wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział V - Mała przejażdżka

- Żadne na piechotę - stwierdziłem i otoczyłem chłopaka ramieniem, żeby mi nie zwiał. 
- Nie wsiądę na to ustrojstwo... Widziałem jak jeździsz! -  rzucił i próbował mimo wszystko się wyswobodzić.
- Po pierwsze to nie jest żadne "ustrojstwo". Trochę szacunku! - warknąłem. - Po drugie jedynym przez kogo kiedykolwiek choć zadrapałem lakier jesteś ty, więc o co, jak o co, ale o moje zdolności prowadzenia możesz być spokojny. Zdałem prawko za pierwszym razem ledwie mi pełnoletność stuknęła i jakoś żyję, a poza tym nigdy nie miałem wypadku. 
- Zawsze może być ten pierwszy raz...- wymamrotał, ale w końcu założył kask.
- Właź, nie marudź - ponagliłem siedząc już na Laluni.
Julien usiadł i przywarł do mnie mocno ledwie ruszyłem. Miałem wrażenie, że nie dość, że mnie udusi, to jeszcze mamrocze pod nosem modlitwy. Śmieszyło mnie to. Kiedy jednak dodałem gazu i motocykl wypruł do przodu z głośnym warknięciem, chłopak jeszcze mocniej się we mnie wtulił, nawet jeżeli wydawało mi się to zwyczajnie niemożliwe. Zrobił się też chłodniejszy przez co lekko zadrżałem i chcąc nie chcąc musiałem nieco się rozgrzać, żeby mi konus nie zamarzł... To jednak jak był blisko miało i inny, powiedziałbym, że ciekawy, skutek... Zaczęło mi się robić niewygodnie kiedy tak czułem jego dłonie kurczowo splecione na moim torsie i biodra przyciskające się do moich pośladków. Ten chłopak naprawdę mnie podniecał...
Kilka kolejnych zakrętów przy których mój towarzysz wstrzymywał oddech, co czułem doskonale i nacisnąłem hamulec zostawiając na asfalcie piękny ślad po trącej po nim gumie opony. 
- Żyjesz tam? - spytałem, prostując się na tyle, na ile było to możliwe przez ściskającego mnie dalej kurczowo chłopaka. - Jesteśmy już na miejscu, wiesz?
- Już? - spytał drżącym głosem. - Więc... serio znasz mój adres...
- Jak się postaram to potrafię się dowiedzieć wielu rzeczy - wzruszyłem ramionami.
W gruncie rzeczy pomogła Marika, która umilała nie raz czas komendantowi miejscowej policji. Wystarczył jeden telefon i można było dzięki temu znać adres każdego. Bardzo przydatny znajomy. Mari nie raz się nim wysługiwała i każdy kto wisiał jej kasę lub niezbyt delikatnie ją potraktował lądował na dołku obity na kwaśne jabłko.

3 komentarze:

  1. Też bym się bała tego pirata drogowego, nie przekonałby mnie tak szybko.
    O nie, na motorze ze zbokiem który ma chęć. XD Dlaczego mnie śmieszy zachowanie gadzinki? Bo zrobiłabym dokładnie to samo, tylko bez modlitw. Ale przynajmniej odwiózł go w jednym kawałku, liczy się.

    OdpowiedzUsuń
  2. No przecież, ze się liczy! To już jakby drugie uratowanie mu życia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta jazda na motorze może dla Julcia nie była przyjemna, ale dla płomyczka bardzo korzystna :D Aż miło sobie wyobrazić te ich zmiany temperatur podczas drogi.

    OdpowiedzUsuń