Chwila dekoncentracji i zarobiłem w szczękę aż mi zęby zagrały. Kolejny cios zdołałem już sparować, ale wcale jakoś specjalnie mi to nie pomogło, bo zarobiłem kopniaka w brzuch.
No nie... Tak to nie będzie. Nie mogę od tak przegrać, nie z czymś takim, jak stojący przede mną, cuchnący drab. Koleś był wyższy ode mnie, szeroki w barach jak trzydrzwiowa szafa i do tego miał straszne zakola, chyba w komplecie do dziwnej bródki, która przypominała mi nic innego jak "boberka" na piździe. Normalnie już dawno leżałby i kwiczał... Kłopot w tym, że za cholerę nie mogłem się skupić...
Zarobiłem kolejnego prostego i zachwiałem się. Drab zaczął się szczerzyć, a kilak osób kląć ostro. Inni wydawali się nader zadowoleni. Ci stawiali na tego dużego...
- Masz dość? - spytał mój przeciwnik z głośnym rechotem, kiedy splunąłem krwią.
- Zapomnij - rzuciłem i znów zarobiłem w pysk, tym razem jednak nie na darmo, bo moje kolano chwile później ze sporą siłą trafiło draba w brzuch.
Zachwiał się, zgiął... Przyłożyłem mu jeszcze z łokcia w kark i z zadowoleniem zarejestrowałem, że padł na deski. Nie wstawał więc od razu do niego podbiegli. W dupie miałem czy żył czy nie...
Opadłem ciężko na krzesło i rozmasowałem nieco szczękę... Jak dobrze, że wszystko goiło się na mnie jak na psie. W przeciwnym razie naprawdę długo wspominałbym dzisiejszy wieczór.
- Boże drogi, Arian, nie szło tak od razu? Wiesz ile się stresu nażarłem? - Tarix zawisł nade mną i wcisnął mi w dłoń zawinięty w ręcznik lód. - Co się z tobą chłopie dzieje ostatnio, co? Już drugi raz wywinąłeś taki numer.
- Dobra, przestań bredzić. Wygrałem? Wygrałem, to o chuj ci chodzi? Kasa ma być na dniach na koncie, ja znikam...
- Będzie, będzie. Coś ty taki drażliwy? Naprawdę coś z tobą nie tak... - marudził jeszcze.
Zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem na parking. Lód pomógł i czułem się teraz nico lepiej. Ból nie doskwierał aż tak bardzo, choć z mimiką musiałem uważać, a rozcięta warga zaczęła mimo wszystko puchnąć. Ręcznik podpaliłem i wrzuciłem do kosza. Krew, choćby w kuble na śmieci, nigdy nie była czymś dobrym.
Miałem wsiąść na motocykl, kiedy zobaczyłem dwóch mężczyzn, którzy wyraźnie gdzieś się spieszyli. Sądząc po ubiorze należeli do jednego z gangów. Dzięki takim pijawom miałem kasy na pęczki, ich szefowie wyszukiwali coraz to nowych twardzieli, którzy mieli spuścić mi solidny wpierdol... Nie udawało się, ale zakłady stały zawsze przednio i potrafiłem na jednej walce zgarnąć ogromną sumkę. Normalnie obiłbym ich tak dla zasady... Tym razem jednak nie miałem ochoty na kolejną bójkę.
Tak, Tarix miał rację, coś się ze mną działo i to nic dobrego. Nie mogłem zebrać myśli, nawet jeżeli myślałem wręcz za dużo... Szczególnie o tym cholernym konusie. Jakim cudem ten szczyl aż tak wrył mi się w łeb, to nie wiem... Wiedziałem tylko, że mnie najzwyczajniej w świecie kręcił. Na uczelni starałem się trzymać z daleka od niego... Tak, kurwa, ja! Ja unikałem kogoś, a nie ktoś mnie. Normalnie to było nie do pomyślenia, ale tu nic nie było normalne. Ani to, że ten wrzód na dupie dalej oddychał, ani to, że wciąż się we wszystko wpieprzał, a już tym bardziej nie to, że wolałem się trzymać do niego z daleka, bo zwyczajnie miło się na niego patrzyło...
