niedziela, 12 marca 2017

Rozdział IX - Załatwi wszystko...

Wzruszyłem ramionami
- A czemu by nie? - spytałem w odpowiedzi na jego pytanie.
Szczerze mówiąc była to kolejna rzecz, której się całkowicie i absolutnie nie spodziewałem. Zwyczajnie nie i tyle... 
Odkąd, mając osiemnaście lat wyprowadziłem się z domu, mieszkałem sam. Nie myślałem nigdy o współlokatorach, bo niezależność, spokój i to, że mogłem robić co chciałem, kiedy chciałem i nikt mi się w to nie wpieprzał, bardzo mi odpowiadało. Nie lubiłem się na nikogo oglądać, na nikogo uważać, z nikim się liczyć. Samotność mi nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie. Kiedy chciałem towarzystwa miałem je, kiedy nie koniecznie, wracałem do mieszkania i miałem względny spokój. Do tej pory tak to wyglądało i było mi z tym dobrze. Czy coś się zmieniło? Cóż... nie koniecznie. Zwyczajnie wyczuwałem w stojącym przede mną chłopaku desperację. Gdyby nie tonął nie chwyciłby się takiej kosy, jak pytanie mnie o mieszkanie. Z całą pewnością byłem ostatnią osobą, którą by o to poprosił i pewnie byłem, bo wyczerpały mu się zapewne inne opcje. Normalnie bym to olał, ale... Ciężko mi się było przyznać do tego, że miałem do tego konusa słabość. Wkurwiał mnie jak mało kto, do tego to, że ochota na niego mi nie przeszła nie pomagało, ale obchodził mnie. Nie miałem zamiaru kazać mu wracać do tej blond harpii, więc co innego zostało?
- To... mógłbym się wprowadzić? Dokładałbym się do czynszu i robił sobie zakupy... - stwierdził pospiesznie i z entuzjazmem, którego nijak nie mógłby ukryć.
- Można spróbować. Ostrzegam jednak, że zasada jest jedna. Nie wpieprzasz się w moje prywatne sprawy - rzuciłem stanowczo.
- Tak, jasne! Naprawdę nie mogę uwierzyć, że się zgadzasz...
- Dobra, dobra, bo zawału dostaniesz z radości - zaśmiałem się za co fuknął na mnie choć nawet przez maskę widać było, że się uśmiecha. - Potrzebna ci jakaś pomoc przy transporcie gratów? - spytałem jeszcze.
- Nie wiem czy moja mama powinna cię widzieć, choć z drugiej strony... nie bardzo chyba mam się z tym jak sam zabrać - skrzywił się widocznie. 
- Dobra... Daj mi chwilę - wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Tarixa. Odszedłem kawałek dalej, zostawiając Juliena samego. - Potrzebuję busa - rzuciłem jak zwykle nie zaprzątając sobie głowy powitaniem.
- Busa? Po co ci? Coś często ostatnio coś kombinujesz...
- Przestańże wreszcie pierdolić i rób co ci mówię. Jak przestaniesz być użyteczny to napierdolę ci sęków i tak skończy się nasza współpraca - poinformowałem go i to śmiertelnie poważnie. Tarix był przydatny, ale za wiele chciał wiedzieć, za bardzo się wpieprzał i za dużo gadał. Irytował mnie tym niemiłosiernie.
- Dobra, dobra... Tylko mi powiedz gdzie ci go podstawić.
- Pod uczelnię - rzuciłem. - Masz piętnaście minut.
Rozłączyłem się i wróciłem do mojego przyszłego współlokatora. Ciężko mi było w to uwierzyć choć zdawałem sobie sprawę z tego, że to właśnie się dzieje.
- Za piętnaście minut będzie - stwierdziłem.
- Chcę wiedzieć jak udaje ci się wszystko tak od ręki organizować? - spytał przyglądając mi się badawczo.
- Nie... Raczej nie chcesz. Poza tym wkraczamy tu raczej na moje prywatne sprawy, którymi nie powinieneś się interesować. 
- No... dobrze. Mimo wszystko dziękuję. Naprawdę bardzo dziękuję - stwierdził. - Ratujesz mi życie już drugi raz.
Oj podziękowałbyś mi, tak bardzo bardzo - przeszło mi przez myśl, ale zaraz je odsunąłem, chowając znów gdzieś na dnie.
- Tak, wyjątkowo brzydki nawyk... A teraz chodź, bo mam ochotę się czegoś napić. 
Ruszyliśmy do kawiarenki. Tak, tej pechowej, w której pierwszy raz wpadłem na tlenionego konusa. Kelnereczka zmierzyła mnie takim wzrokiem, jakby chciała uciec z krzykiem. Tym razem za zamówienia zabrał się Julien, który grzecznie czekał. Nie wiem co tak ludzi rajcowało w staniu jak słup soli w kolejkach, ale ok. 
Wypiliśmy kawę, a raczej ja ją wypiłem, bo białowłosy zamówił sobie popłuczyny z mlekiem. Zaraz rozdzwoniła się moja komórka.
- Jestem w kawiarence - rzuciłem tylko.
Po niespełna minucie do lokalu wszedł jeden z osiłków, którymi ten szczur tak lubił się popisywać. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo nie było czym. Zwykłe góry mięsa, którym sterydy mózgi powyżerały. Radzenie sobie z takimi nie było dla mnie najmniejszym problemem więc nie rozumiałem wrażenia jakie robili.
- Pan Tarix kazał przekazać - stwierdził i wręczył mi kluczyki. 
- Odbierzecie wóz spod mojego mieszkania jutro rano - oznajmiłem i wstałem. 
Julien zrobił to samo.

1 komentarz:

  1. Jakie on ma dobre serduszko. <3 Co to będzie jak będzie miał swojego pieszczocha pod własnym dachem? Pewnie coś ciekawego... Wykorzystuje tego faceta jak się da. Dobrze! Popłuczyny? No weź nie obrażaj ludzi, też taką piję. ;D

    OdpowiedzUsuń