wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział VI - Zakopany topór wojenny

Słysząc warczenie silnika odwróciłem się jeszcze, spoglądając jak odjeżdża. Ciekawe czy jednak mnie słuchał... no nic, czas wejść do domu i zmierzyć oko w oko z bestią, tzn. z mamą. Przecież nie będę się krył, łaził po ogródku i wchodził przez tylne drzwi, jak jakaś małolata. Do cholery jasnej, nie byłem już dzieckiem, a przez tę nadgorliwość ze strony rodziców teraz bałem się choćby wejść do domu po całonocnej nieobecności. Drodzy rodzice, nie bądźcie nadopiekuńczy, bo spójrzcie tylko jakie to przynosiło skutki! Nie róbcie krzywdy swoim dzieciom.
Tak jak się spodziewałem po przekroczeniu progu domu zastałem tę straszną kobietę, której wzrok chyba wyrażał wszystko co negatywne. Kiedy zaczęła swój monolog, ja zwyczajnie zabrałem jednego z kotów, który przyszedł się ze mną przywitać na ręce i odmówiłem standardową formułkę.
- Tak, przepraszam, teraz idę się uczyć!
I poszedłem faktycznie na górę. Chyba czas rozważyć wyprowadzkę, wyrwać się spod pantofla rodziców. Wszystko to zaczynało się robić męczące, przytłaczające. Natomiast powrót do nudnej rzeczywistości po raz pierwszy od bardzo dawna mnie zniesmaczył. Znowu kot, notatki, film, herbata, koc. Ewentualnie w innej kolejności, takie to życie było szalone. W dodatku cały czas gdzieś z tyłu głowy przewijały się obrazy z dzisiejszego poranka. Całkiem miło było zjeść śniadanie w innym miejscu niż kuchnia w domu, w towarzystwie kogoś innego niż koty. Z kimś, z kim udało mi się dojść do względnego porozumienia, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Nie miałem ochoty na kolejne nieprzyjemne sytuacje z tym bucem. Tak, bo wciąż był w moich oczach bucem i pewnie długo nim pozostanie.

Poniedziałek zapowiadał się tak samo, jak każdy inny. Wstałem przed ósmą, obudzony przez miauczącego pod drzwiami kota. To była chyba najgorsza odmiana budzika... taki klasyczny to przynajmniej możesz wyłączyć, ewentualnie nastawić drzemkę lub wyrzucić przez okno, gdy jest upierdliwy. A kot? Nie wyciszysz, nie powiesz „zacznij znowu za piętnaście minut” i przez okno wyrzucać to to też nie za bardzo. Byłem więc zmuszony po paru minutach walki z samym sobą zejść z łóżka i nakarmić tego włochacza, a jednocześnie także i siebie. Rutyna.
Przechodząc obok lustra przyjrzałem się sobie uważnie. Ślady po zdarzeniach z tamtego wieczora były praktycznie nie widoczne, w sumie jedyne co pozostało, to niebywale bolący guz na głowie. Ale nie było go widać, więc było okej. Niestety choć ucieszyła mnie myśl o braku poniesionych większych szkód, na ziemię sprowadził mnie ból gardła i chyba było mi bardziej zimno niż zazwyczaj. Znowu mnie coś brało, a szkoda, ostatni weekend bez maseczki był bardzo przyjemny. Przywdziałem więc ostatni, ale stały element stroju na twarz tuż przed wyjściem i zamknąłem za sobą drzwi. Spacer chyba nie byłby tego dnia dla mnie najlepszy, dlatego zdecydowałem się na komunikację miejską... brudną, śmierdzącą, zatęchłą komunikacje miejską, pełna krzyczących dzieci, śmierdzących żuli i głupich studentów, którzy teraz na szybko przewijali notatki z wykładów. O losie, na jakim ja świecie żyję.
Kolejną, rutynową czynnością było przybycie na miejsce. Kolejno parking, hol, schody, drugie piętro, sala wykładowa i moje wysiedziane, ulubione miejsce. Czasem się tu czułem, jak taki stary mocher z tramwaju, który ma jedno miejsce i nie rusza z niego dupska za każdym razem, jak wsiada. Może po części byłem takim mocherem w młodym wieku, może... w każdym razie, jeszcze było kilka minut wolnego, dlatego korzystając z okazji dodałem do kontaktów ten tajemniczy numer sprzed tygodnia. „Arian”, hm... nie, jednak będzie „Arian vel Ameba”. O, teraz było idealnie!

2 komentarze:

  1. Moja słodka śnieżynko, twoja mama jest straszna. :3 Jaki ten pieszczoch jeszcze uprzedzony, kochaj go w końcu. :<> Niesłychane jaki ten zmarzluch podatny na choroby i ostrożny. Śmiechłam w sprawie tego kontaktu, ale czego można się po nich spodziewać?

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję Juleczkowi utarcia z nadopiekuńczą matką. Wiem poniekąd, co to znaczy nie mieć prywatności i być traktowana jak dziecko pomimo ponad dwudziestu lat :') No ale w przeciwieństwie do mnie, Julek ma mózg chociaż xD I jeszcze się biedaczek przeziębił. Fajna nazwa kontaktu. Oby od tej chwili już zawsze mieli ze sobą łączność :D

    OdpowiedzUsuń