- Wygląda na dzianego... dawaj go - usłyszałem, a zaraz później moich uszu dobiegła szamotanina i głuchy jęk.
Powinienem mieć to gdzieś, wsiąść na motocykl i odjechać. Kłopot w tym, że nikt chyba nie zasłużył, żeby go dorwało takie barachło jak ci dwaj. Trzeba było ich jednak sprać...
Ruszyłem w uliczkę.
- A ty tu czego? - warknął jeden z nich i zarobił w pysk na powitanie. Drugi próbował uciec, ale doskoczyłem do niego i zaserwowałem mu bliskie spotkanie ze ścianą. Uniosłem portfel, który wypadł z ręki bandziora i odwróciłem się w stronę ich ofiary.
Zamarłem...
Doskoczyłem w pośpiechu do białej czupryny.
- Cholera jasna! Serio?! - wrzasnąłem, bo moim oczom ukazał się nie kto inny jak Julien. Bledszy jeszcze bardziej niż zwykle i nieprzytomny. Białe włosy splamiła krew, więc musiał zarobić w łeb naprawdę solidnie. Skąd on się tu wziął późnym wieczorem?! Nie było przyjemniejszej okolicy na spacery, bieganie czy inne tego typu duperele?
Klnąc pod nosem na czym świat stał, uniosłem go ostrożnie i ruszyłem na parking.
- Dawaj furę - rzuciłem do Tarixa i ułożyłem białowłosego na tylnym siedzeniu.
- Co..? Ale... - zaczął.
- Kluczki, kurwa, a nie stoisz jak te widły w gnoju i czekasz na objawienie. Lalunie masz mi odstawić pod dom i będziesz mógł zabrać swój wóz. Zadrap lakier to ci łeb upieprzę przy samej dupie - stwierdziłem jeszcze, usiadłem za kierownicą i ruszyłem w stronę swojego mieszkania.
Znów nałamałem przepisów, ale Julien po kwadransie wylądował na mojej kanapie. Dalej leciał mi przez ręce, a ja... Ja najzwyczajniej w świecie go opatrzyłem i ułożyłem wygodnie. Nie wiedziałem dlaczego, ale... dziwnie wyglądał taki nieprzytomny i słaby... Ciężko byłoby mi mu nie pomóc. Nie wiedziałem tylko jak mocno zarobił. Zapewne powinienem wezwać karetkę, ale to wiązałoby się z glinami, bo przecież domniemanie napadu, w baraku przy miejscu zdarzenia odbywały się chwilę wcześniej mało legalne walki, a do tego moja kartoteka była takim tomiskiem, że pewnie stwierdziliby, że to ja mu przyłożyłem i teraz wymyślam sobie linie obrony tym wezwaniem... Co prawda jak się mój gość tu przekręci będę miał jeszcze gorzej przejebane, ale... cóż. Pozostawało mieć nadzieję, że chłopak niedługo wróci do żywych.
Co ja pacze, nielegalne walki? Buntownik całą gębą. <3
OdpowiedzUsuń:o Uratował śliczną dupencje Julka, jednak jest kochany. :D chciałabym zobaczyć jego kartotekę, ciekawe co ma na serduszku nasz misiek. ^^
Ta, miała być jedna notka ale robi się zbyt ciekawie.
Gdybym widziała tego kolesia z boberkiem na żywo, pewnie też turlałabym się po ziemi wraz z Arim xD Nielegalne walki? Bardzo to do niego pasuje. Widzę też, że nasz płomyczek nie jest tak całkiem bez serca, skoro opatrzył swojego nielubianego kolegę. Ba! Nawet ruszył sprawdzić zamieszanie. Wychodzi na to, że nie jest taki do końca zły :P
OdpowiedzUsuń