wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział VI - Imprezka się szykuje

Zaśmiałem się cicho na jego słowa i założyłem kask, żeby już po chwili wypaść z pełną prędkością na drogę i skierować się do domu. Jakoś tak wyszło, że przyspieszyłem i wybrałem dość okrężną drogę. Dlaczego? Tak jakoś... zwykła zachcianka. Mogłem po prostu jechać... nie myśleć za wiele. Było mi to potrzebne. Taka chwila zawieszenia, tylko działanie. Szybkie reakcje, żeby niczego nie przyhaczyć, nie wpaść w poślizg, nie wymierzyć źle odległości. Gaz, hamulec, skręt i znów gaz ile fabryka dała. 
Do mieszkania wszedłem po niemal godzinie, przy czym normalnie droga zajęłaby mi może z piętnaście minut. Od razu opadłem ciężko na kanapę, kluczyki rzucając na stolik. 
Na blacie wciąż stały dwa kubki, a koc pode mną był wymięty i... lekko jakby chłodny. A może już mi się zwyczajnie zdawało? Byłem zmęczony... to na pewno to... Wytwór zmęczonego umysłu.
Opadłem na kanapę i nakryłem się kocem... Nie chciało mi się zrobić tych kilkunastu kroków, żeby przejść do sypialni. Teraz chciałem tylko odpocząć, zasnąć, przestać za dużo myśleć. Szczególnie, że moje myśli wracały do kołyszących się lekko bioder białowłosego konusa, którego powinienem nie znosić. Tak byłoby łatwiej i wszyscy byliby zadowoleni. 

- Któregoś dnia spłonisz... - rzuciłem do wrednego budzika, który znów rozdzwonił się akurat w najgorszym momencie. 
A miałem taki cudny sen... Było mi w nim tak rozkosznie zimno, a do tego właśnie miałem dostać coś, czego bardzo chciałem... Tylko to wredne urządzenie postanowiło wszystko mi popsuć. 
Powlokłem się pod prysznic, ale nie zdołałem tam dotrzeć, bo rozdzwoniła się moja komórka.
- No wreszcie! Wiesz ile razy się do ciebie dobijałam? Nie można mnie tak straszyć! - naskoczyła na mnie Marika, ledwie odebrałem.
- Spałem... - stwierdziłem.
- Całą niedzielę? - wypytywała, na co omiotłem wzrokiem butelki po wypitym wczoraj piwie.
- Tak... z grubsza - oznajmiłem. - Chcesz coś konkretnego? Muszę się ogarnąć i jechać na uczelnię. Tym razem wolałbym się... nie spóźnić.
- Chciałam zapytać jak tam po walce, ponoć coś się stało i zwinąłeś Tarixowi samochód...
- Tak, wszystko gra... - przerwałem jej.
- No... dobra... To jeszcze jedno, mam nadzieję, że pamiętasz o tym, że w sobotę jest u mnie impreza. Wiesz dobrze, że trzeba zrobić parapetówę, jak się mieszkania czy domu nie ochrzci to może się stać coś złego. - Mari i ta jej przesądność...
- Dobra, dobra... będę. Teraz serio muszę się zbierać.
- To do zobaczenia w sobotę - zacmokała jeszcze i rozłączyła się.

2 komentarze:

  1. Jakby nie patrzeć ta babka jest trochę wścibska. Ale szczegół.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chrzczenie nowej chaty poprzez imprezę? No niezły powód do picia :D Ale jak to mówią każdy robry xD Tak sie nie mogę doczekać tej parapetówki, jakbym co najmniej na nią szła xD W sumie można by powiedzieć, że idę xD W ogóle to z checią poimprezowałabym z kimś takim jak Ari czy Julek, byłoby ciekawie ^.^

    OdpowiedzUsuń