czwartek, 23 lutego 2017

Rozdział VIII - Zapomnij

Całą niedzielę zmarnowałem na myśli o swoim sobotnim wybryku. Od początku powinienem być do tej imprezy sceptycznie nastawiony, a wtedy nic by się nie stało. Jak mogłem dać się zwieść rudowłosej piękności ot tak po kilku minutach rozmowy? Impreza. Ja. Nigdy więcej. Może gdybym jeszcze został przy tym stoliczku i skończył picie po dwóch drinkach, ale nie. Najbardziej przerażało mnie to, że nie mogłem wyrzucić go z głowy. Jego smak, zapach, ta inna, obca mi dotychczas twarz Ariana skutecznie stłamsiły wszystkie inne myśli. Nie byłem więc ani przygotowany na kolejne zajęcia, ani szczególnie gotowy psychicznie na ponowne zetknięcie się z nim na uczelni.
Jak Boga kocham, szedłem tym chodnikiem z duszą na ramieniu. Znowu ukrywałem twarz pod maseczką, a oczy rozglądałem się wokół, jakbym był jakimś podrzędnym złodziejem. Nie chciałem tu być, z całego serca nie chciałem. Miałem całe mnóstwo obaw dotyczących spotkania z Ameba, choć z drugiej strony bardzo chciałem z nim porozmawiać. Jednak jeśli nie spotkam go sam, inni nie pozwolą nam się do siebie zbliżyć, a na wykładzie mam 50% szans, że usiądzie obok mnie. A jeśli by usiadł, to nie będę przecież przeszkadzać pani profesor. Chyba za dużo myślałem kombinowałem, jakby tu czmychnąć, jak szczur do środka, bo tak niechybnie dałem się wciągnąć za róg. Otworzyłem szeroko oczy, Arian. Znowu on... to dobrze! Nie, nie dobrze. Jak mam z nim teraz rozmawiać..?
- Jak ci minął weekend, Julciu? - zdębiałem, słysząc to zdrobnienie. To na pewno do mnie? Przecież nie byłem dziewczyną!
- Dobrze..? - odpowiedziałem, obserwując jego mimikę. Na razie pozostawała niezmienna... cieszyć się czy raczej na odwrót? Spojrzałem szybko w obie strony i wziąłem wdech. - Słuchaj, jeśli chodzi o to w sobotę...
- No..? - ponaglił mnie i rzucił wyczekujące spojrzenie.
- Zapomnijmy o tym, jakby nic się nie wydarzyło.
- Niby dlaczego?
- Ale jak to dlaczego? - zamrugałem szybko oczami. - Po co o tym pamiętać..?
- Normalnie... a po co chcesz o tym zapominać?
- Byliśmy pijani. To by się nie zdarzyło, gdybyśmy wypili ciut mniej...
- No i co z tego, że wypiliśmy?
- Jak możesz nie widzieć problemu..?
- W czym mam go widzieć? - przyglądałem mu się uważnie, kiedy ten oparł się ręką o ścianę obok mojej głowy. - To nie była wina alkoholu.
 - Więc czego?
- Może tego, że mi się podobasz?- otworzyłem oczy jeszcze szerzej i wstrzymałem oddech.
- P-Proszę..? Nie, dziękuję, idę stąd – niestety, kiedy chciałem zrobić krok, on złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem.
- Nie! Nigdzie nie idziesz póki mi nie powiesz o co Ci dokładnie chodzi!
- O to, że nic nigdy nie powinno się stać? Dla mnie pocałunek to coś więcej niż jakaś tam zabawa. Śmiejesz się ze mnie, przecież widzę. Upatrzyłeś sobie, tak? Od początku, "ten biały konus". Nie zamieszasz mi w głowie.

1 komentarz:

  1. On mnie po prostu niszczy, czego tu się bać? Jakie wyznanie, zero wyczucia czy coś. Dobrze śnieżka, nie daj się tak łatwo. :D

    OdpowiedzUsuń