3 komentarze:

  1. Można stwierdzić że i Ari jest na swój sposób uroczy. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że Ari jest w malutkim stopniu podobny do mnie :D Może i nie jeżdżę na motorze (bo nie mam ^^"), ale za to pruję na rowerze! xD Hm, co my tu mamy, czyżby nasza zamrażarka spodobała się King Kongowi? :D W sumie nie dziwota, ale cieszę się, że już coś zaczyna dziać się w tym kierunku ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    OdpowiedzUsuń